„Powolność” wydaje się wymagać specyficznego nastroju: otwartości na filozoficzną refleksję i gotowości na zatrzymanie się. Być może wrócę do niej kiedy indziej, w innym czasie i z inną wrażliwością. Na ten moment zostaję z poczuciem, że doceniam jej zamysł, ale nie do końca go przeżyłam.
Ciekawość świata - Curiosity of the world
Książki to dla mnie marzenia, źródło wiedzy, pasja i moc. Książki to oczekiwanie na niewiadomą, na tajemnicę, na romans bez pokuty. Wierne, dostępne i otwarte na nowe doznania. To uzależnienie, bez skutków ubocznych, zbędnych emocji i pretensji. Książki to dla mnie ciągle napełniające się źródło, nie wysychające, wystarczy tylko chcieć czerpać, a na razie mam ogromną ochotę.......
Szukaj na tym blogu
środa, 13 maja 2026
Powolność - Milan Kundera
wtorek, 12 maja 2026
Sny o Warszawie. Wizje przebudowy miasta 1945-1952 - Krzysztof Mordyński
„Sny o Warszawie. Wizje przebudowy miasta 1945–1952” to książka, która pokazuje stolicę nie tylko jako przestrzeń fizyczną, lecz także jako pole idei, ambicji i marzeń powojennej Polski. Autor prowadzi czytelnika przez czas tuż po zniszczeniach wojennych, gdy Warszawa zanim została odbudowana niemal od podstaw, musiała zostać wymyślona na nowo. Lekturę zaczynamy od siedziby Biura Odbudowy Stolicy przy ulicy Kowelskiej, gdzie nie tylko tworzono pierwsze myśli i założenia odbudowy Warszawy, ale także mieszkano, bo tylko po prawej stronie stolicy można było znaleźć miejsce pod dachem.
Książka odsłania fascynujący moment w historii miasta, kiedy architekci, urbaniści i decydenci snuli śmiałe wizje przyszłej stolicy: nowoczesnej, funkcjonalnej, radykalnie innej od tej sprzed wojny, z innym układem ulic, przestrzennej, zielonej i dla wszystkich. Jednak plany przebudowy były nie tylko odpowiedzią na materialną ruinę, lecz także wyrazem politycznych i ideologicznych założeń nowej rzeczywistości. Książka pokazuje, jak silnie urbanistyka splatała się wówczas z wizją „nowego człowieka” oraz nowego porządku politycznego i społecznego. Architekci, którzy tworzyli w tym czasie pamiętali jeszcze czasy I Wojny Światowej, przeżyli II Wojnę Światową i mieli zmierzyć się z najbardziej jaskrawymi jej skutkami, czyli ruiną Warszawy. "...kształt stolicy jest równocześnie zapisem zmagań architektów i urbanistów, śladem ich marzeń, przemyśleń i trudnych decyzji. Gdy odnajdujemy więc ten punkt, gdzie "czas zatrzymał się w miejscu", nie wydawajmy łatwych sądów; ludzie tamtych czasów nie zasłużyli na nie." (str.34) To wzruszające zdanie autora zaprasza w historyczną podróż po wyzwaniach i zmaganiach wielu z tych, którzy chcieli "postawić" nową stolicę, podnieść z ruin miasto, które jak żadne, doświadczyło zniszczeń straszliwej wojny. A i pierwsze miesiące a nawet lata po wojnie nie były sielanką dla nikogo, może z wyjątkiem tych, którzy na krzywdzie innych potrafili coś zyskać.
„Sny o Warszawie. ...” Krzysztofa Mordyńskiego to fascynująca opowieść o mieście, które przez dekady istniało nie tylko w rzeczywistości, ale również, a może przede wszystkim, w wyobraźni swoich projektantów. Już sam tytuł książki trafnie oddaje jej istotę: mamy do czynienia nie tyle z historią zrealizowanej architektury, ile z historią marzeń, wizji i koncepcji, które kształtowały myślenie o stolicy. Autor prowadzi czytelnika przez różnorodne pomysły na Warszawę, od odważnych, niemal utopijnych projektów, po bardziej pragmatyczne próby odbudowy i rozwoju miasta. Architekci i urbaniści często spierali się ze sobą, proponując zupełnie odmienne kierunki rozwoju. W efekcie Warszawa jawi się tu jako pole ścierania się idei: nowoczesności z tradycją, funkcjonalności z reprezentacyjnością, wizji indywidualnych z potrzebami społecznymi. Dlatego, mocnym elementem książki jest ukazanie kontekstu, w którym te projekty powstawały. Autor wyraźnie pokazuje, że architektura nie była tworzona w próżni, ale musiała odpowiadać na aktualne realia polityczne, ideologiczne i ekonomiczne. Wiele z opisywanych koncepcji było trudnych, a czasem wręcz niemożliwych do realizacji, właśnie dlatego, że musiały wpisywać się w dominujące ideologie państwowe, iść na kompromisy lub godzić sprzeczne oczekiwania: władz, mieszkańców i samych twórców. Szczególnie interesujące jest to napięcie między marzeniem a ograniczeniem. „Sny o Warszawie. ...” pokazują, jak ambitne wizje często zderzały się z rzeczywistością, np. brakiem środków, zmianami politycznymi czy odgórnymi wytycznymi. Niektóre projekty pozostały więc jedynie na papierze, inne uległy znaczącym modyfikacjom, tracąc swój pierwotny charakter. Te treści sprawiły, że książka ma w sobie pewną nutę melancholii, bo jest opowieścią o tym, co mogło powstać, ale nigdy nie zaistniało. Nie oznacza to jednak, że jest to historia wyłącznie niespełnionych idei, bo autor pokazuje, że nawet niezrealizowane projekty miały znaczenie. Wpływały na sposób myślenia o mieście, inspirowały kolejne pokolenia architektów i pozostawiały ślad w jego ostatecznym kształcie.
Jeśli chodzi o plany to obejmowały dość precyzyjnie tkankę miejską biorąc pod uwagę koszty, potrzeby, kubaturę, funkcje, skutki uboczne, np. zanieczyszczenia i hałas. Planowano miejsca do mieszkania i kwartały przemysłowe, dzielnice: rządowe, bankowe i uniwersytecką oraz sieć różnych powiązań pomiędzy nimi. Nie zapomniano o dzielnicy zabytkowej, która miał wpisywać się w szeroki plan miasta. Wszystkie te wizje bardzo ciekawe, choć mnie najbardziej bliskie były koncepcje osiedli mieszkaniowych z różnymi pomysłami na ich funkcje użytkowe. Wizje na temat ich wyglądu i zastosowań były dla mnie szczególnie fascynujące, zwłaszcza w porównaniu z dzisiejszą działalnością budowlaną, często tzw. "patodeweloperką". Funkcje osiedli nie skupiały się tylko na rozwiązaniach dotyczących funkcji urządzeń, ale także na funkcji społecznej, komunikacyjnej, regeneracyjnej po pracy, towarzyskiej, generalnie szeroko rozumianej jako "miejsce do życia" rodzinnego i sąsiedzkiego. Osiedla miały wyrównywać szanse, niwelować nierówności, generować relacje międzyludzkie. Powstawały wizje Centrali, która miała zaopatrywać mieszkańców w dobra spożywcze, które w warunkach powojennych, kiedy w domach nie było lodówek, mogły szybko się zepsuć. Jedna z prekursorek funkcjonalnego podejścia do przestrzeni mieszkalnej, architektka Barbara Brukalska, stawiała na współdzielenie i współodpowiedzialność oraz umiejętność zarzadzania dobrami. W osiedlach miały znaleźć się szkoły i miejsca dla mieszkańców, które mogły pełnić różne funkcje społeczne (jakież to inne od obecnego podejścia deweloperskiego). Cudowna wizja osiedli społecznych niestety została pogrzebana przez ówczesne władze obawiające się zbyt silnego wpływu ruchu społecznego. Nie zabrakło informacji o powstających "blokowiskach", które jednakże dawały mieszkańcom przestrzeń do życia, dostęp do światła i zieleń, a także zapewniały te funkcje o których wspomniałam wyżej.
W końcowych akordach książki autor pochyla się nad twórcami, którzy patrzyli na miasto jako na kompozycję: efektowną, zapierająca dech, malowniczą koncepcję odnoszącą się do wyglądu, formy i układu elementów, czyli rodzaju sztuki organizacji przestrzeni. Jej admiratorami byli Stefan Tworkowski i Edmunt Goldzamat. Sporo miejsca autor poświęca też wizjom "Sześcioletniego Planu Odbudowy Warszawy", który zawierał piękne rysunki m.in. Jana Knothe ukazujące monumentalizm pomysłów ówczesnych wizjonerów.
Dodatkową wartością tej książki jest bogactwo materiałów ikonograficznych i projektowych, które pozwalają zobaczyć miasto, jakiego nigdy nie było, i które mogło powstać, gdyby historia potoczyła się inaczej. Niemniej te niezrealizowane koncepcje działają na wyobraźnię i prowokują do zadania pytania, jak bardzo dzisiejszy charakter Warszawy jest efektem kompromisów, a nie pierwotnych planów. To książka, która uczy uważnego patrzenia na miasto: na jego szerokie aleje, puste przestrzenie czy osie widokowe, które zyskują sens dopiero w kontekście powojennych marzeń i decyzji. Książka może zainteresować nie tylko miłośników historii i architektury, ale również wszystkich, którzy chcą lepiej zrozumieć, dlaczego Warszawa wygląda tak, a nie inaczej, i jakie sny zostały wpisane w jej powojenne fundamenty.
Autor przypomniał także o nazwiskach tych, którzy snuli owe marzenia. Maciej Nowicki architek, marzyciel z szerokimi wizjami o pięknym, zielonym, przestrzennym i funkcjonalnym mieście, którego wzrok podążał ku skarpie warszawskiej jako ramy dla odbudowy Śródmieścia. "Nowicki widział Warszawę jako metropolię, która wyrasta z historycznych korzeni, ale jest przede wszystkim miastem nowego porządku, jest pieśnią o trumfie nowoczesności." (str.70) Architekci Helena i Szymon Syrkusowie, poszukujący praktycznych rozwiązań dla mieszkańców stolicy, i wraz z innymi wizjonerami, m.in. Janem Chmielewskim pracowali nad "Warszawą funkcjonalną", która w dużym skrócie odrzucała miasto jako obraz krzyżujących się ulic i stojących wzdłuż budynków, ale jako organizm, który przybiera funkcje systemu łączącego, spajającego ludzi, przestrzenie, budującego konstelacje, które odpowiadałyby na potrzeby społeczne. Widzimy w książce wizje Wacława Wierzbickiego, Jerzego Mokrzyńskiego i Eugeniusza Wierzbickiego, którzy swoimi pracami, m.in projektami Sejmu u Senatu oraz Domu Partii wyrażali postulowany egalitaryzm i demokratyzm nowego systemu politycznego powojennej Polski. Poznajemy historię budynków ministerialnych w rejonie ulicy Kruczej, monumentalnych w stylu modernistycznym przeznaczonych dla władz i mających największe znaczenie dla gospodarki branż. W książce znajdziemy też wspomnienie o Zygmuncie Skibniewskim, Janie Zachwatowiczu i Józefie Sigalinie.
Podsumowując „Sny o Warszawie. ...” to książka dla wszystkich, którzy chcą spojrzeć na stolicę z innej perspektywy, nie tylko jako na zbiór istniejących budynków, ale jako na przestrzeń możliwości, sporów i ambicji. To opowieść o mieście, które powstawało wielokrotnie, najpierw w wyobraźni, a dopiero potem, częściowo, w rzeczywistości. Dzięki temu lektura skłania do refleksji: ile z tego, co widzimy na co dzień, jest efektem kompromisu, a ile, właśnie tytułowego snu, ile z tych snów i wizji udało się zrealizować, a ile pozostało tylko jako mapa marzeń i zapisów, z których korzystał autor. Krzysztof Mordyński nie przedstawia jednego spójnego planu, lecz szeroki wachlarz koncepcji, od bardzo tych konkretnych projektów urbanistycznych, po bardziej ogólne wizje rozwoju miasta. Dzięki temu widzimy, że współczesna Warszawa jest wypadkową wielu składowych: zrealizowanych pomysłów, kompromisów i licznych „snów”, które pozostały jedynie na papierze.
Na koniec taka refleksja za autorem: "Architekci odbudowujący i przebudowujący Warszawę byli ludźmi idei. Inspirowały ich myśli Le Corbusiera, wizje egalitarnego miasta i ładu przestrzennego. Przeżywali fascynacje doskonałością mechanicznej maszyny, braterskiej więzi i piękna tradycyjnej architektury. Projektując, wyrażali cała gamę różnych uczuć, nadziei i zapatrywań na przyszłość, która - jak wierzyli-mieli obowiązek kształtować. Przemierzając Warszawę, widzimy skutki ich udanych i nietrafionych projektów. Wszystkie jednak - a przynajmniej większość - były przemyślane. Interesował ich o wiele szerszy wachlarz wartości niż tylko zysk z inwestycji. W imię tych wartości popełniali błędy, ale tworzyli także rzeczy piękne. Teraz, gdy już milczą, łatwo ich zakrzyczeć i osądzić." (str. 327) W obecnym szale zabudowywania, znikania przestrzeni do życia, wypierania ze świadomości, że potrzebna jest infrastruktura społeczna, powietrze, zieleń, współpraca między ludźmi, a nie budowane płotów, warto sięgnąć po książkę, która przypomina o budowniczych Warszawy, edukatorach o szerokich horyzontach, którzy patrzyli na różnorodne potrzeby miasta i jego mieszkańców i co dzisiaj nie występuje, kierowali się przy tych działaniach wartościami.
poniedziałek, 11 maja 2026
Jakby luksusowo. Przewodnik po architekturze Warszawy lat 90. - Aleksandra Stępień-Dąbrowska
Aleksandra Stępień-Dąbrowska w swojej książce przypomniała "szalone lata 90-te" budownictwa warszawskiego, opisała motywacje tych realizacji, potrzeby autorów, a czasami również niepraktyczność niektórych projektów. Autorka wprowadziła w kontekst budownictwa lat 90-tych, notorycznych niedoborów i siermiężności poprzedniej dekady, co do której złośliwi używali tylko przedrostku "post" zamiast pełnej nazwy "postmodernizm", który symbolizował śmieszność, nieudolność, niezrealizowane pomysły, wykorzystując do ich realizacji marne materiały, które były często prostą drogą do "okropnych efektów". Zatem lata 90-te stały się otwarciem na nowe: marzenia, realizacje, standardy, materiały, które pozwoliłyby na nowe jakościowe budynki. Czy tak się stało?
Najpierw prywatna refleksja, że na mnie ta książka podziałała jak subtelny wehikuł czasu, bo symbolicznie przeniosła mnie w przeszłość, ale też pozwoliła spojrzeć na nią na nowo, z większą uważnością i czułością. To opowieść o Warszawie, którą zapewne wielu z nas zna, albo ma takie wyobrażenie, a dzięki autorce może odkryć ją na nowo.
Lektura tej książki przypomina powolny spacer po ułożonych alfabetycznie rozdziałach - dzielnicach miasta, w którym każdy zaułek, budynek, a nawet szyld kryje swoją historię. Dla mnie wchodzącej w dorosłość w latach 90., było to doświadczenie szczególne, bo autorka przywołała miejsca mi znajome, często mijane mimochodem, które w tamtym czasie były widomymi znakami zmieniającego się czasu, euforycznej i trudnej transformacji, zaś dziś, zwłaszcza dzięki jej narracji, nabierają zupełnie nowego znaczenia. To, co kiedyś było tylko fragmentem codzienności, zostało wydobyte z tła i pokazane w zupełnie innym świetle, a ja spojrzałam na to jako na część mojej historii.
Dla mnie dodatkową siłą książki jest umiejętność łączenia dwóch perspektyw, bo z jednej strony autorka prowadzi czytelnika przez miejsca zapomniane, niedoceniane, czasem wręcz niewidoczne, odsłaniając ich kontekst, historię i znaczenie. Z drugiej strony uruchamia pamięć i emocje, pozwalając wrócić do Warszawy, która była w trakcie intensywnej przemiany, miasta trochę chaotycznego, trochę niedokończonego, ale pełnego energii i potencjału.
„Jakby luksusowo. ...” to także opowieść o zmianie. Warszawa lat 90. jawi się tu jako przestrzeń w ruchu, obrastająca nowymi konstrukcjami, predefiniująca swoją tożsamość. W mojej pamięci taka wtedy była, miałam wrażenie, że każdy miesiąc na tej samej trasie do pracy przynosił zmiany. Autorka starała się pokazać też moment przejścia między przeszłością a ówczesną nowoczesnością, między tym, co znikało, a tym, co dopiero powstawało.
Autorka pozwala samodzielnie dopowiadać znaczenia, uruchamiać własne wspomnienia i skojarzenia, dzięki temu jej lektura była dla mnie doświadczeniem osobistym, trochę jak podróż odkrywcy, a trochę jak sentymentalny powrót do miejsc, które wydawały się dobrze znane. To książka, która zwraca oczy czytelnika na to, co ukryte w codzienności, i przypomina, że nawet najbardziej zwyczajne miejsca mają swoje historie trzeba tylko umieć je zobaczyć.
Aleksandra Stępień-Dąbrowska zbudowała mozaikę miejsc, czasem bardzo konkretnych, a czasem rozpoznawalnych bardziej przez klimat niż nazwę. Znajdziemy w książce pawilony handlowe, bazary, pierwsze galerie, bary, knajpki, punkty usługowe o charakterystycznej estetyce transformacji, osiedla i podwórka, które stanowiły tło codziennego życia. Przypomnimy sobie o pierwszych „luksusowych” sklepach i butikach, które dzisiaj nie istnieją, albo pokrył je kurz zapomnienia, np. kompleks handlowy Panorama, w której przestrzenie miały być nowoczesne, zachodnie, „lepsze”, w których luksus był bardziej obietnicą niż rzeczywistością. Przypomnimy sobie zatem o Ratuszu gminy Białołęka, biurowcach Curtis Plaza, Mokotów Business Park Zepter Business Centre, siedzibie Telewizji Polskiej, Centrum Handlowym Blue City, Reform Plaza, pierwszym w Polsce McDonald, Bibliotece UW, Roma Office Center, budynku Sądu Najwyższego, Warsaw Trade Tower, hotelu Czarny Kot i o wielu interesujących budynkach mieszkalnych, które dzisiaj wyróżniają się w przestrzeni publicznej swoją innością. Wiele z nich istnieje, wpisało się w tkankę miasta, inne zniknęły z niej ustępując miejsca bardziej nowoczesnym, efektywnym lub pełniącym bardziej potrzebne obecnie funkcje.
Autorka pozwoliła mi powrócić do miejsc, które skojarzyłam z konkretnymi doświadczeniami, odwiedzić trasy, które kiedyś pokonywałam, niejako powrócić do własnej biografii z tamtych lat. Zdecydowanie ta lektura uruchomiła u mnie pamięć mojej wczesnej młodości, przypomnieć, że moje miasto tak bardzo się zmieniło, a z nim ja sama.
czwartek, 30 kwietnia 2026
Do perfekcji - Vincenzo Latronico
„Do perfekcji” autorstwa Vincenzo Latronico to opowieść rzucająca światło na współczesnych młodych ludzi, którzy żyją w innych warunkach ekonomicznych i społecznych niż ich rodzice. Autor przedstawia parę z Hiszpanii, która w poszukiwaniu miejsca dla siebie wyemigrowała do Berlina. W książce śledzimy ich losy, działania, decyzje, zachowania intymne. Z tych obserwacji wyłania się obraz pokolenia funkcjonującego w rzeczywistości pozornie pełnej możliwości, a jednocześnie głęboko naznaczonej niepewnością, tymczasowością i brakiem zakorzenienia.
Latronico kreśli portret bohaterów, których życie z zewnątrz wydaje się niemal idealne: pracują zdalnie, mieszkają w modnej dzielnicy europejskiej stolicy, mają dostęp do kultury i swobodnie przemieszczają się między krajami. W wolnych chwilach, a wydaje się, że mają ich sporo uczęszczają do modnych klubów, barów, bywają na wystawach w miejscach dla "wtajemniczonych", nawiązują relacje na dłużej lub krócej, konkludując "żyją" pełnią życia. Jednak pod tą warstwą estetyki, „perfekcyjności”, spełniania się, kryje się poczucie pustki, powtarzalności oraz trudność w budowaniu trwałych relacji, zarówno z miejscem, jak i z drugim człowiekiem.
Autor z dużą wnikliwością pokazuje, że migracja współczesnych młodych Europejczyków różni się od tej znanej wcześniejszym pokoleniom. Nie jest już jednoznacznie związana z awansem społecznym czy ekonomicznym, znacznie częściej staje się elementem stylu życia, który jednak nie zawsze prowadzi do spełnienia. Berlin, symbol wolności i kreatywności, w tej opowieści staje się przestrzenią powtarzalną, niemal anonimową, gdzie indywidualność bohaterów stopniowo się rozmywa, bo większość chce "tak samo".
„Do perfekcji” można czytać jako subtelną krytykę kultury aspiracyjnej, w której dążenie do „idealnego życia”, estetycznego, mobilnego, pozbawionego ograniczeń, paradoksalnie prowadzi do jego spłycenia i poczucia pustki. Autor nie moralizuje, raczej poprzez chłodną, obserwacyjną narrację pozwala czytelnikowi dostrzec napięcia między tym, co pokolenie trzydziestolatków chciałoby osiągnąć, a tym, co realnie jest w stanie zbudować. Być może książka pozostawia niedosyt, ale może autor chciał dać pole do dopowiedzeń dla każdego z czytających indywidualnie, wszak widzimy, obserwujemy, analizujemy i możemy sami wysnuć wnioski.
To książka kameralna, momentami wręcz minimalistyczna, ale jednocześnie bardzo trafnie diagnozująca kondycję współczesnego europejskiego „pokolenia mobilnego”. Jej siła tkwi nie w fabule, lecz w uważności na detale codzienności i w umiejętności uchwycenia tego, co niewypowiedziane: poczucia zawieszenia między miejscami, wyborami i oczekiwaniami.
środa, 22 kwietnia 2026
Odwrotniak i inne historie - Jakub Małecki
Jakub Małecki, "Odwrotniak i inne historie", to zbiór opowiadań, w którym autor po raz kolejny zagląda pod powierzchnię codzienności i pokazuje zwykłych ludzi w momentach pozornie nieistotnych, a jednak znaczących, bo rozsypujących ich dotychczasowe życie. Autor, jak to ma w zwyczaju, operuje dobrze sobie znaną wrażliwością, skupieniem na emocjach oraz czułością wobec bohaterów, nawet wtedy, gdy ich losy są trudne lub niejednoznaczne.
Nie wszystkie historie zrobiły na mnie jednakowe wrażenie. Część opowiadań porusza i zostaje w pamięci, szczególnie tam, gdzie autor trafnie oddaje relacje międzyludzkie, samotność czy niewypowiedziane tęsknoty i żal. Są to teksty subtelne, sugestywne, pozwalające czytelnikowi dopisać własne sensy między wersami. Dla mnie ta o zrozpaczonym mężu i ojcu małej dziewczynki, albo o ojcu, który mimo własnej słabości musi opiekować się dorosłym synem, który wymaga ciągłej opieki. Te opowiadania to często takie szybkie cięcia skalpelem, które otwierają niegojące się ranki.
Jeśli chodzi o tytułową historię starszej pani, to niestety nie dała mi takiej satysfakcji jak poprzedzające ją opowiadania. Pozostała dla mnie niejasna, jakby urwana lub celowo niedopowiedziana w sposób, który zamiast prowokować do interpretacji, wprowadzał dezorientację. Być może był to zamysł autora, jednak w tym przypadku forma nie pozwoliła mi w pełni wejść w świat bohaterki ani zrozumieć sensu jej doświadczeń, trochę nie umiałam się odnaleźć w osobach i czasoprzestrzeniach.
Mimo tej nierówności "Odwrotniak i inne historie" pozostaje zbiorem wartym uwagi, zwłaszcza dla czytelników ceniących literaturę skupioną na detalach, emocjach i cichych momentach ludzkiego życia. To książka, która nie zawsze daje odpowiedzi, ale często podpowiada trafne pytania, cicha i cierpka.
poniedziałek, 20 kwietnia 2026
Bagna, mokradła, torfowiska. Opowieści o znikaniu - Annie Proulx
"Za mojego relatywnie krótkiego życia widziałam tysiące różnych szkód, jakie ludzie wyrządzili ekosystemom i siedliskom dzikich zwierząt - ponad 60% rzek świata poprzegradzano tamami, a lasy zmasakrowano, niwecząc odwieczną ideę sieci życia. Zachowujemy się nieobliczalnie, pogrążeni w globalnym sztormie chciwości, który rozrywa bioróżnorodność i świat przyrody." (str. 23)
Annie Proulx w swojej najnowszej książce "Bagna, mokradła, torfowiska. Opowieść o znikaniu" pokazuje, jak jako ludzie żądni nowych zdobyczy systematycznie niszczyliśmy ekosystemy, które przez wieki chroniły nas przed nadmiarem dwutlenku węgla, jako naturalny magazyn i stabilizowały klimat. To opowieść o ludzkiej zachłanności, braku szacunku wobec natury oraz o iluzji wyższości człowieka, który zapomniał, że sam jest jedynie elementem łańcucha pokarmowego. Autorka pokazuje naszą krótkowzroczność, utratę łączności ze światem, pozamykanie się w bańkach, które pękają. Pisze o pożarach, które zagrażają naszym naturalnym obszarom przyrodniczym, o zanikaniu całych gatunków zwierząt, o pustynnieniu tego co kiedyś było życiodajnym mokradłem. Ta książka to gorzka prawda o naszym gatunku, potrzebna, ale czy odbije się szerszym echem?Annie Proulx sięga po konkretne przykłady osadzone w szerokim tle historycznym, by prześledzić drogę „białego człowieka” polegającą na wyrywaniu z ziemi wszystkiego, co przynosi szybki zysk, przy jednoczesnym niszczeniu tego, co go otacza i podtrzymuje życie. Książka bezlitośnie unaocznia naszą bezmyslność, łatwość, z jaką degradujemy bagna i mokradła, oraz trudność w naprawianiu wyrządzonych szkód. Książka nie ogranicza się tylko do problemu zaniku mokradeł, ale także pokazuje szerszą ich gamę: trawiące nas i szybko rozprzestrzeniające się wirusy, wydobywające się gazy z terenów zlodowaconych, które obecnie rozmarzają niosąc nieznane niebezpieczeństwo, zawłaszczanie cennych przyrodniczo terenów pod uprawy, rozrost hodowli zwierząt, rolnicze monokultury, ogromne potrzeby żywieniowe a z drugiej strony ogromne marnotrawstwo.
"Gdy dwa lata temu (wydana w 2022) zaczynałam myśleć o napisaniu tego eseju, samowystarczalna niegdyś Amazonia stała na krawędzi; z lasu deszczowego, którego korony drzew tworzą szczelny baldachim, zaczęła zmieniać się w poprzetykaną z rzadka kępami drzew trawiasta sawannę. (...) Zamieniony w otwartą, trawiastą sawannę będzie jeszcze bardziej podatny na pożary, które sprawią, że sawanna pozostanie. A my, ze względu na niezrównaną bioróżnorodność i zdolność pochłaniania CO2, potrzebujemy lasów deszczowych, nie sawann." (str. 41)
Autorka nie poprzestaje jednak na diagnozie. Pokazuje także podejmowane dziś próby przywracania zniszczonych terenów podmokłych, działania cenne, lecz wciąż niewystarczające, będące raczej kroplą w morzu potrzeb. "Bagna, mokradła, torfowiska. …" to lektura ważna, bo zmusza do refleksji nad ceną postępu i nad tym, czy w porę zrozumiemy, że natura, znacznie mądrzejsza od nas, zawsze wystawi nam rachunek za nasze decyzje. Książka nie jest łatwa w odbiorze, ale zdecydowanie ważna.
"Wyzwanie polega na tym, by odnieść geniusz natury (genius) z powrotem na miejsce (locus). Chociaż ludzie są biegli w konstruowaniu i niszczeniu, to pozostają żałośnie nieporadni w dziedzinie restaurowania świata natury. To po prostu nie jest nasza specjalność." (str. 91)
2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość - Simone Pieranni
Tytuł jest nieco zbyt daleko idący, bo wzrok reportera nie sięga do 2100 roku, niemniej książka pokazuje ciekawą perspektywę i spostrzeżenia na temat kilku wymienionych krajów azjatyckich.
„2100. Jak Azja tworzy przyszłość świata” to próba wielowymiarowego spojrzenia na kilka wybranych przez autora krajów w Azji, które kształtują globalne procesy gospodarcze, społeczne i polityczne. To też próba przewidzenia co czeka te kraje w perspektywie końca XXI, czy staną się głównym centrum decyzyjnym naszego globu, czy napotkają problemy, które wyhamują ich szaleńczy rozwój.
Autor spróbował stworzyć wielowymiarową opowieść o tych kilku tygrysach azjatyckich, ale jest to raczej bardzo dobry początek do rozwinięcia osobnych opracowań dla każdego z nich. Chociaż autor unika uproszczeń i jednowymiarowych prognoz, pokazując Azję jako obszar niezwykle zróżnicowany, zarówno pod względem tempa rozwoju, jak i wyzwań, z którymi muszą mierzyć się poszczególne społeczeństwa, to jednak można znaleźć wspólne elementy czy to kulturowe, czy mentalnościowe. Opisywane kraje są także na różnych etapach rozwoju, wzrostu i możliwości, co naturalne, bo nie jest możliwy jednostajny ciągły rozwój.
Zatem z jednej strony obserwujemy dynamiczny rozwój gospodarczy, technologiczny i demograficzny, spektakularne wzrosty PKB, rozbudowę infrastruktury, cyfryzację usług publicznych czy awans społeczny milionów ludzi. Z drugiej strony autor nie pomija napięć i barier, które ten rozwój spowalniają lub czynią go nierównym. Twarde ramy kulturowe, silne hierarchie społeczne, elementy kastowości czy autorytarne systemy polityczne nadal wpływają na codzienne życie obywateli i ograniczają potencjał społecznej mobilności. Istotnym wątkiem książki są również problemy demograficzne. Azja jawi się tu jako kontynent skrajności, od państw zmagających się z depopulacją, starzeniem się społeczeństw i niedoborem siły roboczej, po kraje borykające się z nadwyżką młodej populacji, bezrobociem i brakiem perspektyw dla kolejnych pokoleń. Autor trafnie pokazuje, że wyzwania te mają nie tylko wymiar ekonomiczny, ale także kulturowy i polityczny, wpływając na stabilność państw oraz ich pozycję na arenie międzynarodowej.
Niewątpliwie wartością książki jest ukazanie Azji jako wachlarza kontrastów, miejsca, gdzie nowoczesne megamiasta funkcjonują obok regionów dotkniętych ubóstwem, a innowacyjne centra technologiczne współistnieją z tradycyjnymi strukturami społecznymi. Autor przekonująco dowodzi, że przyszłość Azji nie będzie jednolita ani linearna, lecz pełna napięć, kompromisów i lokalnych specyfik. Azja to obszar, w którym eksperymentuje się z nowymi technologiami, ale także z nowym podejściem do pożywienia, zwłaszcza mając świadomość kryzysu klimatycznego i związanego z utratą bioróżnorodności. To miejsce, w którym tworzy się wielkie ośrodki miejskie, dla których szuka się rozwiązań, aby dało się w nich żyć. Azja to zachodzące zmiany kulturowe, kruszące system patriarchalny i przemiany mentalnościowe, zwłaszcza młodych pokoleń, to głośne domaganie się kobiet do ich praw, to zmiana młodych w podejściu do posiadania potomstwa. To wreszcie obszar, gdzie wciąż dominują układy dynastyczne i rodzinne interesy, w których trudno się przebić ludziom spoza tego kręgu. To radzenie sobie z mediami społecznościowymi i wszystkim co one niosą, np. z fake newsami. Azja to także mimo nowoczesności, ciągły nadzór nad obywatelami. To wreszcie bunt oddania swojego życia pracy, kruszący się model wiecznego poświęcania się dla dobra firmy na rzecz korzystania z wolnego czasu, rozwijania pasji i więzów społecznych. Azja to wyścig technologiczny.
„2100. Jak Azja tworzy przyszłość świata” to lektura ciekawa, dająca podwaliny wiedzy dla tych, którzy chcą zrozumieć, dlaczego nie da się mówić o „jednej” Azji oraz jak ogromny potencjał, jak również ryzyka, niesie ze sobą rozwój tego kontynentu. Autor w mojej opinii starał się uwrażliwić czytelnika, aby nie patrzył na Azję w sposób jednolity, z zachodnio centrycznej perspektywy, bo jest on zróżnicowany jak każdy inny zakątek globu. To książka, która motywuje do myślenia i kruszy proste narracje o nieuniknionej dominacji Wschodu. Autor pokazuje, że nic nie jest oczywiste i pewne. Bardzo przyjemna w czytaniu.
środa, 8 kwietnia 2026
Patodeweloperka: to nie jest kraj do mieszkania - Bartosz Józefiak
Po "Wszyscy tak jeżdżą" sięgnęłam po kolejną książkę Bartosza Józefiaka i po raz kolejny było to spotkanie z wartościową lekturą. "Patodeweloperka: to nie jest kraj do mieszkania” to reportaż, który wciągnął mnie w informacje o ogromnie ważnej branży, która notabene decyduje o bezpieczeństwie i spokoju człowieka, jest swoistą podwaliną do innych działań i decyzji w życiu. Autor sięgnął po temat budownictwa mieszkaniowego dostarczanego społeczeństwu przez deweloperów. Dodatkowym atutem tej książki jest jej merytoryczność, wielowątkowość i niestety wciąż aktualność. Czy dowiemy się zatem "Jak budować wygodne mieszkania i osiedla z myślą o lokatorach i środowisku?" (str. 267), czy raczej otworzą się oczy jak jest najczęściej w tej branży.
Bartosz Józefiak przygląda się problemowi z wielu stron: ekonomicznej, społecznej, urbanistycznej i ludzkiej. Nie ogranicza się do prostych tez ani łatwych ocen, ale cierpliwie odsłania kolejne warstwy oblicza rynku mieszkaniowego, pokazując, jak systemowo doprowadzono do sytuacji, w której mieszkanie w Polsce przestało być podstawową potrzebą, a stało się luksusem dostępnym dla nielicznych, którzy dyktują ceny i warunki bardzo dużej grupie ludzi. "-Mieszkania nie tanieją dlatego, że deweloper stwierdzi: "A, już zarobiłem, teraz macie taniej". Ceny spadają wtedy, kiedy już nikogo nie stać na to, żeby mieszkanie kupić." (str. 267)
Autor kieruje reflektory na problem fundamentalny zwłaszcza dla młodego pokolenia, ludzi, których nie stać na własny dach nad głową, mimo pracy, wykształcenia i społecznych aspiracji, bo nie zarabiają wystarczająco, aby uzyskać zdolność kredytową pozwalająca na "zdobycie" własnego M. W książce wyraźnie wybrzmiewa teza, że obecny model rynku mieszkaniowego nie służy mieszkańcom, lecz stał się narzędziem do pomnażania kapitału przez bardzo wąską bogatą grupę beneficjentów. Ci zaś dyktują wygórowane warunki osobom, które znalazły się w dramatycznej sytuacji braku miejsca do życia.
„Patodeweloperka”. …” to także książka ostrzegawcza, brutalnie obnażająca mechanizmy, które normalizują chaos przestrzenny, ciasnotę, mikroapartamenty bez dostępu do światła czy zieleni oraz dehumanizację mieszkania jako przestrzeni do życia. Może być też swoistą "Trąbą jerychońską" skierowaną w stronę zarządzających na poziomie centralnym jak i regionalnym, ale także do nabywców, którzy bezrefleksyjnie dają się wciągać w nieuczciwe gry deweloperów i wreszcie inwestorów, którzy idą na łatwiznę. Obnaża absurdy programów rządowych, które tylko windują ceny metra, pokazuje jak działa cały system i proces nowej inwestycji i kto tak naprawdę dyktuje warunki, wyciska z metrażu ile się da i kieszeni. Wytyka też nieumiejętność decydentów do stawiania warunków deweloperom i ich całkowitą kapitulację: "Menadżerka Agnieszka uważa, że niezbędny jest dialog między inwestorami a samorządem. Bo wbrew pozorom nie musi być tak, że urzędnicy i przedsiębiorcy stają po dwóch stronach barykady. _My jesteśmy otwarci. Czemu urzędnik nie przyjdzie i nie powie "Chcecie budować? Super, pozwolę wam, dogadajmy się, ale ja chcę jedną klatkę z mieszkaniami komunalnymi". (str. 279) Autor wnikliwie przygląda się też "świętemu hasłu" deweloperów, czyli "optymalizacji", które jest kluczem do oszczędności na wszystkim, począwszy od planów, materiałów, sprzętu i wykonawcach. To dzięki "optymalizacji" klienci kupują coraz skromniej wyposażone mieszkania, mniej wygłuszone, mniej ustawne, mniej komfortowe do życia. Dowiemy się co to jest „święty „ PUM i poznamy tajniki marketingu deweloperskiego.
Ciekawym wątkiem poruszonym przez autora, który potwierdza też moje obserwacje i przemyślenia, jest ten dotyczący podejścia młodych ludzi do mieszkania. W moim odczuciu dotyczy to także wielu wynajmujących, którzy nie przyzwyczajają się do miejsca. "- Podejście ludzi mieszkających w nowym budownictwie jest kompletnie inne niż lokatorów w starych blokach. Dzisiaj klient ma swoje mieszkanie i ma wywalone, co się dzieje naokoło. Na zebraniach wspólnoty zrobi awanturę, dlaczego on ma utrzymywać ten trawnik, ile to kosztuje, czemu to ma ładnie wyglądać? Jemu są nie potrzebne części wspólne, bo jak coś jest wspólne , to jest niczyje, nikt o to nie zadba." (str. 97) Czy zatem deweloper buduje tak, jak klienci mu na to pozwalają zgadzając się kupić wszystko jak leci, w myśl im taniej tym lepiej, stać mnie tylko na tańsze tu i teraz, nie ważne ile w przyszłości to tanie będzie mnie kosztowało? Albo obchodzi mnie to tylko teraz, bo za jakiś czas będę mieszkał gdzie indziej. A z drugiej strony czy to droższe jest zawsze lepsze, też niekoniecznie.
Ogromną siłą tej publikacji jest jej solidne udokumentowanie. Autor opiera się na danych, przykładach, rozmowach i analizach, dzięki czemu książka nie jest publicystycznym manifestem, lecz rzetelnym reporterskim "sprawozdaniem" z branży. To tekst, który działa jak dzwon alarmowy, może budzić z letargu, otworzyć oczy, prowokować do refleksji, niemniej osobiście nie mam nadziei na realną zmianę gdziekolwiek. Choć na ostatnich stronach autor daje pozytywny przykład to jest to tylko jedna jaskółeczka, która w ogromie patologicznego podejścia do swojej roboty, wiosny nie czyni.
„Patodeweloperka. ...” to książka ważna i potrzebna, jedna z tych, które zostają w czytelniku na długo po zamknięciu ostatniej strony. Kolejne chapeau bas dla Bartosza Józefiaka za odwagę, konsekwencję i warsztat. To nie jest tylko książka o mieszkaniach. To książka o prawie do godnego życia."Patodeweloperka: to nie jest kraj do mieszkania" to lektura, obok której trudno przejść obojętnie a na dodatek napisana w bardzo ciekawym ujęciu i schemacie. Zdecydowanie warto.
wtorek, 31 marca 2026
Rok, w którym nie umarłem - Mikołaj Grynberg
Ależ to była refleksyjna lektura. Ta niewielka książeczka Mikołaja Grynberga „Rok, w którym nie umarłem” miała dla mnie duży ładunek emocjonalny, bo opowiadała o mikroświecie, w którym na dłuższą lub krótszą chwilę znaleźliśmy się albo znajdziemy się kiedyś. To jedna z tych opowieści, które nie pozwalają pozostać jedynie obserwatorem, ale wciągają i dają przebitki z pamięci. Autor zaprosił czytelnika w świat, który powstał w momencie, gdy jego ciało odmówiło współpracy. To jest świat równoległy, ciasny, pozbawiony dekoracji, zawieszony poza harmonogramem codzienności, a jednak paradoksalnie ważny, bo odsłania to, czego zwykle nie chcemy lub nie potrafimy zobaczyć, o którym nie myślimy, bo może przejdziemy obok.
Czytając tę książkę, wiedziałam, że Mikołaj Grynberg uchwycił coś fundamentalnego: osobność szpitalnego mikroświata, który zaczyna żyć własnym życiem, własnym czasem, własną logiką. I że w tej osobności jest coś z prawdy o człowieku. Było mi to tak bliskie, jak już dawno nic. Autorowi udało się opisać po części moje rozważania i obserwacje, kiedy z różnych względów szpital był moim chwilowym miejscem pobytu.
Na co dzień gonimy. Wypełniamy kalendarze, przełączamy się między zadaniami, próbujemy dopasować się do tempa, które sami sobie narzucamy. Aż w chwili niespodziewanej, albo planowanej wszystko się zatrzymuje i wchodzimy do świata innych doświadczeń, innej optyki, w której soczewka skupia się na ograniczonych elementach, ale jakże ważnych składających się na nasze być, albo nie być w zdrowiu albo w życiu. Szpital w mojej opinii wymusza na człowieku zwolnienie tempa do prędkości tej symbolicznej i tej fizycznej: oddechu, tętna, spojrzenia pielęgniarki. I w tym właśnie miejscu zaczyna się też świat książki autora.
W jego opowieści uderzyło mnie też to, jak bardzo człowiek próbuje odzyskać kontrolę, choć ta kontrola jest już tylko iluzją, nagle to już nie my decydujemy, co będzie dalej. Jesteśmy we władaniu własnego ciała, które boli, zapomina, protestuje, które domaga się uwagi. Decydują procedury, których nie rozumiemy, ale którym musimy się poddać, decydują obcy ludzie, którym chcąc lub nie musimy zaufać. I w tym obcym miejscu i w tych nowych okolicznościach zaczynamy poznawać siebie w zupełnie innym świetle, takim, które nie powstaje w naszej rozpędzonej machinie, lecz w zatrzymaniu lub na jej niskich obrotach. Szpital staje się swoistą lupą przyłożoną do naszego życia, powiększa nasze gesty, słowa, relacje. Widzimy wyraźniej to, co na co dzień jest marginalne, a tutaj staje się centrum tego wszechświata. Nagle nie obchodzi nas co dzieje się na zewnątrz, ze zdziwieniem obserwujemy proste czynności, a nawet fizjologiczne funkcje własnego organizmu. W tym szpitalnym świecie to co na zewnątrz przestaje istnieć, nie dlatego, że zniknęło, lecz dlatego, że przestało być w danej chwili ważne, bo choroba nie pyta o projekty, spotkania, czy zadania, choroba sprowadza wszystko do najprostszych pytań: Czy będę mógł/mogła wstać? Czy będę sprawny/sprawna jak dawniej? Jakie ograniczenia trzeba będzie wprowadzić? Czy w ogóle wrócę do rodziny, domu? Czy to nie są fundamentalne pytania, o których nie myślimy na co dzień. Jednocześnie pobyt w tym świecie nie pokazuje słabości, ale daje sygnał, że jesteśmy krusi i warto traktować siebie delikatnie. To doświadczenie pozwala nam zobaczyć, kim jesteśmy, kiedy zdejmie się wszystkie zbędne dekoracje.
Sam autor swoje szpitalne doświadczenia opisuje bardzo zwyczajnie, bez patosu, zębników, upiększeń, co sprawia, że czytając, można dostrzegać własne wspomnienia: z sal, zapachów, dźwięków, rozmów, porannych obchodów, które pamięta się inaczej niż wszystko inne. Własne doświadczenia ze szpitala wracają nie jako coś paraliżującego, ale jako inny świat, zatrzymany w kadrze życia i to dosłownie. Bo szpital to miejsce, gdzie intensywne staje się to, co w codzienności jest ledwo zauważalne: bezradność, lęk, uważność na drugiego człowieka i wdzięczność. I wrócę znowu do mojej myśli o tym swoistym mikroświecie szpitalnym, który może być jakimś paradoksem, bo z jednej strony jest zamknięty, a z drugiej pełen niewypowiedzianej bliskości ludzi, którzy jeszcze kilka godzin wcześniej byli sobie całkowicie obcy, ludzi, którzy nie mają na sobie eleganckich ubrań, uniformów, kostiumów, czy makijaży, a nagle zaczynają rozumieć się półsłówkami, spojrzeniami, westchnieniami. Szpital uczy wspólnoty w jej najbardziej odsłoniętej formie. Nie tej budowanej wokół sukcesów, osiągnięć czy roli społecznej tam na zewnątrz, ale tej, która wynika z prostego faktu, że wszyscy tam, pacjenci i personel, są ludźmi, ciałami, które cierpią i oczekują pomocy.
Czytając „Rok, w którym nie umarłem”, miałam poczucie, że to książka o chorobie tylko w części. W istocie to książka o życiu. O jego granicach, o jego kruchości i przelotności, o jego nieoczywistej czułości. O chwili, w której człowiek zostaje sam ze sobą i z tym, co naprawdę stanowi o jego człowieczeństwie. Jak dobrze, że autorowi chciało się spisać te doświadczenia, a mnie dobrze, że na nie trafiłam.
poniedziałek, 30 marca 2026
Mała: światu znana jako Madame Tussaud - Edward Carey
piątek, 27 marca 2026
Teatr. Rodzina patologiczna - Iga Dzieciuchowicz
Hiroszima. Najważniejszy reportaż XX wieku - John Hersey
czwartek, 19 marca 2026
Jak nakarmić dyktatora - Witold Szabłowski
Każdy potrzebuje jeść, żeby prawidłowo funkcjonować, ale nie każdego dieta jest interesująca na tyle, aby pisać o tym książki. Niemniej w przypadku osób znanych to zainteresowanie rośnie i ma ono różne podłoże. Jeśli zaś chodzi o książkę Witolda Szabłowskiego o karmieniu dyktatorów, moje zainteresowanie skupiło się na tym kim byli ludzie, którzy zostali kucharzami dyktatorów, jaka była ich droga życia przed i po tej misji. Jak sobie radzili z tym co ich pracodawcy czynili względem społeczeństwa, jeśli w ogóle mieli jakieś prywatne refleksje. Intrygowało mnie również jak autor dotarł do tych osób.
Oczywiście jak to u Szabłowskiego sami mamy wyciągnąć wnioski i dokonać oceny i/lub refleksji.
wtorek, 17 marca 2026
Nie dopytuj się. Historie z Bieszczadów. O kobietach, lesie i wężu w dolinie Sanu - Anna Kamińska
Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu - Jakub Bączykowski
sobota, 28 lutego 2026
Jadwiga. Król nieświęty - Dorota Pająk-Puda
Ponownie Dorota Pająk-Puda przeniosła mnie do minionych wieków. Tym razem towarzyszyłam młodej Jadwidze Andegaweńskiej, która po niemałych perturbacjach przyjechała do Krakowa, aby zostać królem Polski. Towarzyszyłam tej dziewczynce w pierwszych dniach po przybyciu do obcego dla niej kraju.
Bardzo lubię książki tej autorki, nie tylko ze względu na epokę, ale na skupienie się na kobietach tej epoki i umiejętność wykreowania atmosfery. Autorka odsłania przed czytelnikiem sytuacje, które mogły mieć miejsce, tworzy atmosferę, wykreowała bohaterów i język. Polubiłam jej sposób opowieści i choć mam swoich faworytów, to ta również przypadła mi do gustu. Znałam już pewne postaci z wcześniejszych książek, teraz tylko przenosiłam się w czasie. Wykreowany przez autorkę świat jest dla mnie wyczuwalny, umiem znaleźć się w tej opowieści, dlatego tak czekam na kolejne jej książki.
Opowieść o Jadwidze, dziewczynce, która w ramach porozumień, pertraktacji, zobowiązań została przywieziona na dwór Polski, osadzona jako król, wśród dorosłych, żądnych władzy mężczyzn, wydana za mąż za o wiele starszego niezależnego i doświadczonego księcia, który po ślubie z nią współrządził a tak naprawdę przejął władzę, była ciekawa do obserwacji i przemyśleń. Oczami wyobraźni widziałam jak z dziecka zmienia się w kobietę, która zaczyna przewyższać nie tylko wzrostem, ale intelektem oraz wiedzą i wykształceniem niejednego wielmożę z jej otoczenia. Kobietę, która na wielu polach odnosiła sukcesy, która umiała przekonać do swoich racji najważniejszych tego świata. Niezwykłą osobę, która wiedziała, że wiedza to klucz do niezależności, która dążyła z uporem, aby tworzyć miejsca, w których będzie kwitła nauka. Jej postać została przedstawiona przez autorkę jako pełnokrwista kobieta, temperamentna, z mnóstwem rozterek i emocji, która obserwowała z otwartymi oczami i pełną świadomością to co działo się wokół niej. Przyznaję, że to było ciekawe spojrzenie na kogoś, kto został na kartach historii umieszczony jako pomnik bez skazy, posągowa postać, święta bez wyrazu. Dorota Pająk - Puda pokazała kobietę z krwi i kości, z namiętnościami, rozterkami i emocjami. Bardzo mi się ten obraz podobał.
czwartek, 19 lutego 2026
Parasolki - Dominika Buczak
Parasolki to książka, która zabrała mnie w podróż przez historię walki o prawa kobiet w Polsce. Autorka, Dominika Buczak przedstawia wyraziste bohaterki, które różnią się wiekiem, pochodzeniem i doświadczeniem życiowym, ale łączy je determinacja w walce o równość i sprawiedliwość. Ich ścieżki i wybory są bardzo uniwersalne i ponadczasowe.
Książka przypomina, że walka o prawa jest trudna i wyboista, wymaga samozaparcia, determinacji i konsekwencji. Pokazuje także, że prawa dane raz nie są na zawsze, bo pod wpływem różnych zawirowań politycznych i społecznych mogą zostać ograniczone lub odebrane. Dlatego kobiety powinny czuwać i być świadome tego, co różne partie głoszą i jakie mogą być tego konsekwencje.
Parasolki to nie tylko historia walki o prawa kobiet, ale także opowieść o różnorodności i solidarności. Bohaterki książki pokazują, że mimo różnic można działać razem i wspierać się wzajemnie w walce o wspólne cele.
Książka jest napisana przystępnym językiem, a jej bohaterki są wyraziste i łatwe do identyfikacji. To ważna lektura, która przypomina o tym, jak ważna jest walka o prawa i jak łatwo można je stracić, jeśli się o nie nie dba. Bardzo wartościowa lektura.

















