Ciekawość świata - Curiosity of the world
Książki to dla mnie marzenia, źródło wiedzy, pasja i moc. Książki to oczekiwanie na niewiadomą, na tajemnicę, na romans bez pokuty. Wierne, dostępne i otwarte na nowe doznania. To uzależnienie, bez skutków ubocznych, zbędnych emocji i pretensji. Książki to dla mnie ciągle napełniające się źródło, nie wysychające, wystarczy tylko chcieć czerpać, a na razie mam ogromną ochotę.......
Szukaj na tym blogu
wtorek, 27 października 2026
Julia Keilowa. Metaloplastyczka na nowe czasy - Małgorzata Czyńska
piątek, 23 października 2026
Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno - Katarzyna Jasiołek
To była bardzo ciekawa lektura, po jej przeczytaniu zostałam z poczuciem, że przeczytałam nie tylko biografię projektantki, ale też opowieść o Polsce XX wieku, o Warszawie, która powstawała, zmieniała się i rozkwitała. To jedna z tych książek, w których bohaterka jest osią narracji, ale równie ważne okazują się realia epoki, w której przyszło jej żyć i tworzyć. Autorka pokazała też realia spółdzielni i organizacji zrzeszających rzemiosło od projektu po wykonanie.
Z wielką przyjemnością czytałam fragmenty poświęcone Saskiej Kępie i obserwowałam jej przemiany na przestrzeni dekad. Dzięki temu mogłam porównywać to miejsce wówczas i obecnie. Dla mnie bardzo ciekawe były także także kulisy funkcjonowania Spółdzielni Artystów „Ład”, Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, Cepelii i początki Hofflandu. To fascynujący fragment historii polskiego wzornictwa, pokazujący, jak wielka była potrzeba tworzenia przedmiotów jednocześnie praktycznych i estetycznych. Szczególnie poruszający jest obraz powojennej Polski, czyli kraju pełnego zniszczeń, niedoborów i szarości, w którym ludzie desperacko potrzebowali nie tylko mieszkań i podstawowego wyposażenia, ale także piękna, koloru i odrobiny normalności. Książka świetnie pokazuje paradoks tamtego czasu, gdzie wśród ruin rodził się prawdziwy boom na projektowanie i nowoczesne wzornictwo.
Niemniej interesujące były również opisy powojennego rynku mieszkaniowego. Dziś często patrzymy na projekty z tamtych lat wyłącznie przez pryzmat estetyki, tymczasem dla ich twórców najważniejsze było znalezienie praktycznych rozwiązań dla ludzi żyjących w bardzo trudnych warunkach. To pozwala spojrzeć na dokonania Hanny Lachert z zupełnie innej perspektywy.
Ale wracając do samej bohaterki, to okazała się postacią niezwykle inspirującą. To kobieta twarda, niezłomna i zdeterminowana, która potrafiła przełożyć wizję na konkretne działanie. Imponowała mi jej skuteczność i zadaniowość. Nie interesowały jej oficjalne otwarcia czy splendor związany z realizacją projektów, bo najważniejsze było dla niej doprowadzenie pracy do końca i rozwiązanie problemu. Miała ogromny autorytet wśród rzemieślników i budowlańców, co w realiach zdominowanego przez mężczyzn świata budownictwa i projektowania było osiągnięciem wyjątkowym. Była kobietą w stu procentach zadaniową, ale jednocześnie osobą, która poprzez swoją pracę próbowała poprawić codzienne życie innych ludzi.
Autorka jednak nie idealizuje swojej bohaterki, co uważam za dużą zaletę tej książki, ale stara się pokazać kobietę prawdziwą. Hanna Lachert nie miała łatwego charakteru, zwłaszcza dla najbliższych. Była wymagająca, skoncentrowana na pracy, czasem bezkompromisowa. Jednocześnie wyłania się z tej opowieści jako osoba dobra, uczciwa i pełna energii. Fascynowała mnie jej umiejętność zamykania kolejnych rozdziałów życia. Jej związki często okazywały się nietrwałe, ale nie poświęcała czasu na rozpamiętywanie porażek, zresztą z byłymi dwoma mężami miała dobre relacje, nawet jednego z nich wyswatała. Zamiast tego szła dalej, podejmowała nowe wyzwania, organizowała kolejne przedsięwzięcia i realizowała nowe zlecenia, np. Spodek w Katowicach. Dużo podróżowała po Polsce, którą uwielbiała poznawać, od morza po góry, ale nie tylko, miała ulubione rodziny, do których wracała i którym podczas swojego pobytu "organizowała życie". Wartością dodaną, były wspomnienia syna i synowej o Hannie Lachert, którzy szczerze opowiedzieli o relacjach z nią.
Książkę polecam nie tylko osobom zainteresowanym architekturą czy wzornictwem. To bardzo dobrze napisana opowieść o ambicji, odbudowie kraju, przemianach społecznych i miejscu kobiet w świecie, który przez długi czas należał przede wszystkim do mężczyzn. Dla mnie była to przede wszystkim fascynująca podróż przez historię Polski widzianą oczami niezwykłej kobiety, która udowodniła, że użyteczność i piękno nie muszą się wykluczać. A to co szczególnie zapadło mi w pamięci to niezwykła konsekwencja i nastawienie na działanie Hanny Lachert. Bardzo się cieszę, że znajdują się autorzy, którzy "odgruzowują" takie postacie dla szerszego odbiorcy.
niedziela, 18 października 2026
Mela Muter. Gorączka życia - Karolina Prewęncka
Sztuka, polityka i duch epoki, czyli wielowymiarowy portret Meli Muter napisany przez Karolinę Prewęcką w książce „Mela Muter. Gorączka życia” to pozycja, która wymyka się klasycznemu rozumieniu biografii jako suchego zapisu dat i faktów. Autorce udało się stworzyć panoramiczny fresk historyczno-społeczny, w którym losy wybitnej malarki stają się raczej nie głównym wątkiem, ale pretekstem do opowiedzenia o burzliwym XX wieku. Autorka otwiera przed czytelnikami nie tylko pracownię artystki, ale przede wszystkim cały jej ciekawy świat. Pokazuje artystkę w wirze przemian obyczajowych, politycznych zawirowań oraz w unikalnej atmosferze miejsc, które ją ukształtowały. Sama konstrukcja tła geograficzno-społecznego w biografii daje poczucie plastyczności, może łatwo wędruje się z Melą Muter po jej przestrzeniach życiowych.
Autorce udaje się oddać klimat Paryża -Montparnasse’u i Montmartre’u z początku stulecia. Paryż w ujęciu Karoliny Prewęckiej to nie tylko kawiarnie Le Dôme czy La Rotonde, ale przede wszystkim tygiel narodowościowy i artystyczny tworzący środowisko École de Paris. Autorka kreśli portret miasta jako azylu wolności dla kobiet artystek, twórczyń, pokazując realia nauki w Académie Colarossi w czasach, gdy oficjalne akademie wciąż były dla kobiet zamknięte. Wracamy też do Polskich korzeni i wielkich miłości Meli Muter z warszawskiego środowiska żydowskiego, z którego Mela się wywodziła, a także atmosferę młodopolskiej bohemy. To na tym tle rozgrywa się wielka, dramatyczna miłość malarki do Leopolda Staffa oraz jej relacje z polską kolonią artystyczną. I wreszcie jedziemy do słonecznej i surowej Hiszpanii, która była odkryciem dla Meli Muter przez fascynacje nowym światłem i pejzażem, a także społecznym, w którym odkrywała lokalny folklor, warunki życia, kolory, różnorodność architektury i krajobrazu..
Autorka pokazuje też kobietę Melę Muter, zaangażowaną w wielką historię i zmiany polityczno-społeczne. Szczególnie mocno wybrzmiewa tu wątek jej związku z francuskim działaczem socjalistycznym i pacyfistą Raymondem Lefebvre'em; widzimy zaangażowanie Meli w sprawy lewicy, jej wrażliwość na krzywdę najuboższych (co tak doskonale widać w jej portretach robotników, dzieci czy matek) oraz bolesne zderzenie z brutalnością I, a później II wojny światowej. Wreszcie powojenny Paryż, w którym artystka żyła w zapomnieniu i ubóstwie, czyli kolej rzeczy bezlitośnie zmieniających się mód artystycznych i realiów nowego świata. Niemniej nie umarła w zapomnieniu, bo zadbał o to Bolesław Nawrocki wraz z żoną, którzy zaopiekowali się artystką pod koniec jej życia a także zadbali o jej spuściznę artystyczną. Dzisiaj Mela Muter jest artystką wystawianą, pisane są nowe biografie. Dodam, że obecnie jest niezwykle bogata wystawa Meli Muter w Villa la Fleur w Konstancinie.
To nie wszystko, bo dostajemy też obraz kobiety ulegającej namiętnościom, niezwykle kochającej swojego ojca, a także oddanej matki, kochającej siostry dbającej o relacje rodzinne. Przyjaciółki znanych pisarzy, malarzy i poetów.
„Mela Muter. Gorączka życia” to biografia, w której autorce udało się połączyć reporterską wnikliwość z etnograficzną wrażliwością. Autorka napisała książkę, która może się spodobać odbiorcom sztuki, jak i miłośnikom opowieści o minionych epokach. To nie tylko herstoria wybitnej jednostki, ale fascynująca lekcja historii społecznej Europy pierwszej połowy XX wieku.
Kobiety z obrazów - Małgorzata Czyńska
„Kobiety z obrazów” przeczytałam trochę z ciekawości, a trochę z potrzeby dalszego odkrywania historii ukrytych za znanymi dziełami sztuki. Muszę jednak uczciwie przyznać, że początek nie porwał mnie od razu. Być może był to po prostu moment przesytu podobną formułą opowieści o muzach, artystkach i kobietach stojących obok wielkich twórców. Na szczęście z każdą kolejną historią coraz bardziej zanurzałam się w świecie bohaterek Małgorzaty Czyńskiej.
Niewątpliwie po raz kolejny cenne w tej książce było to, że autorka nie patrzy na kobiety przez pryzmat mężczyzn, z którymi były związane. Zdejmuje je z piedestału muz, wyjmuje w ram obrazów na, których zostały uwiecznione i sprowadza na ziemię. Pokazuje ich odwagę, ambicje, słabości, dylematy, marzenia i bardzo ludzkie wybory.
A kogo tym razem autorka wzięła na tapet? To 16 kobiet, które były artystkami, muzami, kochankami i wsparciem dla samych siebie lub twórców, którym towarzyszyły.
Pierwsza to jedna z najbardziej znanych malarek XX wieku, czyli Tamara Łempicka, energetyczna, bezkompromisowa i świadomie budująca własną legendę różnymi środkami i sposobami, ale niezwykle skutecznie.
Kolejna to Wally Neuzil, czyli jedna z tych kobiet, których historia skłania do refleksji nad ceną miłości i poświęcenia, zwłaszcza dla kogoś tak kontrowersyjnego i niejednoznacznego jak Egon Schiele, ze swoimi pracami przesyconymi złością, smutkiem i udręką, z którym związek był pasmem radości, albo niepokoju. Artysta był posądzany o uwodzenie nieletnich i rysowanie pornografii dziecięcej, czemu zaprzeczał mówiąc: "Żadne erotyczne dzieło sztuki nie jest świństwem, jeśli posiada wartość artystyczną (...). Świństwem staje się, dopiero gdy świnią jest widz." (str. 30)
Trzecia z bohaterek to Maja, czyli tajemnicza postać z obrazów Goi "Maia naga" i "Maia ubrana", która pozostała w swerze domysłów i skandalu XIX wiecznej Hiszpani po tym jak namalował ją Francisco Goya. Raczej niejednoznaczna, domniemana, ale ciekawa w swej konstrukcji bohaterka.
Czwarta to sama Mela Muter, z krótkim rysem o jej miłości do sztuki, poetów, ludzi w trudnym położeniu i pięknych miejsc na jej artystyczne inspiracje.
Następna to Nina Witkiewiczowa, dla której wielki zamiar ustatkowania się miał Stanisław Ignacy Witkiewicz, "Wariat z Krupówek", a któremu nie udało się jednak dotrzymać deklaracji, niemniej wracał do mniej, padał do stóp malował, zatem na swój sposób był jej "wierny i oddany".
Kolejna to Antoinette de Watteville, która oczarowała malarza Baltazara Kłosowskiego, zwanego Balthausem swoją dziecięcą urodą i lekkomyślnością. Oboje sobą oczarowani żyli niejako w krainie czarów, choć na przeszkodzie stała twarda rzeczywistości brak środków. Przeżyli ze sobą jednak dziesięć lat, mieli dwóch synów, a kiedy namiętność wygasła pozostali oddzielnie, ale z dobra pamięcią o sobie. On nazywany Królem kotów a także "Freudem malarstwa" ona Bebe, słodką dziewczynką, którą na swoich obraz uwieczniał w tak kontrowersyjnych wówczas pozach lolitki.
Gala i Salvador Dali, ona wyniosła, elegancka i milcząca wywarła ogromny wpływ na Galego i nie tylko w obszarze jego twórczości, ale także wyglądu, poszukiwań artystycznych, realizacji surrealistycznych. On twierdził, że stał się jej uczniem, była jego całym światem dosłownie i w przenośni, potrafili zamknąć się swoich przestrzeniach i żyć tylko ze sobą. Zawładnęła całym jego życie, była jego muzą, żoną, kochanką, menadżerką, utrapieniem kiedy nie była mu wierna, monetyzowała jego twórczość jako agentka i negocjatorka.
Jeanne Hebuterne cicha, ładna i spokojna dziewczyna, przy której wiecznie pijany Włoch Amedeo Modigliani milkł. Ona utalentowana artystka, choć bardziej znana z jego charakterystycznych obrazów, których w okresie trwania ich związku namalował wiele. To tragicznie zakończony związek, bo kiedy on umiera na gruźlicze zapalenie opon mózgowych ona popełnia samobójstwo. Z tego związku urodziła się córka Jeanne.
Lisa del Giocondo, czyli najbardziej rozpoznawalna kobieta z obrazu Leonardo Da Vinci i jej "zamglona" nieco historia żony bogatego kupca jedwabiem. Ze względu na czasy i na to, że nie była postacią znaną autorka utkała jej historię z ogólnych faktów i danych o życiu kobiet tamtych czasów, a także losach samego twórcy.
Catherine Bolnes, żona malarza Johanessa Vermeer'a, popełniła mezalians wychodząc za niego za mąż, sama z bogatego domu wyszła za biedaka, na dodatek protestanta. Jednakże para była w sobie zakochana, doczekali się licznego potomstwa. Była jego muzą i natchnieniem, niestety ze względu na fakt, że Johaness był pefekcjonistą i malował tylko jeden obraz na rok nie mieli wystarczająco środków na życie coraz liczniejszej rodziny. Po jego śmierci wdowa została z długami i wielkiej biedzie.
Victorine Meurent muza i modelka wielkiego Edouarda Maneta. Artystka, której prace były wystawiane na Salonie Paryskim, niezależna kobieta, odważna modelka, żyła jak na owe czasy tak jak chciała. Pozowała Manetowi do jego najbardziej znanych dzieł: Śniadanie na trawie, Olympia, Śpiewaczka uliczna. Przeżyła ponad osiemdziesiąt lat.
Emilie Flöge przedsiębiorcza projektantka mody, która wyzwalała kobiety z ciasnoty gorsetów, twórczyni swojej firmy. Nowoczesna i zdecydowanie wykraczająca poza rolę „muzy” Klimta. Modelka, która uwierzyła w dziwną wówczas wizje malarska swojego idola. Wierna i oddana kobieta swojego mistrza.
Misia Godebska ikona i marka sama w sobie. Absolutnie fascynująca postać, twórczyni kariery swojej i innych, potrafiła budować marki tych, w których widziała potencjał. Wierna tylko sobie i swoim wyborom, kobieta o niezwykłych umiejętnościach przedsiębiorczymi i "Anioła sukcesów".
Dora Maar - błyskotliwa artystka, niezwykle inteligentna fotografka, którą historia zbyt często sprowadzała wyłącznie do roli partnerki Picassao, choć zasługuje na własne miejsce w historii sztuki.
Maria Balowa, muza i ożywczy powiem twórczości Jacka Malczewskiego. Kobieta, o której plotkowano w XX wiecznym Krakowie. Piękna, niezależna i odważna.
Frida Kahlo - dla mnie niezmiennie symbol siły. Im więcej o niej czytam, tym większy budzi we mnie podziw za odwagę życia pomimo bólu.
Czytając tę książkę, wielokrotnie miałam poczucie, że patrzymy na historię sztuki z niewłaściwej perspektywy. Zachwycamy się obrazami, nazwiskami mistrzów i historią stylów, a znacznie rzadziej dostrzegamy ludzi, którzy stali obok nich. Tymczasem wiele z tych kobiet okazało się równie ciekawych, a czasem nawet ciekawszych niż artyści, którzy je uwiecznili. Po zamknięciu książki nie pamiętałam wszystkich dat ani szczegółów biograficznych, pamiętałam za to kobiety, ich odwagę, niezależność, niezgodę na przypisaną rolę i próbę odnalezienia własnego miejsca w świecie. I chyba właśnie dlatego „Kobiety z obrazów” uznaję za udaną lekturę. Nie dlatego, że opowiada o sztuce, a dlatego, że opowiada o kobietach, które nie chciały pozostać jedynie częścią czyjegoś obrazu.
poniedziałek, 5 października 2026
Atomowi. Testy nuklearne na ludziach - Łukasz Dynowski
"Wojna to groza, deszcze bomb i chaos. Cóż więc miało tak naprawdę dać wojsku to, że żołnierze z daleka i w bezpiecznych warunkach będą obserwować wybuchy atomowe?" (str. 119)
„Atomowi” to jedna z tych książek, które zostają ze mną na długo po odłożeniu ostatniej strony. Dla mnie była to lektura wręcz porażająca. Nie dlatego, że epatuje sensacją, ale dlatego, że pokazuje skalę ludzkich ambicji, błędów i ich konsekwencji w sposób niezwykle przejmujący. Czytając ją miałam poczucie, że obcuję nie tylko z historią rozwoju energetyki jądrowej, ale przede wszystkim z historią ludzi. Ludzi zachwyconych możliwościami nauki, przekonanych o swojej racji, podejmujących decyzje, których skutki miały wpływ na całe społeczeństwa i kolejne pokolenia. Lektura tej książki pokazuje zarówno potencjał technologii, ale także, co nawet istotniejsze dla naszego gatunku, ludzką zachłanność i omylność. Książka przypomina, że za każdą wielką innowacją stoją konkretni ludzie, organizacje, interesy, emocje i wybory, dlatego jej lektura była dla mnie nie tylko reportażem o energii jądrowej, ale opowieścią o odpowiedzialności, ryzyku i granicach naszego zaufania do postępu.
"Gdy skonstruowano bombę atomową, Bernard Brodie - nazywany »amerykańskim Clausewitzem" strateg nuklearny - pisał: „Do tej pory głównym celem naszego establishmentu wojskowego było wygrywanie wojen. Od teraz głównym celem musi być zapobieganie im", Później, kiedy na horyzoncie pojawiło się widmo bomby termojądrowej, Brodie podkreślał, że „nie ma sensu mówić o wzajemnych atakach przy użyciu bomb atomowych, a także przy użyciu bomb przyszłości, jako o czymś innym niż o samobójstwie narodu" (str. 145)
To opowieść o niepohamowanej ambicji bycia naj: najpotężniejszym, najszybszym, najważniejszym, najbardziej mocarstwowym, która pokazuje jak ogromne potrafi być ego ludzi władzy. "Stało się. Ledwo świat poznał niszczycielską moc bomby atomowej, a na horyzoncie już majaczyło coś większego. „Bomba gwiezdna", „bomba słoneczna", jak ją niektórzy nazywali. Broń absolutna, która uczyni człowieka jeszcze potężniejszym, jeszcze bardziej władnym, zbliży go gdzieś, gdzie nigdy miał się nie zbliżyć. Jakby wykradł ogień bogom." (str. 147) Pokazuje też jak mało jest myślenia o kosztach ludzkich, środowiska i planety, że to tak naprawdę "straszny znak dla rasy ludzkiej" zgotowanej przez rasę ludzką.
Autor pokazał też straszliwe skutki tych niezwykle drogich i zakrojonych na wielką skalę eksperymentów USA w różnych miejscach świata. "Naukowcy bili na alarm. Francuski biolog i filozof Jean Rostand określił testy jako „zbrodnię przeciwko przyszłości". Uczestnicy testów, czy to czynnie uczestniczący w testach, np. żołnierze przywożeni na miejsce testów, czy biernie, np. mieszkańcy wokół "pola" eksperymentalnego, mieszkańcy wyspy na której testy się odbywały, itp. itd. chorowali na choroby popromienne, m.in. nowotwory, wymierali na skalę niespotykaną w opinii lekarzy i grabarzy. "Grabarz Elmer Pickett wspominał po latach, co się działo w St. George, innym mieście w tym stanie: „Wcześniej rak był rzadkością, ale w latach 1956 i 1957 ciągle mieliśmy do czynienia z ciałami osób, które zmarły z powodu nowotworu. Tyle ich było, że musiałem wrócić do podręczników i nauczyć się balsamowania zwłok. Kiedyś nie było takiej potrzeby. Przypadków było dużo, ale potem, w 1960 roku, to była już prawdziwa powódź" (str. 201)
Eksperymenty z użyciem broni atomowej, a potem wodorowej z ludźmi w tle były trzymane w tajemnicy, uczestnicy tych eksperymentów, nazywane królikami doświadczalnymi, nie otrzymali opieki, ani wsparcia od państwa, wręcz zostali objęci tajemnicą państwową. Nie mogli mówić co ich spotkało, wmówiono im, że to zaszczyt być w tym eksperymencie, bo robią coś ważnego dla swojej ojczyzny. Po latach cierpień niektórzy z nich, ci którzy jeszcze dożyli, doczekali się przeprosin ze strony prezydenta Billa Clintona. „Dziś, w imieniu kolejnego pokolenia amerykańskich liderów i kolejnego pokolenia amerykańskich obywateli, Stany Zjednoczone szczerze przepraszają tych spośród obywateli, których poddano tym eksperymentom, a także ich rodziny i społeczności - słowa 42. Prezydenta Stanów Zjednoczonych." (str. 257), które tak naprawdę zniknęły w zalewie innych ważniejszych informacji w tym czasie.
Lektura była dla mnie także okazją do refleksji nad współczesnymi wyzwaniami transformacji energetycznej. W świecie, który szuka odpowiedzi na kryzys klimatyczny i bezpieczeństwo energetyczne, historia atomu pokazuje, że nie istnieją rozwiązania proste ani pozbawione konsekwencji. Każda technologia niesie ze sobą zarówno nadzieję, jak i odpowiedzialność. Właśnie ze względu na ten ciężar odpowiedzialności książka była momentami przygnębiająca, a przede wszystkim zmuszająca do myślenia a tym samym wartościowa. A choć autor nie daje gotowych odpowiedzi, to zostawia czytelnika z ważnymi pytaniami o przyszłość, cenę postępu i odpowiedzialność za decyzje, które podejmujemy dziś.
I jeszcze kilka refleksji na koniec:
W jednej z brytyjskich operacji atomowych, których łączna moc wynosiła 182 kilotony uczestniczył pewien ojciec, żołnierz RAF-u, który ani słowem nie wspomniał rodzinie o swoim udziale w testach atomowych, aż do połowy lat osiemdziesiątych, kiedy pewnego razu oglądając z swoim dzieckiem program telewizyjny o Hiroszimie odparł: „Zobaczyłem kiedyś coś podobnego". Gdy syn dopytał, co ma na myśli, stwierdził: - „Widziałem wybuch bomby atomowej w Australii". I zaczął opowiadać.
Jak marzył o tym, żeby zobaczyć Australię. Jak zabrał ze sobą tylko letnie ubrania. Jak stał tam w sandałach, bez żadnej odzieży ochronnej. Jak dostali rozkaz, żeby się obrócić i patrzeć na bombę. Był 11 października 1956 roku. Historyczny dzień. Po raz pierwszy w dziejach bombę atomową zrzucano z samolotu Królewskich Sił Powietrznych (RAF). Wcześniej Brytyjczycy ustawiali bombę na wieży albo na barce. Ale nie tym razem, Bombowiec Valiant z 49. Dywizjonu RAF wzniósł się na wysokość 11 kilometrów. I poszło. Bomba o kryptonimie Kite eksplodowała 150 metrów nad ziemią. - Nazywali to testami, ale używali żywej broni." (str. 188)
Te wspomnienia nie uwzględniają szkód dla przyrody, ziemi i ludów, które te ziemie zamieszkiwali zanim postanowiono tam robić testy.
I kilka wspomnień amerykańskich uczestników w testach nad bronią jądrową:
"PAUL SPARACINO: Przywołujesz to orędzie Kennedy'ego, w który mówił, że opad radioaktywny będzie minimalny. Po to właśnie byliśmy my. Żeby mogli sprawdzić, co się stanie po tak dużych eksplozjach. Czy rzeczywiście będzie minimalny, czy może jednak nie. Sami tego nie wiedzieli.
FREDERICK SCHAFER: Nie sądziliśmy, że nasz własny rząd mógłby zrobić coś takiego. Teraz wszyscy jesteśmy mądrzejsi. W Nevadzie przecież żołnierze siedzieli w okopach 2,5 kilometra od wybuchu. A ludzie na Wyspach Marshalla? Potraktowano ich jak głupich tubylców. To ich ziemia? No i co z tego! Żaden problem! A Indianie? Nie muszę chyba przypominać, co dawno, dawno temu zrobiliśmy z Indianami.
DENNIS L. MILLER: Ameryka to wspaniały kraj. Ale mamy też dużo na sumieniu. Dopóki nie zacząłem jeździć na zloty weteranów atomowych, nie miałem pojęcia, jak potraktowaliśmy ludzi żyjących na Wyspach Marshalla.
PAUL SPARACINO: Byliśmy królikami doświadczalnymi. Nie jest zasadnicza różnica. Króliki w trakcie eksperymentów są pod ścisłą obserwacją. Nas nikt nie obserwował, nie badał." (str. 218)
piątek, 2 października 2026
Sztuka i miłość - Nick Trend
„Sztuka i Miłość” była dla mnie książką, którą potraktowałam jak wizytę w muzeum dodatkowo z kuratorskim oprowadzaniem, bo o każdym obrazie dostałam skondensowaną wiedzę, na tyle mało, żeby coś zapamiętać, na tyle sporo, żeby poszerzyć wiedzę. Czytając książkę Nicka Trenda, miałam wrażenie, że przewodnik nie skupia się wyłącznie na obrazach, lecz opowiada historie ludzi, którzy je tworzyli.
Ta książka przypomniała mi także dlaczego tak lubię odwiedzać muzea, bo za każdym z nich stoi człowiek, jego emocje, wybory, tęsknoty i relacje.
Autor pokazuje sztukę przez pryzmat miłości z całą jej gamą kolorów i emocji. Od tej idealnej i pomnikowej, przez tą pełną fascynacji, wsparcia, do tej kojarzącej się z poświęceniem, a czasem z odrzuceniem i bólem. Autor wybrał dzieła twórców z całej palety emocji, (przeprowadzając nas przez poszczególne rozdziały pokazujące różne oblicza miłości), dzięki temu obrazy, stały się zapisem bardzo ludzkich doświadczeń. To była dla mnie nie tylko lekcja historii sztuki, ale także refleksja nad tym, jak wielki wpływ na twórczość mają relacje z innymi ludźmi. To kolejna lektura otwierająca mnie na ciekawość kto stoi za historią przedstawioną na płótnie i jakie emocje towarzyszyły jej powstawaniu.
Dla mnie ważny był również dobór artystów i artystek przez autora, bo mamy tam przekrój i gwiazd dużego formatu i tych mniejszych, ale wszystkie ciekawe i pokazujące różne podejście do tego samego tematu miłości. Wspomnę tylko o kliku: Rubens, Rembrant, Chagall, Kahlo, Caravaggio, Picasso, Valadon, Łempicka, Steen, O'Keeffe i Stieglitz, Luti, Carrington, Bacon, Otto Dix, Blake, Phalle.
Polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią, gdy wiedza podawana jest w formie treściwych opowieści. Ja zamknęłam ją z poczuciem, że odbyłam inspirującą podróż przez muzea, epoki style i ludzkie losy, nie wychodząc z domu, dodatkowo z nowym spojrzeniem na obrazy. „Sztuka i Miłość” okazała się dla mnie nie tyle książką o sztuce, ile książką o ludziach, których życie i uczucia przetrwały na płótnach dłużej niż oni sami. Dodam, że książka jest ładnie zaprojektowana i wydana.
wtorek, 22 września 2026
BÓGTECHY. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem - Sylwia Czubkowska
"Kolonializm rządzi się prawem 4E: eksploruj, ekspanduj, eksploatuj, eksterminuj." (str. 16) Te mechanizmy podboju znane od wieków stosują w białych rękawiczkach wielkie firmy technologiczne, tylko, że nie widać żołnierzy, broni, obozów dla tubylców, przywiezionych chorób, bo wszystko dzieje się w warstwie o wiele delikatniejszej formie. Sięgając po książkę Sylwii Czubkowskiej wchodzimy w wiedzę o kolonializmie naszych czasów - nowoczesnych, otwartych, "społecznych" - a tak naprawdę w wiedzę o tym, że daliśmy się skolonizować nie wiedząc i nie czując tego, albo nie chcąc wiedzieć ani czuć.
Bógtechy” Sylwii Czubkowskiej to książka, po której nie odkłada się telefonu i nie wraca spokojnie do codzienności. Raczej zaczyna się zastanawiać, ile z naszego życia już oddaliśmy technologii i ile jeszcze jesteśmy gotowi jej oddać.
Czytając książkę miałam momentami wrażenie, że autorka pokazuje nam świat, który się dzieje, wciągnął nas tak mocno, że wielu z nas już tego nie widzi. Przyzwyczailiśmy się do niego tak bardzo, że przestaliśmy zauważać, jak wiele rzeczy oddajemy w ręce technologii. Nasze decyzje, uwagę, dane, sposób komunikowania się, a czasem nawet relacje z innymi ludźmi. Najbardziej niepokojące jest chyba to, że technologia nie wchodzi do naszego życia siłą, tylko, że to my sami ją zapraszamy z całym jej dobrodziejstwem. Często dla wygody, dla oszczędności czasu, żeby było szybciej, łatwiej, bardziej komfortowo. Oddajemy jej po kawałku coraz więcej, często nawet nie zastanawiając się, gdzie jest granica. I właśnie o tej granicy myślałam podczas lektury najczęściej.
"Wielka technologia jest wielka, bo osiągnęła masę krytyczną, która pozwala jej coraz szybciej się toczyć i coraz sprawniej kruszyć wszystko, co napotka na swojej drodze. (...) Meta i Google łącznie kontrolują ponad połowę rynku reklamy cyfrowej w Europie. Amazon, Microsoft i Google odpowiadają za 67% wydatków europejskich klientów na przetwarzanie w chmurze. W Europie ponad 40% dochodów generowanych przez hotele za pośrednictwem kanałów online w 2023 roku zdominował Booking.com." (str. 21)
Sylwia Czubkowska pokazuje ludzi stojących za technologiczną rewolucją, tych, którzy mają pieniądze, pomysły i ambicję, by zmieniać świat. Są wśród nich wizjonerzy, geniusze, przedsiębiorcy, ale też ludzie przekonani, że skoro coś można zrobić, to należy to zrobić. Niestety często to także megalomania "samców alfa z finansowym sznytem, w garniturach za kilka tysięcy dolarów", którzy nic nie wytwarzają, tylko kontrolują cudzą własność, którzy chcą się rozwijać nie zważając na koszty i ofiary, łaknąc jednocześnie nieograniczonej władzy. Dla mnie osobiście ta wiara w nieograniczone możliwości człowieka jest przerażająca. Bo co się stanie, kiedy technologia przestanie być tylko narzędziem, a zacznie mówić nam, jak żyć? Albo kiedy będzie wiedziała o nas więcej niż nasi najbliżsi? Albo kiedy algorytm będzie potrafił przewidzieć nasze zachowanie, zanim sami zrozumiemy, czego chcemy? Aż po to fundamentalne, czy człowiek nadal będzie właścicielem swojego życia, jeśli coraz więcej decyzji będzie podejmowanych za niego przez inteligentne technologie?
„Bógtechy” nie dają łatwych odpowiedzi, ale zdecydowanie zmuszają do zatrzymania się i spojrzenia na rzeczy, które na co dzień przyjmujemy jako oczywiste. Bo przecież już dziś trudno wyobrazić sobie życie bez telefonu, internetu, wyszukiwarki, mediów społecznościowych, czy systemów przetwarzających ogrom danych (tu też warto się zastanowić czy aż tyle ich potrzebujemy). Mam świadomość, że technologia przyniosła ludzkości wiele dobra, ale po lekturze tej książki jeszcze mocniej czuję, że wraz z możliwościami powinna przychodzić odpowiedzialność i świadomość, że nie wszystko, co możemy stworzyć, koniecznie powinniśmy stworzyć, a na pewno powinniśmy mieć plan "B" na konsekwencje naszych pomysłów, na to co technologia już potrafi?
„Bógtechy” przeczytałam więc nie tylko jako książkę o technologii, ale jako książkę o człowieku, jego ambicji, ciekawości, potrzebie przekraczania granic i marzeniu, żeby stać się kimś więcej niż tylko człowiekiem. Książkę, która powinna być "alertem" dla naszych nieposkromionych ambicji, zapędów i megalomanii. Dla mnie to jedna z najważniejszych książek ostatnich lat.
Kobiety z obrazów - Małgorzata Czyńska
Alma Mahler, Bella Chagall, Berthe Morisot, Sofonisba Anguissola, Elizabeth Siddal, Kiki z Montparnasse'u, Marie Laurencin, Suzanne Valadon, Vanessa Bell, Dagny Przybyszewska to zbiór kobiet przywołany przez Małgorzatę Czyńską w książce "Kobiety z obrazów".
Ta część „Kobiety z obrazów” Małgorzaty Czyńskiej jest już drugim zbiorem skrótowych biografii bohaterek, które przez lata funkcjonowały w cieniu sławnych mężczyzn, jako muzy, żony, kochanki lub modelki. W swojej opowieści o nich autorka pokazuje, że niemal każda z nich była kimś znacznie więcej: artystką, współtwórczynią, inspiratorką, osobowością twórczą o własnym głosie, ścieżce czy pomyśle na siebie.
Dla czytelnika, który tak jak ja lubi „zbierać” historie kobiet kiedyś pomijanych przez tradycyjne opracowania, ta książka może stać się zaczynem do poszukiwania rozleglejszej wiedzy o wspomnianych w niej kobietach. Małgorzata Czyńska nie tworzy szczegółowych biografii, ale wspomnienie o każdej z nich, przedstawia znaczące elementy z ich życia, a dla mnie przede wszystkim wydobywa niektóre z nich na światło dzienne. Autorka pokazuje swoje bohaterki jako osoby skomplikowane, ambitne, często uwikłane w relacje, które pomagały im zaistnieć, ale jednocześnie ograniczały ich samodzielność.
W książce dostajemy dziesięć postaci z różnych czasoprzestrzeni. Sofonisba Anguissola, renesansowa malarka, która tworzyła w czasach, gdy kobietom odmawiano artystycznej edukacji, ale mając za sobą talent i wspierającego ojca zrobiła karierę jako malarka naturalistka na dworach ówczesnej Europy.
Berthe Morisot, która miała wsparcie matki w rozwijaniu swojego talentu malarskiego, stała się częścią grupy impresjonistów, była modelką Maneta i pełnoprawną artystką własnego formatu.
Suzanne Valadon przeszła niezwykłą drogę od modelki pozującej największym malarzom Montmartre'u do uznanej malarki, której twórczość dziś budzi coraz większe zainteresowanie.
Alma Mahler, kobieta która przez lata funkcjonowała jako „żona wielkich mężczyzn”, choć sama posiadała i umiejętności i ambicje kompozytorskie, a także wywierała ogromny wpływ na wiedeńskie środowisko artystyczne.
Bella Chagall, która nie była tylko ukochaną Marca Chagalla, ale wręcz jednym z najważniejszych motywów jego sztuki. Bez niej trudno wyobrazić sobie emocjonalny wymiar jego obrazów, w których Bella była widoczna dosłownie.
Elizabeth Siddal kojarzona głównie jako modelka prerafaelitów i muza Dantego Gabriela Rossettiego, choć była również poetką i malarką. Najsławniejszym wizerunkiem tej bohaterki jest obraz Johna Everetta Millaisa, na którym wciela się ona w tonąca Ofelię, namalowany na przełomie lat 1851/1852.
Dagny Przybyszewska, którą pamięć historyczna zamknęła w roli żony Stanisława Przybyszewskiego i skandalizującej bohaterki epoki Młodej Polski, rzadziej dostrzegając jej własną osobowość i intelektualny wpływ na artystyczne środowisko.
W książce pojawiają się także bohaterki związane z nowoczesnością XX wieku, inspiratorki i współtwórczynie awangardy. Kiki z Montparnasse'u niewątpliwie symbolu paryskiej bohemy i jednocześnie samodzielną artystką. Marie Laurencin tworzącej wyróżniające się eteryczne malarstwo poświęcone głównie kobietom. Vanessa Bell, malarka, designerka, dobry duch grupy Bloomsbury, siostra Virgini Wolff.
Największą siłą książki jest właśnie pokazanie, że nie istnieje jeden model kobiecej obecności w sztuce. Są tu malarki, poetki, kompozytorki, modelki i muzy. Są kobiety, które walczyły o własne miejsce przy sztalugach, i takie, których ślad odnajdujemy przede wszystkim w dziełach innych twórców. Wszystkie jednak łączy jedno: historia długo opowiadała o nich cudzym głosem, zaś Małgorzata Czyńska im oddała głos.
Kobiety z obrazów to nie tylko zbiór biografii. To opowieść o mechanizmach pamięci i zapominania. Pokazuje, jak łatwo historia sztuki przez stulecia skupiała uwagę na mężczyznach, pozostawiając kobiety w przypisach. Dziś te przypisy okazują się często równie fascynujące jak główna narracja. Mnie czytało się książkę z zainteresowaniem i z poczuciem odkrywania brakujących elementów układanki. Lektura takich książek pozwala na patrzenie na obraz nie tylko przez nazwisko artysty, ale także modelkę/modelki, kobietę/kobiety, bez której/których te dzieła nigdy by nie powstały.
poniedziałek, 14 września 2026
Czy Krzyżacy to fajni chłopacy? - Boguś Janiszewski, Max Skorwider, i inni
To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale bardzo interesujące. Boguś Janiszewski pokazuje, że o historii można opowiadać bez pomnikowego tonu, za to z humorem, dystansem i dużą dawką ciekawostek. "Czy Krzyżacy to fajni chłopacy?" to książka, która zabiera czytelnika do Polski epoki Piastów, pokazując ją nie jako ciąg dat do wykucia na pamięć, lecz jako świat pełen ambitnych władców, politycznych awantur, rodzinnych konfliktów i nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny: przewodnik po średniowieczu zwykłych kobiet - Anna Brzezińska
czwartek, 3 września 2026
Kiedy żurawie odlatują na południe - Lisa Ridzen
„Kiedy żurawie odlatują na południe” to książka o zwyczajnym życiu, albo raczej o tym, co pozostaje, gdy życie jest już w większości za nami.
Główny bohater, dziewięćdziesięcioletni Bo, nadal zachowuje względną samodzielność. Mieszka u siebie, ma swoje przyzwyczajenia, wspomnienia i codzienne rytuały. Jednocześnie coraz mocniej odczuwa, że jego ciało przestaje być posłuszne. Traci siły, nie zawsze panuje nad własną fizjologią, coraz częściej doświadcza ograniczeń, których nie da się już pokonać siłą woli.
Na jego samotność nakładają się kolejne straty. Żona trafia do ośrodka dla osób z demencją. Umiera przyjaciel. Syn, kierując się troską i rozsądkiem, oddaje ukochanego psa do innej rodziny. Każde z tych wydarzeń jest pozornie niewielkie, niemniej razem tworzą obraz człowieka, który stopniowo żegna się z kolejnymi fragmentami swojego dotychczasowego świata i jest mu z tym trudno. Bo nie idealizuje starości, ale też jej nie demonizuje. Pokazuje ją ot po prostu, jako kolejny etap życia z wieloma sprzecznościami. Bo potrafi być zrzędliwy, uparty i niesprawiedliwy, kiedy złości się na syna, choć gdzieś głęboko wie, że syn próbuje mu pomóc. "- W jaki sposób coś, czego nie chcę, może być dla mnie lepsze? - pytam" (str. 202) Wspomina dawne relacje z rodzicami, z żoną, synem i przyjacielem, z niektórymi bardzo trudne z innymi dające satysfakcję. Rozważa dawne decyzje, potknięcia i niedoskonałości. Porównuje relacje swoje z ojcem do tych ze swoim synem versus tych jakie są pomiędzy jego synem z córką. Opisuje też swoją codzienność, zmagania ze zwykłymi czynnościami, które obecnie wymagają od niego sporego wysiłku. Opowieści Bo obłaskawiają z fizjologią i fizycznością starego człowieka. "Nie wiem, kiedy do tego doszło, ale role się odwróciły. Wprawdzie Hans nigdy nie dorównał mi wzrostem, ani siłą, ale teraz to od niego bije autorytet. To on zdecyduje o moim dalszym życiu i to z mojego powodu tu dzisiaj jest. Wiem, że musze się podporządkować, bo jestem uzależniony od jego decyzji, i to jego wszyscy słuchają, nie mnie." (str. 242)
Historia skłania do refleksji nie tylko nad starością, ale także nad relacjami rodzinnymi. Nad tym czy można zachować autonomię, gdy staje się coraz bardziej zależnym od innych i w drugą stronę jak pomagać bliskim, nie odbierając im poczucia godności? Gdzie tak na prawdę przebiega granica między troską a decydowaniem za drugiego człowieka? Czy da się zachować godność człowieka, kiedy zagrożone jest jego bezpieczeństwo?
Książka pokazuje również szwedzki system opieki nad osobami starszymi. Nie jest to jednak reportaż o rozwiązaniach społecznych. System stanowi raczej tło dla opowieści o człowieku, który mierzy się z nieuchronnością przemijania, utratą sił i niemocą radzenia sobie z podstawowymi czynnościami. Ciekawym dla mnie było jak naturalnie wpisana jest ta instytucjonalna pomoc dla seniorów i osób z demencją w codzienność.
Dla mnie to była ciekawa lektura, która w prostych opisach, jak rytuał picia kawy podczas rozmowy z przyjacielem, spacer z psem, wspomnienie dawnej rozmowy, niepokój o bliską osobę, czy żal po utracie przyjaciela, albo tęsknota za psem opisywały codzienność. Dzięki tej zwyczajności historia Bo była uniwersalna. Każdy kiedyś będzie musiał zmierzyć się z własnym starzeniem się lub starzeniem się swoich rodziców.
„Kiedy żurawie odlatują na południe” przypomina, że starość nie zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje żyć aktywnie. Zaczyna się wtedy, gdy coraz częściej musi godzić się na utratę tego, co przez całe życie uważał za oczywiste i zależne od jego decyzji. Choć to książka smutna to nie przygnębiająca, raczej czuła i prosto prawdziwa. Po jej przeczytaniu trudno nie pomyśleć o własnych bliskich, o własnych wyborach i o tym, jak chcielibyśmy być traktowani wtedy, gdy sami zaczniemy tracić siły. To lektura nie tyle o starości, ile o człowieczeństwie, w mojej opinii warta przeczytania niezależnie od wieku.
poniedziałek, 31 sierpnia 2026
Miniaturzystka - Jessie Burton
Miniaturzystka” Jessie Burton to książka, która od pierwszych stron wciąga w świat XVII-wiecznego Amsterdamu, obrastającego w bogactwa dzięki handlowi i kolonizacji. Amsterdamu, który obrastał w przepych, a jednocześnie chłodnego i zaściankowego jeśli chodzi o obyczaje społeczne, zamkniętego za drzwiami mieszczańskich domów. Amsterdamu, w którym kobiety zależne są w 100 procentach od mężczyzn, ich decyzji, ich obecności ich woli.
"Miniaturzystka" to opowieść o kobietach, często pozamykanych w czterech ścianach domów, kuchni, zajmujących się rodziną, nie mających wpływu na jakiekolwiek znaczące decyzje. A podążając ku szczegółom to opowieść o młodej kobiecie, która wkracza w dorosłość i małżeństwo z nadzieją, że rozpoczyna nowe życie. Oczekuje na bliskość, bezpieczeństwo i poczucie, że znalazła swoje miejsce i ukochanego męża. Szybko jednak okazuje się, że zamiast bezpieczeństwa czeka na nią dom pełen tajemnic i rozczarowań, w którym właściwie nic nie jest takie, jak się wydaje. Zamiast męża, którego mogłaby poznać, dostaje jego nieobecność. Zamiast rodziny, ludzi, którzy mają swoje "mroczne" sekrety. Zamiast odpowiedzi, coraz więcej pytań i niewiadomych.
W ramach przywitania Petronella otrzymuje od męża w prezencie miniaturowy model ich domu i zgodę na jego upiększanie. Dysponując wekslami męża zaczyna zamawiać do niego niewielkie elementy u miniaturzystki. Z początku realizacje są zgodne z jej zamówieniami, ale dość szybko zaczyna otrzymywać małe przedmioty, które dziwnie przypominają prawdziwe życie mieszkańców domu. Miniaturowy świat okazuje się odbiciem tego dużego, jego sekretów, pragnień, lęków i ukrytych znaczeń i prawd.
Autorka buduje opowieść, w której granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co symboliczne, zaczyna się zacierać. Miniaturzystka wie o mieszkańcach domu więcej, niż powinna wiedzieć. Jej figurki stają się zapowiedzią wydarzeń, a może tylko konsekwencją zdarzeń i decyzji? Czy miniaturzystka przewiduje przyszłość, czy po prostu potrafi dostrzec to, czego inni nie chcą zauważyć?
Pod warstwą tajemnic kryje się przede wszystkim historia kobiet zamkniętych w sztywno przypisanych społecznie rolach, zależnych od mężczyzn, pieniędzy i opinii innych. Nella początkowo wydaje się bezradna, ale z czasem zaczyna rozumieć, że w świecie, w którym niewiele może powiedzieć wprost, musi nauczyć się czytać między słowami. Dlatego "Miniaturzystka" to książka o pozorach, o domach, które z zewnątrz wyglądają na idealne, a w środku kryją zupełnie inne historie, często mroczne, a nawet tragiczne. To opowieść o ludziach, którzy udają kogoś, kim nie są, i o tym, że czasem najmniejsze szczegóły mówią o nas więcej niż wielkie deklaracje. To opowieść o kobietach, które musiały nauczyć się żyć w świecie urządzonym przez innych. O tym, ile można przemilczeć, ukryć i jak długo można udawać, że wszystko jest w porządku. To też opowieść o
samotności i potrzebie poznania prawdy. O ludziach, którzy mieszkają
razem, a jednak potrafią być sobie zupełnie obcy. O sekretach, które
czasami chronią nas przed światem, a czasami stają się więzieniem.
A miniaturzystka? Do końca pozostała dla mnie postacią nieuchwytną, ale zapewne taka miała być. Kimś, kto widzi więcej, kto potrafi spojrzeć na ludzkie życie z boku i pokazać je w pomniejszeniu tak, żeby nagle stało się wyraźniejsze.
„Miniaturzystka” łączy baśń, powieść historyczną i mroczną opowieść. Nie wszystkie zagadki tej historii przekonały mnie w równym stopniu, były wiarygodne, niemniej atmosfera książki pozostaje w pamięci. Amsterdam stworzony przez autorkę z jednej strony był miastem pięknym, pełnym życia i możliwości, a jednocześnie niepokojącym, mrocznym, pełnym kontrastów. Podobnie jak dom, który miał być dla Nelli początkiem nowego życia okazał się ścieżką po kolcach róż, jednak ku prawdziwej dorosłości.
Podsumowując, Jessie Burton stworzyła opowieść o tym, że człowieka, podobnie jak ten książkowy miniaturowy dom, można próbować zamknąć w określonych ramach, wyznaczyć mu miejsce, rolę i granice, ale nie da się całkowicie przewidzieć, co się wydarzy, bo wystarczy czasem jeden mały szczegół, żeby zobaczyć, że pod powierzchnią wszystko wygląda zupełnie inaczej. I chyba właśnie to najbardziej zostało mi z tej książki, przekonanie, że najciekawsze historie często kryją się nie w tym, co widać, ale w tym, czego nie chcemy zobaczyć.
niedziela, 30 sierpnia 2026
Mała historia znikania - Daniel Petryczkiewicz
Tworzymy nowe budowle, doskonalimy roboty, karmimy i rozwijamy sztuczną inteligencją, a nie dbamy o to co najcenniejsze, dzięki czemu żyjemy. Przyroda, bo o niej tu mowa jest ważniejsza niż technologia, bo bez niej nie przetrwamy, a z pewnością nie w takiej formie i zakresie. Kolejne dobro to woda bez której nie przetrwamy na pewno, a lekkomyślnie jest przez ludzi traktowana, trwoniona i nieceniona, bo ciągle mamy dostęp, ale czy na pewno? W wielu regionach naszego kraju już jej zabrakło w tym sezonie.
Ale do rzeczy „Mała historia znikania” Daniela Petryczkiewicza to książka o rzece, ale tak naprawdę przede wszystkim o człowieku. O jego potrzebie porządkowania świata, podporządkowywania go własnym wyobrażeniom i przekonaniu, że wszystko, co płynie, można zatrzymać, uregulować, zasypać albo skierować tam, gdzie będzie dla nas wygodniej.
Bohaterką tej opowieści jest Mała, czyli niewielka rzeka płynąca przez Konstancin-Jeziornę. Autor przygląda się jej historii osobiście, z bliska, wręcz czule. Poznajemy rzekę, która kiedyś była częścią żywego krajobrazu, a z czasem zaczęła znikać pod kolejnymi decyzjami człowieka. Zasypywana, regulowana, zamykana w kanałach i traktowana jak przeszkoda, a nie jak żywy organizm, powoli traciła swoje miejsce w świecie.
To „znikanie” nie jest jednak nagłym wydarzeniem. Dokonuje się po trochu, niemal niezauważalnie. Jedna decyzja, jedna inwestycja, jeden kawałek ziemi, który trzeba „uporządkować”. Aż w końcu okazuje się, że rzeki właściwie już nie ma. I właśnie ta powolność jest w książce najbardziej przejmująca. Bo pokazuje, jak łatwo człowiek odbiera przyrodzie przestrzeń, nie zawsze ze złej woli, czasem nawet w przekonaniu, że robi coś pożytecznego.
Historia Małej staje się przez to historią wielu innych rzek. Tych małych i dużych, które znikają z map, krajobrazów i ludzkiej pamięci. Rzek, które prostujemy, betonujemy, zakrywamy i próbujemy zmusić, żeby przestały być rzekami, a stały się jedynie elementem infrastruktury. Tak, by pasowały do naszego świata.
"Mała jest tu soczewką, w której można dostrzec ogrom zniszczenia naszej planety i przyczyn, które za tym stoją. Koniec świata, jaki znamy, już tu jest. Można wejść do suchego koryta i zobaczyć to wszystko na własne oczy. Tylko co później zrobić z tym głębokim smutkiem, bólem i frustracją?" (str. 376)
Daniel Petryczkiewicz nie pisze jednak wyłącznie o ekologii. Pisze o relacji człowieka z miejscem, o pamięci i odpowiedzialności. O tym, że krajobraz nie jest czymś danym nam na zawsze. I że kiedy znika rzeka, znika również kawałek historii, tej zapisanej w ziemi, roślinach, wodzie, ale także w pamięci ludzi.
Autor porusza w swojej książce również wątki europocentryczności, wpływu kolonializmu na inne ludy. Pisze o zmianach klimatu o podłożu antropogenicznym, o instytucjach, które o nich mówią, o naukach, które jasno wskazują na czerwone linie, które przekroczyliśmy jako ludzkość. Pokazuje negatywny wpływ człowieka na otoczenie, m.in zanieczyszczenie światłem, które dokłada się do wymierania gatunków, czy betonowaniu lub tworzenie zabudowań czy ulic, tam gdzie były cieki wodne, które grożą nagłymi zalaniami w przypadku nawalnych deszczy. Pisze o osuszaniu bagien, mokradeł, torfowisk, regulacji rzek, zabudowie terenów podmokłych, drenażu wód gruntowych, które wpływają na znikanie rzek, o osuszaniu poprzez kopanie rowów melioracyjnych, które dzisiaj są reliktem przeszłości. Przypomina o tym, że Ziemia nie jest nasza własnością, że to my - ludzie należymy do Ziemi.
„Mała historia znikania” zostawia po sobie smutek, ale też niepokój. Po lekturze inaczej patrzy się na pozornie nieistotny strumień, rów czy podmokłą łąkę. Zaczyna się dostrzegać w nich coś więcej, ślady dawnych rzek i świat, który jeszcze niedawno wyglądał inaczej.
"Czym jest rzeka? Czy rzeka to tylko woda, która płynie pomiędzy dwoma brzegami? Czy są nią tez skarpy, które wyrzeźbiła? Piaszczyste łachy, które naniosła? A co z doliną, w której od wieków się rozlewała? Co z meandrami, którymi się wiła? Co ze starorzeczami, które są jej powidokami? Co z zimorodkami, bobrami, wydrami, żabami moczarowymi, kaczkami krzyżówkami, chruścikami, piskorzami, wazkami, jaskrami wodnymi i wszystkimi innymi stworzeniami w niej i dzięki niej żyjącymi? Co z mokradłami, moczami, torfowiskami, i rozlewiskami, które tworzy? Czy one wszystkie i oni wszyscy są rzeką? Czy rzeka może przestać być rzeką?" (str. 11)
Ta opowieść o jednej rzece okazuje się opowieścią o nas wszystkich. O tym, jak łatwo coś zniszczyć i jak trudno później przywrócić temu życie. Mała znika, i dlatego warto o niej mówić, zanim zniknie także z naszej pamięci. Autor jest społecznikiem i orędownikiem dbałości o Małą, motywuje społeczność lokalną, zbierał podpisy dla dobra rzeki, walczył o nią w najwyższych urzędach. Czy warto, czy da się?
Ps. Dowiedziałam się z aktualnych doniesień autora na social mediach, że rzeka dzięki aktywistycznej pracy autorka Dolina Rzeki Małej stała się Rezerwatem, co powinno zabezpieczyć teren doliny i rzeki.
Rzeźbiarki - Dagmara Budzbon-Szymańska
Druga książka tej autorki poświęcona artystkom zawiera w sobie jeszcze więcej nazwisk twórczyń, które realizowały się w rzeźbie. Co dla mnie ważne, w tej książce - albumie, Dagmara Budzbon-Szymańska zawarła informacje, o miejscach, w których można obejrzeć dzieła tych artystek obecnie. Dzięki taj książce odkryłam Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku.
Od autorki dostajemy przegląd artystek od drugiej połowy XIX wieku do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Ten ogrom pracy, dużej ilości materiału przyniósł barwny wachlarz nazwisk kobiet artystek, które tworzyły lub tworzą co im w duszy gra, nie zważając na ograniczenia, obostrzenia czy stereotypy.
Przegląd twórczości zaczynamy od roku 1860, w którym urodziła się Antonina Rożniatowska specjalistka od popiersi tchnących życiem. To rzeźbiarka, która przetarła ścieżkę w tej dziedzinie dla innych kobiet chcących parać się rzeźbiarstwem.
Kolejna artystka to Mika Micun, która wykonywała soje rzeźby ze szkliwionej ceramiki, barwnie malowanej, ponieważ bardzo zależało jej na barwach.
Następna opowieść dotyczy Ludwiki Nitschowej twórczyni warszawskiej Syrenki, pomnika Marii Skłodowskiej-Curie, pomnika Kopernika na wnęce Pałacu Kultury i Nauki i wielu innych upamiętniających zacne dla Polski nazwiska. Ludwika Nitschowa była sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim.
Dalej opisana została twórczość Magdaleny Gross, która rozwijała swoją pasję rzeźbienia poprzez rzeźbienie zwierząt. Wspierał ją w tym dyrektor zoo warszawskiego udostępniając przestrzenie i swobodę twórczą, a w czasie wojny dając schronienie przed hitlerowską pożogą. Jej prace można oglądać głównie w Muzeum Narodowym w Warszawie.
Następna Katarzyna Kobro i jej charakterystyczne kompozycje przestrzenne.
Kolejna Olga Niewska specjalistka od dużej rzeźby, twórczyni wielu rzeźb sportowców, Przebudzenia i Kąpiącej stojącej do dzisiaj w Parku Skaryszewskim.
Po czym otrzymujemy skomplikowaną historię Zofii Woźnej/Bali Leser, która jest intrygująca i zaskakująca.
Alina Ślesińska, która w swoich czasach zawojowała świat sztuki i była prawdziwą celebrytką, wystawiającą również za granicą, co nie było takie łatwe w czasach powojennych.
Barbara Zbrożyna, której Przekupka Mariensztacka stoi do dzisiaj na Mariensztacie. Artystka, która jako badaczka człowieka i jego świata pokazywała wszystkie jego strony optymistyczne i bolesne.
Dalej Maria Papa Rostkowska tworząca w marmurze i brązie, w których oddawała swoje przeżycia i wykuwała swoje emocje.
Magdalena Więcek twórczyni rzeźb, instalacji przestrzennych ze stali i aluminium.
Kolejna Alina Szapocznikow artystka wszechstronna, eksperymentatorka, przekładająca swój ból na swoje prace.
Teresa Brzóskiewicz specjalistkę od humanizacji przestrzeni miejskiej, tworzącej najpierw w betonie i kamieniu, a następnie w metalu, szkle, alabastrze, marmurze. Urzekła mnie jej Jutrzenka,a także Dwie rzeki, czy Wiosna, które stoją w Warszawie.
Mamy także Magdalenę Abakanowicz, jedną z najbardziej rozpoznawanych artystek polskich.
Wandę Czełkowską, która swoją twórczością pokazywała wolność własną i społeczeństwa.
Barbarę Falender, dla której charakterystyczne jest tworzenie w duchu erotyzmu, miłości i cierpienia. Admiratorka sztuki Szapocznikow i poszukiwaczka jej rzeźb.
Katarzyna Józefowicz artystka, która wybrała materiał lekki i nietrwały: papier, klej i nożyczki, z którymi tworzy niezwykłe instalacje: Miasta, Habitat, czy Dywan czarno-biały, mówiący o zalewających nas informacjach, za którymi nie nadążamy, giniemy wręcz w masie słów i treści.
Zuzanna Janin, która w swoich działaniach artystycznych pokazuje walkę, nierówności, ciągłe zagrożenie, konflikt w skali rodziny, społeczności i globalnej. Poszukując ciągle nowych środków wyrazu sięga często po materiał ulotny, słaby, który uwypukla, przyciąga i podkreśla wagę poruszanych tematów, a jednocześnie kruchość i słabość w radzeniu sobie z nimi jednostki lub systemu.
Marta Klonowska, która tworzy unikatowe rzeźby (najpierw ze stłuczki szklanej) obecnie z przygotowanych tafli szkła plus metal, przedstawiające zwierzęta, które kiedyś ukazały się na obrazach wielkich mistrzów jako "tło", czy drugi plan u niej stanowiąc głównych bohaterów. Piękne, kolorowe i ostre przyciągają wzrok.
Anna Baumgart, która swoimi pracami nawiązuje do różnych traumatycznych historii kobiet, czy to rodzinnych, czy związanych z jakimiś masakrami i wydarzeniami zbiorowymi.
Mariola Wawrzusiak-Borcz to artystka opierająca swoją sztukę w przyrodzie, pokazuje ją w oparciu o metal spawany, pozyskiwany ze złomu.
Iwona Demko, której charakterystyczne różowe, miękkie, puchate rzeźby mówią, albo wręcz krzyczą o tym co kobiece, ważne, pominięte, zakamuflowane, ona wydobywa na światło dzienne, czasem w sposób kontrowersyjny.
Agata Agatowska przedstawia kobiety w sposób monumentalny w futurystycznych ubraniach, fryzurach, wykorzystując różne materiały i mieszając style.
Alicja Patanowska przywołuje w swoich pracach temat antropocenu i zmian z nim związanych, konsumpcjonizmu, dyktatu silniejszych oraz o potrzebie solidarności ludzi z przyrodą.
Anna Barlik w swojej sztuce wysyła jasny sygnał, że mamy nadmiar danych, że stworzyliśmy ogrom rzeczy, które warto wykorzystywać i przerabiać, tym samym ograniczając tworzenie nowych. W swoich pracach podkreśla też potrzebę równości w naszym życiu, bez podporządkowywania, narzucania innym swojego zdania.
Martyna Pająk tworzy prace haptyczne, w których ważny jest kształt, kolor i dobór materiału, przez który jej prace przyciągają widza, wciągają w opowieść, zabawę, prowokację.
I najmłodsza z przedstawionych Ola Nenk, która swoją sztukę spawa z kawałków, zbiorów, z części pociętych, żeby złożyć je w nowym kształcie. Spawanie to dla niej obcowanie z energią i ciepłem. Tworzy popełniając błędy, które zawsze może naprawić. Na warsztat bierze tematy trudne, ale związane z tym co podstawowe i bliskie.
To barwny i wciągający kalejdoskop postaci, tak różnych, ale jednakowo twórczych. Bardzo dużo radości dała mi ta książka, bo o wielu artystkach nie wiedziałam. Bardzo polecam ta pozycję.

















