Wszyscy powinni żyć dostatnio." (str. 18)
To bardzo ambitne i wielce sprawiedliwe podejście do dobrobytu społeczeństwa. Jak zatem zbudować taki kraj? O tym w tej książce opowiada autorka. Co istotne dla czytelników, żeby lepiej zrozumieć podejście do tej budowy, na początku książki autorka przypomniała nieformalny zbiór zasad Duńczyków zwanym prawem Jante. To swego rodzaju "najeżone szpice palisady", mające bronić jedności i nierozerwalności wspólnoty, która jest najważniejsza. To właśnie wspólnota wie co dla jednostki będzie najlepsze, a nie odwrotnie. To wspólnota razem buduje dobrobyt tego kraju, z którego korzystają jednostki, zaś państwo, aby temu sprostać stara się wiedzieć o swoim obywatelu jak najwięcej. Ta "kontrola" ma pomóc państwu zadbać o właściwy poziom życia a w przypadkach spadku tego poziomu, np. urodzenia dziecka, utraty pracy, starzenia się, aby wiedzieć kiedy i jak reagować. "Wszelkie odstępstwa od normy - czy to w twoich finansach, czy w twoim zachowaniu - są widoczne gołym okiem. Ktoś zawsze patrzy." (str. 16) i czuwa. Wspólnota, czyli obywatele nauczeni są, aby dbać o wspólne dobro, bo wszyscy się na nie składają, dlatego zwracają uwagę na niewłaściwe zachowania innych. W życiu codziennym tym odzwierciedleniem dbałości o swoje jest również wspieranie swoich marek, zakładanie wspólnot społecznych, rolniczych kooperatyw żywieniowych, bezpłatnego i dostosowanego do potrzeb dzieci systemu edukacji, itd. ale także czystość na osiedlu, ulicy, cisza nocna, itp.
Oczywiście, aby doprowadzić do takiego stanu nie opierano się tylko na ideach i prawach, to praca wszystkich obywateli miała się do tego przyczynić, zwłaszcza tych aktywnych, pracujących i płacących podatki. "Kluczowe było zachowanie proporcji." (str. 22), czyli jeśli jak najwięcej przydatnych, silnych i sprawnych obywateli będzie pracować na dobro wspólne, zaś tylko nieliczni niesprawni i słabi będą z tej pracy zwolnieni przy korzystaniu z wypracowanych przez innych korzyści, to wówczas uda się doprowadzić do kraju szczęśliwości. Jednakże, aby temu sprostać, trzeba było przedsięwziąć odpowiednie kroki, i pomimo obaw o zachwianie się systemu opieki nad potrzebującymi członkami rodzin - która opierała się na kobietach, wypchnąć je do pracy zawodowej, aby powiększały PKB, zaś z ich podatków sfinansować systemową opiekę nad najmłodszymi w żłobkach i najstarszymi w domach seniorów. I tutaj kolejne "ale", tych osób, którym państwo miałby zapewnić opiekę nie mogło być zbyt wiele, aby system był wydolny. Zatem pilnowano równowagi, poprzez "trzymanie się kilku zasad:
-Nie powinieneś się rozmnażać, jeśli twoje potomstwo mogłoby być obciążone genetycznie.
- Nie powinieneś się rozmnażać nadmiernie, każda kolejna ciąża eliminuje kobietę z rynku pracy.
- Nie powinieneś rozprzestrzeniać chorób, bo de facto nie powinieneś chorować. Chorowanie zuboża państwo.
- Powinieneś pracować, bo praca pozwala na płacenie podatków, a podatki budują dobrobyt.
Właśnie dlatego pilnowano równowagi w systemie. Izolowano, leczono i mobilizowano do pracy na wszelkie możliwe sposoby." (str. 23) Siła tych zasad działa wciąż, bo choć z jednej strony państwo sprawuje silną kontrolę nad obywatelami, to z drugiej obywatele mają zaufanie do struktur i bogaty socjal oraz wsparcie państwa.
Niemniej lęki, które zrodziły się po przyjęciu takiego kierunku przywdziały różne kaftany, m.in ten przed "degeneracją narodu" z powodu bezrobocia, pijaństwa czy niemoralności a także przekazywanych genów. I tutaj wchodzimy na wyższy poziom czystości genów i drogi do ich uzyskania, np. poprzez separowanie "wybrakowanych" jednostek w odizolowanych miejscach od zdrowej tkanki społeczeństwa, np. na wspomnianych w tytule wyspach.
„Wyspa niechcianych kobiet” to książka, która burzy wygodny mit Skandynawii jako krainy bezwarunkowej równości, humanizmu i społecznej sprawiedliwości. Autorka pokazuje, że duński model państwa dobrobytu nie narodził się wyłącznie z troski o obywatela, lecz także z decyzji opartych na wykluczeniu, kontroli i przemocy instytucjonalnej wobec najsłabszych. Opisywana w książce wyspa staje się symbolem tego, co nie pasowało do wizji nowoczesnego, silnego państwa: kobiet biednych, samotnych, „nieprzystosowanych”, chorych psychicznie lub uznanych za moralnie niewygodne. Zamiast realnej pomocy oferowano im izolację, w imię porządku społecznego i postępu. Autorka pokazuje, że państwo, które miało zapewniać opiekę, bardzo szybko zaczęło decydować, kto zasługuje na wsparcie, a kto powinien zostać usunięty z pola widzenia.
Szczególnie poruszające jest ukazanie, jak idee higieny społecznej, kontroli reprodukcji i „racjonalnego zarządzania populacją” stały się fundamentem polityki społecznej. W imię dobra ogółu jednostki traciły podmiotowość. Kobiety zamknięte na wyspie były traktowane nie jako osoby, lecz jako problem do rozwiązania, swoista przeszkoda na drodze do nowoczesności. Zaś z drugiej strony higiena rasowa mogła stanowić otwarcie bram dla równouprawnienia i dobrowolnego macierzyństwa, a dalej do prawa do aborcji, a także wysokiego poziomu edukacji seksualnej.
Odizolowane, nawet kiedy wracały na łono zdrowej społeczności nie czuły się swobodnie, miały poczucie inności, oderwania: "Kobiety opuszczające wyspę nienawidziły plotek na swój temat, które utrudniały im znalezienie zatrudnienia, stanowiły źródło dyskryminacji." (str. 148)
Ważnym przełomem w podejściu systemu do osób z niepełnosprawnościami była ustawa o opiece nad osobami upośledzonymi umysłowo oraz innymi osobami o szczególnych potrzebach. Ten akt od dnia obowiązywania przywracał godność każdej osobie jej pozbawionej poprzez jakąkolwiek formę ubezwłasnowolnienia. Twórca tego podejścia Bank-Mikkelsen wykreślił z dyskursu i podejścia państwa, ukuty przez propagatorów czystości rasowej, niekorzystny mit o osobach "słabych duchem.
Oczywiście ten kij ma dwa końce, ale jak na razie Dania to kraj, w którym obywatelom żyje się na wysokim poziomie, stabilnie i bezpiecznie, a politycy nawet jeśli zmieniają się po wyborach nie burzą podwalin pod tą stabilizacją. Duńczycy bardzo bronią tego dobrobytu i spokoju, co konsekwencją jest m.in. podejście do imigrantów, zwłaszcza tych którzy się nie integrują, albo nie przyjmują wypracowanych norm. Niemniej jeśli nauczą się języka i wtopią w tkankę społeczną wówczas nie są już obcymi, ale "swoimi", których należy przyjąć pod skrzydła i dać wsparcie.
Książka w wyraźny sposób wpisuje się w debatę o cenie państwa dobrobytu. Autorka nie neguje osiągnięć Danii ani realnych korzyści płynących z rozbudowanego systemu socjalnego, ale pokazuje, że jego fundamenty powstawały również na gruncie cierpienia i niesprawiedliwości. To właśnie te „ciemne plamy” duńskiej drogi do dobrobytu czynią książkę tak ważną, bo zmuszają do krytycznego spojrzenia na historię, którą często przedstawia się w sposób idealizowany.
„Wyspa niechcianych kobiet” to lektura trudna, momentami bolesna, ale potrzebna. Przypomina, że żadne państwo dobrobytu nie jest moralnie neutralne, a troska o większość zbyt często odbywała się kosztem tych, którzy nie mieścili się w normie. To książka, która uczy czujności wobec systemów – nawet tych, które dziś uchodzą za wzór do naśladowania.
Przeczytanie tej książki miało dla mnie dużą wartość.