Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Miniaturzystka - Jessie Burton

 

Miniaturzystka” Jessie Burton to książka, która od pierwszych stron wciąga w świat XVII-wiecznego Amsterdamu, obrastającego w bogactwa dzięki handlowi i kolonizacji. Amsterdamu, który obrastał w przepych, a jednocześnie chłodnego i zaściankowego jeśli chodzi o obyczaje społeczne, zamkniętego za drzwiami mieszczańskich domów. Amsterdamu, w którym kobiety zależne są w 100 procentach od mężczyzn, ich decyzji, ich obecności ich woli.

"Miniaturzystka" to opowieść o kobietach, często pozamykanych w czterech ścianach domów, kuchni, zajmujących się rodziną, nie mających wpływu na jakiekolwiek znaczące decyzje. A podążając ku szczegółom to opowieść o  młodej kobiecie, która wkracza w dorosłość i małżeństwo z nadzieją, że rozpoczyna nowe życie. Oczekuje na bliskość, bezpieczeństwo i poczucie, że znalazła swoje miejsce i ukochanego męża. Szybko jednak okazuje się, że zamiast bezpieczeństwa czeka na nią dom pełen tajemnic i rozczarowań, w którym właściwie nic nie jest takie, jak się wydaje. Zamiast męża, którego mogłaby poznać, dostaje jego nieobecność. Zamiast rodziny, ludzi, którzy mają swoje "mroczne" sekrety. Zamiast odpowiedzi, coraz więcej pytań i niewiadomych.

W ramach przywitania Petronella otrzymuje od męża w prezencie miniaturowy model ich domu i zgodę na jego upiększanie. Dysponując wekslami męża zaczyna zamawiać do niego niewielkie elementy u miniaturzystki. Z początku realizacje są zgodne z jej zamówieniami, ale dość szybko zaczyna otrzymywać małe przedmioty, które dziwnie przypominają prawdziwe życie mieszkańców domu. Miniaturowy świat okazuje się odbiciem tego dużego, jego sekretów, pragnień, lęków i ukrytych znaczeń i prawd.

Autorka buduje opowieść, w której granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co symboliczne, zaczyna się zacierać. Miniaturzystka wie o mieszkańcach domu więcej, niż powinna wiedzieć. Jej figurki stają się zapowiedzią wydarzeń, a może tylko konsekwencją zdarzeń i decyzji? Czy miniaturzystka przewiduje przyszłość, czy po prostu potrafi dostrzec to, czego inni nie chcą zauważyć?

Pod warstwą tajemnic kryje się przede wszystkim historia kobiet zamkniętych w sztywno przypisanych społecznie rolach, zależnych od mężczyzn, pieniędzy i opinii innych. Nella początkowo wydaje się bezradna, ale z czasem zaczyna rozumieć, że w świecie, w którym niewiele może powiedzieć wprost, musi nauczyć się czytać między słowami. Dlatego "Miniaturzystka" to książka o pozorach, o domach, które z zewnątrz wyglądają na idealne, a w środku kryją zupełnie inne historie, często mroczne, a nawet tragiczne. To opowieść o ludziach, którzy udają kogoś, kim nie są, i o tym, że czasem najmniejsze szczegóły mówią o nas więcej niż wielkie deklaracje. To opowieść o kobietach, które musiały nauczyć się żyć w świecie urządzonym przez innych. O tym, ile można przemilczeć, ukryć i jak długo można udawać, że wszystko jest w porządku. To też opowieść o samotności i potrzebie poznania prawdy. O ludziach, którzy mieszkają razem, a jednak potrafią być sobie zupełnie obcy. O sekretach, które czasami chronią nas przed światem, a czasami stają się więzieniem.

A miniaturzystka? Do końca pozostała dla mnie postacią nieuchwytną, ale zapewne taka miała być. Kimś, kto widzi więcej, kto potrafi spojrzeć na ludzkie życie z boku i pokazać je w pomniejszeniu tak, żeby nagle stało się wyraźniejsze.

„Miniaturzystka” łączy baśń, powieść historyczną i mroczną opowieść. Nie wszystkie zagadki tej historii przekonały mnie w równym stopniu, były wiarygodne, niemniej atmosfera książki pozostaje w pamięci. Amsterdam stworzony przez autorkę z jednej strony był miastem pięknym, pełnym  życia i możliwości, a jednocześnie niepokojącym, mrocznym, pełnym kontrastów. Podobnie jak dom, który miał być dla Nelli początkiem nowego życia okazał się ścieżką po kolcach róż, jednak ku prawdziwej dorosłości. 

Podsumowując, Jessie Burton stworzyła opowieść o tym, że człowieka, podobnie jak ten książkowy miniaturowy dom, można próbować zamknąć w określonych ramach, wyznaczyć mu miejsce, rolę i granice, ale nie da się całkowicie przewidzieć, co się wydarzy, bo wystarczy czasem jeden mały szczegół, żeby zobaczyć, że pod powierzchnią wszystko wygląda zupełnie inaczej. I chyba właśnie to najbardziej zostało mi z tej książki, przekonanie, że najciekawsze historie często kryją się nie w tym, co widać, ale w tym, czego nie chcemy zobaczyć.

 


niedziela, 30 sierpnia 2026

Mała historia znikania - Daniel Petryczkiewicz


Tworzymy nowe budowle, doskonalimy roboty, karmimy i rozwijamy sztuczną inteligencją, a nie dbamy o to co najcenniejsze, dzięki czemu żyjemy. Przyroda, bo o niej tu mowa jest ważniejsza niż technologia, bo bez niej nie przetrwamy, a z pewnością nie w takiej formie i zakresie. Kolejne dobro to woda bez której nie przetrwamy na pewno, a lekkomyślnie jest przez ludzi traktowana, trwoniona i nieceniona, bo ciągle mamy dostęp, ale czy na pewno? W wielu regionach naszego kraju już jej zabrakło w tym sezonie.

 Ale do rzeczy „Mała historia znikania” Daniela Petryczkiewicza to książka o rzece, ale tak naprawdę przede wszystkim o człowieku. O jego potrzebie porządkowania świata, podporządkowywania go własnym wyobrażeniom i przekonaniu, że wszystko, co płynie, można zatrzymać, uregulować, zasypać albo skierować tam, gdzie będzie dla nas wygodniej.

Bohaterką tej opowieści jest Mała, czyli niewielka rzeka płynąca przez Konstancin-Jeziornę. Autor przygląda się jej historii osobiście, z bliska, wręcz czule. Poznajemy rzekę, która kiedyś była częścią żywego krajobrazu, a z czasem zaczęła znikać pod kolejnymi decyzjami człowieka. Zasypywana, regulowana, zamykana w kanałach i traktowana jak przeszkoda, a nie jak żywy organizm, powoli traciła swoje miejsce w świecie.

To „znikanie” nie jest jednak nagłym wydarzeniem. Dokonuje się po trochu, niemal niezauważalnie. Jedna decyzja, jedna inwestycja, jeden kawałek ziemi, który trzeba „uporządkować”. Aż w końcu okazuje się, że rzeki właściwie już nie ma. I właśnie ta powolność jest w książce najbardziej przejmująca. Bo pokazuje, jak łatwo człowiek odbiera przyrodzie przestrzeń, nie zawsze ze złej woli, czasem nawet w przekonaniu, że robi coś pożytecznego.

Historia Małej staje się przez to historią wielu innych rzek. Tych małych i dużych, które znikają z map, krajobrazów i ludzkiej pamięci. Rzek, które prostujemy, betonujemy, zakrywamy i próbujemy zmusić, żeby przestały być rzekami, a stały się jedynie elementem infrastruktury. Tak, by pasowały do naszego świata.

"Mała jest tu soczewką, w której można dostrzec ogrom zniszczenia naszej planety i przyczyn, które za tym stoją. Koniec świata, jaki znamy, już tu jest. Można wejść do suchego koryta i zobaczyć to wszystko na własne oczy. Tylko co później zrobić z tym głębokim smutkiem, bólem i frustracją?" (str. 376) 

Daniel Petryczkiewicz nie pisze jednak wyłącznie o ekologii. Pisze o relacji człowieka z miejscem, o pamięci i odpowiedzialności. O tym, że krajobraz nie jest czymś danym nam na zawsze. I że kiedy znika rzeka, znika również kawałek historii, tej zapisanej w ziemi, roślinach, wodzie, ale także w pamięci ludzi.

Autor porusza w swojej książce również wątki europocentryczności, wpływu kolonializmu na inne ludy. Pisze o zmianach klimatu o podłożu antropogenicznym, o instytucjach, które o nich mówią, o naukach, które jasno wskazują na czerwone linie, które przekroczyliśmy jako ludzkość. Pokazuje negatywny wpływ człowieka na otoczenie, m.in zanieczyszczenie światłem, które dokłada się do wymierania gatunków, czy betonowaniu lub tworzenie zabudowań czy ulic, tam gdzie były cieki wodne, które grożą nagłymi zalaniami w przypadku nawalnych deszczy.  Pisze o osuszaniu bagien, mokradeł, torfowisk, regulacji rzek, zabudowie terenów podmokłych, drenażu wód gruntowych, które wpływają na znikanie rzek, o osuszaniu poprzez kopanie rowów melioracyjnych, które dzisiaj są reliktem przeszłości. Przypomina o tym, że Ziemia nie jest nasza własnością, że to my - ludzie należymy do Ziemi.

„Mała historia znikania” zostawia po sobie smutek, ale też niepokój. Po lekturze inaczej patrzy się na pozornie nieistotny strumień, rów czy podmokłą łąkę. Zaczyna się dostrzegać w nich coś więcej, ślady dawnych rzek i świat, który jeszcze niedawno wyglądał inaczej.

"Czym jest rzeka? Czy rzeka to tylko woda, która płynie pomiędzy dwoma brzegami? Czy są nią tez skarpy, które wyrzeźbiła? Piaszczyste łachy, które naniosła? A co z doliną, w której od wieków się rozlewała? Co z meandrami, którymi się wiła? Co ze starorzeczami, które są jej powidokami? Co z zimorodkami, bobrami, wydrami, żabami  moczarowymi, kaczkami krzyżówkami, chruścikami, piskorzami, wazkami, jaskrami wodnymi i wszystkimi innymi stworzeniami w niej i dzięki niej żyjącymi? Co z mokradłami, moczami, torfowiskami, i rozlewiskami, które tworzy? Czy one wszystkie i oni wszyscy są rzeką? Czy rzeka może przestać być rzeką?" (str. 11)

Ta opowieść o jednej rzece okazuje się opowieścią o nas wszystkich. O tym, jak łatwo coś zniszczyć i jak trudno później przywrócić temu życie. Mała znika, i dlatego warto o niej mówić, zanim zniknie także z naszej pamięci. Autor jest społecznikiem i orędownikiem dbałości o Małą, motywuje społeczność lokalną, zbierał podpisy dla dobra rzeki, walczył o nią w najwyższych urzędach. Czy warto, czy da się?

Ps. Dowiedziałam się z aktualnych doniesień autora na social mediach, że rzeka dzięki aktywistycznej pracy autorka Dolina Rzeki Małej stała się Rezerwatem, co powinno zabezpieczyć teren doliny i rzeki. 

 

Rzeźbiarki - Dagmara Budzbon-Szymańska

 

Druga książka tej autorki poświęcona artystkom zawiera w sobie jeszcze więcej nazwisk twórczyń, które realizowały się w rzeźbie. Co dla mnie ważne, w tej książce - albumie, Dagmara Budzbon-Szymańska zawarła informacje, o miejscach, w których można obejrzeć dzieła tych artystek obecnie. Dzięki taj książce odkryłam Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku.

Od autorki dostajemy przegląd artystek od drugiej połowy XIX wieku do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Ten ogrom pracy, dużej ilości materiału przyniósł barwny wachlarz nazwisk kobiet artystek, które tworzyły lub tworzą co im w duszy gra, nie zważając na ograniczenia, obostrzenia czy stereotypy.

Przegląd twórczości zaczynamy od roku 1860, w którym urodziła się Antonina Rożniatowska specjalistka od popiersi tchnących życiem. To rzeźbiarka, która przetarła ścieżkę w tej dziedzinie dla innych kobiet chcących parać się rzeźbiarstwem. 

Kolejna artystka to Mika Micun, która wykonywała soje rzeźby ze szkliwionej ceramiki, barwnie malowanej, ponieważ bardzo zależało jej na barwach. 

Następna opowieść dotyczy Ludwiki Nitschowej twórczyni warszawskiej Syrenki, pomnika Marii Skłodowskiej-Curie, pomnika Kopernika na wnęce Pałacu Kultury i Nauki i wielu innych upamiętniających zacne dla Polski nazwiska. Ludwika Nitschowa była sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim. 

Dalej opisana została twórczość Magdaleny Gross, która rozwijała swoją pasję rzeźbienia poprzez rzeźbienie zwierząt. Wspierał ją w tym dyrektor zoo warszawskiego udostępniając przestrzenie i swobodę twórczą, a w czasie wojny dając schronienie przed hitlerowską pożogą. Jej prace można oglądać głównie w Muzeum Narodowym w Warszawie. 

Następna Katarzyna Kobro i jej charakterystyczne kompozycje przestrzenne. 

Kolejna Olga Niewska specjalistka od dużej rzeźby, twórczyni wielu rzeźb sportowców, Przebudzenia i Kąpiącej stojącej do dzisiaj w Parku Skaryszewskim. 

Po czym otrzymujemy skomplikowaną historię Zofii Woźnej/Bali Leser, która jest intrygująca i zaskakująca. 

Alina Ślesińska, która w swoich czasach zawojowała świat sztuki i była prawdziwą celebrytką, wystawiającą również za granicą, co nie było takie łatwe w czasach powojennych. 

Barbara Zbrożyna, której Przekupka  Mariensztacka stoi do dzisiaj na Mariensztacie. Artystka, która jako badaczka człowieka i jego świata pokazywała wszystkie jego strony optymistyczne i bolesne. 

Dalej Maria Papa Rostkowska tworząca w marmurze i brązie, w których oddawała swoje przeżycia i wykuwała swoje emocje. 

Magdalena Więcek twórczyni rzeźb, instalacji przestrzennych ze stali i aluminium. 

Kolejna Alina Szapocznikow artystka wszechstronna, eksperymentatorka, przekładająca swój ból na swoje prace. 

Teresa Brzóskiewicz specjalistkę od humanizacji przestrzeni miejskiej, tworzącej najpierw w betonie i kamieniu, a następnie w metalu, szkle, alabastrze, marmurze. Urzekła mnie jej Jutrzenka,a także Dwie rzeki, czy Wiosna, które stoją w Warszawie. 

Mamy także Magdalenę Abakanowicz, jedną z najbardziej rozpoznawanych artystek polskich. 

Wandę Czełkowską, która swoją twórczością pokazywała wolność własną i społeczeństwa. 

Barbarę Falender, dla której charakterystyczne jest tworzenie w duchu erotyzmu, miłości i cierpienia. Admiratorka sztuki Szapocznikow i poszukiwaczka jej rzeźb. 

Katarzyna Józefowicz artystka, która wybrała materiał lekki i nietrwały: papier, klej i nożyczki, z którymi tworzy niezwykłe instalacje: Miasta, Habitat, czy Dywan czarno-biały, mówiący o zalewających nas informacjach, za którymi nie nadążamy, giniemy wręcz w masie słów i treści.

Zuzanna Janin, która w swoich działaniach artystycznych pokazuje walkę, nierówności, ciągłe zagrożenie, konflikt w skali rodziny, społeczności i globalnej. Poszukując ciągle nowych środków wyrazu sięga często po materiał ulotny, słaby, który uwypukla, przyciąga i podkreśla wagę poruszanych tematów, a jednocześnie kruchość i słabość w radzeniu sobie z nimi jednostki lub systemu. 

Marta Klonowska, która tworzy unikatowe rzeźby (najpierw ze stłuczki szklanej) obecnie z przygotowanych tafli szkła plus metal, przedstawiające zwierzęta, które kiedyś ukazały się na obrazach wielkich mistrzów jako "tło", czy drugi plan u niej stanowiąc głównych bohaterów. Piękne, kolorowe i ostre przyciągają wzrok. 

Anna Baumgart, która swoimi pracami nawiązuje do różnych traumatycznych historii kobiet, czy to rodzinnych, czy związanych z jakimiś masakrami i wydarzeniami zbiorowymi.

Mariola Wawrzusiak-Borcz to artystka opierająca swoją sztukę w przyrodzie, pokazuje ją w oparciu o metal spawany, pozyskiwany ze złomu.

Iwona Demko, której charakterystyczne różowe, miękkie, puchate rzeźby mówią, albo wręcz krzyczą o tym co kobiece, ważne, pominięte, zakamuflowane, ona wydobywa na światło dzienne, czasem w sposób kontrowersyjny. 

Agata Agatowska przedstawia kobiety w sposób monumentalny w futurystycznych ubraniach, fryzurach, wykorzystując różne materiały i mieszając style. 

Alicja Patanowska przywołuje w swoich pracach temat antropocenu i zmian z nim związanych, konsumpcjonizmu, dyktatu silniejszych oraz o potrzebie solidarności ludzi z przyrodą. 

Anna Barlik w swojej sztuce wysyła jasny sygnał, że mamy  nadmiar danych, że stworzyliśmy ogrom rzeczy, które warto wykorzystywać i przerabiać, tym samym ograniczając tworzenie nowych. W swoich pracach podkreśla też potrzebę równości w naszym życiu, bez podporządkowywania, narzucania innym swojego zdania. 

Martyna Pająk tworzy prace haptyczne, w których ważny jest kształt, kolor i dobór materiału, przez który jej prace przyciągają widza, wciągają w opowieść, zabawę, prowokację.

I najmłodsza z przedstawionych Ola Nenk, która swoją sztukę spawa z kawałków, zbiorów, z części pociętych, żeby złożyć je w nowym kształcie. Spawanie to dla niej obcowanie z energią i ciepłem. Tworzy popełniając błędy, które zawsze może naprawić. Na warsztat bierze tematy trudne, ale związane z tym co podstawowe i bliskie. 

To barwny i wciągający kalejdoskop postaci, tak różnych, ale jednakowo twórczych. Bardzo dużo radości dała mi ta książka, bo o wielu artystkach nie wiedziałam. Bardzo polecam ta pozycję.

 

piątek, 7 sierpnia 2026

Mistrzynie. Eseje o polskich artystkach - Dagmara Budzbon-Szymańska

 

To była wielce satysfakcjonująca lektura, dzięki której można zapoznać się z niezbyt długimi, ale za to esencjonalnymi życiorysami 21 artystek: malarek, rzeźbiarek i instalatorek, jak to sama autorka określiła - mistrzyń. Autorka kreśli dla czytelników opowieść o najciekawszych polskich twórczyniach sztuki żyjących w wieku XIX, XX i XXI. Bardzo czułe i uważne spojrzenie autorki pozwoliło uchwycić najważniejsze w życiu i twórczości tych artystek momenty. Książka jest okraszona istotnymi dla artystek cytatami oraz ilustracjami ich dzieł. Generalnie postrzegam tą pozycję jako piękny album poświęcony temu co wspomniane artystki miały najwartościowszego do przekazania odbiorcom. Dodatkowo pięknie i niestandardowo wydana.

Kogo znajdziemy wśród tych 21 nazwisk? Oto one: Anna Bilińska Bohdanowicz, Olga Boznańska, Mela Muter, Zofia Stryjeńska, Tamara Łempicka, Katarzyna Kobro, Maria Jarema, Alina Szapocznikow, Teresa Pągowska, Magdalena Abakanowicz, Maria Pinińska-Bereś, Natalia LL, Ewa Partum, Ewa Kuryluk, Zofia Kulik, Izabella Gustowska, Katarzyna Kozyra, Joanna Rajkowska, Monika Sosnowska, Agata Bogacka, Małgorzata Mirga-Tas. Każda z nich wypracowała swój niepowtarzalny styl, który ją wyróżnia/ł czy to precyzja, wpisywanie modela w tło, melancholia, zmysłowość, trudne doświadczenia społeczne lub rodzinne, oryginalność spojrzenia i uchwycenia, walka o różne prawa mniejszości lub społeczne. Warto tez zwrócić uwagę na materię, z którą pracowały, to nie tylko płótno, ale cały szereg dostępnych i zaskakujących materiałów, technik, form...

Można by rzecz, że w ostatnich latach powstało kilka dobrych książek o artystkach z przełomu wieków, zatem po co kolejne? W mojej opinii każda z tych pozycji jest ważna, bo przypomina o tych artystkach, pokazuje ich twórczość, talent, a każda robi to winny sposób i na inne aspekty kładzie nacisk. Każda z tych książek to też inne oko autora, który dzieli się swoją wrażliwością na te twórczynie. Dodatkowo Dagmara Budzbon-Szymańska przedstawia artystki z wieku XX, o których nie ma jeszcze książek, a które niewątpliwie znacząco zapisały się w historii sztuki polskiej. Przybliża te, które jeszcze tworzą i biografii nie mają zatem ta lektura może być podwaliną.
To jest też dobra lektura, dla tych którzy chcą mieć informację, ale bez zagłębiania się w długie lub skomplikowane biografie. W mojej opinii super lektura, piękna, esencjonalna i po prostu ciekawa.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Sama. Opowieść o Annie Bilińskiej - Małgorzata Ziewiecka

Czy rzucone gdzieś w poczekalni podczas podróży do Wenecji przez obłąkanego literata: "-Wypłyń na głębię" (str. 124)  miało znaczenie dla malarki Anny Bilińskiej, czy pamiętała o nim w wirze codziennych wydarzeń, w dążeniu do celu bycia niezależną, spełnioną i docenioną malarką. Czy towarzyszyło jej podczas najtrudniejszych chwil życia, np. kiedy cierpiała zimno w swoim mikro pokoiku-pracowni, kiedy nie dojadała, bo nie było ją na to stać, kiedy traciła bliskie sobie osoby, kiedy chciała skrócić swoja samotność i brak nadziei na polepszenie losu? Znaleźć odpowiedź można w książce Małgorzaty Ziewieckiej „Sama. Opowieść o Annie Bilińskiej”, w której autorka podjęła ambitną próbę oddania głosu samej malarce, osadzając jej historię w szerokim kontekście epoki. Dzięki temu można było spojrzeć na malarkę przez pryzmat miejsca w którym dorastała, sytuację jej rodziny i środowiska, w którym żyła oraz wydarzeń społeczno-politycznych, które towarzyszyły jej codzienności. Dzięki pozostawionym przez malarkę dziennikom autorka stworzyła gęstą siatkę życiowego krwioobiegu malarki, jej przemieszczanie się z miejsca na miejsce, najpierw z rodziną, potem rodzina Krassowskim, a wreszcie samotnie w poszukiwaniu rozwoju, inspiracji, realizacji celu oraz rozterki, sympatie, miłości i uparte dążenie do celu.

Cieszę się, że powstała kolejna książka o Annie Bilińskiej, tym razem powieść, która wymagała od autorki dużego wysiłku, by wyjść poza tradycyjną formę biografii i stworzyć opowieść bardziej intymną, prowadzoną z perspektywy bohaterki. Trudno mi ocenić, na ile udało się oddać prawdziwą emocjonalność Bilińskiej, ale z pewnością udało się pokazać ją jako żywego człowieka, a nie jedynie nazwisko z historii sztuki. W mojej opinii to właśnie jest największa zaleta takich powieści biograficznych, iż nie tyle dostarczają nowych faktów, ile sprawiają, że postać historyczna przestaje być pomnikiem i staje się kimś, z kim można nawiązać emocjonalną relację. 

Autorka pokazała, jak wydarzenia epoki wpływały na codzienność kobiety-artystki: jej możliwości podróżowania, studiowania, zarabiania własnych pieniędzy, decydowania o sobie i budowania kariery. Ten społeczny i kulturowy krajobraz XIX wieku dodał opowieści bardzo ciekawe tło dla historii o malarce. Dodatkowo książka okraszona jest wieloma ilustracjami obrazów i szkiców Anny Bilińskiej, a także cytatami z jej dziennika, co niewątpliwie nadało dodatkowego waloru książce.

Do zapamiętania z tej opowieści, oprócz ciekawego życiorysu, był komentarz Marii Konopnickiej który zamieściła w gazecie po śmierci malarki, w którym winą za przedwczesną śmierć obwiniła polskie społeczeństwo, które nie zrobiło nic, aby wesprzeć ambitną artystkę w trudnym biegu po sławę za granicą. Opisała warunki w jakich żyła a które niewątpliwie przyczyniły się do przyspieszenia rozwoju choroby i przedwczesnej śmierci. „I przybiegła na szczyt - i padła (…). Czy nikt nie widział o tej biedzie, o tej walce, o potrzebie ratowania tego młodego życia i niezrównanego talentu?”-wygarnęła pisarka.” (str. 305) W naszej historii nie był to odosobniony przypadek, kiedy to nie wspieramy talentów, które rozsławiają Polskę, ale krytykujemy, albo zazdrościmy, czy wręcz opluwamy, aby po czasie płakać nad stratą. 

Powieść Małgorzaty Ziewieckiej różni się od biograficznych książek Sylwii Ziętek, które mocniej akcentują właśnie ten rys życia malarek. Jeśli miałabym szukać porównań, bliżej tej książce do sposobu opowiadania znanego z książki Magdaleny Grzebałkowskiej, „Dezorientacja. Biografia Marii Konopnickiej”, gdzie fakty historyczne zostają ożywione przez literacką narrację.
W mojej opinii bardzo udana książka, która wciąga w wir wydarzeń i losów bohaterki, która pozwala spojrzeć na artystkę z bardzo przyziemnego punktu widzenia.

czwartek, 30 lipca 2026

Aglo. Banką po Śląsku - Zbigniew Rokita

 

"Siódemka, królowa śląskich banek, przecina na pół mój własny kosmos. Jadę teraz tramwajem numer 7, zanurzam się w swoją Aglomerację, w stolicę mojego świata, mojej domowiny." (str. 7)

Zbigniew Rokita w książce „Aglo. Banką po Śląsku.” zabiera czytelnika w niezwykłą podróż tramwajem numer 7, legendarną „banką”, mającą trasę liczącą sobie około 23 km z ponad 40 przystankami, której pokonanie zajmuje zazwyczaj od 60 do 70 minut, jeżdżącą na trasie od 1901 roku. Z jej okna można zobaczyć, jak zmienia się krajobraz od nowoczesnego centrum Katowic, przez przemysłowe serce Chorzowa i Świętochłowic, aż po historyczny Bytom. 
Autor ustanowił tramwaj punktem wyjścia, a jego torowisko osią opowieści o mijanych podczas jazdy obszarach Śląska, jego historii, mieszkańcach i skomplikowanej tożsamości, która od pokoleń wymyka się prostym definicjom.

Podróż zaczynamy od opowieści o artyście, ważnym dla Śląska, czyli Erwinie Sówce, który po 35 latach pracy w kopalni "Wieczorek" zajął się przenoszeniem tego co miał w duszy na płótna. Jakby w kontrze do  widzianego przez 35 lat koloru czarnego podczas ciężkiej górniczej roboty, maluje fantazyjnie, kolorowo, z nasyceniem swoich postaci nie tylko intensywnym kolorem, ale też pełnym i wyrazistym kształtem. Pokazywał swój mikrokosmos inaczej niż na co dzień widzieli go mieszkańcy. Autor przy okazji o Erwinie Sówce wspomniał również o innym znanym twórcy ze Śląska Teofilu Ociepce, "jedną z najbardziej nieszablonowych postaci polskiej sztuki XX wieku i duchowego przywódcę malarzy amatorów, którzy w przyszłości mieli zdobyć rozgłos jako Grupa Janowska." 

"Jadąc" dalej dostajemy opowieści o niebezpieczeństwach pracy w kopalniach, wypadkach, nadużyciach, tuszowaniu i ofiarach tychże. Kolejny przystanek to wspomnienie strajku w "Wujku" i wydarzeniach, które temu towarzyszyły. Dalej to opis losów "plebiscytu" i wydarzeń Powstań Śląskich, albo jak to opisuje autor "wojny domowej", albo "wojny polsko-niemieckiej", którym towarzyszyło wiele dramatów rodzinnych. Przy tym przystanku autor stara się nakreślić tragedię i cierpienia, które były udziałem Ślązaków po wkroczeniu w roku 1945 na Śląsk Sowietów i Polaków, której symbolem jest Obóz Zgoda, czyli polska katownia, do której w ramach zbiorowej odpowiedzialności niemieckiej za wojnę trafiali także powstańcy śląscy. 
Kolejne przystanki to opowieść o pomnikach Śląska, które odzwierciedlają wydarzenia w Aglomeracji, ich zmienność i podziały. Rozważania na temat zawiłości związanych z "autonomią" Ślązaków, w których mierzy się z ich patriotyzmem, rozłamami, sympatiami, uwikłaniami, hańbami, rozczarowaniami i niezdecydowaniem. Generalnie z trudną historią jego narodu. 
Podczas podróży dostajemy też wyjątkowo intymne i trudne emocjonalnie osobiste opowieści bohaterów, którzy odsłaniają najczęściej swoje bolesne przeżycia związane z byciem Ślązakiem. 
Autor poruszył także wątek propagandy rosyjskiej, która stara się wciągać i podburzać Ślązaków przeciwko Polsce, oczywiście czyniąc to na swoje potrzeby burzenia spokoju w krajach których uważa za największych wrogów, na szczęście Ślązacy nie dają się wciągać w ten wir rosyjskich gierek, pomni chociażby na swoje doświadczenia z 1945 roku.
Wspomina o chwiejności deklaracji Ślązaków podczas spisów powszechnych. Nieco treści poświęca Mniejszości Niemieckiej na Opolszczyźnie. Pisze o języku i jego roli w budowaniu tożsamości. Wspomina silny ruch związany z piłką nożną, którą Śląsk "stał", ale obecnie to to próba rekonstrukcji, dzięki np. Lukasowi Podolskiemu.
Ostatni przystanek książki to wspaniała notka o znaczeniu tramwajów na Śląsku, ich połączeniach niczym krwioobieg Śląska.

Autor, patrzący na region oczami lokalnego patrioty i jednocześnie uważnego obserwatora, kreśli wielowymiarowy portret Ślązaków. Nie proponuje łatwych odpowiedzi ani jednoznacznych ocen. Zamiast tego pokazuje ludzi uwikłanych w historię, granice i polityczne decyzje, które przez dziesięciolecia wpływały na ich poczucie przynależności. Pokazuje wiele wariantów patrzenia, postrzegania i uważania Ślązaków przez innych i przez siebie samych. 
W „Aglo” polskość i niemieckość nie są kategoriami oczywistymi, najczęściej przenikają się, ścierają i pozostawiają mieszkańców regionu w stanie ciągłego poszukiwania własnej definicji. Pokazuje Ślązaków bardzo różnorodnych, przekornych, stojących twardo po jednej albo po drugiej stronie, umęczonych, pokrzywdzonych, dumnych, albo nieco zaściankowych. 

Jednak dla mnie największą siłą książki był sposób, w jaki Zbigniew Rokita opowiadał o sprawach trudnych i niejednoznacznych. Złożone losy Śląska przedstawiał w sposób przystępny, a jednocześnie niezwykle poruszający. Dzięki licznym wątkom historycznym, społecznym i osobistym mogłam bardziej i lepiej zrozumieć, dlaczego śląska tożsamość bywa tak skomplikowana i dlaczego wielu mieszkańców regionu przez lata zmagało się z koniecznością określania „kim właściwie są”.

„Aglo” jest również opowieścią o niewykorzystanych szansach, społecznych animozjach i konsekwencjach przemian gospodarczych, które odcisnęły piętno na całej aglomeracji. Autor nie ukrywa problemów regionu, ale jednocześnie pokazuje jego niezwykłą żywotność, różnorodność i siłę lokalnej wspólnoty. To książka pełna melancholii, ale też nadziei, zwłaszcza wobec "wznoszącej" fali.

Po lekturze trudno oprzeć się wrażeniu, że los Ślązaków nie jest ani łatwy do zrozumienia, ani godny zazdrości. Ich historia to ciągłe balansowanie między różnymi wpływami, tradycjami i oczekiwaniami. Zbigniew Rokita przekonuje jednak, że mimo tych wszystkich „prądów” i zawirowań najważniejsze pozostaje prawo do samodzielnego określenia własnej tożsamości i miejsca, w którym chce się osiąść.

„Aglo” to książka mądra, wielowątkowa i niezwykle ważna, zarówno dla osób związanych ze Śląskiem, jak i dla tych, którzy chcą lepiej zrozumieć jeden z najbardziej fascynujących i niejednoznacznych regionów Polski. To nie tylko opowieść o tramwaju czy aglomeracji, ale przede wszystkim o ludziach próbujących odnaleźć siebie pomiędzy historią a współczesnością. Dobrze, że za taką opowieść jest odpowiedzialny właśnie Ślązak.

Kończąc książkę zatrzymujemy się na katowickim rynku, który oddaje ducha historycznych przemian Górnego Śląska. "Stoję na katowickim rynku, na Ringu, i myślę sobie, że być może żaden inny rynek tak dobrze nie opowiada sobą historii miejsca, w którym się znajduje. Od 150 lat wystarczy przyjść tutaj, żeby wiedzieć, w jakiej epoce znajduje się akurat Górny Śląsk." (str. 308)


poniedziałek, 27 lipca 2026

Wszystkie koty mają zespół Aspergera - Kathy Hoopmann

 


To krótka książeczka dla czytelnika w każdym wieku, która przybliża w bardzo przystępny sposób zespół Aspergera. Obrazy i krótkie zdania oddają kwintesencję tego zaburzenia rozwojowego.
Czytając poszczególne zdania i widząc fotografie kotów, łatwo można wyobrazić sobie zachowania i sytuacje, o których mowa, z tymi puszystymi istotami. Autorka miała dobry pomysł, który działa na wyobraźnię i w łatwy sposób pozwala przyswoić wiedzę na temat zespołu Aspergera. Na końcowych stronach znajdziemy podsumowanie i wskazówki.
W mojej opinii dobra lektura na początek poznawania tematu.

Lazar - Nelio Biedermann

 

"Lazar" Nelio Bidermanna to nie jest klasyczna saga rodzinna ani tradycyjna opowieść historyczna, bo autor prowadzi narrację w sposób nieoczywisty, łącząc fakty z pamięcią, rodzinne wspomnienia z niedopowiedzeniami, a rzeczywistość z symbolicznym spojrzeniem na los człowieka. Dlatego też lektura wymaga skupienia, może nawet odrobinę cierpliwości, ale mnie się opłaciła. Historia nie jest opowiedziana linearnie, często przeszłość przeplatała się z refleksją, a wiele wydarzeń i postaci dane mi było poznać fragmentarycznie, jakby poprzez urywki pamięci, powracające refleksy. Taki sposób narracji dobrze oddał złożoność ludzkich losów oraz trudność w odtworzeniu rodzinnej historii po doświadczeniach wojen, migracji i politycznych przemian XX wieku. To właśnie ta warstwa historyczna jest wartością tej książki, zaś losy bohaterów stały się pretekstem do ukazania dramatycznych wydarzeń XX-wiecznych Węgier na mapie ówczesnej Europy.

Sama historia w "Lazar" została przedstawiona nie z perspektywy wielkich polityków czy bitew, lecz poprzez doświadczenia zwykłych ludzi próbujących odnaleźć swoje miejsce w świecie nieustannie zmieniającym się pod wpływem konfliktów i ideologii. Te indywidualne doświadczenia dobitnie ukazywały dramaty ludzkie, nie radzenie sobie, wycofanie, ucieczkę w głąb siebie, albo wręcz wyzwolenie i nowe możliwości.

"Lazar" okazał się dla mnie książką ciekawą, poruszającą, pełną refleksji nad pamięcią, tożsamością i dziedzictwem przeszłości. Pojawiające się w książce symbolika i niedopowiedzenia sprawiły zaś, że niektóre fragmenty można było interpretować na wiele sposobów, w zależności od swojej wiedzy i emocji, co nadało lekturze dodatkową głębię i osobisty wymiar. 

Nie była to powieść lekka, ale w mojej pamięci pozostanie na długo po zakończeniu czytania. Polecam ją też wszystkim zainteresowanym historią Europy XX wieku, a także tym, którzy cenią literaturę skłaniającą do namysłu nad związkami między historią wielką a historią pojedynczego człowieka. Książka pokazuje, że los jednej rodziny może stać się zwierciadłem losów całego pokolenia. 

poniedziałek, 13 lipca 2026

Ludzie wędrowni - Anna Fryczkowska

 

Ach, cóż to za pyszna lektura była. Niektóre książki się czyta, zaś inne się przeżywa, a "Ludzie wędrowni" Anny Fryczkowskiej dla mnie zdecydowanie należą do tej drugiej kategorii. To jedna z tych lektur, które zostają w sercu na długo po przeczytaniu ostatniej strony.

Autorka sięgnęła do własnych korzeni, ale stworzyła opowieść znacznie szerszą niż rodzinna saga. To historia kobiet, których nazwisk nie znajdziemy w podręcznikach historii, a bez których historia w ogóle nie mogłaby się wydarzyć. Szczególnie poruszające są losy prababek i babci autorki, kobiet prostych, zwyczajnych, a zarazem niezwykłych w swojej codziennej odwadze.

Anna Fryczkowska z ogromną czułością pokazała świat, w którym kobiety często żyły w cieniu mężów, nie zawsze mądrych, odpowiedzialnych czy przewidujących, często z przerośniętymi ambicjami w stosunku do możliwości czy zdrowego rozsądku. To one najczęściej dźwigały ciężar codzienności, troszczyły się o dom, dzieci i przyszłość rodziny. To one krok po kroku wprowadzały zmiany, które dziś wydają się oczywiste, dbałość o higienę, edukację, zdrowie i lepsze warunki życia kolejnych pokoleń.

Najbardziej zachwyciło mnie to, że autorka nie idealizowała swoich bohaterek. Pokazała ich siłę, ale także lęki, zmęczenie, błędy i rozczarowania. Dzięki temu bohaterki stały się niezwykle prawdziwe. Można odnieść wrażenie, że siedzi z nimi przy kuchennym stole, słucha rodzinnych opowieści i uczestniczy w ich codziennych zmaganiach.

Ogromną zaletą książki jest również język. Anna Fryczkowska pisze pięknie, z wyczuciem i wrażliwością. Jej narracja płynie naturalnie, a rodzinne historie układają się w fascynującą opowieść o przemijaniu, pamięci i dziedzictwie przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Nie ma tu wielkich bohaterów ani spektakularnych wydarzeń. Są za to ludzie, "wędrowni" nie tylko w sensie geograficznym, ale także życiowym, pokonujący kolejne etapy historii, zmian społecznych i własnych losów. Autorka utkała ze zwykłych losów prostych ludzi, niezwykłą opowieść, fascynującą i emocjonalną.

Ta książka przypomina, jak wiele zawdzięczamy kobietom, które przez dziesięciolecia wykonywały ogromną, trudna, mozolną i zazwyczaj niedostrzeganą pracę. Kobietom, które nie pisały manifestów, ale zmieniały świat poprzez codzienne decyzje, troskę o rodzinę i wiarę w lepszą przyszłość swoich dzieci.

"Ludzie wędrowni" okazali się dla mnie lekturą niezwykle satysfakcjonującą. Mądrą, wzruszającą i autentyczną. To książka, która oddaje głos tym, które zbyt często pozostawały na marginesie wielkiej historii, a przecież to właśnie one były jej cichymi bohaterkami, to dzięki nim trwa maraton pokoleń. To opowieść utkana z pamięci, miłości i kobiecej siły. Jedna z tych książek, po których ma się ochotę zadzwonić do własnej babci, czy mamy i jeszcze raz zapytać o historię rodziny. 

Bardzo, bardzo polecam.

Czarująca poetka. O Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. - Joanna Jurgała-Jureczka


Lubię sięgać po książki o kobietach, bo przywracają pamięć, rzucają nowe lub inne światło na osobę, dlatego z ciekawością zabrałam się za lekturę "Czarującej poetki. ...". Liczyłam na bliskie spotkanie z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, kobietą niezwykłą, poetką obdarzoną wyjątkową wrażliwością, odważną obserwatorką świata i ludzkich uczuć. Tymczasem po zamknięciu książki pozostał mi niedosyt.

Paradoksalnie, choć bohaterką publikacji jest jedna z najważniejszych polskich poetek XX wieku, miałam wrażenie, że jej głos nie zawsze wybrzmiewa tu najmocniej. Owszem dostałam piękne wiersze, ciekawe epizody rodzinne i liczne informacje o środowisku, w którym żyła. Poznałam fascynujący krąg artystów, krewnych i znajomych, ale dla mnie sama poetka bardzo często pozostała gdzieś pomiędzy nimi, jakby ukryta za różnorodną scenografią własnego życia, świadczą o tym zamieszczone w książce wspomnienia, opinie, głosy o Marii. 

Autorka niewątpliwie doskonale odtwarza atmosferę epoki i skomplikowaną sieć rodzinnych oraz towarzyskich relacji. Uczucia ojca i matki względem swoich dzieci, zwłaszcza córek. Ja jednak miałam wrażenie czytania opowieści o świecie wokół Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, a nie o niej samej. Po tytule miałam nadzieję na poznanie jej codzienności, procesu twórczego, rozterek, poglądów czy drogi artystycznej. Generalnie chciałam poczytać o kobiecie ukrytej za znanymi wierszami. Dostałam dość szerokie tło do panującej w latach dwudziestych XX wieku "mody" na ezoterykę, której poetka była zagorzała fanką, szukała miejsc, zdarzeń, lektur, które przybliżały ją do tego obszaru. Autorka skupiła się również na niektórych wątkach miłosnych poetki, zwłaszcza dotyczących jej drugiego męża Jana Pawlikowskiego, bo o trzecim jest tylko wzmianka.

Oczywiście nie jest to książka nieciekawa. To raczej książka, która okazała się inna, niż oczekiwałam. Warto po nią sięgnąć dla bogatego tła historycznego, dla opowieści o rodzinie Kossaków i dla przypomnienia twórczości Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jeśli jednak ktoś szuka przede wszystkim intymnego i pogłębionego portretu poetki, może, podobnie jak ja, odczuć pewien niedosyt. Niemniej doceniłam fragmenty, w których przemawiała sama poetka, poprzez swoją twórczość. Jej wiersze nadal zachwycają subtelnością, ironią i emocjonalną prawdą. W nich odnajdywałam Marię, której nie zawsze mogłam odnaleźć w narracji biograficznej.

Po lekturze pozostało mi przekonanie, że Maria Pawlikowska-Jasnorzewska była jeszcze ciekawsza, bardziej złożona i bardziej fascynująca, niż udało się to tej książce w pełni pokazać, ona raczej budzi apetyt na poznanie poetki, ale nie do końca go zaspokaja.

Eleonora Plutyńska. Wielka dama polskiej tkaniny - Magdalena Stopa


To opowieść o kobiecie, która utkała swoje "życie". Lubię książki przywracające pamięć o wybitnych kobietach, Polkach, które swoją pracą, talentem i determinacją zmieniały rzeczywistość, a mimo to nie zawsze zajmują należne im miejsce w zbiorowej pamięci. 
Magdalena Stopa wydobywa z cienia postać Eleonory Plutyńskiej, artystki, rzemieślniczki, mistrzyni tkactwa, wykładowczyni, mentorki i badaczki kultury ludowej. Ukazuje ją nie jako pomnikową bohaterkę, ale jako kobietę z krwi i kości, zmagającą się z wyzwaniami swojej epoki.
Autorka snuje opowieść niczym tkaczka nić. Rozpoczyna od narodzin Plutyńskiej, prowadzi czytelnika przez kolejne etapy jej życia, doświadczenia wojenne, działalność artystyczną, pedagogiczną i społeczną, aż po ostatnie lata. Ta narracja ma w sobie coś z samego tkactwa, z pojedynczych faktów, wspomnień, dokumentów i świadectw powstaje całkiem bogata, wielobarwna tkanina ludzkiego losu.
Szczególnie urzekło mnie pokazanie Eleonory Plutyńskiej jako osoby, która potrafiła łączyć świat sztuki ze światem tradycji. Była nie tylko twórczynią, ale w moim odczuciu także antropolożką tkactwa, dostrzegała wartość ludowego rzemiosła, dokumentowała je i przekazywała kolejnym pokoleniom. W czasach, gdy wiele dawnych umiejętności odchodziło w zapomnienie, ona rozumiała, że w rękodziele zapisane są historie ludzi, regionów i całych społeczności. Starała się ocalić unikalne ściegi, naturalne farbowanie przędzy i techniki obchodzenia się z wełną. Jej praca nie poszła na marne, bo obecnie tkanina dwuosnowowa jest kultywowana na Podlasiu, a w Janowie można odwiedzić Izbę Tkactwa Dwuosnowowego z ponad 50 zgromadzonymi tkaninami: dywanami, kilimami i makatami wykonanymi przez różnych twórców. Wzory z Janowa są popularne w innych krajach, np. w Japonii.

Magdalena Stopa wykonała ogromną pracę badawczą, ale nie stworzyła suchej biografii. Napisała książkę pełną życia, emocji i fascynujących kontekstów historycznych. Dzięki temu poznajemy nie tylko samą Eleonorę Plutyńską, lecz także świat, w którym żyła, świat zmieniającej się Polski, środowisk artystycznych, pracowni tkackich i powstających akademickich sal.

To książka dla wszystkich, którzy cenią biografie kobiet wyprzedzających swoją epokę. Dla tych, którzy chcą odkrywać postacie niezbyt obecne w podręcznikach, ale mające ogromny wpływ na polską kulturę. A także dla każdego, kto wierzy, że pamięć o takich osobach warto nieustannie odnawiać.
Po lekturze pozostaje nie tylko podziw dla Eleonory Plutyńskiej, ale również wdzięczność dla Magdaleny Stopy za to, że tak pieczołowicie i z literacką wrażliwością przywróciła jej miejsce w historii. To piękna opowieść o kobiecie, która tkała nie tylko kilimy i gobeliny, lecz także trwałe nici polskiej kultury.

Collete - Valérie Perrin

 


Za mną kolejna książka Valerie Perrain tym razem "Colette", która, ogólnie rzecz ujmując, utrzymana jest w konwencji autorki, bo opowieści  dzieją się na kilku planach czasowych, a wątki splatają się w całość pod koniec lektury wyjaśniając historię. Jednak w "Colette" mamy dodatkowo bardzo dużą galerię postaci, co dla mnie niestety w tym wykonaniu było przytłaczające i gubiłam się w nich. Niemniej co niezmienne, w moim odczuciu Perrin ma dar budowania postaci naznaczonych stratą, tęsknotą i rodzinnymi sekretami. Nawet jeśli chwilami się gubiłam, to zwykle zostawałam z poczuciem, że poznałam bohaterów dość blisko i z różnych perspektyw czasowych.

Sam punkt wyjścia opowieści jest bardzo intrygujący, bo jakże by miał nie być, skoro główna bohaterka dostaje telefon o śmierci ciotki, formalnie zmarłej trzy lata wcześniej. Takie uderzenie nie pozostawia obojętnym na to co będzie dalej... Intryguje też kto właściwie został pochowany i jaka tajemnica kryje się za tą wiadomością? 

Podsumowując, „Colette” Valérie Perrin to interesująca, wielowątkowa saga rodzinna oparta na tajemnicy związanej ze śmiercią tytułowej bohaterki. Podobał mi się intrygujący punkt wyjścia oraz charakterystyczna dla autorki narracja prowadzona na kilku planach czasowych. Jednocześnie liczba postaci i pobocznych historii była tak duża, że momentami gubiłam się w relacjach między bohaterami i ich problemach. To dobra książka, ale wymagająca od czytelnika dużej uwagi.








„Colette” to kolejna powieść Valérie Perrin, która urzeka ciepłym stylem, wrażliwością i umiejętnością opowiadania o ludzkich losach. Autorka po raz kolejny tworzy historię pełną emocji, tajemnic i refleksji nad życiem, pamięcią oraz relacjami międzyludzkimi.

Książkę czytałam z przyjemnością i zainteresowaniem. Doceniam przede wszystkim sposób, w jaki Perrin buduje swoich bohaterów – są wiarygodni, wielowymiarowi i łatwo wzbudzają sympatię. Fabuła jest dobrze skonstruowana, a kolejne odkrywane sekrety skutecznie zachęcają do dalszej lektury.

Mimo tych niewątpl
iwych zalet „Colette” nie wywołała we mnie aż tak silnych emocji, jak wcześniejsze powieści autorki – przede wszystkim „Życie Violette” czy „Zapomniane niedziele”. To właśnie te książki na długo pozostały w mojej pamięci dzięki niezwykłej intensywności przeżyć, wzruszeniom i głębokiej więzi, jaka rodziła się między czytelnikiem a bohaterami. W „Colette” zabrakło mi tej samej siły oddziaływania emocjonalnego i momentów, które naprawdę ściskałyby za serce.

Nie zmienia to jednak faktu, że jest to bardzo dobra powieść – napisana z charakterystyczną dla Valérie Perrin czułością wobec ludzi i ich historii. To lektura wartościowa, skłaniająca do refleksji i potwierdzająca literacki talent autorki, choć w moim odczuciu nie dorównuje jej najbardziej poruszającym książkom.

Ocena: 4/5 – piękna i mądra historia, ale nie tak emocjonalnie angażująca jak „Zapomniane niedziele” i „Życie Violette”.


sobota, 27 czerwca 2026

Kontury - Jakub Jarno


To moje drugie spotkanie z Jakubem Jarno i równie udane.

„Kontury” to historia Wandy, kobiety o nieznanym pochodzeniu, której życie od początku naznaczone jest brakiem, samotnością i chłodem instytucjonalnej opieki. Bohaterka „urodziła się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kogo”. Ten brak zakorzenienia staje się dla niej losem, nie tylko faktem biograficznym, ale wręcz doświadczeniem egzystencjalnym. Wychowywana najpierw przez siostry zakonne, a następnie w domu dziecka, Wanda od najmłodszych lat styka się z emocjonalną pustką i przemocą. Dodatkowo autor nie idealizuje tych miejsc, pokazuje je jako przestrzenie odczłowieczenia, gdzie dziecko nie jest podmiotem, lecz problemem do zarządzania. Jednym z najbardziej wstrząsających momentów powieści jest utrata oka przez Wandę, z jednej strony to wydarzenie brutalne, a z drugiej symboliczne. Nieprzypadkowy akt przemocy ze strony innej wychowanki ukazuje nie tylko fizyczne zagrożenie, ale też atmosferę ciągłego napięcia i rywalizacji, w której dzieci funkcjonowały, zabiegały o uwagę zarządzających i jakieś "lepsze" uczucia. W książce ukazany został świat pozbawiony opieki w najgłębszym sensie, świat, w którym krzywda może wydarzyć się z najniższych pobudek, bez konsekwencji, zwłaszcza jeśli ma się za sobą wychowawczynię, a raczej nadzorczynię o podobnym charakterze. Autor jednak nie moralizował, ale też nie dawał łatwych ocen, niemniej utrzymywał ponury, duszny klimat, przytłaczający nieprzewidywalnością. 

W tym przemocowym tle ważną rolę odgrywa postać Franka Światło, chłopca cieszącego się uznaniem wśród rówieśników. Jego zainteresowanie Wandą daje chwilowe złudzenie bliskości i akceptacji. Autor nie rozwija jednak tego wątku w sposób klasyczny, nie otrzymujemy prostej historii przyjaźni czy miłości. Raczej jest to sugestia emocjonalnej relacji, która nigdy nie zostaje w pełni uchwycona, do końca wyjaśniona czy nazwana. Równie ciekawa i niewyjaśniona jest relacja z Urbanem Sierpińskim, chłopcem który pochodził z "dobrego" i szanowanego domu.

„Kontury” to powieść zanurzona w realiach PRL-u, w którym chłód instytucji, bezduszność wychowania, brak indywidualnego podejścia wpisywało się w obraz epoki, w której jednostka często ginęła w systemie. Na tle tej szarej rzeczywistości rozświetlającym wątkiem jest ten o tenisie, który był czymś lepszym i wznioślejszym w tej siermiężnej rzeczywistości, ale i on miał swoje ograniczenia, skupiła się tylko do bloku wschodniego. 

„Kontury” nie prowadzą czytelnika przez spójną fabułę, raczej zmuszają do poruszania się po jej fragmentach jak po tytułowych konturach, które nigdy nie zamieniają się w jednoznaczny, zamknięty obraz. Nic w tej książce nie zostało wyjaśnione do cna, co może w niejednym czytelniku budzić frustrację. Narracja Wandy, prowadzona z więzienia, pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi. Nie dowiadujemy się, co doprowadziło ją do tego miejsca, jakie były jej dorosłe wybory, ani jakie relacje ukształtowały jej życie. Brakuje też wyjaśnień dotyczących niektórych wydarzeń z dzieciństwa czy młodości. Nie wiemy dlaczego jeden z jej towarzyszy jest, a drugiego już nie ma. Być może jednak te „luki” nie są przypadkowe, bo taka była koncepcja powieści. Może autor świadomie zrezygnował z domknięcia, zmuszając czytelnika do aktywnej interpretacji. „Kontury” nie oferują gotowych rozwiązań, lecz pozostawiają z niedopowiedzeniem, podobnie jak życie Wandy, pozbawione jasnej narracji i sensownego porządku.

Dodam, że ciekawym zabiegiem autora było umieszczenie w opowieści młodej dziennikarki, która swoimi pytaniami podważa opowieść Wandy, co dodatkowo nie daje pewności i spokoju w odczytywaniu opowieści.

Podsumowując, „Kontury” to trudna, momentami bolesna lektura, która nie daje satysfakcji w tradycyjnym sensie. Nie znajdziemy tu katharsis ani klasycznej przemiany bohatera. Zamiast tego otrzymujemy przejmujący portret jednostki złamanej przez system i pozbawionej wsparcia. To książka wymagająca, ale jednocześnie wartościowa, szczególnie dla tych czytelników, którzy cenią literaturę pozostawiającą przestrzeń na refleksję i niedopowiedzenie. 

piątek, 26 czerwca 2026

Skończyły mi się oczy - Grażyna Jeromin-Gałuszka

 

Ach cóż to była za przyjemna, "pluszowa" książka. Po poważnych lekturach dobrze zatopić się w klimatach stworzonych przez autorkę. „Skończyły mi się oczy” jest pełna ciepła, łagodności i takiego kojącego klimatu „dawno, dawno temu”. Nie czyta się jej dla zwrotów akcji czy intelektualnych fajerwerków, ale dla emocji, atmosfery i poczucia bezpieczeństwa, jakie daje. To opowieść trochę jak miękki koc: spokojna, momentami nostalgiczna, zanurzona w świecie prostych wzruszeń i delikatnej wrażliwości. A choć czasami ma "mocniejsze" akcenty to w mojej opinii nie zaburzają całości, dodają nieco ożywienia akcji, lekko "zaostrzają" lekturę.

Miałam momentami wrażenie, że obcuję z baśnią dla dorosłych, taką historią, która bardziej tuli niż niepokoi. Autorka buduje świat pełen emocjonalnych drobiazgów, dzięki którym łatwo wejść w ten rytm opowieści. To jedna z tych książek, które bardziej się „czuje” niż analizuje. W mojej opinii to książka dla tych czytelników, które potrzebują oddechu, łagodności i historii zostawiającej po sobie miękkie, trochę melancholijne wrażenie. Daje przestrzeń na zatrzymanie się, refleksję i wejście w spokojniejszy rytm myślenia. W czasach narracji opartych na szoku i przebodźcowaniu taka forma może być zaskakująco kojąca.

Bohaterki (cztery pokolenia kobiet w rodzinie), z których każda jest nieidealna, powodowały u mnie natychmiastową sympatię i czułość. Każda z bohaterek opowiada o sobie, o swoich najbliższych, pokazując swoje trudności, rozterki i niedoskonałości. Urocze są ich nieidealne relacje, które jednak przepełnione są ciepłem, miłością i tolerancją. W książce są mężczyźni, ale stanowią oni bardziej tło, albo dopełnienie jakiejś sytuacji, która musiała pociągnąć historię.

Czytając ją, miałam wrażenie obcowania z opowieścią z innego czasu: spokojniejszego, bardziej wrażliwego, trochę baśniowego. Niemniej nie jest to książka dla każdego, dla tych którzy oczekują dynamiki, brutalnego realizmu lub wyrazistego napięcia mogą poczuć niedosyt. Narracja płynie spokojnie, chwilami wręcz kontemplacyjnie pozwala zanurzyć się w atmosferze i emocjach bez presji ciągłego działania.

Po lekturze zostało mi przede wszystkim poczucie ciepła i nostalgii. „Skończyły mi się oczy” nie epatuje wielkimi tezami ani dramatami, ale zostawia po sobie coś trudnego do nazwania: miękki smutek, ukojenie i wrażenie, że przez chwilę było się w świecie bardziej łagodnym niż ten codzienny. Polecam.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Zemsta należy do mnie - Marie Ndiaye

 

„Zemsta należy do mnie” to książka niełatwa, gęsta, duszna, dziwna i wielowarstwowa. Czytając miałam niejednokrotnie chęć zaprzestania czytania, ale coś mnie jednak ciągnęło do tego co dalej się wydarzy i w konsekwencji przeczytałam.  

Marie NDiaye zbudowała opowieść skomplikowaną, która niepokoi swoją gęstą od niedopowiedzeń i emocjonalnych napięć warstwą pod "powierzchnią zdarzeń" pierwszoplanowych. Sami bohaterowie również nie są do końca wiarygodni, ani dla siebie nawzajem, ani dla czytelnika. I tak na przykład główna bohaterka adwokatka Susane, choć próbuje zrozumieć i pomóc swojej klientce sama mierzy się z jakimś niezrozumiałym, acz napierającym wspomnieniem dawnego spotkania z mężczyzną, notabene mężem klientki. To spotkanie jest jak cierń, podskórny, niby zagojony, ale ciągle daje o sobie znać, nie pozwalając na komfort codzienności. Do tych postaci dochodzi jeszcze kolejna tajemnicza osoba czyli Sharon, emigrantka z Mauritiusa, która pracuje u Susane jako pomoc domowa. Wątki różnych niepokojów przeplatają się ze sobą tworząc gęstą atmosferę niedopowiedzeń i drżeń. W książce dominuje gra pozorów, zakamuflowany konflikt o podłożu pasywno-agresywnym. Moją uwagę przyciągnął związek klientki mecenas Susane, czyli Marylin Principaux z mężem, najpierw nieświadoma dała się wciągnąć mężowi w powolną alienację, a pozostawiona sama ze wszystkimi obowiązkami i emocjami próbowała zrzucić całe przygniatające ją brzemię niszcząc wszystko co najbliższe. Ale nie tylko Marylin została odcięta od wszystkich i wszystkiego, również mecenas Susane została "odcięta" od rodziny, od warstwy społecznej, może bardziej metaforycznie i mniej dramatycznie, ale cały czas w jej życiu wybrzmiewają echa tego odcięcia i niedopasowania do środowiska, w którym się znalazła. Podążając tym tropem Sharon jest w podobnej sytuacji, chociaż trochę z własnej woli i na własnych zasadach, bo to ona uciekła ze swojej ojczyzny, aby "poprawić" swój los. Uciekła z domu, w którym była tylko matką i gospodynią domową, by na emigracji decydować dla kogo pracuje i trzymać rodzinę w szachu. Niepokojąca jest również relacja mecenas Susane i Sharon, delikatna ze strony prawniczki, podszyta niechęcią ze strony Sharon. Choć zagłębiając się nieco bardziej odczuwamy chęć umocnienia zależności, związania, zbudowania pomostu wdzięczności przez mecenaskę i budowania szczelnej granicy przez Sharon, nie dopuszczanie do swojej rodziny i spraw prywatnych mecenaski. Podobnych, choć może bardziej drugoplanowych zależności znajdziemy tutaj więcej, bo ta opowieść została na nich zbudowana. 

Nie ma w tej książce prostych bohaterów i jednoznacznych interpretacji, wszystko jest wielowarstwowe i wieloznaczeniowe. Autorka ukazuje portrety ludzi, którzy grzęzną w ciasnych obsesjach, popadając w skrajne emocjonalne wyczerpanie, z którego nie ma dobrego wyjścia, bo już nie potrafią zrozumieć co się zadziało, i jak oswobodzić się z tej pętli. Nic w tej książce nie zostanie wyjaśnione definitywnie, pozostanie zaś mnogość alternatywnych rozwiązań, pytań bez odpowiedzi, jednoznacznych wersji zdarzeń, wszystko można rozpatrywać pod wieloma kątami. 

Ta z pozoru cicha proza, napisana chłodnym językiem przytłacza intensywnością. Można się poczuć klaustrofobicznie z natłoku tłumionych emocji i gestów oraz niewypowiedzianych słów. Motyw zemsty nie jest w tej powieści jednoznaczny ani dosłowny. Nie chodzi o prosty akt odwetu, ale raczej o coś głębiej osadzonego w ludzkiej psychice, o potrzebę wyrównania krzywd, o pamięć, która nie pozwala zapomnieć, o relacje, które pozostawiają w nas ślad na zawsze. Zemsta okazuje się tutaj czymś rozproszonym, wpisanym w emocjonalne dziedzictwo bohaterów.

Nie zaznałam spokoju, nie poznałam przyczyn tragicznych zdarzeń, nie poznałam żadnej postaci prawdziwie, ale czy zawsze mamy dostawać oczywiste odpowiedzi? W tym tkwi siła tej książki, że nic nie jest łatwe, oczywiste i nie zawsze dostaniemy rozwiązanie. Dla czytelnika szukającego historii „do rozwiązania” może być frustrująca. Dla tego, który chce zanurzyć się w opowieści o emocjach, pamięci i cienkich granicach między tym, co przeżyte, a tym, co wyobrażone, ta książka będzie doświadczeniem wyjątkowym i długo pozostającym w pamięci.

środa, 27 maja 2026

Proste rzeczy - Marcin Wicha

 

Kolejna książka Marcina Wichy przeczytana. W „Prostych rzeczach”, autor w bardzo odpowiadający mi sposób komentuje rzeczywistość. Jego felietony są zapisem obserwacji codzienności, tej z pozoru banalnej, a czasami dziwnej, absurdalnej i niepokojącej. Zaczynamy śledzić jego refleksje w 2015 roku, by zakończyć lekturę w zasadzie w 2017 roku, choć nie warto przywiązywać się do chronologii. Felietony nie tworzą zamkniętego portretu rzeczywistości, mam wrażenie, że choć skończone w książce wciąż trwają, mają swoje kontynuacje i następstwa.

 Czytając Marcina Wichę, miałam wielokrotnie wrażenie, że obcuję z własnymi myślami, tyle że wyrażonymi umiejętniej, precyzyjniej, celniej, z większym wyczuciem języka. To doświadczenie współodczuwania sprawiało, że felietony przestały być tylko komentarzem autora, a stały się dla mnie przestrzenią refleksji nad otaczającym mnie światem. Autor ze swoją zdolnością wychwytywania szczegółów, drobnych sytuacji, gestów, czy słów zauważa głębsze napięcia społeczne i kulturowe. Jego spojrzenie jest jednocześnie ironiczne i pełne niepokoju. Nie oferuje prostych diagnoz ani jednoznacznych ocen, raczej rejestruje rzeczywistość w jej pęknięciach i niespójnościach. W jego książce kryje się świadomość zmiany, która zachodzi niepostrzeżenie, ale konsekwentnie. Wyraźnie pokazują to m.in. takie tytuły jak: "Wyklęty bierze odwet na jarmużu", "Wycinka", "Łabędzi śpiew przy wschodniej ścianie", "Lista lektur, pole bitwy", i wiele innych.

„Proste rzeczy” mogą być swoistym zapisem epoki, czasu, w którym coś zaczęło się wyraźnie przesuwać w społecznym i językowym krajobrazie. Autor nie opisuje tego wprost, nie buduje szerokich analiz politycznych, sporów partyjnych czy jednoznacznych deklaracji światopoglądowych, ale jego felietony tworzą mozaikę nastroju i pokazują obecne czasy okiem zwykłego obserwatora. 

To książka, która dla mnie była przede wszystkim doświadczeniem bliskości z tekstem, z autorem, ale też z własnymi, często niewypowiedzianymi myślami. I może właśnie dlatego „proste rzeczy” okazują się w niej najtrudniejsze do zignorowania. Żal, że więcej "prostych" spostrzeżeń nie będzie, ale warto czytać to co zostawił.

wtorek, 26 maja 2026

Nie zapomnij nakarmić gołębi - dziennik z Gazy (autor/ka nieznany/a)

 

„Nie zapomnij nakarmić gołębi” to nie jest reportaż w klasycznym sensie, ani literacka fikcja, to raczej zapis egzystencji rozpiętej pomiędzy codziennością a permanentnym stanem zagrożenia. Autor (lub autorka) prowadzi nas przez rzeczywistość Strefy Gazy nie poprzez suche polityczne analizy czy statystyki, lecz przez intymne, często bolesne doświadczenia życia fizycznego i emocjonalnego. To czysto ludzka opowieść, a choć piszący ten dziennik próbował/ła oddać rzeczywistość mieszkańca w strefie Gazy, to nie wiem czy czytając można sobie choć w niewielkim stopniu wyobrazić takie życie, codzienność, w której nic nie jest "normalne", bo w każdej minucie możesz stracić życie. 

Nie jest to porywająca lektura, nie znajdziecie w tym dzienniku spektakularnych opisów,  "Bondowskich" wyczynów podczas ucieczek, to "zwyczajna" opowieść o codzienności skażonej grozą bombardowań i nagłych strat, niepewnością i napięciem. Nie znajdziecie patosu, nadmiernego dramatyzmu, raczej wiele prostoty. Te tytułowe gołębie i koty, o których tak dużo jest w książce, to być może symbol trzymania się czegoś zwyczajnego, powtarzalności o którą tak trudno w tej rzeczywistości. Zapisy są bardzo oszczędne i niezbyt wyrafinowane językowo, co tylko pokazuje (przynajmniej dla mnie) chęć zanotowania czegokolwiek z dnia/godziny, które udało się przetrwać. Wiele w tej książce ciszy, niedopowiedzeń, urwanych myśli, jakby piszący/a musiał/ła się ukryć, schować, uciekać, a w czytelniku zostaje oczekiwanie na to co się wydarzy, kto poniesie ofiarę?  Czytając można też "poczuć" doświadczenia fizyczne: ciągłe napięcie mięśni, zmęczenie, brak snu, głód, dźwięki eksplozji rezonujące w ciele. Emocje nie są tu abstrakcyjne, bo strach ma swoją wagę, zmęczenie swoją skalę, a nadzieja swoje kruche, niemal namacalne granice. 

„Nie zapomnij nakarmić gołębi. ...” zostawia czytelnika z poczuciem bezradności, ale też z głębokim poruszeniem i refleksją nad tym, czym jest codzienność tam, gdzie podstawowe potrzeby człowieka: jedzenie, bezpieczeństwo, stabilizacja pozostają nieosiągalne. Gdzie przyszłość jest tylko marzeniem, a może nadal jest marzeniem, bo wielu mieszkańców Gazy wciąż wierzy w możliwość życia w bezpiecznej ojczyźnie. To książka trudna, momentami przytłaczająca, nie porywająca, raczej przygniatająca, ale potrzebna, bo pokazuje "zwyczajność" okropności wobec, której ogromna społeczność międzynarodowa jest bezradna, albo zwyczajnie nie interesuje się nią. Po prostu smutna lektura.

środa, 20 maja 2026

Chiny jednego dziecka - Piotr Sochoń, Weronika Truszczyńska, Nadia Urban

 

Trafiła w moje ręce zbiorowa praca o problemie społeczno-demograficznym Państwa Środka: „Chiny jednego dziecka”, która w wyjątkowo przejrzysty, a jednocześnie poruszający sposób analizuje jeden z najbardziej radykalnych eksperymentów społecznych XX wieku. Autorzy nie ograniczają się do suchego opisu polityki jednego dziecka, ale proponują wielowymiarową narrację, w której decyzje polityczne, społeczne konsekwencje i indywidualne dramaty splatają się w obraz głęboko złożony i niejednoznaczny.

Dużą wartością tej publikacji jest jej szczegółowość. Autorzy drobiazgowo rekonstruują proces tworzenia i wdrażania polityki kontroli urodzeń w Chinach, pokazując ją jako przemyślaną, choć często oderwaną od realiów społecznych formę „inżynierii społecznej”. Widać jak na dłoni jak decyzje podejmowane na najwyższych szczeblach władzy przekładały się na życie milionów ludzi. Co ważne, książka nie upraszcza tej zależności, zamiast tego odsłania jej złożoność, wskazując zarówno motywacje władz (np. obawy o przeludnienie czy rozwój gospodarczy), jak i ich nieprzewidziane konsekwencje: od zaburzeń struktury demograficznej, przez społeczne napięcia, aż po długofalowe skutki ekonomiczne. 

Szczególnie wyraźnie wybrzmiewa jednak jeden aspekt, nieproporcjonalne obciążenie kobiet. Z kart książki wyłania się obraz, w którym to właśnie kobiety stały się głównymi „nośnikami” skutków tej polityki. Presja społeczna, kontrola reprodukcyjna, a często również przymusowe działania administracyjne wpływały bezpośrednio na ich ciała i życie osobiste. Autorzy w subtelny, ale stanowczy sposób pokazują, jak decyzje podejmowane w strukturach władzy, znacząco zdominowanej przez mężczyzn, przełożyły się na utrwalenie i wzmocnienie istniejących stereotypów płciowych. Kobiety przedstawiane są tu nie tylko jako ofiary systemu, ale również jako osoby zmuszone do funkcjonowania w rzeczywistości, w której to one ponoszą konsekwencje założeń polityki. W zasadzie kobiety od początku, w którym dało się to stwierdzić, ponosiły ofiarę polityki; wykryte podczas USG "dziewczynki" były poddawane aborcji, jeśli nie udało się potwierdzić płci podczas ciąży, urodzone dziewczynki topiono lub wyrzucano, małe dziewczynki oddawano rodzinom chłopców na poczet przyszłych żon, przekazywano do adopcji zagranicznych. Sytuacja dziewczynek zależała od rodziny i miejsca jej urodzenia. Większe szanse na urodzenie, wychowanie i dorośnięcie miały w miastach, zdecydowanie mniejsze na wsiach, gdzie rodzice potrzebowali rąk do pracy, a przy takiej polityce dziewczynki były bezużyteczne. Autorzy pokazali także złożoności prawne obowiązujące w Chinach, które dotykają kobiety, a mianowicie linie dziedziczenia i własności, która jest przypisana do linii męskiej. To prawo wydaje się nie do wyobrażenia, a trzyma się mocno.

Nastał też taki moment w miastach, że jedynaczki były traktowane przez swoich rodziców jak równoprawne obywatelki, jak skarby, co przechyliło szalę obciążeń i wymagań w drugą stronę, nauka, kariera, opieka nad rodzicami, wysoko postawiona poprzeczka. Można by rzec, że w Chinach wahadło zmian nie potrafi znaleźć spokoju, wskazówka mocno odchyla się to w jedną to w drugą stronę.

"Jedna rodzina, jedna miejscowość, dwa pokolenia kobiet. Kilkunastoletnia dziewczyna oddana za bezcen na żonę dla obcego mężczyzny i jej bratanica, młoda kobieta mieszkająca dzisiaj w Nowym Jorku z wybranym przez siebie partnerem. Ciotka Jenny stanowiła dla rodziny obciążenie, była warta tylko tyle, ile chciał za nią zapłacić przyszły mąż. Z kolei Jenny jest dla swojej rodziny nadzieją i krewni uważają, że warto w nią inwestować miliony juanów." (str. 35) Niemniej ten kij ma dwa końce, bo choć jedynaczki z "polityki jednego dziecka" mają to o czym nie mogły nawet marzyć kobiety z wcześniejszych pokoleń, mają spełniać szereg oczekiwań, począwszy od osiągającej sukcesy zawodowe, dobrze wychodzącej za mąż tradycyjnej partnerki, troskliwej matki, po opiekunkę swoich rodziców.

Obecna sytuacja nie napawa polityków optymizmem, bo społeczeństwo z jednej strony starzeje się, nie ma zastępowalności pokoleń, brakuje młodych kobiet do rodzenia, młodzi mężczyźni nie mają z kim mieć potomstwa, a czasami to dobrze wykształcone kobiety nie mogą znaleźć partnera ze względu na wysokie wymagania rodziców (kolejna zaszłość kulturowa). Czasami to młodzi wychowani w dobrobycie nie chcą podjąć się obowiązków i trudu wychowywania dzieci. Wyzwań jest sporo, ryzyka dla społeczeństwa i gospodarki duże. Chciałoby się zapytać, co czeka Chiny w XXI wieku starzejącego się na potęgę społeczeństwa? Nie jest to tylko problem tego kraju, ale dodatkowym problemem jest skala.

Książka oferuje czytelnikowi przestrzeń do refleksji, nad relacją między władzą a jednostką, nad granicami ingerencji państwa w życie prywatne, a także nad długofalowymi skutkami decyzji podejmowanych w imię „wyższego dobra”. To też świadectwo nakładających się elementów np. polityki i zwyczajów kulturowych, które często wykluczają się, a co najmniej ścierają ze sobą.

„Chiny jednego dziecka” to lektura ciekawa a dzięki połączeniu rzetelnej analizy z wrażliwością społeczną staje się uniwersalną opowieścią o konsekwencjach prób sterowania społeczeństwem na masową skalę. To książka, która może zostać z czytelnikiem na długo, nie tylko jako źródło wiedzy, ale przede wszystkim jako impuls do krytycznego myślenia. Jest napisana bardzo przyjaznym językiem i w sposób wciągający, jakby była opowieścią z innego świata.