Szukaj na tym blogu

środa, 27 maja 2026

Proste rzeczy - Marcin Wicha

 

Kolejna książka Marcina Wichy przeczytana. W „Prostych rzeczach”, autor w bardzo odpowiadający mi sposób komentuje rzeczywistość. Jego felietony są zapisem obserwacji codzienności, tej z pozoru banalnej, a czasami dziwnej, absurdalnej i niepokojącej. Zaczynamy śledzić jego refleksje w 2015 roku, by zakończyć lekturę w zasadzie w 2017 roku, choć nie warto przywiązywać się do chronologii. Felietony nie tworzą zamkniętego portretu rzeczywistości, mam wrażenie, że choć skończone w książce wciąż trwają, mają swoje kontynuacje i następstwa.

 Czytając Marcina Wichę, miałam wielokrotnie wrażenie, że obcuję z własnymi myślami, tyle że wyrażonymi umiejętniej, precyzyjniej, celniej, z większym wyczuciem języka. To doświadczenie współodczuwania sprawiało, że felietony przestały być tylko komentarzem autora, a stały się dla mnie przestrzenią refleksji nad otaczającym mnie światem. Autor ze swoją zdolnością wychwytywania szczegółów, drobnych sytuacji, gestów, czy słów zauważa głębsze napięcia społeczne i kulturowe. Jego spojrzenie jest jednocześnie ironiczne i pełne niepokoju. Nie oferuje prostych diagnoz ani jednoznacznych ocen, raczej rejestruje rzeczywistość w jej pęknięciach i niespójnościach. W jego książce kryje się świadomość zmiany, która zachodzi niepostrzeżenie, ale konsekwentnie. Wyraźnie pokazują to m.in. takie tytuły jak: "Wyklęty bierze odwet na jarmużu", "Wycinka", "Łabędzi śpiew przy wschodniej ścianie", "Lista lektur, pole bitwy", i wiele innych.

„Proste rzeczy” mogą być swoistym zapisem epoki, czasu, w którym coś zaczęło się wyraźnie przesuwać w społecznym i językowym krajobrazie. Autor nie opisuje tego wprost, nie buduje szerokich analiz politycznych, sporów partyjnych czy jednoznacznych deklaracji światopoglądowych, ale jego felietony tworzą mozaikę nastroju i pokazują obecne czasy okiem zwykłego obserwatora. 

To książka, która dla mnie była przede wszystkim doświadczeniem bliskości z tekstem, z autorem, ale też z własnymi, często niewypowiedzianymi myślami. I może właśnie dlatego „proste rzeczy” okazują się w niej najtrudniejsze do zignorowania. Żal, że więcej "prostych" spostrzeżeń nie będzie, ale warto czytać to co zostawił.

wtorek, 26 maja 2026

Nie zapomnij nakarmić gołębi - dziennik z Gazy (autor/ka nieznany/a)

 

„Nie zapomnij nakarmić gołębi” to nie jest reportaż w klasycznym sensie, ani literacka fikcja, to raczej zapis egzystencji rozpiętej pomiędzy codziennością a permanentnym stanem zagrożenia. Autor (lub autorka) prowadzi nas przez rzeczywistość Strefy Gazy nie poprzez suche polityczne analizy czy statystyki, lecz przez intymne, często bolesne doświadczenia życia fizycznego i emocjonalnego. To czysto ludzka opowieść, a choć piszący ten dziennik próbował/ła oddać rzeczywistość mieszkańca w strefie Gazy, to nie wiem czy czytając można sobie choć w niewielkim stopniu wyobrazić takie życie, codzienność, w której nic nie jest "normalne", bo w każdej minucie możesz stracić życie. 

Nie jest to porywająca lektura, nie znajdziecie w tym dzienniku spektakularnych opisów,  "Bondowskich" wyczynów podczas ucieczek, to "zwyczajna" opowieść o codzienności skażonej grozą bombardowań i nagłych strat, niepewnością i napięciem. Nie znajdziecie patosu, nadmiernego dramatyzmu, raczej wiele prostoty. Te tytułowe gołębie i koty, o których tak dużo jest w książce, to być może symbol trzymania się czegoś zwyczajnego, powtarzalności o którą tak trudno w tej rzeczywistości. Zapisy są bardzo oszczędne i niezbyt wyrafinowane językowo, co tylko pokazuje (przynajmniej dla mnie) chęć zanotowania czegokolwiek z dnia/godziny, które udało się przetrwać. Wiele w tej książce ciszy, niedopowiedzeń, urwanych myśli, jakby piszący/a musiał/ła się ukryć, schować, uciekać, a w czytelniku zostaje oczekiwanie na to co się wydarzy, kto poniesie ofiarę?  Czytając można też "poczuć" doświadczenia fizyczne: ciągłe napięcie mięśni, zmęczenie, brak snu, głód, dźwięki eksplozji rezonujące w ciele. Emocje nie są tu abstrakcyjne, bo strach ma swoją wagę, zmęczenie swoją skalę, a nadzieja swoje kruche, niemal namacalne granice. 

„Nie zapomnij nakarmić gołębi. ...” zostawia czytelnika z poczuciem bezradności, ale też z głębokim poruszeniem i refleksją nad tym, czym jest codzienność tam, gdzie podstawowe potrzeby człowieka: jedzenie, bezpieczeństwo, stabilizacja pozostają nieosiągalne. Gdzie przyszłość jest tylko marzeniem, a może nadal jest marzeniem, bo wielu mieszkańców Gazy wciąż wierzy w możliwość życia w bezpiecznej ojczyźnie. To książka trudna, momentami przytłaczająca, nie porywająca, raczej przygniatająca, ale potrzebna, bo pokazuje "zwyczajność" okropności wobec, której ogromna społeczność międzynarodowa jest bezradna, albo zwyczajnie nie interesuje się nią. Po prostu smutna lektura.

środa, 20 maja 2026

Chiny jednego dziecka - Piotr Sochoń, Weronika Truszczyńska, Nadia Urban

 

Trafiła w moje ręce zbiorowa praca o problemie społeczno-demograficznym Państwa Środka: „Chiny jednego dziecka”, która w wyjątkowo przejrzysty, a jednocześnie poruszający sposób analizuje jeden z najbardziej radykalnych eksperymentów społecznych XX wieku. Autorzy nie ograniczają się do suchego opisu polityki jednego dziecka, ale proponują wielowymiarową narrację, w której decyzje polityczne, społeczne konsekwencje i indywidualne dramaty splatają się w obraz głęboko złożony i niejednoznaczny.

Dużą wartością tej publikacji jest jej szczegółowość. Autorzy drobiazgowo rekonstruują proces tworzenia i wdrażania polityki kontroli urodzeń w Chinach, pokazując ją jako przemyślaną, choć często oderwaną od realiów społecznych formę „inżynierii społecznej”. Widać jak na dłoni jak decyzje podejmowane na najwyższych szczeblach władzy przekładały się na życie milionów ludzi. Co ważne, książka nie upraszcza tej zależności, zamiast tego odsłania jej złożoność, wskazując zarówno motywacje władz (np. obawy o przeludnienie czy rozwój gospodarczy), jak i ich nieprzewidziane konsekwencje: od zaburzeń struktury demograficznej, przez społeczne napięcia, aż po długofalowe skutki ekonomiczne. 

Szczególnie wyraźnie wybrzmiewa jednak jeden aspekt, nieproporcjonalne obciążenie kobiet. Z kart książki wyłania się obraz, w którym to właśnie kobiety stały się głównymi „nośnikami” skutków tej polityki. Presja społeczna, kontrola reprodukcyjna, a często również przymusowe działania administracyjne wpływały bezpośrednio na ich ciała i życie osobiste. Autorzy w subtelny, ale stanowczy sposób pokazują, jak decyzje podejmowane w strukturach władzy, znacząco zdominowanej przez mężczyzn, przełożyły się na utrwalenie i wzmocnienie istniejących stereotypów płciowych. Kobiety przedstawiane są tu nie tylko jako ofiary systemu, ale również jako osoby zmuszone do funkcjonowania w rzeczywistości, w której to one ponoszą konsekwencje założeń polityki. W zasadzie kobiety od początku, w którym dało się to stwierdzić, ponosiły ofiarę polityki; wykryte podczas USG "dziewczynki" były poddawane aborcji, jeśli nie udało się potwierdzić płci podczas ciąży, urodzone dziewczynki topiono lub wyrzucano, małe dziewczynki oddawano rodzinom chłopców na poczet przyszłych żon, przekazywano do adopcji zagranicznych. Sytuacja dziewczynek zależała od rodziny i miejsca jej urodzenia. Większe szanse na urodzenie, wychowanie i dorośnięcie miały w miastach, zdecydowanie mniejsze na wsiach, gdzie rodzice potrzebowali rąk do pracy, a przy takiej polityce dziewczynki były bezużyteczne. Autorzy pokazali także złożoności prawne obowiązujące w Chinach, które dotykają kobiety, a mianowicie linie dziedziczenia i własności, która jest przypisana do linii męskiej. To prawo wydaje się nie do wyobrażenia, a trzyma się mocno.

Nastał też taki moment w miastach, że jedynaczki były traktowane przez swoich rodziców jak równoprawne obywatelki, jak skarby, co przechyliło szalę obciążeń i wymagań w drugą stronę, nauka, kariera, opieka nad rodzicami, wysoko postawiona poprzeczka. Można by rzec, że w Chinach wahadło zmian nie potrafi znaleźć spokoju, wskazówka mocno odchyla się to w jedną to w drugą stronę.

"Jedna rodzina, jedna miejscowość, dwa pokolenia kobiet. Kilkunastoletnia dziewczyna oddana za bezcen na żonę dla obcego mężczyzny i jej bratanica, młoda kobieta mieszkająca dzisiaj w Nowym Jorku z wybranym przez siebie partnerem. Ciotka Jenny stanowiła dla rodziny obciążenie, była warta tylko tyle, ile chciał za nią zapłacić przyszły mąż. Z kolei Jenny jest dla swojej rodziny nadzieją i krewni uważają, że warto w nią inwestować miliony juanów." (str. 35) Niemniej ten kij ma dwa końce, bo choć jedynaczki z "polityki jednego dziecka" mają to o czym nie mogły nawet marzyć kobiety z wcześniejszych pokoleń, mają spełniać szereg oczekiwań, począwszy od osiągającej sukcesy zawodowe, dobrze wychodzącej za mąż tradycyjnej partnerki, troskliwej matki, po opiekunkę swoich rodziców.

Obecna sytuacja nie napawa polityków optymizmem, bo społeczeństwo z jednej strony starzeje się, nie ma zastępowalności pokoleń, brakuje młodych kobiet do rodzenia, młodzi mężczyźni nie mają z kim mieć potomstwa, a czasami to dobrze wykształcone kobiety nie mogą znaleźć partnera ze względu na wysokie wymagania rodziców (kolejna zaszłość kulturowa). Czasami to młodzi wychowani w dobrobycie nie chcą podjąć się obowiązków i trudu wychowywania dzieci. Wyzwań jest sporo, ryzyka dla społeczeństwa i gospodarki duże. Chciałoby się zapytać, co czeka Chiny w XXI wieku starzejącego się na potęgę społeczeństwa? Nie jest to tylko problem tego kraju, ale dodatkowym problemem jest skala.

Książka oferuje czytelnikowi przestrzeń do refleksji, nad relacją między władzą a jednostką, nad granicami ingerencji państwa w życie prywatne, a także nad długofalowymi skutkami decyzji podejmowanych w imię „wyższego dobra”. To też świadectwo nakładających się elementów np. polityki i zwyczajów kulturowych, które często wykluczają się, a co najmniej ścierają ze sobą.

„Chiny jednego dziecka” to lektura ciekawa a dzięki połączeniu rzetelnej analizy z wrażliwością społeczną staje się uniwersalną opowieścią o konsekwencjach prób sterowania społeczeństwem na masową skalę. To książka, która może zostać z czytelnikiem na długo, nie tylko jako źródło wiedzy, ale przede wszystkim jako impuls do krytycznego myślenia. Jest napisana bardzo przyjaznym językiem i w sposób wciągający, jakby była opowieścią z innego świata.

środa, 13 maja 2026

Powolność - Milan Kundera

 

„Powolność” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Milana Kundery i jak na ten moment doświadczenie dość nieokreślone uczuciowo. Z jednej strony doceniam styl autora: refleksyjny, pełen intelektualnej gry, zestawiający różne epoki, spojrzenia i tempo życia. Autor prowadzi czytelnika przez rozważania na temat szybkości i powolności współczesnej egzystencji, przeplatając je historią o dość ulotnej, momentami surrealnej fabule. Z drugiej strony, lektura nie porwała mnie na tyle, żeby mieć satysfakcję z czytania. Towarzyszyła mi niemoc zaangażowania się w opowieść, łapałam się na myśli, że może to nie jest właściwy moment na tę lekturę, może nie dojrzałam do jego twórczości?
Jednocześnie miałam tez poczucie, że gdzieś obok czekają inne książki, które teraz byłyby bliższe moim potrzebom.

„Powolność” wydaje się wymagać specyficznego nastroju: otwartości na filozoficzną refleksję i gotowości na zatrzymanie się. Być może wrócę do niej kiedy indziej, w innym czasie i z inną wrażliwością. Na ten moment zostaję z poczuciem, że doceniam jej zamysł, ale nie do końca go przeżyłam.

wtorek, 12 maja 2026

Sny o Warszawie. Wizje przebudowy miasta 1945-1952 - Krzysztof Mordyński

 

„Sny o Warszawie. Wizje przebudowy miasta 1945–1952” to książka, która pokazuje stolicę nie tylko jako przestrzeń fizyczną, lecz także jako pole idei, ambicji i marzeń powojennej Polski. Autor prowadzi czytelnika przez czas tuż po zniszczeniach wojennych, gdy Warszawa zanim została odbudowana niemal od podstaw, musiała zostać wymyślona na nowo. Lekturę zaczynamy od siedziby Biura Odbudowy Stolicy przy ulicy Kowelskiej, gdzie nie tylko tworzono pierwsze myśli i założenia odbudowy Warszawy, ale także mieszkano, bo tylko po prawej stronie stolicy można było znaleźć miejsce pod dachem.

Książka odsłania fascynujący moment w historii miasta, kiedy architekci, urbaniści i decydenci snuli śmiałe wizje przyszłej stolicy: nowoczesnej, funkcjonalnej, radykalnie innej od tej sprzed wojny, z innym układem ulic, przestrzennej, zielonej i dla wszystkich. Jednak plany przebudowy były nie tylko odpowiedzią na materialną ruinę, lecz także wyrazem politycznych i ideologicznych założeń nowej rzeczywistości. Książka pokazuje, jak silnie urbanistyka splatała się wówczas z wizją „nowego człowieka” oraz nowego porządku politycznego i społecznego. Architekci, którzy tworzyli w tym czasie pamiętali jeszcze czasy I Wojny Światowej, przeżyli II Wojnę Światową i mieli zmierzyć się z najbardziej jaskrawymi jej skutkami, czyli ruiną Warszawy. "...kształt stolicy jest równocześnie zapisem zmagań architektów i urbanistów, śladem ich marzeń, przemyśleń i trudnych decyzji. Gdy odnajdujemy więc ten punkt, gdzie "czas zatrzymał się w miejscu", nie wydawajmy łatwych sądów; ludzie tamtych czasów nie zasłużyli na nie." (str.34) To wzruszające zdanie autora zaprasza w historyczną podróż po wyzwaniach i zmaganiach wielu z tych, którzy chcieli "postawić" nową stolicę, podnieść z ruin miasto, które jak żadne, doświadczyło zniszczeń straszliwej wojny. A i pierwsze miesiące a nawet lata po wojnie nie były sielanką dla nikogo, może z wyjątkiem tych, którzy na krzywdzie innych potrafili coś zyskać.

„Sny o Warszawie. ...” Krzysztofa Mordyńskiego to fascynująca opowieść o mieście, które przez dekady istniało nie tylko w rzeczywistości, ale również, a może przede wszystkim, w wyobraźni swoich projektantów. Już sam tytuł książki trafnie oddaje jej istotę: mamy do czynienia nie tyle z historią zrealizowanej architektury, ile z historią marzeń, wizji i koncepcji, które kształtowały myślenie o stolicy. Autor prowadzi czytelnika przez różnorodne pomysły na Warszawę, od odważnych, niemal utopijnych projektów, po bardziej pragmatyczne próby odbudowy i rozwoju miasta. Architekci i urbaniści często spierali się ze sobą, proponując zupełnie odmienne kierunki rozwoju. W efekcie Warszawa jawi się tu jako pole ścierania się idei: nowoczesności z tradycją, funkcjonalności z reprezentacyjnością, wizji indywidualnych z potrzebami społecznymi. Dlatego, mocnym elementem książki jest ukazanie kontekstu, w którym te projekty powstawały. Autor wyraźnie pokazuje, że architektura nie była tworzona w próżni, ale musiała odpowiadać na aktualne realia polityczne, ideologiczne i ekonomiczne. Wiele z opisywanych koncepcji było trudnych, a czasem wręcz niemożliwych do realizacji, właśnie dlatego, że musiały wpisywać się w dominujące ideologie państwowe, iść na kompromisy lub godzić sprzeczne oczekiwania: władz, mieszkańców i samych twórców. Szczególnie interesujące jest to napięcie między marzeniem a ograniczeniem. „Sny o Warszawie. ...” pokazują, jak ambitne wizje często zderzały się z rzeczywistością, np. brakiem środków, zmianami politycznymi czy odgórnymi wytycznymi. Niektóre projekty pozostały więc jedynie na papierze, inne uległy znaczącym modyfikacjom, tracąc swój pierwotny charakter. Te treści sprawiły, że książka ma w sobie pewną nutę melancholii, bo jest opowieścią o tym, co mogło powstać, ale nigdy nie zaistniało. Nie oznacza to jednak, że jest to historia wyłącznie niespełnionych idei, bo autor pokazuje, że nawet niezrealizowane projekty miały znaczenie. Wpływały na sposób myślenia o mieście, inspirowały kolejne pokolenia architektów i pozostawiały ślad w jego ostatecznym kształcie.

Jeśli chodzi o plany to obejmowały dość precyzyjnie tkankę miejską biorąc pod uwagę koszty, potrzeby, kubaturę, funkcje, skutki uboczne, np. zanieczyszczenia i hałas. Planowano miejsca do mieszkania i kwartały przemysłowe, dzielnice: rządowe, bankowe i uniwersytecką oraz sieć różnych powiązań pomiędzy nimi. Nie zapomniano o dzielnicy zabytkowej, która miał wpisywać się w szeroki plan miasta. Wszystkie te wizje bardzo ciekawe, choć mnie najbardziej bliskie były koncepcje osiedli mieszkaniowych z różnymi pomysłami na ich funkcje użytkowe. Wizje na temat ich wyglądu i zastosowań były dla mnie szczególnie fascynujące, zwłaszcza w porównaniu z dzisiejszą działalnością budowlaną, często tzw. "patodeweloperką". Funkcje osiedli nie skupiały się tylko na rozwiązaniach dotyczących funkcji urządzeń, ale także na funkcji społecznej, komunikacyjnej, regeneracyjnej po pracy, towarzyskiej, generalnie szeroko rozumianej jako "miejsce do życia" rodzinnego i sąsiedzkiego. Osiedla miały wyrównywać szanse, niwelować nierówności, generować relacje międzyludzkie. Powstawały wizje Centrali, która miała zaopatrywać mieszkańców w dobra spożywcze, które w warunkach powojennych, kiedy w domach nie było lodówek, mogły szybko się zepsuć. Jedna z prekursorek funkcjonalnego podejścia do przestrzeni mieszkalnej, architektka Barbara Brukalska, stawiała na współdzielenie i współodpowiedzialność oraz umiejętność zarzadzania dobrami. W osiedlach miały znaleźć się szkoły i miejsca dla mieszkańców, które mogły pełnić różne funkcje społeczne (jakież to inne od obecnego podejścia deweloperskiego). Cudowna wizja osiedli społecznych niestety została pogrzebana przez ówczesne władze obawiające się zbyt silnego wpływu ruchu społecznego. Nie zabrakło informacji o powstających "blokowiskach", które jednakże dawały mieszkańcom przestrzeń do życia, dostęp do światła i zieleń, a także zapewniały te funkcje o których wspomniałam wyżej.

W końcowych akordach książki autor pochyla się nad twórcami, którzy patrzyli na miasto jako na kompozycję: efektowną, zapierająca dech, malowniczą koncepcję odnoszącą się do wyglądu, formy i układu elementów, czyli rodzaju sztuki organizacji przestrzeni. Jej admiratorami byli Stefan Tworkowski i Edmunt Goldzamat. Sporo miejsca autor poświęca też wizjom "Sześcioletniego Planu Odbudowy Warszawy", który zawierał piękne rysunki m.in. Jana Knothe ukazujące monumentalizm pomysłów ówczesnych wizjonerów.

Dodatkową wartością tej książki jest bogactwo materiałów ikonograficznych i projektowych, które pozwalają zobaczyć miasto, jakiego nigdy nie było, i które mogło powstać, gdyby historia potoczyła się inaczej. Niemniej te niezrealizowane koncepcje działają na wyobraźnię i prowokują do zadania pytania, jak bardzo dzisiejszy charakter Warszawy jest efektem kompromisów, a nie pierwotnych planów. To książka, która uczy uważnego patrzenia na miasto: na jego szerokie aleje, puste przestrzenie czy osie widokowe, które zyskują sens dopiero w kontekście powojennych marzeń i decyzji. Książka może zainteresować nie tylko miłośników historii i architektury, ale również wszystkich, którzy chcą lepiej zrozumieć, dlaczego Warszawa wygląda tak, a nie inaczej, i jakie sny zostały wpisane w jej powojenne fundamenty.

Autor przypomniał także o nazwiskach tych, którzy snuli owe marzenia. Maciej Nowicki architek, marzyciel z szerokimi wizjami o pięknym, zielonym, przestrzennym i funkcjonalnym mieście, którego wzrok podążał ku skarpie warszawskiej jako ramy dla odbudowy Śródmieścia. "Nowicki widział Warszawę jako metropolię, która wyrasta z historycznych korzeni, ale jest przede wszystkim miastem nowego porządku, jest pieśnią o trumfie nowoczesności." (str.70) Architekci Helena i Szymon Syrkusowie, poszukujący praktycznych rozwiązań dla mieszkańców stolicy, i wraz z innymi wizjonerami, m.in. Janem Chmielewskim  pracowali nad "Warszawą funkcjonalną", która w dużym skrócie odrzucała miasto jako obraz krzyżujących się ulic i stojących wzdłuż budynków, ale jako organizm, który przybiera funkcje systemu łączącego, spajającego ludzi, przestrzenie, budującego konstelacje, które odpowiadałyby na potrzeby społeczne. Widzimy w książce wizje Wacława Wierzbickiego, Jerzego Mokrzyńskiego i Eugeniusza Wierzbickiego, którzy swoimi pracami, m.in projektami Sejmu u Senatu oraz Domu Partii wyrażali postulowany egalitaryzm i demokratyzm nowego systemu politycznego powojennej Polski. Poznajemy historię budynków ministerialnych w rejonie ulicy Kruczej, monumentalnych w stylu modernistycznym przeznaczonych dla władz i mających największe znaczenie dla gospodarki branż. W książce znajdziemy też wspomnienie o Zygmuncie Skibniewskim, Janie Zachwatowiczu i Józefie Sigalinie.

Podsumowując „Sny o Warszawie. ...” to książka dla wszystkich, którzy chcą spojrzeć na stolicę z innej perspektywy, nie tylko jako na zbiór istniejących budynków, ale jako na przestrzeń możliwości, sporów i ambicji. To opowieść o mieście, które powstawało wielokrotnie, najpierw w wyobraźni, a dopiero potem, częściowo, w rzeczywistości. Dzięki temu lektura skłania do refleksji: ile z tego, co widzimy na co dzień, jest efektem kompromisu, a ile, właśnie tytułowego snu, ile z tych snów i wizji udało się zrealizować, a ile pozostało tylko jako mapa marzeń i zapisów, z których korzystał autor.  Krzysztof Mordyński nie przedstawia jednego spójnego planu, lecz szeroki wachlarz koncepcji, od bardzo tych konkretnych projektów urbanistycznych, po bardziej ogólne wizje rozwoju miasta. Dzięki temu widzimy, że współczesna Warszawa jest wypadkową wielu składowych: zrealizowanych pomysłów, kompromisów i licznych „snów”, które pozostały jedynie na papierze.

Na koniec taka refleksja za autorem: "Architekci odbudowujący i przebudowujący Warszawę byli ludźmi idei. Inspirowały ich myśli Le Corbusiera, wizje egalitarnego miasta i ładu przestrzennego. Przeżywali fascynacje doskonałością mechanicznej maszyny, braterskiej więzi i piękna tradycyjnej architektury. Projektując, wyrażali cała gamę różnych uczuć, nadziei i zapatrywań na przyszłość, która - jak wierzyli-mieli obowiązek kształtować. Przemierzając Warszawę, widzimy skutki ich udanych i nietrafionych projektów. Wszystkie jednak - a przynajmniej większość - były przemyślane. Interesował ich o wiele szerszy wachlarz wartości niż tylko zysk z inwestycji. W imię tych wartości popełniali błędy, ale tworzyli także rzeczy piękne. Teraz, gdy już milczą, łatwo ich zakrzyczeć i osądzić." (str. 327) W obecnym szale zabudowywania, znikania przestrzeni do życia, wypierania ze świadomości, że potrzebna jest infrastruktura społeczna, powietrze, zieleń, współpraca między ludźmi, a nie budowane płotów, warto sięgnąć po książkę, która przypomina o budowniczych Warszawy, edukatorach o szerokich horyzontach, którzy patrzyli na różnorodne potrzeby miasta i jego mieszkańców i co dzisiaj nie występuje, kierowali się przy tych działaniach wartościami. 

poniedziałek, 11 maja 2026

Jakby luksusowo. Przewodnik po architekturze Warszawy lat 90. - Aleksandra Stępień-Dąbrowska

 

Aleksandra Stępień-Dąbrowska w swojej książce przypomniała "szalone lata 90-te" budownictwa warszawskiego, opisała motywacje tych realizacji, potrzeby autorów, a czasami również niepraktyczność niektórych projektów. Autorka wprowadziła w kontekst budownictwa lat 90-tych, notorycznych niedoborów i siermiężności poprzedniej dekady, co do której złośliwi używali tylko przedrostku "post" zamiast pełnej nazwy "postmodernizm", który symbolizował śmieszność, nieudolność, niezrealizowane pomysły, wykorzystując do ich realizacji marne materiały, które były często prostą drogą do "okropnych efektów". Zatem lata 90-te stały się otwarciem na nowe: marzenia, realizacje, standardy, materiały, które pozwoliłyby na nowe jakościowe budynki. Czy tak się stało?

Najpierw prywatna refleksja, że na mnie ta książka podziałała jak subtelny wehikuł czasu, bo symbolicznie przeniosła mnie w przeszłość, ale też pozwoliła spojrzeć na nią na nowo, z większą uważnością i czułością. To opowieść o Warszawie, którą zapewne wielu z nas zna, albo ma takie wyobrażenie, a dzięki autorce może odkryć ją na nowo.

Lektura tej książki przypomina powolny spacer po ułożonych alfabetycznie rozdziałach - dzielnicach miasta, w którym każdy zaułek, budynek, a nawet szyld kryje swoją historię. Dla mnie wchodzącej w dorosłość w latach 90., było to doświadczenie szczególne, bo autorka przywołała miejsca mi znajome, często mijane mimochodem, które w tamtym czasie były widomymi znakami zmieniającego się czasu, euforycznej i trudnej transformacji, zaś dziś, zwłaszcza dzięki jej narracji, nabierają zupełnie nowego znaczenia. To, co kiedyś było tylko fragmentem codzienności, zostało wydobyte z tła i pokazane w zupełnie innym świetle, a ja spojrzałam na to jako na część mojej historii.

Dla mnie dodatkową siłą książki jest umiejętność łączenia dwóch perspektyw, bo z jednej strony autorka prowadzi czytelnika przez miejsca zapomniane, niedoceniane, czasem wręcz niewidoczne, odsłaniając ich kontekst, historię i znaczenie. Z drugiej strony uruchamia pamięć i emocje, pozwalając wrócić do Warszawy, która była w trakcie intensywnej przemiany, miasta trochę chaotycznego, trochę niedokończonego, ale pełnego energii i potencjału.

„Jakby luksusowo. ...” to także opowieść o zmianie. Warszawa lat 90. jawi się tu jako przestrzeń w ruchu, obrastająca nowymi konstrukcjami, predefiniująca swoją tożsamość. W mojej pamięci taka wtedy była, miałam wrażenie, że każdy miesiąc na tej samej trasie do pracy przynosił zmiany. Autorka starała się pokazać też moment przejścia między przeszłością a ówczesną nowoczesnością, między tym, co znikało, a tym, co dopiero powstawało. 

Autorka pozwala samodzielnie dopowiadać znaczenia, uruchamiać własne wspomnienia i skojarzenia, dzięki temu jej lektura była dla mnie doświadczeniem osobistym, trochę jak podróż odkrywcy, a trochę jak sentymentalny powrót do miejsc, które wydawały się dobrze znane. To książka, która zwraca oczy czytelnika na to, co ukryte w codzienności, i przypomina, że nawet najbardziej zwyczajne miejsca mają swoje historie trzeba tylko umieć je zobaczyć.

Aleksandra Stępień-Dąbrowska zbudowała mozaikę miejsc, czasem bardzo konkretnych, a czasem rozpoznawalnych bardziej przez klimat niż nazwę. Znajdziemy w książce pawilony handlowe, bazary, pierwsze galerie, bary, knajpki, punkty usługowe o charakterystycznej estetyce transformacji, osiedla i podwórka, które stanowiły tło codziennego życia. Przypomnimy sobie o pierwszych „luksusowych” sklepach i butikach, które dzisiaj nie istnieją, albo pokrył je kurz zapomnienia, np. kompleks handlowy Panorama, w której przestrzenie miały być nowoczesne, zachodnie, „lepsze”, w których luksus był bardziej obietnicą niż rzeczywistością. Przypomnimy sobie zatem o Ratuszu gminy Białołęka, biurowcach Curtis Plaza, Mokotów Business Park Zepter Business Centre, siedzibie Telewizji Polskiej, Centrum Handlowym Blue City, Reform Plaza, pierwszym w Polsce McDonald, Bibliotece UW, Roma Office Center, budynku Sądu Najwyższego, Warsaw Trade Tower, hotelu Czarny Kot i o wielu interesujących budynkach mieszkalnych, które dzisiaj wyróżniają się w przestrzeni publicznej swoją innością. Wiele z nich istnieje, wpisało się w tkankę miasta, inne zniknęły z niej ustępując miejsca bardziej nowoczesnym, efektywnym lub pełniącym bardziej potrzebne obecnie funkcje.

Autorka pozwoliła mi powrócić do miejsc, które skojarzyłam z konkretnymi doświadczeniami, odwiedzić trasy, które kiedyś pokonywałam, niejako powrócić do własnej biografii z tamtych lat. Zdecydowanie ta lektura uruchomiła u mnie pamięć mojej wczesnej młodości, przypomnieć, że moje miasto tak bardzo się zmieniło, a z nim ja sama.