To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale bardzo interesujące. Boguś Janiszewski pokazuje, że o historii można opowiadać bez pomnikowego tonu, za to z humorem, dystansem i dużą dawką ciekawostek. "Czy Krzyżacy to fajni chłopacy?" to książka, która zabiera czytelnika do Polski epoki Piastów, pokazując ją nie jako ciąg dat do wykucia na pamięć, lecz jako świat pełen ambitnych władców, politycznych awantur, rodzinnych konfliktów i nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Ciekawość świata - Curiosity of the world
Książki to dla mnie marzenia, źródło wiedzy, pasja i moc. Książki to oczekiwanie na niewiadomą, na tajemnicę, na romans bez pokuty. Wierne, dostępne i otwarte na nowe doznania. To uzależnienie, bez skutków ubocznych, zbędnych emocji i pretensji. Książki to dla mnie ciągle napełniające się źródło, nie wysychające, wystarczy tylko chcieć czerpać, a na razie mam ogromną ochotę.......
Szukaj na tym blogu
poniedziałek, 14 września 2026
Czy Krzyżacy to fajni chłopacy? - Boguś Janiszewski, Max Skorwider, i inni
To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale bardzo interesujące. Boguś Janiszewski pokazuje, że o historii można opowiadać bez pomnikowego tonu, za to z humorem, dystansem i dużą dawką ciekawostek. "Czy Krzyżacy to fajni chłopacy?" to książka, która zabiera czytelnika do Polski epoki Piastów, pokazując ją nie jako ciąg dat do wykucia na pamięć, lecz jako świat pełen ambitnych władców, politycznych awantur, rodzinnych konfliktów i nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny: przewodnik po średniowieczu zwykłych kobiet - Anna Brzezińska
czwartek, 3 września 2026
Kiedy żurawie odlatują na południe - Lisa Ridzen
„Kiedy żurawie odlatują na południe” to książka o zwyczajnym życiu, albo raczej o tym, co pozostaje, gdy życie jest już w większości za nami.
Główny bohater, dziewięćdziesięcioletni Bo, nadal zachowuje względną samodzielność. Mieszka u siebie, ma swoje przyzwyczajenia, wspomnienia i codzienne rytuały. Jednocześnie coraz mocniej odczuwa, że jego ciało przestaje być posłuszne. Traci siły, nie zawsze panuje nad własną fizjologią, coraz częściej doświadcza ograniczeń, których nie da się już pokonać siłą woli.
Na jego samotność nakładają się kolejne straty. Żona trafia do ośrodka dla osób z demencją. Umiera przyjaciel. Syn, kierując się troską i rozsądkiem, oddaje ukochanego psa do innej rodziny. Każde z tych wydarzeń jest pozornie niewielkie, niemniej razem tworzą obraz człowieka, który stopniowo żegna się z kolejnymi fragmentami swojego dotychczasowego świata i jest mu z tym trudno. Bo nie idealizuje starości, ale też jej nie demonizuje. Pokazuje ją ot po prostu, jako kolejny etap życia z wieloma sprzecznościami. Bo potrafi być zrzędliwy, uparty i niesprawiedliwy, kiedy złości się na syna, choć gdzieś głęboko wie, że syn próbuje mu pomóc. "- W jaki sposób coś, czego nie chcę, może być dla mnie lepsze? - pytam" (str. 202) Wspomina dawne relacje z rodzicami, z żoną, synem i przyjacielem, z niektórymi bardzo trudne z innymi dające satysfakcję. Rozważa dawne decyzje, potknięcia i niedoskonałości. Porównuje relacje swoje z ojcem do tych ze swoim synem versus tych jakie są pomiędzy jego synem z córką. Opisuje też swoją codzienność, zmagania ze zwykłymi czynnościami, które obecnie wymagają od niego sporego wysiłku. Opowieści Bo obłaskawiają z fizjologią i fizycznością starego człowieka. "Nie wiem, kiedy do tego doszło, ale role się odwróciły. Wprawdzie Hans nigdy nie dorównał mi wzrostem, ani siłą, ale teraz to od niego bije autorytet. To on zdecyduje o moim dalszym życiu i to z mojego powodu tu dzisiaj jest. Wiem, że musze się podporządkować, bo jestem uzależniony od jego decyzji, i to jego wszyscy słuchają, nie mnie." (str. 242)
Historia skłania do refleksji nie tylko nad starością, ale także nad relacjami rodzinnymi. Nad tym czy można zachować autonomię, gdy staje się coraz bardziej zależnym od innych i w drugą stronę jak pomagać bliskim, nie odbierając im poczucia godności? Gdzie tak na prawdę przebiega granica między troską a decydowaniem za drugiego człowieka? Czy da się zachować godność człowieka, kiedy zagrożone jest jego bezpieczeństwo?
Książka pokazuje również szwedzki system opieki nad osobami starszymi. Nie jest to jednak reportaż o rozwiązaniach społecznych. System stanowi raczej tło dla opowieści o człowieku, który mierzy się z nieuchronnością przemijania, utratą sił i niemocą radzenia sobie z podstawowymi czynnościami. Ciekawym dla mnie było jak naturalnie wpisana jest ta instytucjonalna pomoc dla seniorów i osób z demencją w codzienność.
Dla mnie to była ciekawa lektura, która w prostych opisach, jak rytuał picia kawy podczas rozmowy z przyjacielem, spacer z psem, wspomnienie dawnej rozmowy, niepokój o bliską osobę, czy żal po utracie przyjaciela, albo tęsknota za psem opisywały codzienność. Dzięki tej zwyczajności historia Bo była uniwersalna. Każdy kiedyś będzie musiał zmierzyć się z własnym starzeniem się lub starzeniem się swoich rodziców.
„Kiedy żurawie odlatują na południe” przypomina, że starość nie zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje żyć aktywnie. Zaczyna się wtedy, gdy coraz częściej musi godzić się na utratę tego, co przez całe życie uważał za oczywiste i zależne od jego decyzji. Choć to książka smutna to nie przygnębiająca, raczej czuła i prosto prawdziwa. Po jej przeczytaniu trudno nie pomyśleć o własnych bliskich, o własnych wyborach i o tym, jak chcielibyśmy być traktowani wtedy, gdy sami zaczniemy tracić siły. To lektura nie tyle o starości, ile o człowieczeństwie, w mojej opinii warta przeczytania niezależnie od wieku.
poniedziałek, 31 sierpnia 2026
Miniaturzystka - Jessie Burton
Miniaturzystka” Jessie Burton to książka, która od pierwszych stron wciąga w świat XVII-wiecznego Amsterdamu, obrastającego w bogactwa dzięki handlowi i kolonizacji. Amsterdamu, który obrastał w przepych, a jednocześnie chłodnego i zaściankowego jeśli chodzi o obyczaje społeczne, zamkniętego za drzwiami mieszczańskich domów. Amsterdamu, w którym kobiety zależne są w 100 procentach od mężczyzn, ich decyzji, ich obecności ich woli.
"Miniaturzystka" to opowieść o kobietach, często pozamykanych w czterech ścianach domów, kuchni, zajmujących się rodziną, nie mających wpływu na jakiekolwiek znaczące decyzje. A podążając ku szczegółom to opowieść o młodej kobiecie, która wkracza w dorosłość i małżeństwo z nadzieją, że rozpoczyna nowe życie. Oczekuje na bliskość, bezpieczeństwo i poczucie, że znalazła swoje miejsce i ukochanego męża. Szybko jednak okazuje się, że zamiast bezpieczeństwa czeka na nią dom pełen tajemnic i rozczarowań, w którym właściwie nic nie jest takie, jak się wydaje. Zamiast męża, którego mogłaby poznać, dostaje jego nieobecność. Zamiast rodziny, ludzi, którzy mają swoje "mroczne" sekrety. Zamiast odpowiedzi, coraz więcej pytań i niewiadomych.
W ramach przywitania Petronella otrzymuje od męża w prezencie miniaturowy model ich domu i zgodę na jego upiększanie. Dysponując wekslami męża zaczyna zamawiać do niego niewielkie elementy u miniaturzystki. Z początku realizacje są zgodne z jej zamówieniami, ale dość szybko zaczyna otrzymywać małe przedmioty, które dziwnie przypominają prawdziwe życie mieszkańców domu. Miniaturowy świat okazuje się odbiciem tego dużego, jego sekretów, pragnień, lęków i ukrytych znaczeń i prawd.
Autorka buduje opowieść, w której granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co symboliczne, zaczyna się zacierać. Miniaturzystka wie o mieszkańcach domu więcej, niż powinna wiedzieć. Jej figurki stają się zapowiedzią wydarzeń, a może tylko konsekwencją zdarzeń i decyzji? Czy miniaturzystka przewiduje przyszłość, czy po prostu potrafi dostrzec to, czego inni nie chcą zauważyć?
Pod warstwą tajemnic kryje się przede wszystkim historia kobiet zamkniętych w sztywno przypisanych społecznie rolach, zależnych od mężczyzn, pieniędzy i opinii innych. Nella początkowo wydaje się bezradna, ale z czasem zaczyna rozumieć, że w świecie, w którym niewiele może powiedzieć wprost, musi nauczyć się czytać między słowami. Dlatego "Miniaturzystka" to książka o pozorach, o domach, które z zewnątrz wyglądają na idealne, a w środku kryją zupełnie inne historie, często mroczne, a nawet tragiczne. To opowieść o ludziach, którzy udają kogoś, kim nie są, i o tym, że czasem najmniejsze szczegóły mówią o nas więcej niż wielkie deklaracje. To opowieść o kobietach, które musiały nauczyć się żyć w świecie urządzonym przez innych. O tym, ile można przemilczeć, ukryć i jak długo można udawać, że wszystko jest w porządku. To też opowieść o
samotności i potrzebie poznania prawdy. O ludziach, którzy mieszkają
razem, a jednak potrafią być sobie zupełnie obcy. O sekretach, które
czasami chronią nas przed światem, a czasami stają się więzieniem.
A miniaturzystka? Do końca pozostała dla mnie postacią nieuchwytną, ale zapewne taka miała być. Kimś, kto widzi więcej, kto potrafi spojrzeć na ludzkie życie z boku i pokazać je w pomniejszeniu tak, żeby nagle stało się wyraźniejsze.
„Miniaturzystka” łączy baśń, powieść historyczną i mroczną opowieść. Nie wszystkie zagadki tej historii przekonały mnie w równym stopniu, były wiarygodne, niemniej atmosfera książki pozostaje w pamięci. Amsterdam stworzony przez autorkę z jednej strony był miastem pięknym, pełnym życia i możliwości, a jednocześnie niepokojącym, mrocznym, pełnym kontrastów. Podobnie jak dom, który miał być dla Nelli początkiem nowego życia okazał się ścieżką po kolcach róż, jednak ku prawdziwej dorosłości.
Podsumowując, Jessie Burton stworzyła opowieść o tym, że człowieka, podobnie jak ten książkowy miniaturowy dom, można próbować zamknąć w określonych ramach, wyznaczyć mu miejsce, rolę i granice, ale nie da się całkowicie przewidzieć, co się wydarzy, bo wystarczy czasem jeden mały szczegół, żeby zobaczyć, że pod powierzchnią wszystko wygląda zupełnie inaczej. I chyba właśnie to najbardziej zostało mi z tej książki, przekonanie, że najciekawsze historie często kryją się nie w tym, co widać, ale w tym, czego nie chcemy zobaczyć.
niedziela, 30 sierpnia 2026
Mała historia znikania - Daniel Petryczkiewicz
Tworzymy nowe budowle, doskonalimy roboty, karmimy i rozwijamy sztuczną inteligencją, a nie dbamy o to co najcenniejsze, dzięki czemu żyjemy. Przyroda, bo o niej tu mowa jest ważniejsza niż technologia, bo bez niej nie przetrwamy, a z pewnością nie w takiej formie i zakresie. Kolejne dobro to woda bez której nie przetrwamy na pewno, a lekkomyślnie jest przez ludzi traktowana, trwoniona i nieceniona, bo ciągle mamy dostęp, ale czy na pewno? W wielu regionach naszego kraju już jej zabrakło w tym sezonie.
Ale do rzeczy „Mała historia znikania” Daniela Petryczkiewicza to książka o rzece, ale tak naprawdę przede wszystkim o człowieku. O jego potrzebie porządkowania świata, podporządkowywania go własnym wyobrażeniom i przekonaniu, że wszystko, co płynie, można zatrzymać, uregulować, zasypać albo skierować tam, gdzie będzie dla nas wygodniej.
Bohaterką tej opowieści jest Mała, czyli niewielka rzeka płynąca przez Konstancin-Jeziornę. Autor przygląda się jej historii osobiście, z bliska, wręcz czule. Poznajemy rzekę, która kiedyś była częścią żywego krajobrazu, a z czasem zaczęła znikać pod kolejnymi decyzjami człowieka. Zasypywana, regulowana, zamykana w kanałach i traktowana jak przeszkoda, a nie jak żywy organizm, powoli traciła swoje miejsce w świecie.
To „znikanie” nie jest jednak nagłym wydarzeniem. Dokonuje się po trochu, niemal niezauważalnie. Jedna decyzja, jedna inwestycja, jeden kawałek ziemi, który trzeba „uporządkować”. Aż w końcu okazuje się, że rzeki właściwie już nie ma. I właśnie ta powolność jest w książce najbardziej przejmująca. Bo pokazuje, jak łatwo człowiek odbiera przyrodzie przestrzeń, nie zawsze ze złej woli, czasem nawet w przekonaniu, że robi coś pożytecznego.
Historia Małej staje się przez to historią wielu innych rzek. Tych małych i dużych, które znikają z map, krajobrazów i ludzkiej pamięci. Rzek, które prostujemy, betonujemy, zakrywamy i próbujemy zmusić, żeby przestały być rzekami, a stały się jedynie elementem infrastruktury. Tak, by pasowały do naszego świata.
"Mała jest tu soczewką, w której można dostrzec ogrom zniszczenia naszej planety i przyczyn, które za tym stoją. Koniec świata, jaki znamy, już tu jest. Można wejść do suchego koryta i zobaczyć to wszystko na własne oczy. Tylko co później zrobić z tym głębokim smutkiem, bólem i frustracją?" (str. 376)
Daniel Petryczkiewicz nie pisze jednak wyłącznie o ekologii. Pisze o relacji człowieka z miejscem, o pamięci i odpowiedzialności. O tym, że krajobraz nie jest czymś danym nam na zawsze. I że kiedy znika rzeka, znika również kawałek historii, tej zapisanej w ziemi, roślinach, wodzie, ale także w pamięci ludzi.
Autor porusza w swojej książce również wątki europocentryczności, wpływu kolonializmu na inne ludy. Pisze o zmianach klimatu o podłożu antropogenicznym, o instytucjach, które o nich mówią, o naukach, które jasno wskazują na czerwone linie, które przekroczyliśmy jako ludzkość. Pokazuje negatywny wpływ człowieka na otoczenie, m.in zanieczyszczenie światłem, które dokłada się do wymierania gatunków, czy betonowaniu lub tworzenie zabudowań czy ulic, tam gdzie były cieki wodne, które grożą nagłymi zalaniami w przypadku nawalnych deszczy. Pisze o osuszaniu bagien, mokradeł, torfowisk, regulacji rzek, zabudowie terenów podmokłych, drenażu wód gruntowych, które wpływają na znikanie rzek, o osuszaniu poprzez kopanie rowów melioracyjnych, które dzisiaj są reliktem przeszłości. Przypomina o tym, że Ziemia nie jest nasza własnością, że to my - ludzie należymy do Ziemi.
„Mała historia znikania” zostawia po sobie smutek, ale też niepokój. Po lekturze inaczej patrzy się na pozornie nieistotny strumień, rów czy podmokłą łąkę. Zaczyna się dostrzegać w nich coś więcej, ślady dawnych rzek i świat, który jeszcze niedawno wyglądał inaczej.
"Czym jest rzeka? Czy rzeka to tylko woda, która płynie pomiędzy dwoma brzegami? Czy są nią tez skarpy, które wyrzeźbiła? Piaszczyste łachy, które naniosła? A co z doliną, w której od wieków się rozlewała? Co z meandrami, którymi się wiła? Co ze starorzeczami, które są jej powidokami? Co z zimorodkami, bobrami, wydrami, żabami moczarowymi, kaczkami krzyżówkami, chruścikami, piskorzami, wazkami, jaskrami wodnymi i wszystkimi innymi stworzeniami w niej i dzięki niej żyjącymi? Co z mokradłami, moczami, torfowiskami, i rozlewiskami, które tworzy? Czy one wszystkie i oni wszyscy są rzeką? Czy rzeka może przestać być rzeką?" (str. 11)
Ta opowieść o jednej rzece okazuje się opowieścią o nas wszystkich. O tym, jak łatwo coś zniszczyć i jak trudno później przywrócić temu życie. Mała znika, i dlatego warto o niej mówić, zanim zniknie także z naszej pamięci. Autor jest społecznikiem i orędownikiem dbałości o Małą, motywuje społeczność lokalną, zbierał podpisy dla dobra rzeki, walczył o nią w najwyższych urzędach. Czy warto, czy da się?
Ps. Dowiedziałam się z aktualnych doniesień autora na social mediach, że rzeka dzięki aktywistycznej pracy autorka Dolina Rzeki Małej stała się Rezerwatem, co powinno zabezpieczyć teren doliny i rzeki.
Rzeźbiarki - Dagmara Budzbon-Szymańska
Druga książka tej autorki poświęcona artystkom zawiera w sobie jeszcze więcej nazwisk twórczyń, które realizowały się w rzeźbie. Co dla mnie ważne, w tej książce - albumie, Dagmara Budzbon-Szymańska zawarła informacje, o miejscach, w których można obejrzeć dzieła tych artystek obecnie. Dzięki taj książce odkryłam Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku.
Od autorki dostajemy przegląd artystek od drugiej połowy XIX wieku do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Ten ogrom pracy, dużej ilości materiału przyniósł barwny wachlarz nazwisk kobiet artystek, które tworzyły lub tworzą co im w duszy gra, nie zważając na ograniczenia, obostrzenia czy stereotypy.
Przegląd twórczości zaczynamy od roku 1860, w którym urodziła się Antonina Rożniatowska specjalistka od popiersi tchnących życiem. To rzeźbiarka, która przetarła ścieżkę w tej dziedzinie dla innych kobiet chcących parać się rzeźbiarstwem.
Kolejna artystka to Mika Micun, która wykonywała soje rzeźby ze szkliwionej ceramiki, barwnie malowanej, ponieważ bardzo zależało jej na barwach.
Następna opowieść dotyczy Ludwiki Nitschowej twórczyni warszawskiej Syrenki, pomnika Marii Skłodowskiej-Curie, pomnika Kopernika na wnęce Pałacu Kultury i Nauki i wielu innych upamiętniających zacne dla Polski nazwiska. Ludwika Nitschowa była sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim.
Dalej opisana została twórczość Magdaleny Gross, która rozwijała swoją pasję rzeźbienia poprzez rzeźbienie zwierząt. Wspierał ją w tym dyrektor zoo warszawskiego udostępniając przestrzenie i swobodę twórczą, a w czasie wojny dając schronienie przed hitlerowską pożogą. Jej prace można oglądać głównie w Muzeum Narodowym w Warszawie.
Następna Katarzyna Kobro i jej charakterystyczne kompozycje przestrzenne.
Kolejna Olga Niewska specjalistka od dużej rzeźby, twórczyni wielu rzeźb sportowców, Przebudzenia i Kąpiącej stojącej do dzisiaj w Parku Skaryszewskim.
Po czym otrzymujemy skomplikowaną historię Zofii Woźnej/Bali Leser, która jest intrygująca i zaskakująca.
Alina Ślesińska, która w swoich czasach zawojowała świat sztuki i była prawdziwą celebrytką, wystawiającą również za granicą, co nie było takie łatwe w czasach powojennych.
Barbara Zbrożyna, której Przekupka Mariensztacka stoi do dzisiaj na Mariensztacie. Artystka, która jako badaczka człowieka i jego świata pokazywała wszystkie jego strony optymistyczne i bolesne.
Dalej Maria Papa Rostkowska tworząca w marmurze i brązie, w których oddawała swoje przeżycia i wykuwała swoje emocje.
Magdalena Więcek twórczyni rzeźb, instalacji przestrzennych ze stali i aluminium.
Kolejna Alina Szapocznikow artystka wszechstronna, eksperymentatorka, przekładająca swój ból na swoje prace.
Teresa Brzóskiewicz specjalistkę od humanizacji przestrzeni miejskiej, tworzącej najpierw w betonie i kamieniu, a następnie w metalu, szkle, alabastrze, marmurze. Urzekła mnie jej Jutrzenka,a także Dwie rzeki, czy Wiosna, które stoją w Warszawie.
Mamy także Magdalenę Abakanowicz, jedną z najbardziej rozpoznawanych artystek polskich.
Wandę Czełkowską, która swoją twórczością pokazywała wolność własną i społeczeństwa.
Barbarę Falender, dla której charakterystyczne jest tworzenie w duchu erotyzmu, miłości i cierpienia. Admiratorka sztuki Szapocznikow i poszukiwaczka jej rzeźb.
Katarzyna Józefowicz artystka, która wybrała materiał lekki i nietrwały: papier, klej i nożyczki, z którymi tworzy niezwykłe instalacje: Miasta, Habitat, czy Dywan czarno-biały, mówiący o zalewających nas informacjach, za którymi nie nadążamy, giniemy wręcz w masie słów i treści.
Zuzanna Janin, która w swoich działaniach artystycznych pokazuje walkę, nierówności, ciągłe zagrożenie, konflikt w skali rodziny, społeczności i globalnej. Poszukując ciągle nowych środków wyrazu sięga często po materiał ulotny, słaby, który uwypukla, przyciąga i podkreśla wagę poruszanych tematów, a jednocześnie kruchość i słabość w radzeniu sobie z nimi jednostki lub systemu.
Marta Klonowska, która tworzy unikatowe rzeźby (najpierw ze stłuczki szklanej) obecnie z przygotowanych tafli szkła plus metal, przedstawiające zwierzęta, które kiedyś ukazały się na obrazach wielkich mistrzów jako "tło", czy drugi plan u niej stanowiąc głównych bohaterów. Piękne, kolorowe i ostre przyciągają wzrok.
Anna Baumgart, która swoimi pracami nawiązuje do różnych traumatycznych historii kobiet, czy to rodzinnych, czy związanych z jakimiś masakrami i wydarzeniami zbiorowymi.
Mariola Wawrzusiak-Borcz to artystka opierająca swoją sztukę w przyrodzie, pokazuje ją w oparciu o metal spawany, pozyskiwany ze złomu.
Iwona Demko, której charakterystyczne różowe, miękkie, puchate rzeźby mówią, albo wręcz krzyczą o tym co kobiece, ważne, pominięte, zakamuflowane, ona wydobywa na światło dzienne, czasem w sposób kontrowersyjny.
Agata Agatowska przedstawia kobiety w sposób monumentalny w futurystycznych ubraniach, fryzurach, wykorzystując różne materiały i mieszając style.
Alicja Patanowska przywołuje w swoich pracach temat antropocenu i zmian z nim związanych, konsumpcjonizmu, dyktatu silniejszych oraz o potrzebie solidarności ludzi z przyrodą.
Anna Barlik w swojej sztuce wysyła jasny sygnał, że mamy nadmiar danych, że stworzyliśmy ogrom rzeczy, które warto wykorzystywać i przerabiać, tym samym ograniczając tworzenie nowych. W swoich pracach podkreśla też potrzebę równości w naszym życiu, bez podporządkowywania, narzucania innym swojego zdania.
Martyna Pająk tworzy prace haptyczne, w których ważny jest kształt, kolor i dobór materiału, przez który jej prace przyciągają widza, wciągają w opowieść, zabawę, prowokację.
I najmłodsza z przedstawionych Ola Nenk, która swoją sztukę spawa z kawałków, zbiorów, z części pociętych, żeby złożyć je w nowym kształcie. Spawanie to dla niej obcowanie z energią i ciepłem. Tworzy popełniając błędy, które zawsze może naprawić. Na warsztat bierze tematy trudne, ale związane z tym co podstawowe i bliskie.
To barwny i wciągający kalejdoskop postaci, tak różnych, ale jednakowo twórczych. Bardzo dużo radości dała mi ta książka, bo o wielu artystkach nie wiedziałam. Bardzo polecam ta pozycję.
piątek, 7 sierpnia 2026
Mistrzynie. Eseje o polskich artystkach - Dagmara Budzbon-Szymańska
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
Sama. Opowieść o Annie Bilińskiej - Małgorzata Ziewiecka
czwartek, 30 lipca 2026
Aglo. Banką po Śląsku - Zbigniew Rokita
poniedziałek, 27 lipca 2026
Wszystkie koty mają zespół Aspergera - Kathy Hoopmann
Lazar - Nelio Biedermann
"Lazar" okazał się dla mnie książką ciekawą, poruszającą, pełną refleksji nad pamięcią, tożsamością i dziedzictwem przeszłości. Pojawiające się w książce symbolika i niedopowiedzenia sprawiły zaś, że niektóre fragmenty można było interpretować na wiele sposobów, w zależności od swojej wiedzy i emocji, co nadało lekturze dodatkową głębię i osobisty wymiar.
Nie była to powieść lekka, ale w mojej pamięci pozostanie na długo po zakończeniu czytania. Polecam ją też wszystkim zainteresowanym historią Europy XX wieku, a także tym, którzy cenią literaturę skłaniającą do namysłu nad związkami między historią wielką a historią pojedynczego człowieka. Książka pokazuje, że los jednej rodziny może stać się zwierciadłem losów całego pokolenia.
poniedziałek, 13 lipca 2026
Ludzie wędrowni - Anna Fryczkowska
Ach, cóż to za pyszna lektura była. Niektóre książki się czyta, zaś inne się przeżywa, a "Ludzie wędrowni" Anny Fryczkowskiej dla mnie zdecydowanie należą do tej drugiej kategorii. To jedna z tych lektur, które zostają w sercu na długo po przeczytaniu ostatniej strony.
Autorka sięgnęła do własnych korzeni, ale stworzyła opowieść znacznie szerszą niż rodzinna saga. To historia kobiet, których nazwisk nie znajdziemy w podręcznikach historii, a bez których historia w ogóle nie mogłaby się wydarzyć. Szczególnie poruszające są losy prababek i babci autorki, kobiet prostych, zwyczajnych, a zarazem niezwykłych w swojej codziennej odwadze.
Anna Fryczkowska z ogromną czułością pokazała świat, w którym kobiety często żyły w cieniu mężów, nie zawsze mądrych, odpowiedzialnych czy przewidujących, często z przerośniętymi ambicjami w stosunku do możliwości czy zdrowego rozsądku. To one najczęściej dźwigały ciężar codzienności, troszczyły się o dom, dzieci i przyszłość rodziny. To one krok po kroku wprowadzały zmiany, które dziś wydają się oczywiste, dbałość o higienę, edukację, zdrowie i lepsze warunki życia kolejnych pokoleń.
Najbardziej zachwyciło mnie to, że autorka nie idealizowała swoich bohaterek. Pokazała ich siłę, ale także lęki, zmęczenie, błędy i rozczarowania. Dzięki temu bohaterki stały się niezwykle prawdziwe. Można odnieść wrażenie, że siedzi z nimi przy kuchennym stole, słucha rodzinnych opowieści i uczestniczy w ich codziennych zmaganiach.
Ogromną zaletą książki jest również język. Anna Fryczkowska pisze pięknie, z wyczuciem i wrażliwością. Jej narracja płynie naturalnie, a rodzinne historie układają się w fascynującą opowieść o przemijaniu, pamięci i dziedzictwie przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Nie ma tu wielkich bohaterów ani spektakularnych wydarzeń. Są za to ludzie, "wędrowni" nie tylko w sensie geograficznym, ale także życiowym, pokonujący kolejne etapy historii, zmian społecznych i własnych losów. Autorka utkała ze zwykłych losów prostych ludzi, niezwykłą opowieść, fascynującą i emocjonalną.
Ta książka przypomina, jak wiele zawdzięczamy kobietom, które przez dziesięciolecia wykonywały ogromną, trudna, mozolną i zazwyczaj niedostrzeganą pracę. Kobietom, które nie pisały manifestów, ale zmieniały świat poprzez codzienne decyzje, troskę o rodzinę i wiarę w lepszą przyszłość swoich dzieci.
"Ludzie wędrowni" okazali się dla mnie lekturą niezwykle satysfakcjonującą. Mądrą, wzruszającą i autentyczną. To książka, która oddaje głos tym, które zbyt często pozostawały na marginesie wielkiej historii, a przecież to właśnie one były jej cichymi bohaterkami, to dzięki nim trwa maraton pokoleń. To opowieść utkana z pamięci, miłości i kobiecej siły. Jedna z tych książek, po których ma się ochotę zadzwonić do własnej babci, czy mamy i jeszcze raz zapytać o historię rodziny.
Bardzo, bardzo polecam.
Czarująca poetka. O Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. - Joanna Jurgała-Jureczka
Lubię sięgać po książki o kobietach, bo przywracają pamięć, rzucają nowe lub inne światło na osobę, dlatego z ciekawością zabrałam się za lekturę "Czarującej poetki. ...". Liczyłam na bliskie spotkanie z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, kobietą niezwykłą, poetką obdarzoną wyjątkową wrażliwością, odważną obserwatorką świata i ludzkich uczuć. Tymczasem po zamknięciu książki pozostał mi niedosyt.
Paradoksalnie, choć bohaterką publikacji jest jedna z najważniejszych polskich poetek XX wieku, miałam wrażenie, że jej głos nie zawsze wybrzmiewa tu najmocniej. Owszem dostałam piękne wiersze, ciekawe epizody rodzinne i liczne informacje o środowisku, w którym żyła. Poznałam fascynujący krąg artystów, krewnych i znajomych, ale dla mnie sama poetka bardzo często pozostała gdzieś pomiędzy nimi, jakby ukryta za różnorodną scenografią własnego życia, świadczą o tym zamieszczone w książce wspomnienia, opinie, głosy o Marii.
Autorka niewątpliwie doskonale odtwarza atmosferę epoki i skomplikowaną sieć rodzinnych oraz towarzyskich relacji. Uczucia ojca i matki względem swoich dzieci, zwłaszcza córek. Ja jednak miałam wrażenie czytania opowieści o świecie wokół Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, a nie o niej samej. Po tytule miałam nadzieję na poznanie jej codzienności, procesu twórczego, rozterek, poglądów czy drogi artystycznej. Generalnie chciałam poczytać o kobiecie ukrytej za znanymi wierszami. Dostałam dość szerokie tło do panującej w latach dwudziestych XX wieku "mody" na ezoterykę, której poetka była zagorzała fanką, szukała miejsc, zdarzeń, lektur, które przybliżały ją do tego obszaru. Autorka skupiła się również na niektórych wątkach miłosnych poetki, zwłaszcza dotyczących jej drugiego męża Jana Pawlikowskiego, bo o trzecim jest tylko wzmianka.
Oczywiście nie jest to książka nieciekawa. To raczej książka, która okazała się inna, niż oczekiwałam. Warto po nią sięgnąć dla bogatego tła historycznego, dla opowieści o rodzinie Kossaków i dla przypomnienia twórczości Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jeśli jednak ktoś szuka przede wszystkim intymnego i pogłębionego portretu poetki, może, podobnie jak ja, odczuć pewien niedosyt. Niemniej doceniłam fragmenty, w których przemawiała sama poetka, poprzez swoją twórczość. Jej wiersze nadal zachwycają subtelnością, ironią i emocjonalną prawdą. W nich odnajdywałam Marię, której nie zawsze mogłam odnaleźć w narracji biograficznej.
Po lekturze pozostało mi przekonanie, że Maria Pawlikowska-Jasnorzewska była jeszcze ciekawsza, bardziej złożona i bardziej fascynująca, niż udało się to tej książce w pełni pokazać, ona raczej budzi apetyt na poznanie poetki, ale nie do końca go zaspokaja.
Eleonora Plutyńska. Wielka dama polskiej tkaniny - Magdalena Stopa
To opowieść o kobiecie, która utkała swoje "życie". Lubię książki przywracające pamięć o wybitnych kobietach, Polkach, które swoją pracą, talentem i determinacją zmieniały rzeczywistość, a mimo to nie zawsze zajmują należne im miejsce w zbiorowej pamięci.
Collete - Valérie Perrin
Za mną kolejna książka Valerie Perrain tym razem "Colette", która, ogólnie rzecz ujmując, utrzymana jest w konwencji autorki, bo opowieści dzieją się na kilku planach czasowych, a wątki splatają się w całość pod koniec lektury wyjaśniając historię. Jednak w "Colette" mamy dodatkowo bardzo dużą galerię postaci, co dla mnie niestety w tym wykonaniu było przytłaczające i gubiłam się w nich. Niemniej co niezmienne, w moim odczuciu Perrin ma dar budowania postaci naznaczonych stratą, tęsknotą i rodzinnymi sekretami. Nawet jeśli chwilami się gubiłam, to zwykle zostawałam z poczuciem, że poznałam bohaterów dość blisko i z różnych perspektyw czasowych.
Sam punkt wyjścia opowieści jest bardzo intrygujący, bo jakże by miał nie być, skoro główna bohaterka dostaje telefon o śmierci ciotki, formalnie zmarłej trzy lata wcześniej. Takie uderzenie nie pozostawia obojętnym na to co będzie dalej... Intryguje też kto właściwie został pochowany i jaka tajemnica kryje się za tą wiadomością?
Podsumowując, „Colette” Valérie Perrin to interesująca, wielowątkowa saga rodzinna oparta na tajemnicy związanej ze śmiercią tytułowej bohaterki. Podobał mi się intrygujący punkt wyjścia oraz charakterystyczna dla autorki narracja prowadzona na kilku planach czasowych. Jednocześnie liczba postaci i pobocznych historii była tak duża, że momentami gubiłam się w relacjach między bohaterami i ich problemach. To dobra książka, ale wymagająca od czytelnika dużej uwagi.
„Colette” to kolejna powieść Valérie Perrin, która urzeka ciepłym stylem, wrażliwością i umiejętnością opowiadania o ludzkich losach. Autorka po raz kolejny tworzy historię pełną emocji, tajemnic i refleksji nad życiem, pamięcią oraz relacjami międzyludzkimi.
Książkę czytałam z przyjemnością i zainteresowaniem. Doceniam przede wszystkim sposób, w jaki Perrin buduje swoich bohaterów – są wiarygodni, wielowymiarowi i łatwo wzbudzają sympatię. Fabuła jest dobrze skonstruowana, a kolejne odkrywane sekrety skutecznie zachęcają do dalszej lektury.
Mimo tych niewątpl
iwych zalet „Colette” nie wywołała we mnie aż tak silnych emocji, jak wcześniejsze powieści autorki – przede wszystkim „Życie Violette” czy „Zapomniane niedziele”. To właśnie te książki na długo pozostały w mojej pamięci dzięki niezwykłej intensywności przeżyć, wzruszeniom i głębokiej więzi, jaka rodziła się między czytelnikiem a bohaterami. W „Colette” zabrakło mi tej samej siły oddziaływania emocjonalnego i momentów, które naprawdę ściskałyby za serce.
Nie zmienia to jednak faktu, że jest to bardzo dobra powieść – napisana z charakterystyczną dla Valérie Perrin czułością wobec ludzi i ich historii. To lektura wartościowa, skłaniająca do refleksji i potwierdzająca literacki talent autorki, choć w moim odczuciu nie dorównuje jej najbardziej poruszającym książkom.
Ocena: 4/5 – piękna i mądra historia, ale nie tak emocjonalnie angażująca jak „Zapomniane niedziele” i „Życie Violette”.
sobota, 27 czerwca 2026
Kontury - Jakub Jarno
To moje drugie spotkanie z Jakubem Jarno i równie udane.
„Kontury” to historia Wandy, kobiety o nieznanym pochodzeniu, której życie od początku naznaczone jest brakiem, samotnością i chłodem instytucjonalnej opieki. Bohaterka „urodziła się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kogo”. Ten brak zakorzenienia staje się dla niej losem, nie tylko faktem biograficznym, ale wręcz doświadczeniem egzystencjalnym. Wychowywana najpierw przez siostry zakonne, a następnie w domu dziecka, Wanda od najmłodszych lat styka się z emocjonalną pustką i przemocą. Dodatkowo autor nie idealizuje tych miejsc, pokazuje je jako przestrzenie odczłowieczenia, gdzie dziecko nie jest podmiotem, lecz problemem do zarządzania. Jednym z najbardziej wstrząsających momentów powieści jest utrata oka przez Wandę, z jednej strony to wydarzenie brutalne, a z drugiej symboliczne. Nieprzypadkowy akt przemocy ze strony innej wychowanki ukazuje nie tylko fizyczne zagrożenie, ale też atmosferę ciągłego napięcia i rywalizacji, w której dzieci funkcjonowały, zabiegały o uwagę zarządzających i jakieś "lepsze" uczucia. W książce ukazany został świat pozbawiony opieki w najgłębszym sensie, świat, w którym krzywda może wydarzyć się z najniższych pobudek, bez konsekwencji, zwłaszcza jeśli ma się za sobą wychowawczynię, a raczej nadzorczynię o podobnym charakterze. Autor jednak nie moralizował, ale też nie dawał łatwych ocen, niemniej utrzymywał ponury, duszny klimat, przytłaczający nieprzewidywalnością.
W tym przemocowym tle ważną rolę odgrywa postać Franka Światło, chłopca cieszącego się uznaniem wśród rówieśników. Jego zainteresowanie Wandą daje chwilowe złudzenie bliskości i akceptacji. Autor nie rozwija jednak tego wątku w sposób klasyczny, nie otrzymujemy prostej historii przyjaźni czy miłości. Raczej jest to sugestia emocjonalnej relacji, która nigdy nie zostaje w pełni uchwycona, do końca wyjaśniona czy nazwana. Równie ciekawa i niewyjaśniona jest relacja z Urbanem Sierpińskim, chłopcem który pochodził z "dobrego" i szanowanego domu.
„Kontury” to powieść zanurzona w realiach PRL-u, w którym chłód instytucji, bezduszność wychowania, brak indywidualnego podejścia wpisywało się w obraz epoki, w której jednostka często ginęła w systemie. Na tle tej szarej rzeczywistości rozświetlającym wątkiem jest ten o tenisie, który był czymś lepszym i wznioślejszym w tej siermiężnej rzeczywistości, ale i on miał swoje ograniczenia, skupiła się tylko do bloku wschodniego.
„Kontury” nie prowadzą czytelnika przez spójną fabułę, raczej zmuszają do poruszania się po jej fragmentach jak po tytułowych konturach, które nigdy nie zamieniają się w jednoznaczny, zamknięty obraz. Nic w tej książce nie zostało wyjaśnione do cna, co może w niejednym czytelniku budzić frustrację. Narracja Wandy, prowadzona z więzienia, pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi. Nie dowiadujemy się, co doprowadziło ją do tego miejsca, jakie były jej dorosłe wybory, ani jakie relacje ukształtowały jej życie. Brakuje też wyjaśnień dotyczących niektórych wydarzeń z dzieciństwa czy młodości. Nie wiemy dlaczego jeden z jej towarzyszy jest, a drugiego już nie ma. Być może jednak te „luki” nie są przypadkowe, bo taka była koncepcja powieści. Może autor świadomie zrezygnował z domknięcia, zmuszając czytelnika do aktywnej interpretacji. „Kontury” nie oferują gotowych rozwiązań, lecz pozostawiają z niedopowiedzeniem, podobnie jak życie Wandy, pozbawione jasnej narracji i sensownego porządku.
Dodam, że ciekawym zabiegiem autora było umieszczenie w opowieści młodej dziennikarki, która swoimi pytaniami podważa opowieść Wandy, co dodatkowo nie daje pewności i spokoju w odczytywaniu opowieści.
Podsumowując, „Kontury” to trudna, momentami bolesna lektura, która nie daje satysfakcji w tradycyjnym sensie. Nie znajdziemy tu katharsis ani klasycznej przemiany bohatera. Zamiast tego otrzymujemy przejmujący portret jednostki złamanej przez system i pozbawionej wsparcia. To książka wymagająca, ale jednocześnie wartościowa, szczególnie dla tych czytelników, którzy cenią literaturę pozostawiającą przestrzeń na refleksję i niedopowiedzenie.
piątek, 26 czerwca 2026
Skończyły mi się oczy - Grażyna Jeromin-Gałuszka
Miałam momentami wrażenie, że obcuję z baśnią dla dorosłych, taką historią, która bardziej tuli niż niepokoi. Autorka buduje świat pełen emocjonalnych drobiazgów, dzięki którym łatwo wejść w ten rytm opowieści. To jedna z tych książek, które bardziej się „czuje” niż analizuje. W mojej opinii to książka dla tych czytelników, które potrzebują oddechu, łagodności i historii zostawiającej po sobie miękkie, trochę melancholijne wrażenie. Daje przestrzeń na zatrzymanie się, refleksję i wejście w spokojniejszy rytm myślenia. W czasach narracji opartych na szoku i przebodźcowaniu taka forma może być zaskakująco kojąca.
Bohaterki (cztery pokolenia kobiet w rodzinie), z których każda jest nieidealna, powodowały u mnie natychmiastową sympatię i czułość. Każda z bohaterek opowiada o sobie, o swoich najbliższych, pokazując swoje trudności, rozterki i niedoskonałości. Urocze są ich nieidealne relacje, które jednak przepełnione są ciepłem, miłością i tolerancją. W książce są mężczyźni, ale stanowią oni bardziej tło, albo dopełnienie jakiejś sytuacji, która musiała pociągnąć historię.
Czytając ją, miałam wrażenie obcowania z opowieścią z innego czasu: spokojniejszego, bardziej wrażliwego, trochę baśniowego. Niemniej nie jest to książka dla każdego, dla tych którzy oczekują dynamiki, brutalnego realizmu lub wyrazistego napięcia mogą poczuć niedosyt. Narracja płynie spokojnie, chwilami wręcz kontemplacyjnie pozwala zanurzyć się w atmosferze i emocjach bez presji ciągłego działania.
Po lekturze zostało mi przede wszystkim poczucie ciepła i nostalgii. „Skończyły mi się oczy” nie epatuje wielkimi tezami ani dramatami, ale zostawia po sobie coś trudnego do nazwania: miękki smutek, ukojenie i wrażenie, że przez chwilę było się w świecie bardziej łagodnym niż ten codzienny. Polecam.
poniedziałek, 1 czerwca 2026
Zemsta należy do mnie - Marie Ndiaye
„Zemsta należy do mnie” to książka niełatwa, gęsta, duszna, dziwna i wielowarstwowa. Czytając miałam niejednokrotnie chęć zaprzestania czytania, ale coś mnie jednak ciągnęło do tego co dalej się wydarzy i w konsekwencji przeczytałam.
Marie NDiaye zbudowała opowieść skomplikowaną, która niepokoi swoją gęstą od niedopowiedzeń i emocjonalnych napięć warstwą pod "powierzchnią zdarzeń" pierwszoplanowych. Sami bohaterowie również nie są do końca wiarygodni, ani dla siebie nawzajem, ani dla czytelnika. I tak na przykład główna bohaterka adwokatka Susane, choć próbuje zrozumieć i pomóc swojej klientce sama mierzy się z jakimś niezrozumiałym, acz napierającym wspomnieniem dawnego spotkania z mężczyzną, notabene mężem klientki. To spotkanie jest jak cierń, podskórny, niby zagojony, ale ciągle daje o sobie znać, nie pozwalając na komfort codzienności. Do tych postaci dochodzi jeszcze kolejna tajemnicza osoba czyli Sharon, emigrantka z Mauritiusa, która pracuje u Susane jako pomoc domowa. Wątki różnych niepokojów przeplatają się ze sobą tworząc gęstą atmosferę niedopowiedzeń i drżeń. W książce dominuje gra pozorów, zakamuflowany konflikt o podłożu pasywno-agresywnym. Moją uwagę przyciągnął związek klientki mecenas Susane, czyli Marylin Principaux z mężem, najpierw nieświadoma dała się wciągnąć mężowi w powolną alienację, a pozostawiona sama ze wszystkimi obowiązkami i emocjami próbowała zrzucić całe przygniatające ją brzemię niszcząc wszystko co najbliższe. Ale nie tylko Marylin została odcięta od wszystkich i wszystkiego, również mecenas Susane została "odcięta" od rodziny, od warstwy społecznej, może bardziej metaforycznie i mniej dramatycznie, ale cały czas w jej życiu wybrzmiewają echa tego odcięcia i niedopasowania do środowiska, w którym się znalazła. Podążając tym tropem Sharon jest w podobnej sytuacji, chociaż trochę z własnej woli i na własnych zasadach, bo to ona uciekła ze swojej ojczyzny, aby "poprawić" swój los. Uciekła z domu, w którym była tylko matką i gospodynią domową, by na emigracji decydować dla kogo pracuje i trzymać rodzinę w szachu. Niepokojąca jest również relacja mecenas Susane i Sharon, delikatna ze strony prawniczki, podszyta niechęcią ze strony Sharon. Choć zagłębiając się nieco bardziej odczuwamy chęć umocnienia zależności, związania, zbudowania pomostu wdzięczności przez mecenaskę i budowania szczelnej granicy przez Sharon, nie dopuszczanie do swojej rodziny i spraw prywatnych mecenaski. Podobnych, choć może bardziej drugoplanowych zależności znajdziemy tutaj więcej, bo ta opowieść została na nich zbudowana.
Nie ma w tej książce prostych bohaterów i jednoznacznych interpretacji, wszystko jest wielowarstwowe i wieloznaczeniowe. Autorka ukazuje portrety ludzi, którzy grzęzną w ciasnych obsesjach, popadając w skrajne emocjonalne wyczerpanie, z którego nie ma dobrego wyjścia, bo już nie potrafią zrozumieć co się zadziało, i jak oswobodzić się z tej pętli. Nic w tej książce nie zostanie wyjaśnione definitywnie, pozostanie zaś mnogość alternatywnych rozwiązań, pytań bez odpowiedzi, jednoznacznych wersji zdarzeń, wszystko można rozpatrywać pod wieloma kątami.
Ta z pozoru cicha proza, napisana chłodnym językiem przytłacza intensywnością. Można się poczuć klaustrofobicznie z natłoku tłumionych emocji i gestów oraz niewypowiedzianych słów. Motyw zemsty nie jest w tej powieści jednoznaczny ani dosłowny. Nie chodzi o prosty akt odwetu, ale raczej o coś głębiej osadzonego w ludzkiej psychice, o potrzebę wyrównania krzywd, o pamięć, która nie pozwala zapomnieć, o relacje, które pozostawiają w nas ślad na zawsze. Zemsta okazuje się tutaj czymś rozproszonym, wpisanym w emocjonalne dziedzictwo bohaterów.
Nie zaznałam spokoju, nie poznałam przyczyn tragicznych zdarzeń, nie poznałam żadnej postaci prawdziwie, ale czy zawsze mamy dostawać oczywiste odpowiedzi? W tym tkwi siła tej książki, że nic nie jest łatwe, oczywiste i nie zawsze dostaniemy rozwiązanie. Dla czytelnika szukającego historii „do rozwiązania” może być frustrująca. Dla tego, który chce zanurzyć się w opowieści o emocjach, pamięci i cienkich granicach między tym, co przeżyte, a tym, co wyobrażone, ta książka będzie doświadczeniem wyjątkowym i długo pozostającym w pamięci.


















