"Wojna to groza, deszcze bomb i chaos. Cóż więc miało tak naprawdę dać wojsku to, że żołnierze z daleka i w bezpiecznych warunkach będą obserwować wybuchy atomowe?" (str. 119)
„Atomowi” to jedna z tych książek, które zostają ze mną na długo po odłożeniu ostatniej strony. Dla mnie była to lektura wręcz porażająca. Nie dlatego, że epatuje sensacją, ale dlatego, że pokazuje skalę ludzkich ambicji, błędów i ich konsekwencji w sposób niezwykle przejmujący. Czytając ją miałam poczucie, że obcuję nie tylko z historią rozwoju energetyki jądrowej, ale przede wszystkim z historią ludzi. Ludzi zachwyconych możliwościami nauki, przekonanych o swojej racji, podejmujących decyzje, których skutki miały wpływ na całe społeczeństwa i kolejne pokolenia. Lektura tej książki pokazuje zarówno potencjał technologii, ale także, co nawet istotniejsze dla naszego gatunku, ludzką zachłanność i omylność. Książka przypomina, że za każdą wielką innowacją stoją konkretni ludzie, organizacje, interesy, emocje i wybory, dlatego jej lektura była dla mnie nie tylko reportażem o energii jądrowej, ale opowieścią o odpowiedzialności, ryzyku i granicach naszego zaufania do postępu.
"Gdy skonstruowano bombę atomową, Bernard Brodie - nazywany »amerykańskim Clausewitzem" strateg nuklearny - pisał: „Do tej pory głównym celem naszego establishmentu wojskowego było wygrywanie wojen. Od teraz głównym celem musi być zapobieganie im", Później, kiedy na horyzoncie pojawiło się widmo bomby termojądrowej, Brodie podkreślał, że „nie ma sensu mówić o wzajemnych atakach przy użyciu bomb atomowych, a także przy użyciu bomb przyszłości, jako o czymś innym niż o samobójstwie narodu" (str. 145)
To opowieść o niepohamowanej ambicji bycia naj: najpotężniejszym, najszybszym, najważniejszym, najbardziej mocarstwowym, która pokazuje jak ogromne potrafi być ego ludzi władzy. "Stało się. Ledwo świat poznał niszczycielską moc bomby atomowej, a na horyzoncie już majaczyło coś większego. „Bomba gwiezdna", „bomba słoneczna", jak ją niektórzy nazywali. Broń absolutna, która uczyni człowieka jeszcze potężniejszym, jeszcze bardziej władnym, zbliży go gdzieś, gdzie nigdy miał się nie zbliżyć. Jakby wykradł ogień bogom." (str. 147) Pokazuje też jak mało jest myślenia o kosztach ludzkich, środowiska i planety, że to tak naprawdę "straszny znak dla rasy ludzkiej" zgotowanej przez rasę ludzką.
Autor pokazał też straszliwe skutki tych niezwykle drogich i zakrojonych na wielką skalę eksperymentów USA w różnych miejscach świata. "Naukowcy bili na alarm. Francuski biolog i filozof Jean Rostand określił testy jako „zbrodnię przeciwko przyszłości". Uczestnicy testów, czy to czynnie uczestniczący w testach, np. żołnierze przywożeni na miejsce testów, czy biernie, np. mieszkańcy wokół "pola" eksperymentalnego, mieszkańcy wyspy na której testy się odbywały, itp. itd. chorowali na choroby popromienne, m.in. nowotwory, wymierali na skalę niespotykaną w opinii lekarzy i grabarzy. "Grabarz Elmer Pickett wspominał po latach, co się działo w St. George, innym mieście w tym stanie: „Wcześniej rak był rzadkością, ale w latach 1956 i 1957 ciągle mieliśmy do czynienia z ciałami osób, które zmarły z powodu nowotworu. Tyle ich było, że musiałem wrócić do podręczników i nauczyć się balsamowania zwłok. Kiedyś nie było takiej potrzeby. Przypadków było dużo, ale potem, w 1960 roku, to była już prawdziwa powódź" (str. 201)
Eksperymenty z użyciem broni atomowej, a potem wodorowej z ludźmi w tle były trzymane w tajemnicy, uczestnicy tych eksperymentów, nazywane królikami doświadczalnymi, nie otrzymali opieki, ani wsparcia od państwa, wręcz zostali objęci tajemnicą państwową. Nie mogli mówić co ich spotkało, wmówiono im, że to zaszczyt być w tym eksperymencie, bo robią coś ważnego dla swojej ojczyzny. Po latach cierpień niektórzy z nich, ci którzy jeszcze dożyli, doczekali się przeprosin ze strony prezydenta Billa Clintona. „Dziś, w imieniu kolejnego pokolenia amerykańskich liderów i kolejnego pokolenia amerykańskich obywateli, Stany Zjednoczone szczerze przepraszają tych spośród obywateli, których poddano tym eksperymentom, a także ich rodziny i społeczności - słowa 42. Prezydenta Stanów Zjednoczonych." (str. 257), które tak naprawdę zniknęły w zalewie innych ważniejszych informacji w tym czasie.
Lektura była dla mnie także okazją do refleksji nad współczesnymi wyzwaniami transformacji energetycznej. W świecie, który szuka odpowiedzi na kryzys klimatyczny i bezpieczeństwo energetyczne, historia atomu pokazuje, że nie istnieją rozwiązania proste ani pozbawione konsekwencji. Każda technologia niesie ze sobą zarówno nadzieję, jak i odpowiedzialność. Właśnie ze względu na ten ciężar odpowiedzialności książka była momentami przygnębiająca, a przede wszystkim zmuszająca do myślenia a tym samym wartościowa. A choć autor nie daje gotowych odpowiedzi, to zostawia czytelnika z ważnymi pytaniami o przyszłość, cenę postępu i odpowiedzialność za decyzje, które podejmujemy dziś.
I jeszcze kilka refleksji na koniec:
W jednej z brytyjskich operacji atomowych, których łączna moc wynosiła 182 kilotony uczestniczył pewien ojciec, żołnierz RAF-u, który ani słowem nie wspomniał rodzinie o swoim udziale w testach atomowych, aż do połowy lat osiemdziesiątych, kiedy pewnego razu oglądając z swoim dzieckiem program telewizyjny o Hiroszimie odparł: „Zobaczyłem kiedyś coś podobnego". Gdy syn dopytał, co ma na myśli, stwierdził: - „Widziałem wybuch bomby atomowej w Australii". I zaczął opowiadać.
Jak marzył o tym, żeby zobaczyć Australię. Jak zabrał ze sobą tylko letnie ubrania. Jak stał tam w sandałach, bez żadnej odzieży ochronnej. Jak dostali rozkaz, żeby się obrócić i patrzeć na bombę. Był 11 października 1956 roku. Historyczny dzień. Po raz pierwszy w dziejach bombę atomową zrzucano z samolotu Królewskich Sił Powietrznych (RAF). Wcześniej Brytyjczycy ustawiali bombę na wieży albo na barce. Ale nie tym razem, Bombowiec Valiant z 49. Dywizjonu RAF wzniósł się na wysokość 11 kilometrów. I poszło. Bomba o kryptonimie Kite eksplodowała 150 metrów nad ziemią. - Nazywali to testami, ale używali żywej broni." (str. 188)
Te wspomnienia nie uwzględniają szkód dla przyrody, ziemi i ludów, które te ziemie zamieszkiwali zanim postanowiono tam robić testy.
I kilka wspomnień amerykańskich uczestników w testach nad bronią jądrową:
"PAUL SPARACINO: Przywołujesz to orędzie Kennedy'ego, w który mówił, że opad radioaktywny będzie minimalny. Po to właśnie byliśmy my. Żeby mogli sprawdzić, co się stanie po tak dużych eksplozjach. Czy rzeczywiście będzie minimalny, czy może jednak nie. Sami tego nie wiedzieli.
FREDERICK SCHAFER: Nie sądziliśmy, że nasz własny rząd mógłby zrobić coś takiego. Teraz wszyscy jesteśmy mądrzejsi. W Nevadzie przecież żołnierze siedzieli w okopach 2,5 kilometra od wybuchu. A ludzie na Wyspach Marshalla? Potraktowano ich jak głupich tubylców. To ich ziemia? No i co z tego! Żaden problem! A Indianie? Nie muszę chyba przypominać, co dawno, dawno temu zrobiliśmy z Indianami.
DENNIS L. MILLER: Ameryka to wspaniały kraj. Ale mamy też dużo na sumieniu. Dopóki nie zacząłem jeździć na zloty weteranów atomowych, nie miałem pojęcia, jak potraktowaliśmy ludzi żyjących na Wyspach Marshalla.
PAUL SPARACINO: Byliśmy królikami doświadczalnymi. Nie jest zasadnicza różnica. Króliki w trakcie eksperymentów są pod ścisłą obserwacją. Nas nikt nie obserwował, nie badał." (str. 218)


















