Ciekawość świata - Curiosity of the world
Książki to dla mnie marzenia, źródło wiedzy, pasja i moc. Książki to oczekiwanie na niewiadomą, na tajemnicę, na romans bez pokuty. Wierne, dostępne i otwarte na nowe doznania. To uzależnienie, bez skutków ubocznych, zbędnych emocji i pretensji. Książki to dla mnie ciągle napełniające się źródło, nie wysychające, wystarczy tylko chcieć czerpać, a na razie mam ogromną ochotę.......
Szukaj na tym blogu
wtorek, 17 marca 2026
Nie dopytuj się. Historie z Bieszczadów. O kobietach, lesie i wężu w dolinie Sanu - Anna Kamińska
Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu - Jakub Bączykowski
sobota, 28 lutego 2026
Jadwiga. Król nieświęty - Dorota Pająk-Puda
Ponownie Dorota Pająk-Puda przeniosła mnie do minionych wieków. Tym razem towarzyszyłam młodej Jadwidze Andegaweńskiej, która po niemałych perturbacjach przyjechała do Krakowa, aby zostać królem Polski. Towarzyszyłam tej dziewczynce w pierwszych dniach po przybyciu do obcego dla niej kraju.
Bardzo lubię książki tej autorki, nie tylko ze względu na epokę, ale na skupienie się na kobietach tej epoki i umiejętność wykreowania atmosfery. Autorka odsłania przed czytelnikiem sytuacje, które mogły mieć miejsce, tworzy atmosferę, wykreowała bohaterów i język. Polubiłam jej sposób opowieści i choć mam swoich faworytów, to ta również przypadła mi do gustu. Znałam już pewne postaci z wcześniejszych książek, teraz tylko przenosiłam się w czasie. Wykreowany przez autorkę świat jest dla mnie wyczuwalny, umiem znaleźć się w tej opowieści, dlatego tak czekam na kolejne jej książki.
Opowieść o Jadwidze, dziewczynce, która w ramach porozumień, pertraktacji, zobowiązań została przywieziona na dwór Polski, osadzona jako król, wśród dorosłych, żądnych władzy mężczyzn, wydana za mąż za o wiele starszego niezależnego i doświadczonego księcia, który po ślubie z nią współrządził a tak naprawdę przejął władzę, była ciekawa do obserwacji i przemyśleń. Oczami wyobraźni widziałam jak z dziecka zmienia się w kobietę, która zaczyna przewyższać nie tylko wzrostem, ale intelektem oraz wiedzą i wykształceniem niejednego wielmożę z jej otoczenia. Kobietę, która na wielu polach odnosiła sukcesy, która umiała przekonać do swoich racji najważniejszych tego świata. Niezwykłą osobę, która wiedziała, że wiedza to klucz do niezależności, która dążyła z uporem, aby tworzyć miejsca, w których będzie kwitła nauka. Jej postać została przedstawiona przez autorkę jako pełnokrwista kobieta, temperamentna, z mnóstwem rozterek i emocji, która obserwowała z otwartymi oczami i pełną świadomością to co działo się wokół niej. Przyznaję, że to było ciekawe spojrzenie na kogoś, kto został na kartach historii umieszczony jako pomnik bez skazy, posągowa postać, święta bez wyrazu. Dorota Pająk - Puda pokazała kobietę z krwi i kości, z namiętnościami, rozterkami i emocjami. Bardzo mi się ten obraz podobał.
czwartek, 19 lutego 2026
Parasolki - Dominika Buczak
Parasolki to książka, która zabrała mnie w podróż przez historię walki o prawa kobiet w Polsce. Autorka, Dominika Buczak przedstawia wyraziste bohaterki, które różnią się wiekiem, pochodzeniem i doświadczeniem życiowym, ale łączy je determinacja w walce o równość i sprawiedliwość. Ich ścieżki i wybory są bardzo uniwersalne i ponadczasowe.
Książka przypomina, że walka o prawa jest trudna i wyboista, wymaga samozaparcia, determinacji i konsekwencji. Pokazuje także, że prawa dane raz nie są na zawsze, bo pod wpływem różnych zawirowań politycznych i społecznych mogą zostać ograniczone lub odebrane. Dlatego kobiety powinny czuwać i być świadome tego, co różne partie głoszą i jakie mogą być tego konsekwencje.
Parasolki to nie tylko historia walki o prawa kobiet, ale także opowieść o różnorodności i solidarności. Bohaterki książki pokazują, że mimo różnic można działać razem i wspierać się wzajemnie w walce o wspólne cele.
Książka jest napisana przystępnym językiem, a jej bohaterki są wyraziste i łatwe do identyfikacji. To ważna lektura, która przypomina o tym, jak ważna jest walka o prawa i jak łatwo można je stracić, jeśli się o nie nie dba. Bardzo wartościowa lektura.
wtorek, 10 lutego 2026
Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu - Nicholas Kristof, Sheryl WuDunn
poniedziałek, 9 lutego 2026
Nie czekam na szklankę wody - Katarzyna Tubylewicz
środa, 28 stycznia 2026
Sekrety sztuki. Ukryte przesłania, znaczenia i symbole w sztuce - Debra N. Mancoff
Siłą tej publikacji jest sposób narracji, bo autorka prowadzi czytelnika nieszablonowo, skupiając się nie na suchych faktach, lecz na wybranych kulisach, tajnikach i sekretach dzieł sztuki. Dzięki temu obrazy, rzeźby i nazwiska przestają być muzealnymi eksponatami, a zaczynają opowiadać własne historie, pełne symboli, ukrytych znaczeń i bardziej lub mniej świadomych wyborów twórców.
Każdy rozdział przynosi nowe doznania i odkrycia. To kolejne odsłony niezwykłości procesu twórczego, momenty, w których czytelnik zaczyna dostrzegać, że sztuka rzadko bywa przypadkowa. Detale, gesty, kolory czy pozornie drugoplanowe elementy okazują się nośnikami znaczeń, a ich odczytanie zmienia sposób patrzenia na znane dzieła. Książka nie wymaga specjalistycznej wiedzy, raczej potrafi ją pogłębić, albo pomaga w otwarciu się na nią. W mojej opinii to lektura zarówno dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze sztuką, jak i dla odbiorców bardziej świadomych, szukających świeżego spojrzenia i nowych interpretacji. Autorka z wyczuciem balansuje między erudycją a lekkością, dzięki czemu czytanie staje się przyjemnością, a nie obowiązkiem, można ją odkładać i powracać, nie tracąc doznań.
„Sekrety sztuki. ...” to przewodnik uważności, bo po tej lekturze może pojawić się potrzeba zatrzymania się, przyjrzenia detalom, zadania pytania: co jeszcze tu ukryto? To książka, która nie tylko opowiada o sztuce, ale też zmienia sposób jej doświadczania, przybliża i otwiera na przyglądanie się dziełom pod różnymi kątami.
MOJA WIELKA PIĘKNA NIENAWIŚĆ. Biografia Victorii Benedictsson - Elisabeth Åsbrink
„Moja wielka piękna nienawiść. ...” to książka, którą bez wahania można nazwać wyjątkową i ważną, a dla mnie jednocześnie taką, która potrafiła mnie pokonać. W moim przypadku zachwyt nad ambicją, warsztatem i erudycją autorki szedł w parze z narastającym zmęczeniem i poczuciem, że ta lektura wymaga ode mnie dużego "wysiłku czytelniczego", bez równoważącego poczucia radości z czytania.
Sama postać Victorii Benedictsson bardzo mnie zainteresowała. To bohaterka nieoczywista, pełna sprzeczności, jakby uwikłana we własne talenty, którym z woli ojca nie mogła dać upustu. Uciekając od twardych zakazów rodziny weszła w małżeństwo, które również ją ograniczało. Oczywiście nie sprzyjały rozwojowi jej talentu czasy, w których przypadło jej życie. W codzienności była zaplątana w sprzeczności: bała się odpowiedzialności za rodzinę i dzieci, ale wszystko to dźwigała na swoich barkach, nie chciała poświęcić swojego życia na bycie gospodynią, ale ta rola przypadła jej w udziale i wypełniała ją obowiązkowo, nie chciała rodzic dzieci, ale przypadło jej to w udziale, itd. Wyobrażałam sobie, że ta uzdolniona kobieta w tym żelaznym uścisku norm i wytyczonych ról społecznych musiała się "dusić". I mimo, że się nie poddawała w tworzeniu, było jej bardzo trudno i mogła mieć poczucie rozdarcia, pokonania, niemożności wyrwania się ze szponów rutyny.
Autorka stworzyła opowieść o nieprzeciętnej kobiecie, artystce, a także zaprosiła czytelnika do szerokiego świata skandynawskich elit intelektualnych XIX wieku, środowiska fascynującego, ale też hermetycznego, pełnego napięć, ambicji i hierarchii. Ten kontekst historyczno-kulturowy był jedną z dużych zalet książki, lecz jednocześnie sprawił, że lektura stała się gęsta, wymagająca i momentami przytłaczająca. Oczywiście widziałam ogrom pracy, jaką Elisabeth Åsbrink włożyła w odtworzenie życia pisarki, w poszukiwanie śladów, listów, kontekstów, nawet tam, gdzie materiał źródłowy był niepełny, fragmentaryczny, trudny do uchwycenia. Ta determinacja budziła mój szacunek, tak samo jak talent autorki.
To proza ambitna, opowiadająca o rodzeniu się talentu i o drodze jaką trzeba przebyć, aby pokazać ten talent. To historia o konieczności radzenia sobie w świecie niesprzyjającym kobietom i wszystkim, którzy wyrastają ponad przeciętność. Jednakże mimo podziwu nad wieloma obszarami tej książki, ta opowieść mnie zmęczyła. Nielinearna narracja, wielość wątków, postaci i kontekstów sprawiały, że momentami gubiłam emocjonalny punkt zaczepienia. Często czułam ciężar materiału, a nie zawsze jego wartość.
Podsumowując, „Moja wielka piękna nienawiść. ...” to książka z pewnością ważna, bo przybliża bardzo interesującą dla literatury postać, ale niełatwa. To lektura, która wymaga skupienia, cierpliwości i gotowości na intelektualny wysiłek. Doceniam ją bardziej, niż ją polubiłam. I choć czuję respekt wobec tej opowieści, mam też świadomość, że nie każda wielka literatura musi być doświadczeniem przyjemnym.
Pieśni łaciatych krów - Łukasz Staniszewski
Trudno mi było z ta książką, bo z jednej strony nie chciałam jej odłożyć, czekając na "coś" co mnie zaskoczy, a z drugiej nie pojmowałam wielu zdarzeń. Mogę zatem napisać, że „Pieśń łaciatych krów” to książka, po której zamknięciu nie zostałam z jasną oceną, ani jednoznacznym zachwytem ani z rozczarowaniem. Pozostałam w jakimś stanie zawieszenia, w poczuciu, że historia została opowiedziana, ale nie do końca wybrzmiała.
Czytając tą opowieść trudno było mi uchwycić, czym właściwie ta opowieść chce być. Z jednej strony pojawiają się elementy codzienności, lokalności, pewnej surowości świata przedstawionego, z drugiej brak tu wyraźnego napięcia, tajemnicy czy nieoczywistości, które prowadziłyby czytelnika dalej, otwierały jakieś głębsze poziomy. Często czułam się "zaklinowana" w tej treści, bez perspektywy na jakieś sensowne wyjście.
Szczególnie wyraźny staje się ten brak w zestawieniu z książkami z cyklu „Stara Słaboniowa i spiekładuchy", czy "Oberki do końca świata", do których „Pieśń łaciatych krów” w myślach odnosiłam. Tamte opowieści miały w sobie magię, pewną niesamowitość, poczucie, że pod powierzchnią realistycznych zdarzeń kryje się coś więcej, tajemnica, magia, niedopowiedzenie, ale wszystko było spójne i klimatyczne. Tutaj dla mnie tych elementów zabrakło. Język powieści ma specyficzny charakter, zaś bohaterowie miejscami bardzo skomplikowani emocjonalnie i nie wzbudzili we mnie cieplejszych uczuć.
Podsumowując, nie poczułam tej opowieści, bohaterowie mnie nie przekonali, tak samo jak cała ich historia. Być może zabrakło tej odrobiny magii, być może jakiejś tajemnicy, a może po prostu silniejszego głosu narracyjnego. To opowieść, która została opowiedziana do końca, ale nie do końca mnie poruszyła.
Wyspa niechcianych kobiet - Agata Komosa-Styczeń
To bardzo ambitne i wielce sprawiedliwe podejście do dobrobytu społeczeństwa. Jak zatem zbudować taki kraj? O tym w tej książce opowiada autorka. Co istotne dla czytelników, żeby lepiej zrozumieć podejście do tej budowy, na początku książki autorka przypomniała nieformalny zbiór zasad Duńczyków zwanym prawem Jante. To swego rodzaju "najeżone szpice palisady", mające bronić jedności i nierozerwalności wspólnoty, która jest najważniejsza. To właśnie wspólnota wie co dla jednostki będzie najlepsze, a nie odwrotnie. To wspólnota razem buduje dobrobyt tego kraju, z którego korzystają jednostki, zaś państwo, aby temu sprostać stara się wiedzieć o swoim obywatelu jak najwięcej. Ta "kontrola" ma pomóc państwu zadbać o właściwy poziom życia a w przypadkach spadku tego poziomu, np. urodzenia dziecka, utraty pracy, starzenia się, aby wiedzieć kiedy i jak reagować. "Wszelkie odstępstwa od normy - czy to w twoich finansach, czy w twoim zachowaniu - są widoczne gołym okiem. Ktoś zawsze patrzy." (str. 16) i czuwa. Wspólnota, czyli obywatele nauczeni są, aby dbać o wspólne dobro, bo wszyscy się na nie składają, dlatego zwracają uwagę na niewłaściwe zachowania innych. W życiu codziennym tym odzwierciedleniem dbałości o swoje jest również wspieranie swoich marek, zakładanie wspólnot społecznych, rolniczych kooperatyw żywieniowych, bezpłatnego i dostosowanego do potrzeb dzieci systemu edukacji, itd. ale także czystość na osiedlu, ulicy, cisza nocna, itp.
Oczywiście, aby doprowadzić do takiego stanu nie opierano się tylko na ideach i prawach, to praca wszystkich obywateli miała się do tego przyczynić, zwłaszcza tych aktywnych, pracujących i płacących podatki. "Kluczowe było zachowanie proporcji." (str. 22), czyli jeśli jak najwięcej przydatnych, silnych i sprawnych obywateli będzie pracować na dobro wspólne, zaś tylko nieliczni niesprawni i słabi będą z tej pracy zwolnieni przy korzystaniu z wypracowanych przez innych korzyści, to wówczas uda się doprowadzić do kraju szczęśliwości. Jednakże, aby temu sprostać, trzeba było przedsięwziąć odpowiednie kroki, i pomimo obaw o zachwianie się systemu opieki nad potrzebującymi członkami rodzin - która opierała się na kobietach, wypchnąć je do pracy zawodowej, aby powiększały PKB, zaś z ich podatków sfinansować systemową opiekę nad najmłodszymi w żłobkach i najstarszymi w domach seniorów. I tutaj kolejne "ale", tych osób, którym państwo miałby zapewnić opiekę nie mogło być zbyt wiele, aby system był wydolny. Zatem pilnowano równowagi, poprzez "trzymanie się kilku zasad:
-Nie powinieneś się rozmnażać, jeśli twoje potomstwo mogłoby być obciążone genetycznie.
- Nie powinieneś się rozmnażać nadmiernie, każda kolejna ciąża eliminuje kobietę z rynku pracy.
- Nie powinieneś rozprzestrzeniać chorób, bo de facto nie powinieneś chorować. Chorowanie zuboża państwo.
- Powinieneś pracować, bo praca pozwala na płacenie podatków, a podatki budują dobrobyt.
Właśnie dlatego pilnowano równowagi w systemie. Izolowano, leczono i mobilizowano do pracy na wszelkie możliwe sposoby." (str. 23) Siła tych zasad działa wciąż, bo choć z jednej strony państwo sprawuje silną kontrolę nad obywatelami, to z drugiej obywatele mają zaufanie do struktur i bogaty socjal oraz wsparcie państwa.
Niemniej lęki, które zrodziły się po przyjęciu takiego kierunku przywdziały różne kaftany, m.in ten przed "degeneracją narodu" z powodu bezrobocia, pijaństwa czy niemoralności a także przekazywanych genów. I tutaj wchodzimy na wyższy poziom czystości genów i drogi do ich uzyskania, np. poprzez separowanie "wybrakowanych" jednostek w odizolowanych miejscach od zdrowej tkanki społeczeństwa, np. na wspomnianych w tytule wyspach.
„Wyspa niechcianych kobiet” to książka, która burzy wygodny mit Skandynawii jako krainy bezwarunkowej równości, humanizmu i społecznej sprawiedliwości. Autorka pokazuje, że duński model państwa dobrobytu nie narodził się wyłącznie z troski o obywatela, lecz także z decyzji opartych na wykluczeniu, kontroli i przemocy instytucjonalnej wobec najsłabszych. Opisywana w książce wyspa staje się symbolem tego, co nie pasowało do wizji nowoczesnego, silnego państwa: kobiet biednych, samotnych, „nieprzystosowanych”, chorych psychicznie lub uznanych za moralnie niewygodne. Zamiast realnej pomocy oferowano im izolację, w imię porządku społecznego i postępu. Autorka pokazuje, że państwo, które miało zapewniać opiekę, bardzo szybko zaczęło decydować, kto zasługuje na wsparcie, a kto powinien zostać usunięty z pola widzenia.
Szczególnie poruszające jest ukazanie, jak idee higieny społecznej, kontroli reprodukcji i „racjonalnego zarządzania populacją” stały się fundamentem polityki społecznej. W imię dobra ogółu jednostki traciły podmiotowość. Kobiety zamknięte na wyspie były traktowane nie jako osoby, lecz jako problem do rozwiązania, swoista przeszkoda na drodze do nowoczesności. Zaś z drugiej strony higiena rasowa mogła stanowić otwarcie bram dla równouprawnienia i dobrowolnego macierzyństwa, a dalej do prawa do aborcji, a także wysokiego poziomu edukacji seksualnej.
Odizolowane, nawet kiedy wracały na łono zdrowej społeczności nie czuły się swobodnie, miały poczucie inności, oderwania: "Kobiety opuszczające wyspę nienawidziły plotek na swój temat, które utrudniały im znalezienie zatrudnienia, stanowiły źródło dyskryminacji." (str. 148)
Ważnym przełomem w podejściu systemu do osób z niepełnosprawnościami była ustawa o opiece nad osobami upośledzonymi umysłowo oraz innymi osobami o szczególnych potrzebach. Ten akt od dnia obowiązywania przywracał godność każdej osobie jej pozbawionej poprzez jakąkolwiek formę ubezwłasnowolnienia. Twórca tego podejścia Bank-Mikkelsen wykreślił z dyskursu i podejścia państwa, ukuty przez propagatorów czystości rasowej, niekorzystny mit o osobach "słabych duchem.
Oczywiście ten kij ma dwa końce, ale jak na razie Dania to kraj, w którym obywatelom żyje się na wysokim poziomie, stabilnie i bezpiecznie, a politycy nawet jeśli zmieniają się po wyborach nie burzą podwalin pod tą stabilizacją. Duńczycy bardzo bronią tego dobrobytu i spokoju, co konsekwencją jest m.in. podejście do imigrantów, zwłaszcza tych którzy się nie integrują, albo nie przyjmują wypracowanych norm. Niemniej jeśli nauczą się języka i wtopią w tkankę społeczną wówczas nie są już obcymi, ale "swoimi", których należy przyjąć pod skrzydła i dać wsparcie.
Książka w wyraźny sposób wpisuje się w debatę o cenie państwa dobrobytu. Autorka nie neguje osiągnięć Danii ani realnych korzyści płynących z rozbudowanego systemu socjalnego, ale pokazuje, że jego fundamenty powstawały również na gruncie cierpienia i niesprawiedliwości. To właśnie te „ciemne plamy” duńskiej drogi do dobrobytu czynią książkę tak ważną, bo zmuszają do krytycznego spojrzenia na historię, którą często przedstawia się w sposób idealizowany.
„Wyspa niechcianych kobiet” to lektura trudna, momentami bolesna, ale potrzebna. Przypomina, że żadne państwo dobrobytu nie jest moralnie neutralne, a troska o większość zbyt często odbywała się kosztem tych, którzy nie mieścili się w normie. To książka, która uczy czujności wobec systemów – nawet tych, które dziś uchodzą za wzór do naśladowania.
Przeczytanie tej książki miało dla mnie dużą wartość.
poniedziałek, 12 stycznia 2026
Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy - Magdalena Kopeć
Książka Magdaleny Kopeć to poruszające i rzetelnie udokumentowane studium jednego z najbardziej przemilczanych aspektów rozwoju przemysłu, czyli systemowego wykorzystywania pracy dzieci. Autorka pokazuje, że za postępem gospodarczym XIX i początku XX wieku kryły się dramaty najmłodszych, zmuszanych do pracy w warunkach niszczących zdrowie i godność, a także życie.
Już na początku uderza brutalną logiką ekonomiczną fabrykantów, kiedy czytamy: "Brygadziści starają się zastąpić mężczyzn kobietami, bo są bardziej dochodowe dla fabryki. Przyjmuje się małoletnie, szkoli płacąc 25 kopiejek, po szkoleniu dostają tą samą stawkę na dzień: mężczyźni otrzymają 40 kopiejek za m. towaru, kobiety 25-27, ta fabryka wyróżnia się wyjątkowym oszustwem." (str. 35). Dziecko w tym systemie było tańszym narzędziem produkcji, łatwym do zastąpienia i pozbawionym głosu, zwłaszcza kiedy: „…każde dziecko, które nie chce umrzeć z głodu, musi pracować” (s. 59) pokazuje, że nie istniał żaden realny wybór, bo praca była warunkiem przeżycia.
Szczególnie przejmujące są fragmenty poświęcone zdrowiu młodocianych robotników. Autorka opisuje, jak choroby zawodowe u dzieci były częstsze i cięższe niż u dorosłych, a listy schorzeń przypominały wyniki badań ludzi z wieloletnim stażem pracy: "Typowe dla poszczególnych zawodów choroby zawodowe u młodzieży występowały częściej i były bardziej uporczywe niż u dorosłych. Młode, nastoletnie organizmy dopiero się kształtowały, a czynniki zewnętrzne wyjątkowo łatwo zaburzały rozwój narządów czy układu kostnego. Dlaczego w ankietach tak skrupulatnie podawano obwód klatki piersiowej? Zależał od niego rozwój płuc i prawidłowe oddychanie, tak jak od rozwoju mięśni, kości i nerwów - normalny ruch. Patrząc na listę chorób nastolatków, można odnieść wrażenie, że przebadani zostali pięćdziesięcioletni robotnicy z trzydziestoletnim stażem pracy." (s. 112). To dowód na to, że przemysł rozwijał się kosztem fizycznego i psychicznego wyniszczenia młodych organizmów. Łatwo było też zastąpić pracowników, bo bezrobocie i bieda były ogromne.
Autorka obnaża również hipokryzję przemysłowców, którzy tłumaczyli zatrudnianie dzieci „koniecznością szkolenia kadr”. W rzeczywistości była to często czysta propaganda, bo dzieci zwalniano, gdy tylko zbliżały się do wieku dorosłego "Zwolennicy zatrudniania małoletnich jako stały argument podnosili przygotowanie młodej kadry. Przemysłowcy tłumaczyli, że potrzebują wykwalifikowanych robotników, więc muszą przyjmować i szkolić małoletnich. W wielu wypadkach była to jednak propaganda." (s. 148). Liczył się zysk, nie przyszłość młodych ludzi.
Wstrząsającym fragmentem jest także przytoczony "głos obrońców" pracy dzieci: „Dzieci pracowały zawsze dopóki szły maszyny i było dobrze. Czy to my ich gwałtem brali? Czy im nie płacili?” (s. 34). Ten fragment doskonale pokazuje mentalność epoki, brak empatii, przerzucanie winy i traktowanie edukacji jako zagrożenia dla porządku społecznego.
W mojej opinii największą wartością książki jest jednak jej aktualność. Autorka wyraźnie zaznacza, że choć Europa się zmieniła, na świecie wciąż istnieją miejsca, gdzie praca dzieci jest normą, oczywiście zawsze „dla zysku", niestety tylko nielicznych. "Choć w Europie wiele się od XIX wieku zmieniło, to nie brak na świecie miejsc, gdzie praca dzieci wciąż jest normą lub - co gorsza - koniecznością. Odpowiedź brzmi zawsze tak samo: dla zysku. Dziecko to kiepski pracownik, ale gorzej opłacany, a jego zatrudnienie pozwala uzyskać założone efekty produkcyjne. Logika może nieco pokrętna, ale ekonomicznie skuteczna." (s. 140). To sprawia, że lektura nie jest jedynie historyczną opowieścią, lecz także alarmem.
„Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. ...” to książka bardzo potrzebna, przypomina, że bogactwo i rozwój często budowano są na krzywdzie najsłabszych. I że ten mechanizm, choć dziś lepiej ukryty, nadal niestety działa, może już nie w samej Europie, ale w innych regionach Ziemi, niemniej my także z tej pracy korzystamy.
środa, 7 stycznia 2026
Cesarzowa Piotra. Tom 1 - Kristina Sabaliauskaitė
Główna bohaterka książki, Katarzyna I Aleksiejewna przyjmuje nas w swojej sypialni w ostatniej dobie swojego życia. Leżąc w łożu boleści i upokorzenia, niezdolna ruszyć się z niego, ani wykonać żadnej czynności wokół siebie, zależna od służby i lekarza, zapadająca w stany nieprzytomności, powraca w tych ostatnich godzinach do swojego życia, rok po roku, wydarzenie po wydarzeniu odkrywa przed czytelnikiem swoje losy.
Narratorka Katarzyna prowadzi czytelnika przez własną biografię bez patosu i bez wybielania faktów. Jej opowieść jest szczera, momentami brutalna, pełna sprzecznych emocji: wstydu, dumy, żalu, gniewu i niespełnienia. To nie jest historia cesarzowej opowiadana z perspektywy tronu, lecz z perspektywy kobiety, która przeszła drogę od nizin społecznych do najwyższej władzy, płacąc za nią ogromną cenę osobistą. Jej siłą jest intymność, bo poprzez zamknięcie narracji w przestrzeni sypialni umierającej cesarzowej czytelnik staje się niemal mimowolnym świadkiem jej najbardziej prywatnych myśli i tego co się z nią dzieje fizycznie. Przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, wspomnienia z majakami, a wielka historia z osobistym dramatem jednostki. Ten zabieg narracyjny sprawia, że książka wciąga od pierwszych stron i nie pozwala się odłożyć.
Autorka w niezwykle sugestywny sposób pokazuje mechanizmy władzy, zależności, przemoc, zarówno fizyczną, jak i symboliczną oraz ograniczenia, z jakimi musiała mierzyć się kobieta w świecie rządzonym przez mężczyzn, zwłaszcza w Rosji. Katarzyna nie jest przez autorkę ani idealizowana, ani potępiana. Pokazała ludzką twarz cesarzowej, pełną sprzeczności, często słabą, czasem bezwzględną, ale zawsze świadomą swojej pozycji i ceny, jaką za nią zapłaciła. Jej siłą i orężem była pokora, umiejętność słuchania emocji innych, rozwiązywania konfliktów, bycia w cieniu, ale tuż obok kiedy była potrzebna. To też zdolność do przystosowywania się do mężczyzn, zwłaszcza od Piotra, wspieranie ich w fatalnych dla nich momentach, wyprzedzanie ich potrzeb. To niezwykłe postępowanie, które nie było łatwe do utrzymania wobec pokus władzy, pozwolił jej na trwanie.
„Cesarzowa Piotra” to nie tylko powieść historyczna, ale przede wszystkim opowieść o władzy, cenie ambicji i kobiecym doświadczeniu w świecie, który nie pozostawia miejsca na słabość. Książka bardzo mnie wciągnęła, urzekła swoją formą i psychologiczną głębią bohaterki. Zdecydowanie zostanie ze mną na długo, a już z niecierpliwością czekam na drugą część, licząc, że równie bezkompromisowo i sugestywnie dopełni tę historię.
Na marginesie wspomnę, że miałam też nieodparte wrażenie, że ta opowieść jest bardzo aktualna w warstwie politycznej tego kraju. W mojej opinii autorka nawiązywała do ciągle aktualnych: kompleksów wielkiej Rosji, imperialistycznych ambicji i prowadzenia działań przez przemoc.
środa, 31 grudnia 2025
Osobliwe szczęście Arthura Peppera - Phaedra Patrick
"Arthur Pepper ma 69 lat i wiedzie proste życie. Każdego dnia wstaje dokładnie o 7:30, ubiera się w przygotowane wcześniej rzeczy – koniecznie w musztardową kamizelkę – tak jak robił to za życia swojej żony, Miriam. I idzie podlać paprotkę, Fredericę, z którą zaczął rozmawiać po tym, jak Miriam umarła. Czyli rok temu." Tyle jeśli chodzi o skrót fabuły, przynajmniej w jej pierwszym akcie. Pod wpływem nalegań syna i delikatnych sugestii córki, Arthur zaczyna robić porządki w rzeczach Miriam podczas których znajduje ciekawą, a nawet można by rzec tajemniczą bransoletkę z przywieszkami, której nie widział u żony przez 40 lat trwania ich małżeństwa. To znalezisko uruchamia szereg zdarzeń, które będą zaskakujące przede wszystkim dla głównego bohatera. Osiadłe, spokojne, rutynowe życie wywraca, jak na siebie, do góry nogami, i rozpoczyna podróż śladami swojej żony kiedy jeszcze nie byli małżeństwem, a które było dla niego nieznane, choćby dlatego, że żona o nim nie opowiadała, a on nie pytał.
Własna pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków - Karolina Dzimira-Zarzycka
Miałam w tym roku szczęście, że trafiłam na tą autorkę, ze względu na ogrom wiedzy, szczegółowości i ciekawostek jaki zawarła w swoich książkach, język jakim operuje i oczywiście sam temat dotyczący malarstwa kobiet, które coraz bardziej mnie interesuje. Doceniam umiejętności autorki w docieraniu i wyszukiwaniu informacji o artystkach, które stworzyły dzieła mimo częstych przeciwności losu (i nie mam tu na myśli czasów, w których kobiety wówczas żyły, raczej warunki finansowe i socjalne) i ignorancji społeczeństwa. Autorka zawarła wiele faktów "drobiaszczków", które wyłuskała z jakichś zakątków archiwów prywatnych i państwowych. Wyszukiwała, zbierała i umieszczała na kartach tej książki informacje dotyczące kobiet tworzących obrazy i rzeźby w swoich maleńkich pokoikach, pracowniach, profesjonalnych atelier, domach rodzinnych, w plenerach, generalnie tam gdzie dało się realizować swoje umiejętności i talent. Autorka przybliżyła zmagania, determinację i pasję artystek w poszukiwaniu dla siebie miejsca do tworzenia, przenoszenia na płótno tego co czują, widzą i chcą uwiecznić. Dodatkowo czytanie tej książki zbiegło się z moją wizytą w Muzeum Sztuki Nowoczesnej na wystawie "Kwestia kobieca", gdzie zebrano wiele wspaniałych dzieł prekursorek swoich czasów począwszy od XVI wieku do czasów współczesnych. To połączenie było wspaniałym dopełnieniem, bo nie tylko pobudziło moją wyobraźnię, ale dało szansę zobaczyć wiele dzieł w oryginale.
wtorek, 30 grudnia 2025
Hjem. Na północnych wyspach - Ilona Wiśniewska
Ilona Wiśniewska to jedna z moich ulubionych reporterek, dlatego cieszę się, że mogłam sięgnąć po jej kolejną książkę. Tym razem to książka o zmianach tych widocznych i tych bardziej zakamuflowanych, którym trzeba się przyjrzeć nieco bardziej uważnie. To historia o przemijaniu, tęsknocie, samotności i ptakach. To też opowieść o domu, do którego mamy różny stosunek, którym się cieszymy, z którego uciekamy, albo go szukamy. Autorka mieszkająca od kilku lat w Tromso pokazuje je przez pryzmat miejsca, z którego się wyjeżdża, albo w którym znajduje się swoje miejsce, do którego przybywają ludzie poszukujący schronienia, odskoczni, czy zapomnienia. Choć Tromso to norweskie miasto z jego duchem i chłodem szeroko pojętym, to mimo wszystko stało się jakimś swoistym tyglem kulturowym, do którego napływają ludzie z różnych zakątków kuli ziemskiej i mimo przeszkód, próbują się w nim zaaklimatyzować i odnaleźć.
Wracając do ptaków to stanowią swoistą oś wokół której toczą się zawarte w książce historie ludzi, miejsc i zwierząt, to one są widomymi znakami zmian klimatu. Te ptaki to barometr zmian zachodzących szczególnie w rejonie koła podbiegunowego, w którym lato było tylko krótkim błyskiem w roku kalendarzowym, a obecnie potrafi trwać już ponad dwa miesiące, a temperatury mogą sięgać średnio ok 15 stopni Celsjusza. Ilona Wiśniewska opowiada o mewach zwanych miejscowo krysiami (po norwesku „krykkje”, czyli mewa trójpalczasta), które mają swoich przeciwników i wrogów (bo brudzą, krzyczą i wszędzie ich pełno) zwolenników i opiekunów (bo giną jako gatunek), czy wręcz przyjaciół, którzy wyczekują co roku ich powrotu z cieplejszych regionów Europy. Autorka pokazuje szerokie spektrum sprawy ptaków, poczynając od tego, że wymierają w swoim naturalnym środowisku ze względu na ekspansywną działalność ludzi w tym rejonie (m.in. poprzez przeławianie ryb), a szukając zgodnie z instynktem przetrwania nowego miejsca zmieniają swoje klify na miejskie siedliska, co rodzi konflikt interesów ludzi i ptaków w mieście, to zaś uruchamia zwalczanie ich na różne sposoby głównie przez Norwegów, a z drugiej strony wywołuje także akcje pomocy tym zwierzętom. Powstają ruchy badaczy i wolontariuszy, które apelują do władz i czynnie pomagają ptakom w obliczu sytuacji, w której się znalazły, zyskały nawet nazwę "nauki obywatelskiej", czyli citizen science.
Ta opowieść Ilony Wiśniewskiej oprócz ptaków ma także swoich wyraźnych bohaterów, zwłaszcza Bjørg, niezamożną Norweżkę, w średnim wieku, która mieszka w rodzinnym domu, ale ma kłopot bo musi się z niego wyprowadzić, aby spłacić rodzeństwo. Bjorg jest bardzo związana z JJ, mewą , która od wielu lat rokrocznie wiosną powraca do jej gospodarstwa, ale Bjorg za każdym razem obawia się czy wróci w roku następnym. Konieczność opuszczenia domu potęguje jej obawy. Mamy Polaka, który karmi mewy, przygląda im się i kontempluje każdą spokojną chwilę w Tromso, bo ucieka przed swoimi sprawami. Poznajemy kobietę, uciekinierkę z Iranu, której opowieść chwyta za serce, badacza z Hiszpanii, ekscentrycznego fana muzyki i życia z dnia na dzień. Autorka przygląda się im, rozmawia z nimi, spotyka się z nimi, a z niektórymi podejmuje wspólnie działa na rzecz mew. Dodatkowo nieco miejsca poświęca także sobie, uchylając rąbka swojego życia w Tromso, co w poprzednich książkach nie miało miejsca.
Podsumowując to kolejna warta lektury książka tej autorki, tym razem poświęcona bardziej przyrodzie niż ludziom, ważna opowieść, która niesie przesłanie o tej północy kuli ziemskiej, w której zachodzą znaczące zmiany, a jej ofiarami są ptaki.niedziela, 28 grudnia 2025
Kos kos jeżyna - Tamta Melaszwili
Autorka daje do ręki czytelnikom kameralną opowieść o kobiecie, która mimo przeciwności czy raczej uwarunkowań zewnętrznych postanowiła żyć po swojemu. Daje bohaterkę, która miała odwagę wyjść poza sztywne, tradycyjne i schematyczne patriarchalne gorsety, w które w tym społeczeństwie wtłaczane są kobiety.
Choć dostajemy w książce opowieść głównej bohaterki, narratorki, Etero, choć skupiamy się na jej życiu i wyborach, to dostajemy również szeroki opis społeczeństwa; uwikłanych w obowiązki kobiet, agresywnych i często nadużywających szkodliwych substancji mężczyzn, uzurpujących sobie prawo do decydowania o wszystkim. Dostajemy obrazek gruzińskiej prowincji, w której śledzi się każdy ruch sąsiadów, zwłaszcza jeśli zachowują się inaczej niż przeciętni mieszkańcy.
Etero 48 latka snuje opowieść, w której przeplata teraźniejszość z przeszłością, dzięki czemu dowiadujemy się o jej życiu, o utracie matki, o starej ciotce, która się nią opiekowała przez pierwsze 6 lat jej życia, o rozlicznych obowiązkach, które spadły na nią kiedy trafiła już pod dach ojca i brata, o krzywdach których doznała od tego drugiego. Dostajemy zatem szaro-bure podobrazie z dzieciństwa i pierwszych lat młodości w domu rodzinnym, na którym po śmierci brata i ojca Etero umieściła kolory, kształty i dopasowane do swojego gustu treści. Dzięki jej opowieści zrozumiemy dlaczego bohaterka jest tu gdzie jest, dlaczego nie martwi się o przyszłość, dlaczego wygląda i zachowuje się tak a nie inaczej, dlaczego będąc starą panną jest zadowolona.
Choć w tej książce nie ma nic na pewno....
Etero żyje na przekór doświadczeniom wyniesionym z relacji z bratem narkomanem i biernym ojcem. Na przekór systemowi, zaściankowości społeczeństwa, przypisanym rolom społecznym, narzuconym obowiązkom. Żyje tak, aby być samowystarczalną, niezależną i spełnioną. A choć robi wszystko, żeby mieć takie poczucie, to jakieś podskórne lęki ciągle nie dają jej spokoju. Niestety słusznie, bo choć długo dawała sobie radę w swoim zamku z grubymi murami wokół, emocje spłatały jej figla. Etero wpada w wir tego co nieznane, odkrywa przyjemność z czegoś o czym nie mówi się głośno, bo ma to służyć tylko prokreacji. Etero całkiem spontanicznie i niezapowiedzianie "dostaje" sex i postanawia wykorzystać tą okazję na ile się da. Depcze swój spokój, schodzi z utartej ścieżki i wkracza na nieznane niespokojne obszary. Jak to się dla niej skończy, czy było warto skoczyć na nieznane wody, czy trafiła na kogoś, kto jest wart utraty tego spokoju?
Tamta Melaszwili prowadzi narrację bohaterki nie pozwalając czytelnikowi na komfort i spokój, wręcza mu niepokój i niepewność co do następnych zdarzeń. Autorka ukazuje kobietę, która choć stworzyła sobie ramy samostanowienia, miała swoje tęsknoty, braki w uczuciach, potrzeby ciepła i bliskości. Kobietę, która choć pogodzona ze swoją samotnością ciągle podskórnie boi się jak to będzie na starość, co pocznie, kto zadba o jej ciało po śmierci. Dostajemy w tych obrazkach z życia Etero wiele pytań dotyczących sfery kobiecej, zdominowanej, podporządkowanej przez sferę męską, nieokrzesaną, butną, krzyczącą. Pytania owe pozostaja otwarte...
Bardzo przewrotna, pełna sprzeczności, zaskakująca opowieść, która pozostawia otwarte zakończenie. To bardzo ważny głos kobiecy w literaturze dla kobiet i mężczyzn. To wciągająca, niespokojna lektura warta czasu.
Obiekty głębokiego nieba - Jakub Małecki
"Obiekty głębokiego nieba" wciągnęły mnie tak, że przeczytałam je za jednym "zaczytaniem". I choć ta książka nie stała się moją najbardziej ulubioną tego autora, to ma w sobie to coś co nie pozwoli o niej zapomnieć.
Czytając ją miałam wrażenie, że jest to obrazek związany z moim pokoleniem, czyli ludzi, którzy w latach dziewięćdziesiątych zdobyli dyplom, znaleźli nowoczesne prace, uciekli do stolicy i żyli pełnią możliwości, które we wczesnym kapitalizmie się otwierały. Znaleźli się w świecie pełnym obietnic, ale też fałszywych nadziei. Budowali nową jakość, bezkrytycznie wprowadzali nowoczesne trendy i mody na miarę zachodnich wzorców. Jednocześnie dla wielu był to czas końca ich biznesów, a nawet rozumienia rzeczywistości a nawet złamania życia. W książce znajdziemy kilkoro bohaterów, którzy szybko weszli w nowy system, zachłysnęli się możliwościami, otwierającymi się szansami na szybką karierę. Mieli wrażenie, że mają nieograniczone możliwości, po części tak było, ale zawsze kosztem kogoś lub czegoś.
Z drugiej strony odczytałam w niej wątek poszukiwania miłości. Bohaterowie lokowali swoje uczucia często nie wiedząc, czy są prawdziwe, czy może to tylko próba zapełnienia pustki. Zatracali się w powierzchownych miłostkach, które, choć na chwilę dawały poczucie spełnienia, niestety szybko prowadziły do rutyny i niezaspokojenia. Ich poszukiwanie szczęścia było pełne sprzeczności i błędów, które prowadziło do bólu i rozczarowań, zarówno ich własnych, jak i osób, które przypadkowo skrzywdziły po drodze.
Z wątków, które najbardziej przylgnęły do moich emocji była relacja syna z ojcem, zwłaszcza wtedy kiedy ojciec potrzebował pomocy i wsparcia. Piękne były opisy związane z rewitalizacją domu rodzinnego i bliskości ze zwierzętami.
Reasumując, "Obiekty głębokiego nieba" to książka, która opowiada o poszukiwaniach: miłości, tożsamości, a przede wszystkim o tym, jak łatwo można zagubić się w dzisiejszym świecie, pełnym pozornych możliwości, które wcale nie gwarantują szczęścia. To książka, która zmusza do zastanowienia się nad własnym życiem i wyborami, pokazuje jak często bezrefleksyjnie niszczymy sami siebie i najbliższych, bo nie umiemy zatrzymać się, przemyśleć co stanowi faktyczną wartość. To książka o współczesnych problemach z relacjami, samotnością i pustką. Ale, żeby nie zakończyć tak pesymistycznie to napiszę, że znajdziemy w niej też wskazówki do odzyskiwania spokoju: radości z prostych czynności, z powrotu do natury, obcowania ze świadomą codziennością. Świetna lektura, zdecydowanie polecam.
poniedziałek, 22 grudnia 2025
Ogród rozpaczy ziemskich - Beatriz Serrano
Jak na debiut, to w mojej opinii całkiem udany. Książka z przesłaniem, z obrazowo poprowadzonym opisem problemów i na dodatek z zaskakującym zakończeniem. Autorka z półuśmiechem i ironią opowiada o problemach trzydziestolatków, którzy mają za sobą już kilka lat doświadczenia zawodowego, niektórzy zdążyli awansować, uzyskać niezły status materialny, żyć bez zobowiązań, lekko, przyjemnie korzystając z życia - to tak na pierwszy rzut oka. Gdzieś tam za kotarą tego "sukcesu", wolności, niezależności, swobody jest gorycz, poczucie samotności, beznadzieja bez widoków na poprawę sytuacji, pustka, wypalenie i poczucie bezsensu.
Autorka ze znawstwem pokazuje mechanizm korporacji, w której panuje sztywna fasada pozorów, hipokryzji, zazdrości, gnania na oślep w przerysowane cele. Magię spotkań - online i stacjonarnych, narad, burzy mózgów, prezentacji, KPI, wyników, podległości, zależności, ścigania się w kreatywności, napompowanych i nieadekwatnych form względem realiów. Ten pęd napędza wzajemne frustracje, niechęci, animozje, przerzucanie się zadaniami i podkopywanie tych "innych". Mogłabym rzec, że autorka ukazuje sztukę biurowej prestidigitacji, gdzie uprawia się mnóstwo sztuczek w stylu "jak zrobić dobre wrażenie na kim trzeba", jak stworzyć małym wysiłkiem efekt "olśniewający" odbiorców, itp. Autorka daje w swojej książce sporo przykładów na powierzchowność, wyrachowanie, brak szczerości i zaufania, coś w stylu ładnych opakowań z zepsuta zawartością w środku. Pokazuje w prześmiewczy sposób wymuszony wyjazd integracyjny i zapychanie jego harmonogramu prezentacjami i warsztatami prowadzonymi przez pracowników. (to znam z realu)
Choć z pewną dozą humoru, to w głębi "duszy" nie jest to opowieść wesoła, pokazuje pustkę, samotność, grę pozorów i miałkość relacji. Opowieść wciąga, jest emocjonalna i obfituje w zaskakujące zdarzenia.

















