Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 13 lipca 2026

Ludzie wędrowni - Anna Fryczkowska

 


Ach, cóż to za pyszna lektura była. Niektóre książki się czyta, zaś inne się przeżywa, a "Ludzie wędrowni" Anny Fryczkowskiej dla mnie zdecydowanie należą do tej drugiej kategorii. To jedna z tych lektur, które zostają w sercu na długo po przeczytaniu ostatniej strony.

Autorka sięgnęła do własnych korzeni, ale stworzyła opowieść znacznie szerszą niż rodzinna saga. To historia kobiet, których nazwisk nie znajdziemy w podręcznikach historii, a bez których historia w ogóle nie mogłaby się wydarzyć. Szczególnie poruszające są losy prababek i babci autorki, kobiet prostych, zwyczajnych, a zarazem niezwykłych w swojej codziennej odwadze.

Anna Fryczkowska z ogromną czułością pokazała świat, w którym kobiety często żyły w cieniu mężów, nie zawsze mądrych, odpowiedzialnych czy przewidujących, często z przerośniętymi ambicjami w stosunku do możliwości czy zdrowego rozsądku. To one najczęściej dźwigały ciężar codzienności, troszczyły się o dom, dzieci i przyszłość rodziny. To one krok po kroku wprowadzały zmiany, które dziś wydają się oczywiste, dbałość o higienę, edukację, zdrowie i lepsze warunki życia kolejnych pokoleń.

Najbardziej zachwyciło mnie to, że autorka nie idealizowała swoich bohaterek. Pokazała ich siłę, ale także lęki, zmęczenie, błędy i rozczarowania. Dzięki temu bohaterki stały się niezwykle prawdziwe. Można odnieść wrażenie, że siedzi z nimi przy kuchennym stole, słucha rodzinnych opowieści i uczestniczy w ich codziennych zmaganiach.

Ogromną zaletą książki jest również język. Anna Fryczkowska pisze pięknie, z wyczuciem i wrażliwością. Jej narracja płynie naturalnie, a rodzinne historie układają się w fascynującą opowieść o przemijaniu, pamięci i dziedzictwie przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Nie ma tu wielkich bohaterów ani spektakularnych wydarzeń. Są za to ludzie, "wędrowni" nie tylko w sensie geograficznym, ale także życiowym, pokonujący kolejne etapy historii, zmian społecznych i własnych losów. Autorka utkała ze zwykłych losów prostych ludzi, niezwykłą opowieść, fascynującą i emocjonalną.

Ta książka przypomina, jak wiele zawdzięczamy kobietom, które przez dziesięciolecia wykonywały ogromną, trudna, mozolną i zazwyczaj niedostrzeganą pracę. Kobietom, które nie pisały manifestów, ale zmieniały świat poprzez codzienne decyzje, troskę o rodzinę i wiarę w lepszą przyszłość swoich dzieci.

"Ludzie wędrowni" okazali się dla mnie lekturą niezwykle satysfakcjonującą. Mądrą, wzruszającą i autentyczną. To książka, która oddaje głos tym, które zbyt często pozostawały na marginesie wielkiej historii, a przecież to właśnie one były jej cichymi bohaterkami, to dzięki nim trwa maraton pokoleń. To opowieść utkana z pamięci, miłości i kobiecej siły. Jedna z tych książek, po których ma się ochotę zadzwonić do własnej babci, czy mamy i jeszcze raz zapytać o historię rodziny. 

Bardzo, bardzo polecam.

Czarująca poetka. O Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. - Joanna Jurgała-Jureczka


 Lubię sięgać po książki o kobietach, bo przywracają pamięć, rzucają nowe lub inne światło na osobę, dlatego z ciekawością zabrałam się za lekturę "Czarującej poetki. ...". Liczyłam na bliskie spotkanie z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, kobietą niezwykłą, poetką obdarzoną wyjątkową wrażliwością, odważną obserwatorką świata i ludzkich uczuć. Tymczasem po zamknięciu książki pozostał mi niedosyt.

Paradoksalnie, choć bohaterką publikacji jest jedna z najważniejszych polskich poetek XX wieku, miałam wrażenie, że jej głos nie zawsze wybrzmiewa tu najmocniej. Owszem dostałam piękne wiersze, ciekawe epizody rodzinne i liczne informacje o środowisku, w którym żyła. Poznałam fascynujący krąg artystów, krewnych i znajomych, ale dla mnie sama poetka bardzo często pozostała gdzieś pomiędzy nimi, jakby ukryta za różnorodną scenografią własnego życia, świadczą o tym zamieszczone w książce wspomnienia, opinie, głosy o Marii. 

Autorka niewątpliwie doskonale odtwarza atmosferę epoki i skomplikowaną sieć rodzinnych oraz towarzyskich relacji. Uczucia ojca i matki względem swoich dzieci, zwłaszcza córek. Ja jednak miałam wrażenie czytania opowieści o świecie wokół Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, a nie o niej samej. Po tytule miałam nadzieję na poznanie jej codzienności, procesu twórczego, rozterek, poglądów czy drogi artystycznej. Generalnie chciałam poczytać o kobiecie ukrytej za znanymi wierszami. Dostałam dość szerokie tło do panującej w latach dwudziestych XX wieku "mody" na ezoterykę, której poetka była zagorzała fanką, szukała miejsc, zdarzeń, lektur, które przybliżały ją do tego obszaru. Autorka skupiła się również na niektórych wątkach miłosnych poetki, zwłaszcza dotyczących jej drugiego męża Jana Pawlikowskiego, bo o trzecim jest tylko wzmianka.

Oczywiście nie jest to książka nieciekawa. To raczej książka, która okazała się inna, niż oczekiwałam. Warto po nią sięgnąć dla bogatego tła historycznego, dla opowieści o rodzinie Kossaków i dla przypomnienia twórczości Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jeśli jednak ktoś szuka przede wszystkim intymnego i pogłębionego portretu poetki, może, podobnie jak ja, odczuć pewien niedosyt. Niemniej doceniłam fragmenty, w których przemawiała sama poetka, poprzez swoją twórczość. Jej wiersze nadal zachwycają subtelnością, ironią i emocjonalną prawdą. W nich odnajdywałam Marię, której nie zawsze mogłam odnaleźć w narracji biograficznej.

Po lekturze pozostało mi przekonanie, że Maria Pawlikowska-Jasnorzewska była jeszcze ciekawsza, bardziej złożona i bardziej fascynująca, niż udało się to tej książce w pełni pokazać, ona raczej budzi apetyt na poznanie poetki, ale nie do końca go zaspokaja.

Eleonora Plutyńska. Wielka dama polskiej tkaniny - Magdalena Stopa


To opowieść o kobiecie, która utkała swoje "życie". Lubię książki przywracające pamięć o wybitnych kobietach, Polkach, które swoją pracą, talentem i determinacją zmieniały rzeczywistość, a mimo to nie zawsze zajmują należne im miejsce w zbiorowej pamięci. 
Magdalena Stopa wydobywa z cienia postać Eleonory Plutyńskiej, artystki, rzemieślniczki, mistrzyni tkactwa, wykładowczyni, mentorki i badaczki kultury ludowej. Ukazuje ją nie jako pomnikową bohaterkę, ale jako kobietę z krwi i kości, zmagającą się z wyzwaniami swojej epoki.
Autorka snuje opowieść niczym tkaczka nić. Rozpoczyna od narodzin Plutyńskiej, prowadzi czytelnika przez kolejne etapy jej życia, doświadczenia wojenne, działalność artystyczną, pedagogiczną i społeczną, aż po ostatnie lata. Ta narracja ma w sobie coś z samego tkactwa, z pojedynczych faktów, wspomnień, dokumentów i świadectw powstaje całkiem bogata, wielobarwna tkanina ludzkiego losu.
Szczególnie urzekło mnie pokazanie Eleonory Plutyńskiej jako osoby, która potrafiła łączyć świat sztuki ze światem tradycji. Była nie tylko twórczynią, ale w moim odczuciu także antropolożką tkactwa, dostrzegała wartość ludowego rzemiosła, dokumentowała je i przekazywała kolejnym pokoleniom. W czasach, gdy wiele dawnych umiejętności odchodziło w zapomnienie, ona rozumiała, że w rękodziele zapisane są historie ludzi, regionów i całych społeczności. Starała się ocalić unikalne ściegi, naturalne farbowanie przędzy i techniki obchodzenia się z wełną. Jej praca nie poszła na marne, bo obecnie tkanina dwuosnowowa jest kultywowana na Podlasiu, a w Janowie można odwiedzić Izbę Tkactwa Dwuosnowowego z ponad 50 zgromadzonymi tkaninami: dywanami, kilimami i makatami wykonanymi przez różnych twórców. Wzory z Janowa są popularne w innych krajach, np. w Japonii.

Magdalena Stopa wykonała ogromną pracę badawczą, ale nie stworzyła suchej biografii. Napisała książkę pełną życia, emocji i fascynujących kontekstów historycznych. Dzięki temu poznajemy nie tylko samą Eleonorę Plutyńską, lecz także świat, w którym żyła, świat zmieniającej się Polski, środowisk artystycznych, pracowni tkackich i powstających akademickich sal.

To książka dla wszystkich, którzy cenią biografie kobiet wyprzedzających swoją epokę. Dla tych, którzy chcą odkrywać postacie niezbyt obecne w podręcznikach, ale mające ogromny wpływ na polską kulturę. A także dla każdego, kto wierzy, że pamięć o takich osobach warto nieustannie odnawiać.
Po lekturze pozostaje nie tylko podziw dla Eleonory Plutyńskiej, ale również wdzięczność dla Magdaleny Stopy za to, że tak pieczołowicie i z literacką wrażliwością przywróciła jej miejsce w historii. To piękna opowieść o kobiecie, która tkała nie tylko kilimy i gobeliny, lecz także trwałe nici polskiej kultury.

Collete - Valérie Perrin

 


Za mną kolejna książka Valerie Perrain tym razem "Colette", która, ogólnie rzecz ujmując, utrzymana jest w konwencji autorki, bo opowieści  dzieją się na kilku planach czasowych, a wątki splatają się w całość pod koniec lektury wyjaśniając historię. Jednak w "Colette" mamy dodatkowo bardzo dużą galerię postaci, co dla mnie niestety w tym wykonaniu było przytłaczające i gubiłam się w nich. Niemniej co niezmienne, w moim odczuciu Perrin ma dar budowania postaci naznaczonych stratą, tęsknotą i rodzinnymi sekretami. Nawet jeśli chwilami się gubiłam, to zwykle zostawałam z poczuciem, że poznałam bohaterów dość blisko i z różnych perspektyw czasowych.

Sam punkt wyjścia opowieści jest bardzo intrygujący, bo jakże by miał nie być, skoro główna bohaterka dostaje telefon o śmierci ciotki, formalnie zmarłej trzy lata wcześniej. Takie uderzenie nie pozostawia obojętnym na to co będzie dalej... Intryguje też kto właściwie został pochowany i jaka tajemnica kryje się za tą wiadomością? 

Podsumowując, „Colette” Valérie Perrin to interesująca, wielowątkowa saga rodzinna oparta na tajemnicy związanej ze śmiercią tytułowej bohaterki. Podobał mi się intrygujący punkt wyjścia oraz charakterystyczna dla autorki narracja prowadzona na kilku planach czasowych. Jednocześnie liczba postaci i pobocznych historii była tak duża, że momentami gubiłam się w relacjach między bohaterami i ich problemach. To dobra książka, ale wymagająca od czytelnika dużej uwagi.








„Colette” to kolejna powieść Valérie Perrin, która urzeka ciepłym stylem, wrażliwością i umiejętnością opowiadania o ludzkich losach. Autorka po raz kolejny tworzy historię pełną emocji, tajemnic i refleksji nad życiem, pamięcią oraz relacjami międzyludzkimi.

Książkę czytałam z przyjemnością i zainteresowaniem. Doceniam przede wszystkim sposób, w jaki Perrin buduje swoich bohaterów – są wiarygodni, wielowymiarowi i łatwo wzbudzają sympatię. Fabuła jest dobrze skonstruowana, a kolejne odkrywane sekrety skutecznie zachęcają do dalszej lektury.

Mimo tych niewątpl
iwych zalet „Colette” nie wywołała we mnie aż tak silnych emocji, jak wcześniejsze powieści autorki – przede wszystkim „Życie Violette” czy „Zapomniane niedziele”. To właśnie te książki na długo pozostały w mojej pamięci dzięki niezwykłej intensywności przeżyć, wzruszeniom i głębokiej więzi, jaka rodziła się między czytelnikiem a bohaterami. W „Colette” zabrakło mi tej samej siły oddziaływania emocjonalnego i momentów, które naprawdę ściskałyby za serce.

Nie zmienia to jednak faktu, że jest to bardzo dobra powieść – napisana z charakterystyczną dla Valérie Perrin czułością wobec ludzi i ich historii. To lektura wartościowa, skłaniająca do refleksji i potwierdzająca literacki talent autorki, choć w moim odczuciu nie dorównuje jej najbardziej poruszającym książkom.

Ocena: 4/5 – piękna i mądra historia, ale nie tak emocjonalnie angażująca jak „Zapomniane niedziele” i „Życie Violette”.


sobota, 27 czerwca 2026

Kontury - Jakub Jarno


To moje drugie spotkanie z Jakubem Jarno i równie udane.

„Kontury” to historia Wandy, kobiety o nieznanym pochodzeniu, której życie od początku naznaczone jest brakiem, samotnością i chłodem instytucjonalnej opieki. Bohaterka „urodziła się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kogo”. Ten brak zakorzenienia staje się dla niej losem, nie tylko faktem biograficznym, ale wręcz doświadczeniem egzystencjalnym. Wychowywana najpierw przez siostry zakonne, a następnie w domu dziecka, Wanda od najmłodszych lat styka się z emocjonalną pustką i przemocą. Dodatkowo autor nie idealizuje tych miejsc, pokazuje je jako przestrzenie odczłowieczenia, gdzie dziecko nie jest podmiotem, lecz problemem do zarządzania. Jednym z najbardziej wstrząsających momentów powieści jest utrata oka przez Wandę, z jednej strony to wydarzenie brutalne, a z drugiej symboliczne. Nieprzypadkowy akt przemocy ze strony innej wychowanki ukazuje nie tylko fizyczne zagrożenie, ale też atmosferę ciągłego napięcia i rywalizacji, w której dzieci funkcjonowały, zabiegały o uwagę zarządzających i jakieś "lepsze" uczucia. W książce ukazany został świat pozbawiony opieki w najgłębszym sensie, świat, w którym krzywda może wydarzyć się z najniższych pobudek, bez konsekwencji, zwłaszcza jeśli ma się za sobą wychowawczynię, a raczej nadzorczynię o podobnym charakterze. Autor jednak nie moralizował, ale też nie dawał łatwych ocen, niemniej utrzymywał ponury, duszny klimat, przytłaczający nieprzewidywalnością. 

W tym przemocowym tle ważną rolę odgrywa postać Franka Światło, chłopca cieszącego się uznaniem wśród rówieśników. Jego zainteresowanie Wandą daje chwilowe złudzenie bliskości i akceptacji. Autor nie rozwija jednak tego wątku w sposób klasyczny, nie otrzymujemy prostej historii przyjaźni czy miłości. Raczej jest to sugestia emocjonalnej relacji, która nigdy nie zostaje w pełni uchwycona, do końca wyjaśniona czy nazwana. Równie ciekawa i niewyjaśniona jest relacja z Urbanem Sierpińskim, chłopcem który pochodził z "dobrego" i szanowanego domu.

„Kontury” to powieść zanurzona w realiach PRL-u, w którym chłód instytucji, bezduszność wychowania, brak indywidualnego podejścia wpisywało się w obraz epoki, w której jednostka często ginęła w systemie. Na tle tej szarej rzeczywistości rozświetlającym wątkiem jest ten o tenisie, który był czymś lepszym i wznioślejszym w tej siermiężnej rzeczywistości, ale i on miał swoje ograniczenia, skupiła się tylko do bloku wschodniego. 

„Kontury” nie prowadzą czytelnika przez spójną fabułę, raczej zmuszają do poruszania się po jej fragmentach jak po tytułowych konturach, które nigdy nie zamieniają się w jednoznaczny, zamknięty obraz. Nic w tej książce nie zostało wyjaśnione do cna, co może w niejednym czytelniku budzić frustrację. Narracja Wandy, prowadzona z więzienia, pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi. Nie dowiadujemy się, co doprowadziło ją do tego miejsca, jakie były jej dorosłe wybory, ani jakie relacje ukształtowały jej życie. Brakuje też wyjaśnień dotyczących niektórych wydarzeń z dzieciństwa czy młodości. Nie wiemy dlaczego jeden z jej towarzyszy jest, a drugiego już nie ma. Być może jednak te „luki” nie są przypadkowe, bo taka była koncepcja powieści. Może autor świadomie zrezygnował z domknięcia, zmuszając czytelnika do aktywnej interpretacji. „Kontury” nie oferują gotowych rozwiązań, lecz pozostawiają z niedopowiedzeniem, podobnie jak życie Wandy, pozbawione jasnej narracji i sensownego porządku.

Dodam, że ciekawym zabiegiem autora było umieszczenie w opowieści młodej dziennikarki, która swoimi pytaniami podważa opowieść Wandy, co dodatkowo nie daje pewności i spokoju w odczytywaniu opowieści.

Podsumowując, „Kontury” to trudna, momentami bolesna lektura, która nie daje satysfakcji w tradycyjnym sensie. Nie znajdziemy tu katharsis ani klasycznej przemiany bohatera. Zamiast tego otrzymujemy przejmujący portret jednostki złamanej przez system i pozbawionej wsparcia. To książka wymagająca, ale jednocześnie wartościowa, szczególnie dla tych czytelników, którzy cenią literaturę pozostawiającą przestrzeń na refleksję i niedopowiedzenie. 

piątek, 26 czerwca 2026

Skończyły mi się oczy - Grażyna Jeromin-Gałuszka

 

Ach cóż to była za przyjemna, "pluszowa" książka. Po poważnych lekturach dobrze zatopić się w klimatach stworzonych przez autorkę. „Skończyły mi się oczy” jest pełna ciepła, łagodności i takiego kojącego klimatu „dawno, dawno temu”. Nie czyta się jej dla zwrotów akcji czy intelektualnych fajerwerków, ale dla emocji, atmosfery i poczucia bezpieczeństwa, jakie daje. To opowieść trochę jak miękki koc: spokojna, momentami nostalgiczna, zanurzona w świecie prostych wzruszeń i delikatnej wrażliwości. A choć czasami ma "mocniejsze" akcenty to w mojej opinii nie zaburzają całości, dodają nieco ożywienia akcji, lekko "zaostrzają" lekturę.

Miałam momentami wrażenie, że obcuję z baśnią dla dorosłych, taką historią, która bardziej tuli niż niepokoi. Autorka buduje świat pełen emocjonalnych drobiazgów, dzięki którym łatwo wejść w ten rytm opowieści. To jedna z tych książek, które bardziej się „czuje” niż analizuje. W mojej opinii to książka dla tych czytelników, które potrzebują oddechu, łagodności i historii zostawiającej po sobie miękkie, trochę melancholijne wrażenie. Daje przestrzeń na zatrzymanie się, refleksję i wejście w spokojniejszy rytm myślenia. W czasach narracji opartych na szoku i przebodźcowaniu taka forma może być zaskakująco kojąca.

Bohaterki (cztery pokolenia kobiet w rodzinie), z których każda jest nieidealna, powodowały u mnie natychmiastową sympatię i czułość. Każda z bohaterek opowiada o sobie, o swoich najbliższych, pokazując swoje trudności, rozterki i niedoskonałości. Urocze są ich nieidealne relacje, które jednak przepełnione są ciepłem, miłością i tolerancją. W książce są mężczyźni, ale stanowią oni bardziej tło, albo dopełnienie jakiejś sytuacji, która musiała pociągnąć historię.

Czytając ją, miałam wrażenie obcowania z opowieścią z innego czasu: spokojniejszego, bardziej wrażliwego, trochę baśniowego. Niemniej nie jest to książka dla każdego, dla tych którzy oczekują dynamiki, brutalnego realizmu lub wyrazistego napięcia mogą poczuć niedosyt. Narracja płynie spokojnie, chwilami wręcz kontemplacyjnie pozwala zanurzyć się w atmosferze i emocjach bez presji ciągłego działania.

Po lekturze zostało mi przede wszystkim poczucie ciepła i nostalgii. „Skończyły mi się oczy” nie epatuje wielkimi tezami ani dramatami, ale zostawia po sobie coś trudnego do nazwania: miękki smutek, ukojenie i wrażenie, że przez chwilę było się w świecie bardziej łagodnym niż ten codzienny. Polecam.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Zemsta należy do mnie - Marie Ndiaye

 

„Zemsta należy do mnie” to książka niełatwa, gęsta, duszna, dziwna i wielowarstwowa. Czytając miałam niejednokrotnie chęć zaprzestania czytania, ale coś mnie jednak ciągnęło do tego co dalej się wydarzy i w konsekwencji przeczytałam.  

Marie NDiaye zbudowała opowieść skomplikowaną, która niepokoi swoją gęstą od niedopowiedzeń i emocjonalnych napięć warstwą pod "powierzchnią zdarzeń" pierwszoplanowych. Sami bohaterowie również nie są do końca wiarygodni, ani dla siebie nawzajem, ani dla czytelnika. I tak na przykład główna bohaterka adwokatka Susane, choć próbuje zrozumieć i pomóc swojej klientce sama mierzy się z jakimś niezrozumiałym, acz napierającym wspomnieniem dawnego spotkania z mężczyzną, notabene mężem klientki. To spotkanie jest jak cierń, podskórny, niby zagojony, ale ciągle daje o sobie znać, nie pozwalając na komfort codzienności. Do tych postaci dochodzi jeszcze kolejna tajemnicza osoba czyli Sharon, emigrantka z Mauritiusa, która pracuje u Susane jako pomoc domowa. Wątki różnych niepokojów przeplatają się ze sobą tworząc gęstą atmosferę niedopowiedzeń i drżeń. W książce dominuje gra pozorów, zakamuflowany konflikt o podłożu pasywno-agresywnym. Moją uwagę przyciągnął związek klientki mecenas Susane, czyli Marylin Principaux z mężem, najpierw nieświadoma dała się wciągnąć mężowi w powolną alienację, a pozostawiona sama ze wszystkimi obowiązkami i emocjami próbowała zrzucić całe przygniatające ją brzemię niszcząc wszystko co najbliższe. Ale nie tylko Marylin została odcięta od wszystkich i wszystkiego, również mecenas Susane została "odcięta" od rodziny, od warstwy społecznej, może bardziej metaforycznie i mniej dramatycznie, ale cały czas w jej życiu wybrzmiewają echa tego odcięcia i niedopasowania do środowiska, w którym się znalazła. Podążając tym tropem Sharon jest w podobnej sytuacji, chociaż trochę z własnej woli i na własnych zasadach, bo to ona uciekła ze swojej ojczyzny, aby "poprawić" swój los. Uciekła z domu, w którym była tylko matką i gospodynią domową, by na emigracji decydować dla kogo pracuje i trzymać rodzinę w szachu. Niepokojąca jest również relacja mecenas Susane i Sharon, delikatna ze strony prawniczki, podszyta niechęcią ze strony Sharon. Choć zagłębiając się nieco bardziej odczuwamy chęć umocnienia zależności, związania, zbudowania pomostu wdzięczności przez mecenaskę i budowania szczelnej granicy przez Sharon, nie dopuszczanie do swojej rodziny i spraw prywatnych mecenaski. Podobnych, choć może bardziej drugoplanowych zależności znajdziemy tutaj więcej, bo ta opowieść została na nich zbudowana. 

Nie ma w tej książce prostych bohaterów i jednoznacznych interpretacji, wszystko jest wielowarstwowe i wieloznaczeniowe. Autorka ukazuje portrety ludzi, którzy grzęzną w ciasnych obsesjach, popadając w skrajne emocjonalne wyczerpanie, z którego nie ma dobrego wyjścia, bo już nie potrafią zrozumieć co się zadziało, i jak oswobodzić się z tej pętli. Nic w tej książce nie zostanie wyjaśnione definitywnie, pozostanie zaś mnogość alternatywnych rozwiązań, pytań bez odpowiedzi, jednoznacznych wersji zdarzeń, wszystko można rozpatrywać pod wieloma kątami. 

Ta z pozoru cicha proza, napisana chłodnym językiem przytłacza intensywnością. Można się poczuć klaustrofobicznie z natłoku tłumionych emocji i gestów oraz niewypowiedzianych słów. Motyw zemsty nie jest w tej powieści jednoznaczny ani dosłowny. Nie chodzi o prosty akt odwetu, ale raczej o coś głębiej osadzonego w ludzkiej psychice, o potrzebę wyrównania krzywd, o pamięć, która nie pozwala zapomnieć, o relacje, które pozostawiają w nas ślad na zawsze. Zemsta okazuje się tutaj czymś rozproszonym, wpisanym w emocjonalne dziedzictwo bohaterów.

Nie zaznałam spokoju, nie poznałam przyczyn tragicznych zdarzeń, nie poznałam żadnej postaci prawdziwie, ale czy zawsze mamy dostawać oczywiste odpowiedzi? W tym tkwi siła tej książki, że nic nie jest łatwe, oczywiste i nie zawsze dostaniemy rozwiązanie. Dla czytelnika szukającego historii „do rozwiązania” może być frustrująca. Dla tego, który chce zanurzyć się w opowieści o emocjach, pamięci i cienkich granicach między tym, co przeżyte, a tym, co wyobrażone, ta książka będzie doświadczeniem wyjątkowym i długo pozostającym w pamięci.

środa, 27 maja 2026

Proste rzeczy - Marcin Wicha

 

Kolejna książka Marcina Wichy przeczytana. W „Prostych rzeczach”, autor w bardzo odpowiadający mi sposób komentuje rzeczywistość. Jego felietony są zapisem obserwacji codzienności, tej z pozoru banalnej, a czasami dziwnej, absurdalnej i niepokojącej. Zaczynamy śledzić jego refleksje w 2015 roku, by zakończyć lekturę w zasadzie w 2017 roku, choć nie warto przywiązywać się do chronologii. Felietony nie tworzą zamkniętego portretu rzeczywistości, mam wrażenie, że choć skończone w książce wciąż trwają, mają swoje kontynuacje i następstwa.

 Czytając Marcina Wichę, miałam wielokrotnie wrażenie, że obcuję z własnymi myślami, tyle że wyrażonymi umiejętniej, precyzyjniej, celniej, z większym wyczuciem języka. To doświadczenie współodczuwania sprawiało, że felietony przestały być tylko komentarzem autora, a stały się dla mnie przestrzenią refleksji nad otaczającym mnie światem. Autor ze swoją zdolnością wychwytywania szczegółów, drobnych sytuacji, gestów, czy słów zauważa głębsze napięcia społeczne i kulturowe. Jego spojrzenie jest jednocześnie ironiczne i pełne niepokoju. Nie oferuje prostych diagnoz ani jednoznacznych ocen, raczej rejestruje rzeczywistość w jej pęknięciach i niespójnościach. W jego książce kryje się świadomość zmiany, która zachodzi niepostrzeżenie, ale konsekwentnie. Wyraźnie pokazują to m.in. takie tytuły jak: "Wyklęty bierze odwet na jarmużu", "Wycinka", "Łabędzi śpiew przy wschodniej ścianie", "Lista lektur, pole bitwy", i wiele innych.

„Proste rzeczy” mogą być swoistym zapisem epoki, czasu, w którym coś zaczęło się wyraźnie przesuwać w społecznym i językowym krajobrazie. Autor nie opisuje tego wprost, nie buduje szerokich analiz politycznych, sporów partyjnych czy jednoznacznych deklaracji światopoglądowych, ale jego felietony tworzą mozaikę nastroju i pokazują obecne czasy okiem zwykłego obserwatora. 

To książka, która dla mnie była przede wszystkim doświadczeniem bliskości z tekstem, z autorem, ale też z własnymi, często niewypowiedzianymi myślami. I może właśnie dlatego „proste rzeczy” okazują się w niej najtrudniejsze do zignorowania. Żal, że więcej "prostych" spostrzeżeń nie będzie, ale warto czytać to co zostawił.

wtorek, 26 maja 2026

Nie zapomnij nakarmić gołębi - dziennik z Gazy (autor/ka nieznany/a)

 

„Nie zapomnij nakarmić gołębi” to nie jest reportaż w klasycznym sensie, ani literacka fikcja, to raczej zapis egzystencji rozpiętej pomiędzy codziennością a permanentnym stanem zagrożenia. Autor (lub autorka) prowadzi nas przez rzeczywistość Strefy Gazy nie poprzez suche polityczne analizy czy statystyki, lecz przez intymne, często bolesne doświadczenia życia fizycznego i emocjonalnego. To czysto ludzka opowieść, a choć piszący ten dziennik próbował/ła oddać rzeczywistość mieszkańca w strefie Gazy, to nie wiem czy czytając można sobie choć w niewielkim stopniu wyobrazić takie życie, codzienność, w której nic nie jest "normalne", bo w każdej minucie możesz stracić życie. 

Nie jest to porywająca lektura, nie znajdziecie w tym dzienniku spektakularnych opisów,  "Bondowskich" wyczynów podczas ucieczek, to "zwyczajna" opowieść o codzienności skażonej grozą bombardowań i nagłych strat, niepewnością i napięciem. Nie znajdziecie patosu, nadmiernego dramatyzmu, raczej wiele prostoty. Te tytułowe gołębie i koty, o których tak dużo jest w książce, to być może symbol trzymania się czegoś zwyczajnego, powtarzalności o którą tak trudno w tej rzeczywistości. Zapisy są bardzo oszczędne i niezbyt wyrafinowane językowo, co tylko pokazuje (przynajmniej dla mnie) chęć zanotowania czegokolwiek z dnia/godziny, które udało się przetrwać. Wiele w tej książce ciszy, niedopowiedzeń, urwanych myśli, jakby piszący/a musiał/ła się ukryć, schować, uciekać, a w czytelniku zostaje oczekiwanie na to co się wydarzy, kto poniesie ofiarę?  Czytając można też "poczuć" doświadczenia fizyczne: ciągłe napięcie mięśni, zmęczenie, brak snu, głód, dźwięki eksplozji rezonujące w ciele. Emocje nie są tu abstrakcyjne, bo strach ma swoją wagę, zmęczenie swoją skalę, a nadzieja swoje kruche, niemal namacalne granice. 

„Nie zapomnij nakarmić gołębi. ...” zostawia czytelnika z poczuciem bezradności, ale też z głębokim poruszeniem i refleksją nad tym, czym jest codzienność tam, gdzie podstawowe potrzeby człowieka: jedzenie, bezpieczeństwo, stabilizacja pozostają nieosiągalne. Gdzie przyszłość jest tylko marzeniem, a może nadal jest marzeniem, bo wielu mieszkańców Gazy wciąż wierzy w możliwość życia w bezpiecznej ojczyźnie. To książka trudna, momentami przytłaczająca, nie porywająca, raczej przygniatająca, ale potrzebna, bo pokazuje "zwyczajność" okropności wobec, której ogromna społeczność międzynarodowa jest bezradna, albo zwyczajnie nie interesuje się nią. Po prostu smutna lektura.

środa, 20 maja 2026

Chiny jednego dziecka - Piotr Sochoń, Weronika Truszczyńska, Nadia Urban

 

Trafiła w moje ręce zbiorowa praca o problemie społeczno-demograficznym Państwa Środka: „Chiny jednego dziecka”, która w wyjątkowo przejrzysty, a jednocześnie poruszający sposób analizuje jeden z najbardziej radykalnych eksperymentów społecznych XX wieku. Autorzy nie ograniczają się do suchego opisu polityki jednego dziecka, ale proponują wielowymiarową narrację, w której decyzje polityczne, społeczne konsekwencje i indywidualne dramaty splatają się w obraz głęboko złożony i niejednoznaczny.

Dużą wartością tej publikacji jest jej szczegółowość. Autorzy drobiazgowo rekonstruują proces tworzenia i wdrażania polityki kontroli urodzeń w Chinach, pokazując ją jako przemyślaną, choć często oderwaną od realiów społecznych formę „inżynierii społecznej”. Widać jak na dłoni jak decyzje podejmowane na najwyższych szczeblach władzy przekładały się na życie milionów ludzi. Co ważne, książka nie upraszcza tej zależności, zamiast tego odsłania jej złożoność, wskazując zarówno motywacje władz (np. obawy o przeludnienie czy rozwój gospodarczy), jak i ich nieprzewidziane konsekwencje: od zaburzeń struktury demograficznej, przez społeczne napięcia, aż po długofalowe skutki ekonomiczne. 

Szczególnie wyraźnie wybrzmiewa jednak jeden aspekt, nieproporcjonalne obciążenie kobiet. Z kart książki wyłania się obraz, w którym to właśnie kobiety stały się głównymi „nośnikami” skutków tej polityki. Presja społeczna, kontrola reprodukcyjna, a często również przymusowe działania administracyjne wpływały bezpośrednio na ich ciała i życie osobiste. Autorzy w subtelny, ale stanowczy sposób pokazują, jak decyzje podejmowane w strukturach władzy, znacząco zdominowanej przez mężczyzn, przełożyły się na utrwalenie i wzmocnienie istniejących stereotypów płciowych. Kobiety przedstawiane są tu nie tylko jako ofiary systemu, ale również jako osoby zmuszone do funkcjonowania w rzeczywistości, w której to one ponoszą konsekwencje założeń polityki. W zasadzie kobiety od początku, w którym dało się to stwierdzić, ponosiły ofiarę polityki; wykryte podczas USG "dziewczynki" były poddawane aborcji, jeśli nie udało się potwierdzić płci podczas ciąży, urodzone dziewczynki topiono lub wyrzucano, małe dziewczynki oddawano rodzinom chłopców na poczet przyszłych żon, przekazywano do adopcji zagranicznych. Sytuacja dziewczynek zależała od rodziny i miejsca jej urodzenia. Większe szanse na urodzenie, wychowanie i dorośnięcie miały w miastach, zdecydowanie mniejsze na wsiach, gdzie rodzice potrzebowali rąk do pracy, a przy takiej polityce dziewczynki były bezużyteczne. Autorzy pokazali także złożoności prawne obowiązujące w Chinach, które dotykają kobiety, a mianowicie linie dziedziczenia i własności, która jest przypisana do linii męskiej. To prawo wydaje się nie do wyobrażenia, a trzyma się mocno.

Nastał też taki moment w miastach, że jedynaczki były traktowane przez swoich rodziców jak równoprawne obywatelki, jak skarby, co przechyliło szalę obciążeń i wymagań w drugą stronę, nauka, kariera, opieka nad rodzicami, wysoko postawiona poprzeczka. Można by rzec, że w Chinach wahadło zmian nie potrafi znaleźć spokoju, wskazówka mocno odchyla się to w jedną to w drugą stronę.

"Jedna rodzina, jedna miejscowość, dwa pokolenia kobiet. Kilkunastoletnia dziewczyna oddana za bezcen na żonę dla obcego mężczyzny i jej bratanica, młoda kobieta mieszkająca dzisiaj w Nowym Jorku z wybranym przez siebie partnerem. Ciotka Jenny stanowiła dla rodziny obciążenie, była warta tylko tyle, ile chciał za nią zapłacić przyszły mąż. Z kolei Jenny jest dla swojej rodziny nadzieją i krewni uważają, że warto w nią inwestować miliony juanów." (str. 35) Niemniej ten kij ma dwa końce, bo choć jedynaczki z "polityki jednego dziecka" mają to o czym nie mogły nawet marzyć kobiety z wcześniejszych pokoleń, mają spełniać szereg oczekiwań, począwszy od osiągającej sukcesy zawodowe, dobrze wychodzącej za mąż tradycyjnej partnerki, troskliwej matki, po opiekunkę swoich rodziców.

Obecna sytuacja nie napawa polityków optymizmem, bo społeczeństwo z jednej strony starzeje się, nie ma zastępowalności pokoleń, brakuje młodych kobiet do rodzenia, młodzi mężczyźni nie mają z kim mieć potomstwa, a czasami to dobrze wykształcone kobiety nie mogą znaleźć partnera ze względu na wysokie wymagania rodziców (kolejna zaszłość kulturowa). Czasami to młodzi wychowani w dobrobycie nie chcą podjąć się obowiązków i trudu wychowywania dzieci. Wyzwań jest sporo, ryzyka dla społeczeństwa i gospodarki duże. Chciałoby się zapytać, co czeka Chiny w XXI wieku starzejącego się na potęgę społeczeństwa? Nie jest to tylko problem tego kraju, ale dodatkowym problemem jest skala.

Książka oferuje czytelnikowi przestrzeń do refleksji, nad relacją między władzą a jednostką, nad granicami ingerencji państwa w życie prywatne, a także nad długofalowymi skutkami decyzji podejmowanych w imię „wyższego dobra”. To też świadectwo nakładających się elementów np. polityki i zwyczajów kulturowych, które często wykluczają się, a co najmniej ścierają ze sobą.

„Chiny jednego dziecka” to lektura ciekawa a dzięki połączeniu rzetelnej analizy z wrażliwością społeczną staje się uniwersalną opowieścią o konsekwencjach prób sterowania społeczeństwem na masową skalę. To książka, która może zostać z czytelnikiem na długo, nie tylko jako źródło wiedzy, ale przede wszystkim jako impuls do krytycznego myślenia. Jest napisana bardzo przyjaznym językiem i w sposób wciągający, jakby była opowieścią z innego świata.

środa, 13 maja 2026

Powolność - Milan Kundera

 

„Powolność” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Milana Kundery i jak na ten moment doświadczenie dość nieokreślone uczuciowo. Z jednej strony doceniam styl autora: refleksyjny, pełen intelektualnej gry, zestawiający różne epoki, spojrzenia i tempo życia. Autor prowadzi czytelnika przez rozważania na temat szybkości i powolności współczesnej egzystencji, przeplatając je historią o dość ulotnej, momentami surrealnej fabule. Z drugiej strony, lektura nie porwała mnie na tyle, żeby mieć satysfakcję z czytania. Towarzyszyła mi niemoc zaangażowania się w opowieść, łapałam się na myśli, że może to nie jest właściwy moment na tę lekturę, może nie dojrzałam do jego twórczości?
Jednocześnie miałam tez poczucie, że gdzieś obok czekają inne książki, które teraz byłyby bliższe moim potrzebom.

„Powolność” wydaje się wymagać specyficznego nastroju: otwartości na filozoficzną refleksję i gotowości na zatrzymanie się. Być może wrócę do niej kiedy indziej, w innym czasie i z inną wrażliwością. Na ten moment zostaję z poczuciem, że doceniam jej zamysł, ale nie do końca go przeżyłam.

wtorek, 12 maja 2026

Sny o Warszawie. Wizje przebudowy miasta 1945-1952 - Krzysztof Mordyński

 

„Sny o Warszawie. Wizje przebudowy miasta 1945–1952” to książka, która pokazuje stolicę nie tylko jako przestrzeń fizyczną, lecz także jako pole idei, ambicji i marzeń powojennej Polski. Autor prowadzi czytelnika przez czas tuż po zniszczeniach wojennych, gdy Warszawa zanim została odbudowana niemal od podstaw, musiała zostać wymyślona na nowo. Lekturę zaczynamy od siedziby Biura Odbudowy Stolicy przy ulicy Kowelskiej, gdzie nie tylko tworzono pierwsze myśli i założenia odbudowy Warszawy, ale także mieszkano, bo tylko po prawej stronie stolicy można było znaleźć miejsce pod dachem.

Książka odsłania fascynujący moment w historii miasta, kiedy architekci, urbaniści i decydenci snuli śmiałe wizje przyszłej stolicy: nowoczesnej, funkcjonalnej, radykalnie innej od tej sprzed wojny, z innym układem ulic, przestrzennej, zielonej i dla wszystkich. Jednak plany przebudowy były nie tylko odpowiedzią na materialną ruinę, lecz także wyrazem politycznych i ideologicznych założeń nowej rzeczywistości. Książka pokazuje, jak silnie urbanistyka splatała się wówczas z wizją „nowego człowieka” oraz nowego porządku politycznego i społecznego. Architekci, którzy tworzyli w tym czasie pamiętali jeszcze czasy I Wojny Światowej, przeżyli II Wojnę Światową i mieli zmierzyć się z najbardziej jaskrawymi jej skutkami, czyli ruiną Warszawy. "...kształt stolicy jest równocześnie zapisem zmagań architektów i urbanistów, śladem ich marzeń, przemyśleń i trudnych decyzji. Gdy odnajdujemy więc ten punkt, gdzie "czas zatrzymał się w miejscu", nie wydawajmy łatwych sądów; ludzie tamtych czasów nie zasłużyli na nie." (str.34) To wzruszające zdanie autora zaprasza w historyczną podróż po wyzwaniach i zmaganiach wielu z tych, którzy chcieli "postawić" nową stolicę, podnieść z ruin miasto, które jak żadne, doświadczyło zniszczeń straszliwej wojny. A i pierwsze miesiące a nawet lata po wojnie nie były sielanką dla nikogo, może z wyjątkiem tych, którzy na krzywdzie innych potrafili coś zyskać.

„Sny o Warszawie. ...” Krzysztofa Mordyńskiego to fascynująca opowieść o mieście, które przez dekady istniało nie tylko w rzeczywistości, ale również, a może przede wszystkim, w wyobraźni swoich projektantów. Już sam tytuł książki trafnie oddaje jej istotę: mamy do czynienia nie tyle z historią zrealizowanej architektury, ile z historią marzeń, wizji i koncepcji, które kształtowały myślenie o stolicy. Autor prowadzi czytelnika przez różnorodne pomysły na Warszawę, od odważnych, niemal utopijnych projektów, po bardziej pragmatyczne próby odbudowy i rozwoju miasta. Architekci i urbaniści często spierali się ze sobą, proponując zupełnie odmienne kierunki rozwoju. W efekcie Warszawa jawi się tu jako pole ścierania się idei: nowoczesności z tradycją, funkcjonalności z reprezentacyjnością, wizji indywidualnych z potrzebami społecznymi. Dlatego, mocnym elementem książki jest ukazanie kontekstu, w którym te projekty powstawały. Autor wyraźnie pokazuje, że architektura nie była tworzona w próżni, ale musiała odpowiadać na aktualne realia polityczne, ideologiczne i ekonomiczne. Wiele z opisywanych koncepcji było trudnych, a czasem wręcz niemożliwych do realizacji, właśnie dlatego, że musiały wpisywać się w dominujące ideologie państwowe, iść na kompromisy lub godzić sprzeczne oczekiwania: władz, mieszkańców i samych twórców. Szczególnie interesujące jest to napięcie między marzeniem a ograniczeniem. „Sny o Warszawie. ...” pokazują, jak ambitne wizje często zderzały się z rzeczywistością, np. brakiem środków, zmianami politycznymi czy odgórnymi wytycznymi. Niektóre projekty pozostały więc jedynie na papierze, inne uległy znaczącym modyfikacjom, tracąc swój pierwotny charakter. Te treści sprawiły, że książka ma w sobie pewną nutę melancholii, bo jest opowieścią o tym, co mogło powstać, ale nigdy nie zaistniało. Nie oznacza to jednak, że jest to historia wyłącznie niespełnionych idei, bo autor pokazuje, że nawet niezrealizowane projekty miały znaczenie. Wpływały na sposób myślenia o mieście, inspirowały kolejne pokolenia architektów i pozostawiały ślad w jego ostatecznym kształcie.

Jeśli chodzi o plany to obejmowały dość precyzyjnie tkankę miejską biorąc pod uwagę koszty, potrzeby, kubaturę, funkcje, skutki uboczne, np. zanieczyszczenia i hałas. Planowano miejsca do mieszkania i kwartały przemysłowe, dzielnice: rządowe, bankowe i uniwersytecką oraz sieć różnych powiązań pomiędzy nimi. Nie zapomniano o dzielnicy zabytkowej, która miał wpisywać się w szeroki plan miasta. Wszystkie te wizje bardzo ciekawe, choć mnie najbardziej bliskie były koncepcje osiedli mieszkaniowych z różnymi pomysłami na ich funkcje użytkowe. Wizje na temat ich wyglądu i zastosowań były dla mnie szczególnie fascynujące, zwłaszcza w porównaniu z dzisiejszą działalnością budowlaną, często tzw. "patodeweloperką". Funkcje osiedli nie skupiały się tylko na rozwiązaniach dotyczących funkcji urządzeń, ale także na funkcji społecznej, komunikacyjnej, regeneracyjnej po pracy, towarzyskiej, generalnie szeroko rozumianej jako "miejsce do życia" rodzinnego i sąsiedzkiego. Osiedla miały wyrównywać szanse, niwelować nierówności, generować relacje międzyludzkie. Powstawały wizje Centrali, która miała zaopatrywać mieszkańców w dobra spożywcze, które w warunkach powojennych, kiedy w domach nie było lodówek, mogły szybko się zepsuć. Jedna z prekursorek funkcjonalnego podejścia do przestrzeni mieszkalnej, architektka Barbara Brukalska, stawiała na współdzielenie i współodpowiedzialność oraz umiejętność zarzadzania dobrami. W osiedlach miały znaleźć się szkoły i miejsca dla mieszkańców, które mogły pełnić różne funkcje społeczne (jakież to inne od obecnego podejścia deweloperskiego). Cudowna wizja osiedli społecznych niestety została pogrzebana przez ówczesne władze obawiające się zbyt silnego wpływu ruchu społecznego. Nie zabrakło informacji o powstających "blokowiskach", które jednakże dawały mieszkańcom przestrzeń do życia, dostęp do światła i zieleń, a także zapewniały te funkcje o których wspomniałam wyżej.

W końcowych akordach książki autor pochyla się nad twórcami, którzy patrzyli na miasto jako na kompozycję: efektowną, zapierająca dech, malowniczą koncepcję odnoszącą się do wyglądu, formy i układu elementów, czyli rodzaju sztuki organizacji przestrzeni. Jej admiratorami byli Stefan Tworkowski i Edmunt Goldzamat. Sporo miejsca autor poświęca też wizjom "Sześcioletniego Planu Odbudowy Warszawy", który zawierał piękne rysunki m.in. Jana Knothe ukazujące monumentalizm pomysłów ówczesnych wizjonerów.

Dodatkową wartością tej książki jest bogactwo materiałów ikonograficznych i projektowych, które pozwalają zobaczyć miasto, jakiego nigdy nie było, i które mogło powstać, gdyby historia potoczyła się inaczej. Niemniej te niezrealizowane koncepcje działają na wyobraźnię i prowokują do zadania pytania, jak bardzo dzisiejszy charakter Warszawy jest efektem kompromisów, a nie pierwotnych planów. To książka, która uczy uważnego patrzenia na miasto: na jego szerokie aleje, puste przestrzenie czy osie widokowe, które zyskują sens dopiero w kontekście powojennych marzeń i decyzji. Książka może zainteresować nie tylko miłośników historii i architektury, ale również wszystkich, którzy chcą lepiej zrozumieć, dlaczego Warszawa wygląda tak, a nie inaczej, i jakie sny zostały wpisane w jej powojenne fundamenty.

Autor przypomniał także o nazwiskach tych, którzy snuli owe marzenia. Maciej Nowicki architek, marzyciel z szerokimi wizjami o pięknym, zielonym, przestrzennym i funkcjonalnym mieście, którego wzrok podążał ku skarpie warszawskiej jako ramy dla odbudowy Śródmieścia. "Nowicki widział Warszawę jako metropolię, która wyrasta z historycznych korzeni, ale jest przede wszystkim miastem nowego porządku, jest pieśnią o trumfie nowoczesności." (str.70) Architekci Helena i Szymon Syrkusowie, poszukujący praktycznych rozwiązań dla mieszkańców stolicy, i wraz z innymi wizjonerami, m.in. Janem Chmielewskim  pracowali nad "Warszawą funkcjonalną", która w dużym skrócie odrzucała miasto jako obraz krzyżujących się ulic i stojących wzdłuż budynków, ale jako organizm, który przybiera funkcje systemu łączącego, spajającego ludzi, przestrzenie, budującego konstelacje, które odpowiadałyby na potrzeby społeczne. Widzimy w książce wizje Wacława Wierzbickiego, Jerzego Mokrzyńskiego i Eugeniusza Wierzbickiego, którzy swoimi pracami, m.in projektami Sejmu u Senatu oraz Domu Partii wyrażali postulowany egalitaryzm i demokratyzm nowego systemu politycznego powojennej Polski. Poznajemy historię budynków ministerialnych w rejonie ulicy Kruczej, monumentalnych w stylu modernistycznym przeznaczonych dla władz i mających największe znaczenie dla gospodarki branż. W książce znajdziemy też wspomnienie o Zygmuncie Skibniewskim, Janie Zachwatowiczu i Józefie Sigalinie.

Podsumowując „Sny o Warszawie. ...” to książka dla wszystkich, którzy chcą spojrzeć na stolicę z innej perspektywy, nie tylko jako na zbiór istniejących budynków, ale jako na przestrzeń możliwości, sporów i ambicji. To opowieść o mieście, które powstawało wielokrotnie, najpierw w wyobraźni, a dopiero potem, częściowo, w rzeczywistości. Dzięki temu lektura skłania do refleksji: ile z tego, co widzimy na co dzień, jest efektem kompromisu, a ile, właśnie tytułowego snu, ile z tych snów i wizji udało się zrealizować, a ile pozostało tylko jako mapa marzeń i zapisów, z których korzystał autor.  Krzysztof Mordyński nie przedstawia jednego spójnego planu, lecz szeroki wachlarz koncepcji, od bardzo tych konkretnych projektów urbanistycznych, po bardziej ogólne wizje rozwoju miasta. Dzięki temu widzimy, że współczesna Warszawa jest wypadkową wielu składowych: zrealizowanych pomysłów, kompromisów i licznych „snów”, które pozostały jedynie na papierze.

Na koniec taka refleksja za autorem: "Architekci odbudowujący i przebudowujący Warszawę byli ludźmi idei. Inspirowały ich myśli Le Corbusiera, wizje egalitarnego miasta i ładu przestrzennego. Przeżywali fascynacje doskonałością mechanicznej maszyny, braterskiej więzi i piękna tradycyjnej architektury. Projektując, wyrażali cała gamę różnych uczuć, nadziei i zapatrywań na przyszłość, która - jak wierzyli-mieli obowiązek kształtować. Przemierzając Warszawę, widzimy skutki ich udanych i nietrafionych projektów. Wszystkie jednak - a przynajmniej większość - były przemyślane. Interesował ich o wiele szerszy wachlarz wartości niż tylko zysk z inwestycji. W imię tych wartości popełniali błędy, ale tworzyli także rzeczy piękne. Teraz, gdy już milczą, łatwo ich zakrzyczeć i osądzić." (str. 327) W obecnym szale zabudowywania, znikania przestrzeni do życia, wypierania ze świadomości, że potrzebna jest infrastruktura społeczna, powietrze, zieleń, współpraca między ludźmi, a nie budowane płotów, warto sięgnąć po książkę, która przypomina o budowniczych Warszawy, edukatorach o szerokich horyzontach, którzy patrzyli na różnorodne potrzeby miasta i jego mieszkańców i co dzisiaj nie występuje, kierowali się przy tych działaniach wartościami. 

poniedziałek, 11 maja 2026

Jakby luksusowo. Przewodnik po architekturze Warszawy lat 90. - Aleksandra Stępień-Dąbrowska

 

Aleksandra Stępień-Dąbrowska w swojej książce przypomniała "szalone lata 90-te" budownictwa warszawskiego, opisała motywacje tych realizacji, potrzeby autorów, a czasami również niepraktyczność niektórych projektów. Autorka wprowadziła w kontekst budownictwa lat 90-tych, notorycznych niedoborów i siermiężności poprzedniej dekady, co do której złośliwi używali tylko przedrostku "post" zamiast pełnej nazwy "postmodernizm", który symbolizował śmieszność, nieudolność, niezrealizowane pomysły, wykorzystując do ich realizacji marne materiały, które były często prostą drogą do "okropnych efektów". Zatem lata 90-te stały się otwarciem na nowe: marzenia, realizacje, standardy, materiały, które pozwoliłyby na nowe jakościowe budynki. Czy tak się stało?

Najpierw prywatna refleksja, że na mnie ta książka podziałała jak subtelny wehikuł czasu, bo symbolicznie przeniosła mnie w przeszłość, ale też pozwoliła spojrzeć na nią na nowo, z większą uważnością i czułością. To opowieść o Warszawie, którą zapewne wielu z nas zna, albo ma takie wyobrażenie, a dzięki autorce może odkryć ją na nowo.

Lektura tej książki przypomina powolny spacer po ułożonych alfabetycznie rozdziałach - dzielnicach miasta, w którym każdy zaułek, budynek, a nawet szyld kryje swoją historię. Dla mnie wchodzącej w dorosłość w latach 90., było to doświadczenie szczególne, bo autorka przywołała miejsca mi znajome, często mijane mimochodem, które w tamtym czasie były widomymi znakami zmieniającego się czasu, euforycznej i trudnej transformacji, zaś dziś, zwłaszcza dzięki jej narracji, nabierają zupełnie nowego znaczenia. To, co kiedyś było tylko fragmentem codzienności, zostało wydobyte z tła i pokazane w zupełnie innym świetle, a ja spojrzałam na to jako na część mojej historii.

Dla mnie dodatkową siłą książki jest umiejętność łączenia dwóch perspektyw, bo z jednej strony autorka prowadzi czytelnika przez miejsca zapomniane, niedoceniane, czasem wręcz niewidoczne, odsłaniając ich kontekst, historię i znaczenie. Z drugiej strony uruchamia pamięć i emocje, pozwalając wrócić do Warszawy, która była w trakcie intensywnej przemiany, miasta trochę chaotycznego, trochę niedokończonego, ale pełnego energii i potencjału.

„Jakby luksusowo. ...” to także opowieść o zmianie. Warszawa lat 90. jawi się tu jako przestrzeń w ruchu, obrastająca nowymi konstrukcjami, predefiniująca swoją tożsamość. W mojej pamięci taka wtedy była, miałam wrażenie, że każdy miesiąc na tej samej trasie do pracy przynosił zmiany. Autorka starała się pokazać też moment przejścia między przeszłością a ówczesną nowoczesnością, między tym, co znikało, a tym, co dopiero powstawało. 

Autorka pozwala samodzielnie dopowiadać znaczenia, uruchamiać własne wspomnienia i skojarzenia, dzięki temu jej lektura była dla mnie doświadczeniem osobistym, trochę jak podróż odkrywcy, a trochę jak sentymentalny powrót do miejsc, które wydawały się dobrze znane. To książka, która zwraca oczy czytelnika na to, co ukryte w codzienności, i przypomina, że nawet najbardziej zwyczajne miejsca mają swoje historie trzeba tylko umieć je zobaczyć.

Aleksandra Stępień-Dąbrowska zbudowała mozaikę miejsc, czasem bardzo konkretnych, a czasem rozpoznawalnych bardziej przez klimat niż nazwę. Znajdziemy w książce pawilony handlowe, bazary, pierwsze galerie, bary, knajpki, punkty usługowe o charakterystycznej estetyce transformacji, osiedla i podwórka, które stanowiły tło codziennego życia. Przypomnimy sobie o pierwszych „luksusowych” sklepach i butikach, które dzisiaj nie istnieją, albo pokrył je kurz zapomnienia, np. kompleks handlowy Panorama, w której przestrzenie miały być nowoczesne, zachodnie, „lepsze”, w których luksus był bardziej obietnicą niż rzeczywistością. Przypomnimy sobie zatem o Ratuszu gminy Białołęka, biurowcach Curtis Plaza, Mokotów Business Park Zepter Business Centre, siedzibie Telewizji Polskiej, Centrum Handlowym Blue City, Reform Plaza, pierwszym w Polsce McDonald, Bibliotece UW, Roma Office Center, budynku Sądu Najwyższego, Warsaw Trade Tower, hotelu Czarny Kot i o wielu interesujących budynkach mieszkalnych, które dzisiaj wyróżniają się w przestrzeni publicznej swoją innością. Wiele z nich istnieje, wpisało się w tkankę miasta, inne zniknęły z niej ustępując miejsca bardziej nowoczesnym, efektywnym lub pełniącym bardziej potrzebne obecnie funkcje.

Autorka pozwoliła mi powrócić do miejsc, które skojarzyłam z konkretnymi doświadczeniami, odwiedzić trasy, które kiedyś pokonywałam, niejako powrócić do własnej biografii z tamtych lat. Zdecydowanie ta lektura uruchomiła u mnie pamięć mojej wczesnej młodości, przypomnieć, że moje miasto tak bardzo się zmieniło, a z nim ja sama.

czwartek, 30 kwietnia 2026

Do perfekcji - Vincenzo Latronico

 

„Do perfekcji” autorstwa Vincenzo Latronico to opowieść rzucająca światło na współczesnych młodych ludzi, którzy żyją w innych warunkach ekonomicznych i społecznych niż ich rodzice. Autor przedstawia parę z Hiszpanii, która w poszukiwaniu miejsca dla siebie wyemigrowała do Berlina. W książce śledzimy ich losy, działania, decyzje, zachowania intymne. Z tych obserwacji wyłania się obraz pokolenia funkcjonującego w rzeczywistości pozornie pełnej możliwości, a jednocześnie głęboko naznaczonej niepewnością, tymczasowością i brakiem zakorzenienia.

Latronico kreśli portret bohaterów, których życie z zewnątrz wydaje się niemal idealne: pracują zdalnie, mieszkają w modnej dzielnicy europejskiej stolicy, mają dostęp do kultury i swobodnie przemieszczają się między krajami. W wolnych chwilach, a wydaje się, że mają ich sporo uczęszczają do modnych klubów, barów, bywają na wystawach w miejscach dla "wtajemniczonych", nawiązują relacje na dłużej lub krócej, konkludując "żyją" pełnią życia. Jednak pod tą warstwą estetyki, „perfekcyjności”, spełniania się, kryje się poczucie pustki, powtarzalności oraz trudność w budowaniu trwałych relacji, zarówno z miejscem, jak i z drugim człowiekiem.

Autor z dużą wnikliwością pokazuje, że migracja współczesnych młodych Europejczyków różni się od tej znanej wcześniejszym pokoleniom. Nie jest już jednoznacznie związana z awansem społecznym czy ekonomicznym, znacznie częściej staje się elementem stylu życia, który jednak nie zawsze prowadzi do spełnienia. Berlin, symbol wolności i kreatywności, w tej opowieści staje się przestrzenią powtarzalną, niemal anonimową, gdzie indywidualność bohaterów stopniowo się rozmywa, bo większość chce "tak samo".

„Do perfekcji” można czytać jako subtelną krytykę kultury aspiracyjnej, w której dążenie do „idealnego życia”, estetycznego, mobilnego, pozbawionego ograniczeń, paradoksalnie prowadzi do jego spłycenia i poczucia pustki. Autor nie moralizuje, raczej poprzez chłodną, obserwacyjną narrację pozwala czytelnikowi dostrzec napięcia między tym, co pokolenie trzydziestolatków chciałoby osiągnąć, a tym, co realnie jest w stanie zbudować. Być może książka pozostawia niedosyt, ale może autor chciał dać pole do dopowiedzeń dla każdego z czytających indywidualnie, wszak widzimy, obserwujemy, analizujemy i możemy sami wysnuć wnioski.

To książka kameralna, momentami wręcz minimalistyczna, ale jednocześnie bardzo trafnie diagnozująca kondycję współczesnego europejskiego „pokolenia mobilnego”. Jej siła tkwi nie w fabule, lecz w uważności na detale codzienności i w umiejętności uchwycenia tego, co niewypowiedziane: poczucia zawieszenia między miejscami, wyborami i oczekiwaniami.

środa, 22 kwietnia 2026

Odwrotniak i inne historie - Jakub Małecki

 

Jakub Małecki, "Odwrotniak i inne historie", to zbiór opowiadań, w którym autor po raz kolejny zagląda pod powierzchnię codzienności i pokazuje zwykłych ludzi w momentach pozornie nieistotnych, a jednak znaczących, bo rozsypujących ich dotychczasowe życie. Autor, jak to ma w zwyczaju, operuje dobrze sobie znaną wrażliwością, skupieniem na emocjach oraz czułością wobec bohaterów, nawet wtedy, gdy ich losy są trudne lub niejednoznaczne. 

Nie wszystkie historie zrobiły na mnie jednakowe wrażenie. Część opowiadań porusza i zostaje w pamięci, szczególnie tam, gdzie autor trafnie oddaje relacje międzyludzkie, samotność czy niewypowiedziane tęsknoty i żal. Są to teksty subtelne, sugestywne, pozwalające czytelnikowi dopisać własne sensy między wersami. Dla mnie ta o zrozpaczonym mężu i ojcu małej dziewczynki, albo o ojcu, który mimo własnej słabości musi opiekować się dorosłym synem, który wymaga ciągłej opieki. Te opowiadania to często takie szybkie cięcia skalpelem, które otwierają niegojące się ranki.

Jeśli chodzi o tytułową historię starszej pani, to niestety nie dała mi takiej satysfakcji jak poprzedzające ją opowiadania. Pozostała dla mnie niejasna, jakby urwana lub celowo niedopowiedziana w sposób, który zamiast prowokować do interpretacji, wprowadzał dezorientację. Być może był to zamysł autora, jednak w tym przypadku forma nie pozwoliła mi w pełni wejść w świat bohaterki ani zrozumieć sensu jej doświadczeń, trochę nie umiałam się odnaleźć w osobach i czasoprzestrzeniach.

Mimo tej nierówności "Odwrotniak i inne historie" pozostaje zbiorem wartym uwagi, zwłaszcza dla czytelników ceniących literaturę skupioną na detalach, emocjach i cichych momentach ludzkiego życia. To książka, która nie zawsze daje odpowiedzi, ale często podpowiada trafne pytania, cicha i cierpka.


poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Bagna, mokradła, torfowiska. Opowieści o znikaniu - Annie Proulx

"Za mojego relatywnie krótkiego życia widziałam tysiące różnych szkód, jakie ludzie wyrządzili ekosystemom i siedliskom dzikich zwierząt - ponad 60% rzek świata poprzegradzano tamami, a lasy zmasakrowano, niwecząc odwieczną ideę sieci życia. Zachowujemy się nieobliczalnie, pogrążeni w globalnym sztormie chciwości, który rozrywa bioróżnorodność i świat przyrody." (str. 23)

Annie Proulx w swojej najnowszej książce "Bagna, mokradła, torfowiska. Opowieść o znikaniu" pokazuje, jak jako ludzie żądni nowych zdobyczy systematycznie niszczyliśmy ekosystemy, które przez wieki chroniły nas przed nadmiarem dwutlenku węgla, jako naturalny magazyn i stabilizowały klimat. To opowieść o ludzkiej zachłanności, braku szacunku wobec natury oraz o iluzji wyższości człowieka, który zapomniał, że sam jest jedynie elementem łańcucha pokarmowego. Autorka pokazuje naszą krótkowzroczność, utratę łączności ze światem, pozamykanie się w bańkach, które pękają. Pisze o pożarach, które zagrażają naszym naturalnym obszarom przyrodniczym, o zanikaniu całych gatunków zwierząt, o pustynnieniu tego co kiedyś było życiodajnym mokradłem. Ta książka to gorzka prawda o naszym gatunku, potrzebna, ale czy odbije się szerszym echem?

"Opowieść o współczesnej zachodniej ekonomii to opowieść o niepodzielnym panowaniu człowieka nad każdym innym gatunkiem, o bezustannym przekształcaniu naturalnego krajobrazu tak, by ułatwić sobie pozyskiwanie wszelkich naturalnych dóbr pozwalających się wzbogacić. Traktowanie natury jako czegoś, co należy wyłącznie eksploatować - bez wdzięczności czy przebłagalnych ofiar - jest w kulturach Zachodu mocno zakorzenione." (str. 68)

Annie Proulx sięga po konkretne przykłady osadzone w szerokim tle historycznym, by prześledzić drogę „białego człowieka” polegającą na wyrywaniu z ziemi wszystkiego, co przynosi szybki zysk, przy jednoczesnym niszczeniu tego, co go otacza i podtrzymuje życie. Książka bezlitośnie unaocznia naszą bezmyslność, łatwość, z jaką degradujemy bagna i mokradła, oraz trudność w naprawianiu wyrządzonych szkód. Książka nie ogranicza się tylko do problemu zaniku mokradeł, ale także pokazuje szerszą ich gamę: trawiące nas i szybko rozprzestrzeniające się wirusy, wydobywające się gazy z terenów zlodowaconych, które obecnie rozmarzają niosąc nieznane niebezpieczeństwo, zawłaszczanie cennych przyrodniczo terenów pod uprawy, rozrost hodowli zwierząt, rolnicze monokultury, ogromne potrzeby żywieniowe a z drugiej strony ogromne marnotrawstwo. 

"Gdy dwa lata temu (wydana w 2022) zaczynałam myśleć o napisaniu tego eseju, samowystarczalna niegdyś Amazonia stała na krawędzi; z lasu deszczowego, którego korony drzew tworzą szczelny baldachim, zaczęła zmieniać się w poprzetykaną z rzadka kępami drzew trawiasta sawannę. (...) Zamieniony w otwartą, trawiastą sawannę będzie jeszcze bardziej podatny na pożary, które sprawią, że sawanna pozostanie. A my, ze względu na niezrównaną bioróżnorodność i zdolność pochłaniania CO2, potrzebujemy lasów deszczowych, nie sawann." (str. 41)

Autorka nie poprzestaje jednak na diagnozie. Pokazuje także podejmowane dziś próby przywracania zniszczonych terenów podmokłych, działania cenne, lecz wciąż niewystarczające, będące raczej kroplą w morzu potrzeb. "Bagna, mokradła, torfowiska. …" to lektura ważna, bo zmusza do refleksji nad ceną postępu i nad tym, czy w porę zrozumiemy, że natura, znacznie mądrzejsza od nas, zawsze wystawi nam rachunek za nasze decyzje. Książka nie jest łatwa w odbiorze, ale zdecydowanie ważna.

"Wyzwanie polega na tym, by odnieść geniusz natury (genius) z powrotem na miejsce (locus). Chociaż ludzie są biegli w konstruowaniu i niszczeniu, to pozostają żałośnie nieporadni w dziedzinie restaurowania świata natury. To po prostu nie jest nasza specjalność." (str. 91)

2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość - Simone Pieranni

 


Tytuł jest nieco zbyt daleko idący, bo wzrok reportera nie sięga do 2100 roku, niemniej książka pokazuje ciekawą perspektywę i spostrzeżenia na temat kilku wymienionych krajów azjatyckich.

„2100. Jak Azja tworzy przyszłość świata” to próba wielowymiarowego spojrzenia na kilka wybranych przez autora krajów w Azji, które kształtują globalne procesy gospodarcze, społeczne i polityczne. To też próba przewidzenia co czeka te kraje w perspektywie końca XXI, czy staną się głównym centrum decyzyjnym naszego globu, czy napotkają problemy, które wyhamują ich szaleńczy rozwój. 

Autor spróbował stworzyć wielowymiarową opowieść o tych kilku tygrysach azjatyckich, ale jest to raczej bardzo dobry początek do rozwinięcia osobnych opracowań dla każdego z nich. Chociaż autor unika uproszczeń i jednowymiarowych prognoz, pokazując Azję jako obszar niezwykle zróżnicowany, zarówno pod względem tempa rozwoju, jak i wyzwań, z którymi muszą mierzyć się poszczególne społeczeństwa, to jednak można znaleźć wspólne elementy czy to kulturowe, czy mentalnościowe. Opisywane kraje są także na różnych etapach rozwoju, wzrostu i możliwości, co naturalne, bo nie jest możliwy jednostajny ciągły rozwój.

 Zatem z jednej strony obserwujemy dynamiczny rozwój gospodarczy, technologiczny i demograficzny, spektakularne wzrosty PKB, rozbudowę infrastruktury, cyfryzację usług publicznych czy awans społeczny milionów ludzi. Z drugiej strony autor nie pomija napięć i barier, które ten rozwój spowalniają lub czynią go nierównym. Twarde ramy kulturowe, silne hierarchie społeczne, elementy kastowości czy autorytarne systemy polityczne nadal wpływają na codzienne życie obywateli i ograniczają potencjał społecznej mobilności. Istotnym wątkiem książki są również problemy demograficzne. Azja jawi się tu jako kontynent skrajności, od państw zmagających się z depopulacją, starzeniem się społeczeństw i niedoborem siły roboczej, po kraje borykające się z nadwyżką młodej populacji, bezrobociem i brakiem perspektyw dla kolejnych pokoleń. Autor trafnie pokazuje, że wyzwania te mają nie tylko wymiar ekonomiczny, ale także kulturowy i polityczny, wpływając na stabilność państw oraz ich pozycję na arenie międzynarodowej.

Niewątpliwie wartością książki jest ukazanie Azji jako wachlarza kontrastów, miejsca, gdzie nowoczesne megamiasta funkcjonują obok regionów dotkniętych ubóstwem, a innowacyjne centra technologiczne współistnieją z tradycyjnymi strukturami społecznymi. Autor przekonująco dowodzi, że przyszłość Azji nie będzie jednolita ani linearna, lecz pełna napięć, kompromisów i lokalnych specyfik. Azja to obszar, w którym eksperymentuje się z nowymi technologiami, ale także z nowym podejściem do pożywienia, zwłaszcza mając  świadomość kryzysu klimatycznego i związanego z utratą bioróżnorodności. To miejsce, w którym tworzy się wielkie ośrodki miejskie, dla których szuka się rozwiązań, aby dało się w nich żyć. Azja to zachodzące zmiany kulturowe, kruszące system patriarchalny i przemiany mentalnościowe, zwłaszcza młodych pokoleń, to głośne domaganie się kobiet do ich praw, to zmiana młodych w podejściu do posiadania potomstwa. To wreszcie obszar, gdzie wciąż dominują układy dynastyczne i rodzinne interesy, w których trudno się przebić ludziom spoza tego kręgu. To radzenie sobie z mediami społecznościowymi i wszystkim co one niosą, np. z fake newsami. Azja to także mimo nowoczesności, ciągły nadzór nad obywatelami. To wreszcie bunt oddania swojego życia pracy, kruszący się model wiecznego poświęcania się dla dobra firmy na rzecz korzystania z wolnego czasu, rozwijania pasji i więzów społecznych. Azja to wyścig technologiczny.

„2100. Jak Azja tworzy przyszłość świata” to lektura ciekawa, dająca podwaliny wiedzy dla tych, którzy chcą zrozumieć, dlaczego nie da się mówić o „jednej” Azji oraz jak ogromny potencjał, jak również ryzyka, niesie ze sobą rozwój tego kontynentu. Autor w mojej opinii starał się uwrażliwić czytelnika, aby nie patrzył na Azję w sposób jednolity, z zachodnio centrycznej perspektywy, bo jest on zróżnicowany jak każdy inny zakątek globu. To książka, która motywuje do myślenia i kruszy proste narracje o nieuniknionej dominacji Wschodu. Autor pokazuje, że nic nie jest oczywiste i pewne. Bardzo przyjemna w czytaniu.

środa, 8 kwietnia 2026

Patodeweloperka: to nie jest kraj do mieszkania - Bartosz Józefiak

 

Po "Wszyscy tak jeżdżą" sięgnęłam po kolejną książkę Bartosza Józefiaka i po raz kolejny było to spotkanie z wartościową lekturą. "Patodeweloperka: to nie jest kraj do mieszkania” to reportaż, który wciągnął mnie w informacje o ogromnie ważnej branży, która notabene decyduje o bezpieczeństwie i spokoju człowieka, jest swoistą podwaliną do innych działań i decyzji w życiu. Autor sięgnął po temat budownictwa mieszkaniowego dostarczanego społeczeństwu przez deweloperów. Dodatkowym atutem tej książki jest jej merytoryczność, wielowątkowość i niestety wciąż aktualność. Czy dowiemy się zatem "Jak budować wygodne mieszkania i osiedla z myślą o lokatorach i środowisku?" (str. 267), czy raczej otworzą się oczy jak jest najczęściej w tej branży.

Bartosz Józefiak przygląda się problemowi z wielu stron: ekonomicznej, społecznej, urbanistycznej i ludzkiej. Nie ogranicza się do prostych tez ani łatwych ocen, ale cierpliwie odsłania kolejne warstwy oblicza rynku mieszkaniowego, pokazując, jak systemowo doprowadzono do sytuacji, w której mieszkanie w Polsce przestało być podstawową potrzebą, a stało się luksusem dostępnym dla nielicznych, którzy dyktują ceny i warunki bardzo dużej grupie ludzi. "-Mieszkania nie tanieją dlatego, że deweloper stwierdzi: "A, już zarobiłem, teraz macie taniej". Ceny spadają wtedy, kiedy już nikogo nie stać na to, żeby mieszkanie kupić." (str. 267)

Autor kieruje reflektory na problem fundamentalny zwłaszcza dla młodego pokolenia, ludzi, których nie stać na własny dach nad głową, mimo pracy, wykształcenia i społecznych aspiracji, bo nie zarabiają wystarczająco, aby uzyskać zdolność kredytową pozwalająca na "zdobycie" własnego M. W książce wyraźnie wybrzmiewa teza, że obecny model rynku mieszkaniowego nie służy mieszkańcom, lecz stał się narzędziem do pomnażania kapitału przez bardzo wąską bogatą grupę beneficjentów. Ci zaś dyktują wygórowane warunki osobom, które znalazły się w dramatycznej sytuacji braku miejsca do życia.

„Patodeweloperka”. …” to także książka ostrzegawcza, brutalnie obnażająca mechanizmy, które normalizują chaos przestrzenny, ciasnotę, mikroapartamenty bez dostępu do światła czy zieleni oraz dehumanizację mieszkania jako przestrzeni do życia. Może być też swoistą "Trąbą jerychońską" skierowaną w stronę zarządzających na poziomie centralnym jak i regionalnym, ale także do nabywców, którzy bezrefleksyjnie dają się wciągać w nieuczciwe gry deweloperów i wreszcie inwestorów, którzy idą na łatwiznę. Obnaża absurdy programów rządowych, które tylko windują ceny metra, pokazuje jak działa cały system i proces nowej inwestycji i kto tak naprawdę dyktuje warunki, wyciska z metrażu ile się da i kieszeni. Wytyka też nieumiejętność decydentów do stawiania warunków deweloperom i ich całkowitą kapitulację: "Menadżerka Agnieszka uważa, że niezbędny jest dialog między inwestorami a samorządem. Bo wbrew pozorom nie musi być tak, że urzędnicy i przedsiębiorcy stają po dwóch stronach barykady. _My jesteśmy otwarci. Czemu urzędnik nie przyjdzie i nie powie "Chcecie budować? Super, pozwolę wam, dogadajmy się, ale ja chcę jedną klatkę z mieszkaniami komunalnymi". (str. 279) Autor wnikliwie przygląda się też "świętemu hasłu" deweloperów, czyli "optymalizacji", które jest kluczem do oszczędności na wszystkim, począwszy od planów, materiałów, sprzętu i wykonawcach. To dzięki "optymalizacji" klienci kupują coraz skromniej wyposażone mieszkania, mniej wygłuszone, mniej ustawne, mniej komfortowe do życia. Dowiemy się co to jest „święty „ PUM i poznamy tajniki marketingu deweloperskiego.

Ciekawym wątkiem poruszonym przez autora, który potwierdza też moje obserwacje i przemyślenia, jest ten dotyczący podejścia młodych ludzi do mieszkania. W moim odczuciu dotyczy to także wielu wynajmujących, którzy nie przyzwyczajają się do miejsca. "- Podejście ludzi mieszkających w nowym budownictwie jest kompletnie inne niż lokatorów w starych blokach. Dzisiaj klient ma swoje mieszkanie i ma wywalone, co się dzieje naokoło. Na zebraniach wspólnoty zrobi awanturę, dlaczego on ma utrzymywać ten trawnik, ile to kosztuje, czemu to ma ładnie wyglądać? Jemu są nie potrzebne części wspólne, bo jak coś jest wspólne , to jest niczyje, nikt o to nie zadba." (str. 97) Czy zatem deweloper buduje tak, jak klienci mu na to pozwalają zgadzając się kupić wszystko jak leci, w myśl im taniej tym lepiej, stać mnie tylko na tańsze tu i teraz, nie ważne ile w przyszłości to tanie będzie mnie kosztowało? Albo obchodzi mnie to tylko teraz, bo za jakiś czas będę mieszkał gdzie indziej. A z drugiej strony czy to droższe jest zawsze lepsze, też niekoniecznie.

Ogromną siłą tej publikacji jest jej solidne udokumentowanie. Autor opiera się na danych, przykładach, rozmowach i analizach, dzięki czemu książka nie jest publicystycznym manifestem, lecz rzetelnym reporterskim "sprawozdaniem" z branży. To tekst, który działa jak dzwon alarmowy, może budzić z letargu, otworzyć oczy, prowokować do refleksji, niemniej osobiście nie mam nadziei na realną zmianę gdziekolwiek. Choć na ostatnich stronach autor daje pozytywny przykład to jest to tylko jedna jaskółeczka, która w ogromie patologicznego podejścia do swojej roboty, wiosny nie czyni.

„Patodeweloperka. ...” to książka ważna i potrzebna, jedna z tych, które zostają w czytelniku na długo po zamknięciu ostatniej strony. Kolejne chapeau bas dla Bartosza Józefiaka za odwagę, konsekwencję i warsztat. To nie jest tylko książka o mieszkaniach. To książka o prawie do godnego życia."Patodeweloperka: to nie jest kraj do mieszkania" to lektura, obok której trudno przejść obojętnie a na dodatek napisana w bardzo ciekawym ujęciu i schemacie. Zdecydowanie warto.