Szukaj na tym blogu

środa, 28 stycznia 2026

Sekrety sztuki. Ukryte przesłania, znaczenia i symbole w sztuce - Debra N. Mancoff


Autorka bardzo ciekawie podeszła do pokazania czytelnikowi sztuki, przybliżenia jej znaczenia i tajników. Każdy rozdział to nowe doznania, odkrycia, odsłonięcia rąbka niezwykłości tworzenia sztuki. To książka, którą się zwiedza. Dzięki niej nie wychodząc z domu można zobaczyć ważne dzieła i to z bliska. To lektura otwierająca przed czytelnikiem drzwi do świata sztuki w sposób nieoczywisty i niezwykle przystępny. Autorka bardzo życzliwie zaprasza do wspólnej wędrówki przez wieki, dzieła i biografie artystów, pokazując to, co zwykle pozostaje w cieniu. 

Siłą tej publikacji jest sposób narracji, bo autorka prowadzi czytelnika nieszablonowo, skupiając się nie na suchych faktach, lecz na wybranych kulisach, tajnikach i sekretach dzieł sztuki. Dzięki temu obrazy, rzeźby i nazwiska przestają być muzealnymi eksponatami, a zaczynają opowiadać własne historie, pełne symboli, ukrytych znaczeń i bardziej lub mniej świadomych wyborów twórców.

Każdy rozdział przynosi nowe doznania i odkrycia. To kolejne odsłony niezwykłości procesu twórczego, momenty, w których czytelnik zaczyna dostrzegać, że sztuka rzadko bywa przypadkowa. Detale, gesty, kolory czy pozornie drugoplanowe elementy okazują się nośnikami znaczeń, a ich odczytanie zmienia sposób patrzenia na znane dzieła. Książka nie wymaga specjalistycznej wiedzy, raczej potrafi ją pogłębić, albo pomaga w otwarciu się na nią. W mojej opinii to lektura zarówno dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze sztuką, jak i dla odbiorców bardziej świadomych, szukających świeżego spojrzenia i nowych interpretacji. Autorka z wyczuciem balansuje między erudycją a lekkością, dzięki czemu czytanie staje się przyjemnością, a nie obowiązkiem, można ją odkładać i powracać, nie tracąc doznań.

„Sekrety sztuki. ...” to przewodnik uważności, bo po tej lekturze może pojawić się potrzeba zatrzymania się, przyjrzenia detalom, zadania pytania: co jeszcze tu ukryto? To książka, która nie tylko opowiada o sztuce, ale też zmienia sposób jej doświadczania, przybliża i otwiera na przyglądanie się dziełom pod różnymi kątami.

MOJA WIELKA PIĘKNA NIENAWIŚĆ. Biografia Victorii Benedictsson - Elisabeth Åsbrink

 

„Moja wielka piękna nienawiść. ...” to książka, którą bez wahania można nazwać wyjątkową i ważną, a dla mnie jednocześnie taką, która potrafiła mnie pokonać. W moim przypadku zachwyt nad ambicją, warsztatem i erudycją autorki szedł w parze z narastającym zmęczeniem i poczuciem, że ta lektura wymaga ode mnie dużego "wysiłku czytelniczego", bez równoważącego poczucia radości z czytania.

Sama postać Victorii Benedictsson bardzo mnie zainteresowała. To bohaterka nieoczywista, pełna sprzeczności, jakby uwikłana we własne talenty, którym z woli ojca nie mogła dać upustu. Uciekając od twardych zakazów rodziny weszła w małżeństwo, które również ją ograniczało. Oczywiście nie sprzyjały rozwojowi jej talentu czasy, w których przypadło jej życie. W codzienności była zaplątana w sprzeczności: bała się odpowiedzialności za rodzinę i dzieci, ale wszystko to dźwigała na swoich barkach, nie chciała poświęcić swojego życia na bycie gospodynią, ale ta rola przypadła jej w udziale i wypełniała ją obowiązkowo, nie chciała rodzic dzieci, ale przypadło jej to w udziale, itd. Wyobrażałam sobie, że ta uzdolniona kobieta w tym żelaznym uścisku norm i wytyczonych ról społecznych musiała się "dusić". I mimo, że się nie poddawała w tworzeniu, było jej bardzo trudno i mogła mieć poczucie rozdarcia, pokonania, niemożności wyrwania się ze szponów rutyny. 

Autorka stworzyła opowieść o nieprzeciętnej kobiecie, artystce, a także zaprosiła czytelnika do szerokiego świata skandynawskich elit intelektualnych XIX wieku, środowiska fascynującego, ale też hermetycznego, pełnego napięć, ambicji i hierarchii. Ten kontekst historyczno-kulturowy był jedną z dużych zalet książki, lecz jednocześnie sprawił, że lektura stała się gęsta, wymagająca i momentami przytłaczająca. Oczywiście widziałam ogrom pracy, jaką Elisabeth Åsbrink włożyła w odtworzenie życia pisarki, w poszukiwanie śladów, listów, kontekstów, nawet tam, gdzie materiał źródłowy był niepełny, fragmentaryczny, trudny do uchwycenia. Ta determinacja budziła mój szacunek, tak samo jak talent autorki.

To proza ambitna, opowiadająca o rodzeniu się talentu i o drodze jaką trzeba przebyć, aby pokazać ten talent. To historia o konieczności radzenia sobie w świecie niesprzyjającym kobietom i wszystkim, którzy wyrastają ponad przeciętność. Jednakże mimo podziwu nad wieloma obszarami tej książki, ta opowieść mnie zmęczyła. Nielinearna narracja, wielość wątków, postaci i kontekstów sprawiały, że momentami gubiłam emocjonalny punkt zaczepienia. Często czułam ciężar materiału, a nie zawsze jego wartość. 

Podsumowując, „Moja wielka piękna nienawiść. ...” to książka z pewnością ważna, bo przybliża bardzo interesującą dla literatury postać, ale niełatwa. To lektura, która wymaga skupienia, cierpliwości i gotowości na intelektualny wysiłek. Doceniam ją bardziej, niż ją polubiłam. I choć czuję respekt wobec tej opowieści, mam też świadomość, że nie każda wielka literatura musi być doświadczeniem przyjemnym.

Pieśni łaciatych krów - Łukasz Staniszewski

 

Trudno mi było z ta książką, bo z jednej strony nie chciałam jej odłożyć, czekając na "coś" co mnie zaskoczy, a z drugiej nie pojmowałam wielu zdarzeń. Mogę zatem napisać, że „Pieśń łaciatych krów” to książka, po której zamknięciu nie zostałam z jasną oceną, ani jednoznacznym zachwytem ani z rozczarowaniem. Pozostałam w jakimś stanie zawieszenia, w poczuciu, że historia została opowiedziana, ale nie do końca wybrzmiała.

Czytając tą opowieść trudno było mi uchwycić, czym właściwie ta opowieść chce być. Z jednej strony pojawiają się elementy codzienności, lokalności, pewnej surowości świata przedstawionego, z drugiej brak tu wyraźnego napięcia, tajemnicy czy nieoczywistości, które prowadziłyby czytelnika dalej, otwierały jakieś głębsze poziomy. Często czułam się "zaklinowana" w tej treści, bez perspektywy na jakieś sensowne wyjście. 

Szczególnie wyraźny staje się ten brak w zestawieniu z książkami z cyklu „Stara Słaboniowa i spiekładuchy", czy "Oberki do końca świata", do których „Pieśń łaciatych krów” w myślach odnosiłam. Tamte opowieści miały w sobie magię, pewną niesamowitość, poczucie, że pod powierzchnią realistycznych zdarzeń kryje się coś więcej, tajemnica, magia, niedopowiedzenie, ale wszystko było spójne i klimatyczne. Tutaj dla mnie tych elementów zabrakło. Język powieści ma specyficzny charakter, zaś bohaterowie miejscami bardzo skomplikowani emocjonalnie i nie wzbudzili we mnie cieplejszych uczuć.

Podsumowując, nie poczułam tej opowieści, bohaterowie mnie nie przekonali, tak samo jak cała ich historia. Być może zabrakło tej odrobiny magii, być może jakiejś tajemnicy, a może po prostu silniejszego głosu narracyjnego. To opowieść, która została opowiedziana do końca, ale nie do końca mnie poruszyła.

Wyspa niechcianych kobiet - Agata Komosa-Styczeń

 
"Garstka nie powinna żyć wspaniale. 
Większość nie powinna żyć średnio. 
Margines nie powinien żyć źle. 
Wszyscy powinni żyć dostatnio." (str. 18)

To bardzo ambitne i wielce sprawiedliwe podejście do dobrobytu społeczeństwa. Jak zatem zbudować taki kraj? O tym w tej książce opowiada autorka. Co istotne dla czytelników, żeby lepiej zrozumieć podejście do tej budowy, na początku książki autorka przypomniała nieformalny zbiór zasad Duńczyków zwanym prawem Jante. To swego rodzaju "najeżone szpice palisady", mające bronić jedności i nierozerwalności wspólnoty, która jest najważniejsza. To właśnie wspólnota wie co dla jednostki będzie najlepsze, a nie odwrotnie. To wspólnota razem buduje dobrobyt tego kraju, z którego korzystają jednostki, zaś państwo, aby temu sprostać stara się wiedzieć o swoim obywatelu jak najwięcej. Ta "kontrola" ma pomóc państwu zadbać o właściwy poziom życia a w przypadkach spadku tego poziomu, np. urodzenia dziecka, utraty pracy, starzenia się, aby wiedzieć kiedy i jak reagować. "Wszelkie odstępstwa od normy - czy to w twoich finansach, czy w twoim zachowaniu - są widoczne gołym okiem. Ktoś zawsze patrzy." (str. 16) i czuwa. Wspólnota, czyli obywatele nauczeni są, aby dbać o wspólne dobro, bo wszyscy się na nie składają, dlatego zwracają uwagę na niewłaściwe zachowania innych. W życiu codziennym tym odzwierciedleniem dbałości o swoje jest również wspieranie swoich marek, zakładanie wspólnot społecznych, rolniczych kooperatyw żywieniowych, bezpłatnego i dostosowanego do potrzeb dzieci systemu edukacji, itd. ale także czystość na osiedlu, ulicy, cisza nocna, itp.

Oczywiście, aby doprowadzić do takiego stanu nie opierano się tylko na ideach i prawach, to praca wszystkich obywateli miała się do tego przyczynić, zwłaszcza tych aktywnych, pracujących i płacących podatki. "Kluczowe było zachowanie proporcji." (str. 22), czyli jeśli jak najwięcej przydatnych, silnych i sprawnych obywateli będzie pracować na dobro wspólne, zaś tylko nieliczni niesprawni i słabi będą z tej pracy zwolnieni przy korzystaniu z wypracowanych przez innych korzyści, to wówczas uda się doprowadzić do kraju szczęśliwości. Jednakże, aby temu sprostać, trzeba było przedsięwziąć odpowiednie kroki, i pomimo obaw o zachwianie się systemu opieki nad potrzebującymi członkami rodzin - która opierała się na kobietach, wypchnąć je do pracy zawodowej, aby powiększały PKB, zaś z ich podatków sfinansować systemową opiekę nad najmłodszymi w żłobkach i najstarszymi w domach seniorów. I tutaj kolejne "ale", tych osób, którym państwo miałby zapewnić opiekę nie mogło być zbyt wiele, aby system był wydolny. Zatem pilnowano równowagi, poprzez "trzymanie się kilku zasad:

-Nie powinieneś się rozmnażać, jeśli twoje potomstwo mogłoby być obciążone genetycznie.

- Nie powinieneś się rozmnażać nadmiernie, każda kolejna ciąża eliminuje kobietę z rynku pracy.

- Nie powinieneś rozprzestrzeniać chorób, bo de facto nie powinieneś chorować. Chorowanie zuboża państwo.

- Powinieneś pracować, bo praca pozwala na płacenie podatków, a podatki budują dobrobyt.

Właśnie dlatego pilnowano równowagi w systemie. Izolowano, leczono i mobilizowano do pracy na wszelkie możliwe sposoby." (str. 23) Siła tych zasad działa wciąż, bo choć z jednej strony państwo sprawuje silną kontrolę nad obywatelami, to z drugiej obywatele mają zaufanie do struktur i bogaty socjal oraz wsparcie państwa.

Niemniej lęki, które zrodziły się po przyjęciu takiego kierunku przywdziały różne kaftany, m.in ten przed "degeneracją narodu" z powodu bezrobocia, pijaństwa czy niemoralności a także przekazywanych genów. I tutaj wchodzimy na wyższy poziom czystości genów i drogi do ich uzyskania, np. poprzez separowanie "wybrakowanych" jednostek w odizolowanych miejscach od zdrowej tkanki społeczeństwa, np. na wspomnianych w tytule wyspach.

„Wyspa niechcianych kobiet” to książka, która burzy wygodny mit Skandynawii jako krainy bezwarunkowej równości, humanizmu i społecznej sprawiedliwości. Autorka pokazuje, że duński model państwa dobrobytu nie narodził się wyłącznie z troski o obywatelalecz także z decyzji opartych na wykluczeniu, kontroli i przemocy instytucjonalnej wobec najsłabszych. Opisywana w książce wyspa staje się symbolem tego, co nie pasowało do wizji nowoczesnego, silnego państwa: kobiet biednych, samotnych, „nieprzystosowanych”, chorych psychicznie lub uznanych za moralnie niewygodne. Zamiast realnej pomocy oferowano im izolację, w imię porządku społecznego i postępu. Autorka pokazuje, że państwo, które miało zapewniać opiekę, bardzo szybko zaczęło decydować, kto zasługuje na wsparcie, a kto powinien zostać usunięty z pola widzenia

Szczególnie poruszające jest ukazanie, jak idee higieny społecznej, kontroli reprodukcji i „racjonalnego zarządzania populacją” stały się fundamentem polityki społecznej. W imię dobra ogółu jednostki traciły podmiotowość. Kobiety zamknięte na wyspie były traktowane nie jako osoby, lecz jako problem do rozwiązania, swoista przeszkoda na drodze do nowoczesności. Zaś z drugiej strony higiena rasowa mogła stanowić otwarcie bram dla równouprawnienia i dobrowolnego macierzyństwa, a dalej do prawa do aborcji, a także wysokiego poziomu edukacji seksualnej.

Odizolowane, nawet kiedy wracały na łono zdrowej społeczności nie czuły się swobodnie, miały poczucie inności, oderwania: "Kobiety opuszczające wyspę nienawidziły plotek na swój temat, które utrudniały im znalezienie zatrudnienia, stanowiły źródło dyskryminacji." (str. 148) 

Ważnym przełomem w podejściu systemu do osób z niepełnosprawnościami była ustawa o opiece nad osobami upośledzonymi umysłowo oraz innymi osobami o szczególnych potrzebach. Ten akt od dnia obowiązywania przywracał godność każdej osobie jej pozbawionej poprzez jakąkolwiek formę ubezwłasnowolnienia. Twórca tego podejścia Bank-Mikkelsen wykreślił z dyskursu i podejścia państwa, ukuty przez propagatorów czystości rasowej, niekorzystny mit o osobach "słabych duchem.

Oczywiście ten kij ma dwa końce, ale jak na razie Dania to kraj, w którym obywatelom żyje się na wysokim poziomie, stabilnie i bezpiecznie, a politycy nawet jeśli zmieniają się po wyborach nie burzą podwalin pod tą stabilizacją. Duńczycy bardzo bronią tego dobrobytu i spokoju, co konsekwencją jest m.in. podejście do imigrantów, zwłaszcza tych którzy się nie integrują, albo nie przyjmują wypracowanych norm. Niemniej jeśli nauczą się języka i wtopią w tkankę społeczną wówczas nie są już obcymi, ale "swoimi", których należy przyjąć pod skrzydła i dać wsparcie. 

Książka w wyraźny sposób wpisuje się w debatę o cenie państwa dobrobytu. Autorka nie neguje osiągnięć Danii ani realnych korzyści płynących z rozbudowanego systemu socjalnego, ale pokazuje, że jego fundamenty powstawały również na gruncie cierpienia i niesprawiedliwości. To właśnie te „ciemne plamy” duńskiej drogi do dobrobytu czynią książkę tak ważną, bo zmuszają do krytycznego spojrzenia na historię, którą często przedstawia się w sposób idealizowany.

„Wyspa niechcianych kobiet” to lektura trudna, momentami bolesna, ale potrzebna. Przypomina, że żadne państwo dobrobytu nie jest moralnie neutralne, a troska o większość zbyt często odbywała się kosztem tych, którzy nie mieścili się w normie. To książka, która uczy czujności wobec systemów – nawet tych, które dziś uchodzą za wzór do naśladowania.

Przeczytanie tej książki miało dla mnie dużą wartość.


poniedziałek, 12 stycznia 2026

Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy - Magdalena Kopeć

 


Książka Magdaleny Kopeć to poruszające i rzetelnie udokumentowane studium jednego z najbardziej przemilczanych aspektów rozwoju przemysłu, czyli systemowego wykorzystywania pracy dzieci. Autorka pokazuje, że za postępem gospodarczym XIX i początku XX wieku kryły się dramaty najmłodszych, zmuszanych do pracy w warunkach niszczących zdrowie i godność, a także życie.

Już na początku uderza brutalną logiką ekonomiczną fabrykantów, kiedy czytamy: "Brygadziści starają się zastąpić mężczyzn kobietami, bo są bardziej dochodowe dla fabryki. Przyjmuje się małoletnie, szkoli płacąc 25 kopiejek, po szkoleniu dostają tą samą stawkę na dzień: mężczyźni otrzymają 40 kopiejek za m. towaru, kobiety 25-27, ta fabryka wyróżnia się wyjątkowym oszustwem." (str. 35). Dziecko w tym systemie było tańszym narzędziem produkcji, łatwym do zastąpienia i pozbawionym głosu, zwłaszcza kiedy: „…każde dziecko, które nie chce umrzeć z głodu, musi pracować” (s. 59) pokazuje, że nie istniał żaden realny wybór, bo praca była warunkiem przeżycia.

Szczególnie przejmujące są fragmenty poświęcone zdrowiu młodocianych robotników. Autorka opisuje, jak choroby zawodowe u dzieci były częstsze i cięższe niż u dorosłych, a listy schorzeń przypominały wyniki badań ludzi z wieloletnim stażem pracy: "Typowe dla poszczególnych zawodów choroby zawodowe u młodzieży występowały częściej i były bardziej uporczywe niż u dorosłych. Młode, nastoletnie organizmy dopiero się kształtowały, a czynniki zewnętrzne wyjątkowo łatwo zaburzały rozwój narządów czy układu kostnego. Dlaczego w ankietach tak skrupulatnie podawano obwód klatki piersiowej? Zależał od niego rozwój płuc i prawidłowe oddychanie, tak jak od rozwoju mięśni, kości i nerwów - normalny ruch. Patrząc na listę chorób nastolatków, można odnieść wrażenie, że przebadani zostali pięćdziesięcioletni robotnicy z trzydziestoletnim stażem pracy." (s. 112). To dowód na to, że przemysł rozwijał się kosztem fizycznego i psychicznego wyniszczenia młodych organizmów. Łatwo było też zastąpić pracowników, bo bezrobocie i bieda były ogromne.

Autorka obnaża również hipokryzję przemysłowców, którzy tłumaczyli zatrudnianie dzieci „koniecznością szkolenia kadr”. W rzeczywistości była to często czysta propaganda, bo dzieci zwalniano, gdy tylko zbliżały się do wieku dorosłego "Zwolennicy zatrudniania małoletnich jako stały argument podnosili przygotowanie młodej kadry. Przemysłowcy tłumaczyli, że potrzebują wykwalifikowanych robotników, więc muszą przyjmować i szkolić małoletnich. W wielu wypadkach była to jednak propaganda." (s. 148). Liczył się zysk, nie przyszłość młodych ludzi.

Wstrząsającym fragmentem jest także przytoczony "głos obrońców" pracy dzieci: „Dzieci pracowały zawsze dopóki szły maszyny i było dobrze. Czy to my ich gwałtem brali? Czy im nie płacili?” (s. 34). Ten fragment doskonale pokazuje mentalność epoki, brak empatii, przerzucanie winy i traktowanie edukacji jako zagrożenia dla porządku społecznego.

W mojej opinii największą wartością książki jest jednak jej aktualność. Autorka wyraźnie zaznacza, że choć Europa się zmieniła, na świecie wciąż istnieją miejsca, gdzie praca dzieci jest normą, oczywiście zawsze „dla zysku", niestety tylko nielicznych. "Choć w Europie wiele się od XIX wieku zmieniło, to nie brak na świecie miejsc, gdzie praca dzieci wciąż jest normą lub - co gorsza - koniecznością. Odpowiedź brzmi zawsze tak samo: dla zysku. Dziecko to kiepski pracownik, ale gorzej opłacany, a jego zatrudnienie pozwala uzyskać założone efekty produkcyjne. Logika może nieco pokrętna, ale ekonomicznie skuteczna." (s. 140). To sprawia, że lektura nie jest jedynie historyczną opowieścią, lecz także alarmem.

„Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. ...” to książka bardzo potrzebna, przypomina, że bogactwo i rozwój często budowano są na krzywdzie najsłabszych. I że ten mechanizm, choć dziś lepiej ukryty, nadal niestety działa, może już nie w samej Europie, ale w innych regionach Ziemi, niemniej my także z tej pracy korzystamy.

środa, 7 stycznia 2026

Cesarzowa Piotra. Tom 1 - Kristina Sabaliauskaitė

 

Główna bohaterka książki, Katarzyna I Aleksiejewna przyjmuje nas w swojej sypialni w ostatniej dobie swojego życia. Leżąc w łożu boleści i upokorzenia, niezdolna ruszyć się z niego, ani wykonać żadnej czynności wokół siebie, zależna od służby i lekarza, zapadająca w stany nieprzytomności, powraca w tych ostatnich godzinach do swojego życia, rok po roku, wydarzenie po wydarzeniu odkrywa przed czytelnikiem swoje losy.

Narratorka Katarzyna prowadzi czytelnika przez własną biografię bez patosu i bez wybielania faktów. Jej opowieść jest szczera, momentami brutalna, pełna sprzecznych emocji: wstydu, dumy, żalu, gniewu i niespełnienia. To nie jest historia cesarzowej opowiadana z perspektywy tronu, lecz z perspektywy kobiety, która przeszła drogę od nizin społecznych do najwyższej władzy, płacąc za nią ogromną cenę osobistą. Jej siłą jest intymność, bo poprzez zamknięcie narracji w przestrzeni sypialni umierającej cesarzowej czytelnik staje się niemal mimowolnym świadkiem jej najbardziej prywatnych myśli i tego co się z nią dzieje fizycznie. Przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, wspomnienia z majakami, a wielka historia z osobistym dramatem jednostki. Ten zabieg narracyjny sprawia, że książka wciąga od pierwszych stron i nie pozwala się odłożyć.

Autorka w niezwykle sugestywny sposób pokazuje mechanizmy władzy, zależności, przemoc, zarówno fizyczną, jak i symboliczną oraz ograniczenia, z jakimi musiała mierzyć się kobieta w świecie rządzonym przez mężczyzn, zwłaszcza w Rosji. Katarzyna nie jest przez autorkę ani idealizowana, ani potępiana. Pokazała ludzką twarz cesarzowej, pełną sprzeczności, często słabą, czasem bezwzględną, ale zawsze świadomą swojej pozycji i ceny, jaką za nią zapłaciła. Jej siłą i orężem była pokora, umiejętność słuchania emocji innych, rozwiązywania konfliktów, bycia w cieniu, ale tuż obok kiedy była potrzebna. To też zdolność do przystosowywania się do mężczyzn, zwłaszcza od Piotra, wspieranie ich w fatalnych dla nich momentach, wyprzedzanie ich potrzeb. To niezwykłe postępowanie, które nie było łatwe do utrzymania wobec pokus władzy, pozwolił jej na trwanie.

„Cesarzowa Piotra” to nie tylko powieść historyczna, ale przede wszystkim opowieść o władzy, cenie ambicji i kobiecym doświadczeniu w świecie, który nie pozostawia miejsca na słabość. Książka bardzo mnie wciągnęła, urzekła swoją formą i psychologiczną głębią bohaterki. Zdecydowanie zostanie ze mną na długo, a już z niecierpliwością czekam na drugą część, licząc, że równie bezkompromisowo i sugestywnie dopełni tę historię.

Na marginesie wspomnę, że miałam też nieodparte wrażenie, że ta opowieść jest bardzo aktualna w warstwie politycznej tego kraju. W mojej opinii autorka nawiązywała do ciągle aktualnych: kompleksów wielkiej Rosji, imperialistycznych ambicji i prowadzenia działań przez przemoc. 




środa, 31 grudnia 2025

Osobliwe szczęście Arthura Peppera - Phaedra Patrick


"Arthur Pepper ma 69 lat i wiedzie proste życie. Każdego dnia wstaje dokładnie o 7:30, ubiera się w przygotowane wcześniej rzeczy – koniecznie w musztardową kamizelkę – tak jak robił to za życia swojej żony, Miriam. I idzie podlać paprotkę, Fredericę, z którą zaczął rozmawiać po tym, jak Miriam umarła. Czyli rok temu." Tyle jeśli chodzi o skrót fabuły, przynajmniej w jej pierwszym akcie. Pod wpływem nalegań syna i delikatnych sugestii córki, Arthur zaczyna robić porządki w rzeczach Miriam podczas których znajduje ciekawą, a nawet można by rzec tajemniczą bransoletkę z przywieszkami, której nie widział u żony przez 40 lat trwania ich małżeństwa. To znalezisko uruchamia szereg zdarzeń, które będą zaskakujące przede wszystkim dla głównego bohatera. Osiadłe, spokojne, rutynowe życie wywraca, jak na siebie, do góry nogami, i rozpoczyna podróż śladami swojej żony kiedy jeszcze nie byli małżeństwem, a które było dla niego nieznane, choćby dlatego, że żona o nim nie opowiadała, a on nie pytał.

To jest przyjemna opowiastka o miłości, stracie i tęsknocie. Być może nieco naiwny obrazek przemiany introwertycznego mężczyzny na emeryturze w odkrywcę i ekstrawertyka otwartego na różnorodność świata i ludzi. To opis przemiany relacji w rodzinie pod wpływem zmiany, która zaszła w ojcu. To też zabawne, może czasem niezbyt wiarygodne historie i wydarzenia, może nawet zbyt idealistyczne zachowania niektórych uczestników tej historii. Raczej nie była to dla mnie "ważna" książka, bo właśnie wydała mi się trochę naiwna w swoim przesłaniu, z powtórzeniami, czy rozmyślaniami, które niepotrzebnie przedłużały niektóre akapity. Niemniej z drugiej strony była to lektura przyjemna zwłaszcza na czas świąteczny, łagodna, na swój sposób nostalgiczna, refleksyjna i pozytywna w swoim przesłaniu. Czyta się ją chwilę, bo wciąga w wir rozmyślań i zwariowanych przygód Arthura, pobudziła moją wyobraźnię i pozwoliła przenieść się w miejsca, w których już dawno nie byłam. Niesie też pozytywną energię i pozwala na reset pomiędzy poważniejszymi lekturami. Można o niej powiedzieć, że jest ciepła, przytulna i dobra na poprawę humoru:)

Własna pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków - Karolina Dzimira-Zarzycka


Miałam w tym roku szczęście, że trafiłam na tą autorkę, ze względu na ogrom wiedzy, szczegółowości i ciekawostek jaki zawarła w swoich książkach, język jakim operuje i oczywiście sam temat dotyczący malarstwa kobiet, które coraz bardziej mnie interesuje. Doceniam umiejętności autorki w docieraniu i wyszukiwaniu informacji o artystkach, które stworzyły dzieła mimo częstych przeciwności losu (i nie mam tu na myśli czasów, w których kobiety wówczas żyły, raczej warunki finansowe i socjalne) i ignorancji społeczeństwa. Autorka zawarła wiele faktów "drobiaszczków", które wyłuskała z jakichś zakątków archiwów prywatnych i państwowych. Wyszukiwała, zbierała i umieszczała na kartach tej książki informacje dotyczące kobiet tworzących obrazy i rzeźby w swoich maleńkich pokoikach, pracowniach, profesjonalnych atelier, domach rodzinnych, w plenerach, generalnie tam gdzie dało się realizować swoje umiejętności i talent. Autorka przybliżyła zmagania, determinację i pasję artystek w poszukiwaniu dla siebie miejsca do tworzenia, przenoszenia na płótno tego co czują, widzą i chcą uwiecznić. Dodatkowo czytanie tej książki zbiegło się z moją wizytą w Muzeum Sztuki Nowoczesnej na wystawie "Kwestia kobieca", gdzie zebrano wiele wspaniałych dzieł prekursorek swoich czasów począwszy od XVI wieku do czasów współczesnych. To połączenie było wspaniałym dopełnieniem, bo nie tylko pobudziło moją wyobraźnię, ale dało szansę zobaczyć wiele dzieł w oryginale. 

Karolina Dzimira-Zarzycka przedstawiła wiele artystek malarek i rzeźbiarek, jedne bardzo szczegółowo oddając im poszczególne rozdziały m.in. Emili Dukszyńskiej, Annie Bilińskiej, Toli Certowiczównie, Anieli Biernackiej, Józefie Geppert, Zofii Stankiewiczównie,  Oldze Boznańskiej, siostrom Bierkowskim, Bronisławie Poświkowej, Anieli Pająkównie, Bronisławie Rychter-Janowskiej, zaś inne niejako wplatając w orbitę tych  głównych bohaterek. Wpisała je w miejsca, w których tworzyły: pokoiki, klitki, pracownie, profesjonalne studia, domy, pałace, muzea a nawet klasztor. Opisując te klitki, przybliżając wyposażenie i rozmieszczenie umeblowania dała obraz różnych warunków, począwszy od bardzo skromnych i nieprzyjaznych dla artystek miejsc, poprzez wynajmowane studia aż do specjalnie stworzonych i dostosowanych prywatnych atelier, stylowo urządzonych, tworzących przyjazne miejsce dla modeli i odwiedzających. Oczywiście wszystko zależało od zamożności i zaplecza artystek, a także popularności i zapotrzebowania odbiorców na ich prace. Autorka skupiła się także na używanych przez malarki materiałach, narzędziach i ich specjalnościach, bo te również miały swoje wymagania i specyfikę, choćby w odniesieniu do rzeźbiarek, dla których znaczenie miała wielkość i wysokość umieszczonej pracowni ze względu na np. ciężar gliny i wynoszenie gotowej rzeźby do odlewu, czy  pejzażystek dla których noszenie ze sobą narzędzi było wymagające a samo postrzeganie ich pracy w plenerze przez społeczność nie zawsze zrozumiana (pamiętajmy, że były czasy kiedy kobiecie nie wypadało samej wędrować po polach i łąkach). Omówiła także szerokie spektrum możliwości zarobkowania ze względu na wiele zmiennych wewnętrznych i zewnętrznych dotyczących poszczególnych artystek, a także okoliczności i szanse jakie miały w zależności od tychże.

Podsumowując, mimo czasem nielinearnego poruszania się po osi czasu oraz przeplatania wielu wątków i życiorysów jest to książka ogromnie ciekawa i wciągająca. Mam nadzieję, że autorka napisze jeszcze kolejne tak ciekawe pozycje, w każdym razie ja będę czekała. 

wtorek, 30 grudnia 2025

Hjem. Na północnych wyspach - Ilona Wiśniewska

 

Ilona Wiśniewska to jedna z moich ulubionych reporterek, dlatego cieszę się, że mogłam sięgnąć po jej kolejną książkę. Tym razem to książka o zmianach tych widocznych i tych bardziej zakamuflowanych, którym trzeba się przyjrzeć nieco bardziej uważnie. To historia o przemijaniu, tęsknocie, samotności i ptakach. To też opowieść o domu, do którego mamy różny stosunek, którym się cieszymy, z którego uciekamy, albo go szukamy. Autorka mieszkająca od kilku lat w Tromso pokazuje je przez pryzmat miejsca, z którego się wyjeżdża, albo w którym znajduje się swoje miejsce, do którego przybywają ludzie poszukujący schronienia, odskoczni, czy zapomnienia. Choć Tromso to norweskie miasto z jego duchem i chłodem szeroko pojętym, to mimo wszystko stało się jakimś swoistym tyglem kulturowym, do którego napływają ludzie z różnych zakątków kuli ziemskiej i mimo przeszkód, próbują się w nim zaaklimatyzować i odnaleźć.

Wracając do ptaków to stanowią swoistą oś wokół której toczą się zawarte w książce historie ludzi, miejsc i zwierząt, to one są widomymi znakami zmian klimatu. Te ptaki to barometr zmian zachodzących szczególnie w rejonie koła podbiegunowego, w którym lato było tylko krótkim błyskiem w roku kalendarzowym, a obecnie potrafi trwać już ponad dwa miesiące, a temperatury mogą sięgać średnio ok 15 stopni Celsjusza. Ilona Wiśniewska opowiada o mewach zwanych miejscowo krysiami (po norwesku „krykkje”, czyli mewa trójpalczasta), które mają swoich przeciwników i wrogów (bo brudzą, krzyczą i wszędzie ich pełno) zwolenników i opiekunów (bo giną jako gatunek), czy wręcz przyjaciół, którzy wyczekują co roku ich powrotu z cieplejszych regionów Europy. Autorka pokazuje szerokie spektrum sprawy ptaków, poczynając od tego, że wymierają w swoim naturalnym środowisku ze względu na ekspansywną działalność ludzi w tym rejonie (m.in. poprzez przeławianie ryb), a szukając zgodnie z instynktem przetrwania nowego miejsca zmieniają swoje klify na miejskie siedliska, co rodzi konflikt interesów ludzi i ptaków w mieście, to zaś uruchamia zwalczanie ich na różne sposoby głównie przez Norwegów, a z drugiej strony wywołuje także akcje pomocy tym zwierzętom. Powstają  ruchy badaczy i wolontariuszy, które apelują do władz i czynnie pomagają ptakom w obliczu sytuacji, w której się znalazły, zyskały nawet nazwę "nauki obywatelskiej", czyli citizen science. 

Ta opowieść Ilony Wiśniewskiej oprócz ptaków ma także swoich wyraźnych bohaterów, zwłaszcza Bjørg, niezamożną Norweżkę, w średnim wieku, która mieszka w rodzinnym domu, ale ma kłopot bo musi się z niego wyprowadzić, aby spłacić rodzeństwo. Bjorg jest bardzo związana z JJ, mewą , która od wielu lat rokrocznie wiosną powraca do jej gospodarstwa, ale Bjorg za każdym razem obawia się czy wróci w roku następnym. Konieczność opuszczenia domu potęguje jej obawy. Mamy Polaka, który karmi mewy, przygląda im się i kontempluje każdą spokojną chwilę w Tromso, bo ucieka przed swoimi sprawami. Poznajemy kobietę, uciekinierkę z Iranu, której opowieść chwyta za serce, badacza z Hiszpanii, ekscentrycznego fana muzyki i życia z dnia na dzień. Autorka przygląda się im, rozmawia z nimi, spotyka się z nimi, a z niektórymi podejmuje wspólnie działa na rzecz mew. Dodatkowo nieco miejsca poświęca także sobie, uchylając rąbka swojego życia w Tromso, co w poprzednich książkach nie miało miejsca.

Podsumowując to kolejna warta lektury książka tej autorki, tym razem poświęcona bardziej przyrodzie niż ludziom, ważna opowieść, która niesie przesłanie o tej północy kuli ziemskiej, w której zachodzą znaczące zmiany, a jej ofiarami są ptaki.

niedziela, 28 grudnia 2025

Kos kos jeżyna - Tamta Melaszwili

 

Autorka daje do ręki czytelnikom kameralną opowieść o kobiecie, która mimo przeciwności czy raczej uwarunkowań zewnętrznych postanowiła żyć po swojemu. Daje bohaterkę, która miała odwagę wyjść poza sztywne, tradycyjne i schematyczne patriarchalne gorsety, w które w tym społeczeństwie wtłaczane są kobiety.  

Choć dostajemy w książce opowieść głównej bohaterki, narratorki, Etero, choć skupiamy się na jej życiu i wyborach, to dostajemy również szeroki opis społeczeństwa; uwikłanych w obowiązki kobiet, agresywnych i często nadużywających szkodliwych substancji mężczyzn, uzurpujących sobie prawo do decydowania o wszystkim. Dostajemy obrazek gruzińskiej prowincji, w której śledzi się każdy ruch sąsiadów, zwłaszcza jeśli zachowują się inaczej niż przeciętni mieszkańcy. 

Etero 48 latka snuje opowieść, w której przeplata teraźniejszość z przeszłością, dzięki czemu dowiadujemy się o jej życiu, o utracie matki, o starej ciotce, która się nią opiekowała przez pierwsze 6 lat jej życia, o rozlicznych obowiązkach, które spadły na nią kiedy trafiła już pod dach ojca i brata, o krzywdach których doznała od tego drugiego. Dostajemy zatem szaro-bure podobrazie z dzieciństwa i pierwszych lat młodości w domu rodzinnym, na którym po śmierci brata i ojca Etero umieściła kolory, kształty i dopasowane do swojego gustu treści. Dzięki jej opowieści zrozumiemy dlaczego bohaterka jest tu gdzie jest, dlaczego nie martwi się o przyszłość, dlaczego wygląda i zachowuje się tak a nie inaczej, dlaczego będąc starą panną jest zadowolona. 

Choć w tej książce nie ma nic na pewno....

Etero żyje na przekór doświadczeniom wyniesionym z relacji z bratem narkomanem i biernym ojcem. Na przekór systemowi, zaściankowości społeczeństwa, przypisanym rolom społecznym, narzuconym obowiązkom. Żyje tak, aby być samowystarczalną, niezależną i spełnioną. A choć robi wszystko, żeby mieć takie poczucie, to jakieś podskórne lęki ciągle nie dają jej spokoju. Niestety słusznie, bo choć długo dawała sobie radę w swoim zamku z grubymi murami wokół, emocje spłatały jej figla. Etero wpada w wir tego co nieznane, odkrywa przyjemność z czegoś o czym nie mówi się głośno, bo ma to służyć tylko prokreacji. Etero całkiem spontanicznie i niezapowiedzianie "dostaje" sex i postanawia wykorzystać tą okazję na ile się da. Depcze swój spokój, schodzi z utartej ścieżki i wkracza na nieznane niespokojne obszary. Jak to się dla niej skończy, czy było warto skoczyć na nieznane wody, czy trafiła na kogoś, kto jest wart utraty tego spokoju?

Tamta Melaszwili prowadzi narrację bohaterki nie pozwalając czytelnikowi na komfort i spokój, wręcza mu niepokój i niepewność co do następnych zdarzeń.  Autorka ukazuje kobietę, która choć stworzyła sobie ramy samostanowienia, miała swoje tęsknoty, braki w uczuciach, potrzeby ciepła i bliskości. Kobietę, która choć pogodzona ze swoją samotnością ciągle podskórnie boi się jak to będzie na starość, co pocznie, kto zadba o jej ciało po śmierci. Dostajemy w tych obrazkach z życia Etero wiele pytań dotyczących sfery kobiecej, zdominowanej, podporządkowanej przez sferę męską, nieokrzesaną, butną, krzyczącą. Pytania owe pozostaja otwarte...

Bardzo przewrotna, pełna sprzeczności, zaskakująca opowieść, która pozostawia otwarte zakończenie. To bardzo ważny głos kobiecy w literaturze dla kobiet i mężczyzn. To wciągająca, niespokojna lektura warta czasu.

Obiekty głębokiego nieba - Jakub Małecki

 

"Obiekty głębokiego nieba" wciągnęły mnie tak, że przeczytałam je za jednym "zaczytaniem". I choć ta książka nie stała się moją najbardziej ulubioną tego autora, to ma w sobie to coś co nie pozwoli o niej zapomnieć. 

Czytając ją miałam wrażenie, że jest to obrazek związany z moim pokoleniem, czyli ludzi, którzy w latach dziewięćdziesiątych zdobyli dyplom, znaleźli nowoczesne prace, uciekli do stolicy i żyli pełnią możliwości, które we wczesnym kapitalizmie się otwierały. Znaleźli się w świecie pełnym obietnic, ale też fałszywych nadziei. Budowali nową jakość, bezkrytycznie wprowadzali nowoczesne trendy i mody na miarę zachodnich wzorców. Jednocześnie dla wielu był to czas końca ich biznesów, a nawet rozumienia rzeczywistości a nawet złamania życia. W książce znajdziemy kilkoro bohaterów, którzy szybko weszli w nowy system, zachłysnęli się możliwościami, otwierającymi się szansami na szybką karierę. Mieli wrażenie, że mają nieograniczone możliwości, po części tak było, ale zawsze kosztem kogoś lub czegoś.

Z drugiej strony odczytałam w niej wątek poszukiwania miłości. Bohaterowie lokowali swoje uczucia często nie wiedząc, czy są prawdziwe, czy może to tylko próba zapełnienia pustki. Zatracali się w powierzchownych miłostkach, które, choć na chwilę dawały poczucie spełnienia, niestety szybko prowadziły do rutyny i niezaspokojenia. Ich poszukiwanie szczęścia było pełne sprzeczności i błędów, które prowadziło do bólu i rozczarowań, zarówno ich własnych, jak i osób, które przypadkowo skrzywdziły po drodze.

Z wątków, które najbardziej przylgnęły do moich emocji była relacja syna z ojcem, zwłaszcza wtedy kiedy ojciec potrzebował pomocy i wsparcia. Piękne były opisy związane z rewitalizacją domu rodzinnego i bliskości ze zwierzętami.

Reasumując, "Obiekty głębokiego nieba" to książka, która opowiada o poszukiwaniach: miłości, tożsamości, a przede wszystkim o tym, jak łatwo można zagubić się w dzisiejszym świecie, pełnym pozornych możliwości, które wcale nie gwarantują szczęścia. To książka, która zmusza do zastanowienia się nad własnym życiem i wyborami, pokazuje jak często bezrefleksyjnie niszczymy sami siebie i najbliższych, bo nie umiemy zatrzymać się, przemyśleć co stanowi faktyczną wartość. To książka o współczesnych problemach z relacjami, samotnością i pustką. Ale, żeby nie zakończyć tak pesymistycznie to napiszę, że znajdziemy w niej też wskazówki do odzyskiwania spokoju: radości z prostych czynności, z powrotu do natury, obcowania ze świadomą codziennością. Świetna lektura, zdecydowanie polecam.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Ogród rozpaczy ziemskich - Beatriz Serrano


Jak na debiut, to w mojej opinii całkiem udany. Książka z przesłaniem, z obrazowo poprowadzonym opisem problemów i na dodatek z zaskakującym zakończeniem. Autorka z półuśmiechem i ironią opowiada o problemach trzydziestolatków, którzy mają za sobą już kilka lat doświadczenia zawodowego, niektórzy zdążyli awansować, uzyskać niezły status materialny, żyć bez zobowiązań, lekko, przyjemnie korzystając z życia - to tak na pierwszy rzut oka. Gdzieś tam za kotarą tego "sukcesu", wolności, niezależności, swobody jest gorycz, poczucie samotności, beznadzieja bez widoków na poprawę sytuacji, pustka, wypalenie i poczucie bezsensu. 
Czytając opowieść głównej bohaterki i narratorki zarazem miałam wrażenie równi pochyłej, po której emocjonalnie spada w dół, przynajmniej w pewnym obszarze życia. Niemniej bohaterka Marisa, to niezła aktorka, umie tak zakamuflować pewne problemy, że nieuważny współpracownik (a w jej środowisku większość w zachowaniu wykazuje nieuważność, powierzchowność i działa na pokaz) nawet nie zwróci na nie uwagi. Marisa tak wyćwiczyła swoje zachowania, gesty, słowa, że na pierwszy rzut oka to pełna energii, rzutka, otwarta na innych osoba. Dopiero po dotarciu do domu ten szczelny pancerz opada, rozsypują się rusztowania, które podtrzymują fasadę zawodową, opadają maski, miękną wyuczone pozy, i oto poznajemy prawdziwą bohaterkę. Marisa tak mocno buduje tą atrapę siebie na jednym gruncie, że już na pozostałych brakuje jej siły. Niestety, aby utrzymać tą fasadę musi "wspomagać" się środkami przeciw lękowymi, czy wspierającymi radzenie sobie z depresją. Ta dorosła kobieta nie potrafi zbudować trwałych relacji, nie jest pewna co chciałaby robić dalej, dlatego tkwi w tej niekomfortowej sytuacji i marzy, aby przytrafiło jej się coś, co ją uwolni od obowiązku bycia tam gdzie jest, co pozwoli z "twarzą" uciec z tej niewygodnej klatki.

Autorka ze znawstwem pokazuje mechanizm korporacji, w której panuje sztywna fasada pozorów, hipokryzji, zazdrości, gnania na oślep w przerysowane cele. Magię spotkań - online i stacjonarnych, narad, burzy mózgów, prezentacji, KPI, wyników, podległości, zależności, ścigania się w kreatywności, napompowanych i nieadekwatnych form względem realiów. Ten pęd napędza wzajemne frustracje, niechęci, animozje, przerzucanie się zadaniami i podkopywanie tych "innych". Mogłabym rzec, że autorka ukazuje sztukę biurowej prestidigitacji, gdzie uprawia się mnóstwo sztuczek w stylu "jak zrobić dobre wrażenie na kim trzeba", jak stworzyć małym wysiłkiem efekt "olśniewający" odbiorców, itp. Autorka daje w swojej książce sporo przykładów na powierzchowność, wyrachowanie, brak szczerości i zaufania, coś w stylu ładnych opakowań z zepsuta zawartością w środku. Pokazuje w prześmiewczy sposób wymuszony wyjazd integracyjny i zapychanie jego harmonogramu prezentacjami i warsztatami prowadzonymi przez pracowników. (to znam z realu)

Choć z pewną dozą humoru, to w głębi "duszy" nie jest to opowieść wesoła, pokazuje pustkę, samotność, grę pozorów i miałkość relacji. Opowieść wciąga, jest emocjonalna i obfituje w zaskakujące zdarzenia.

czwartek, 4 grudnia 2025

Silva Rerum - Kristina Sabaliauskaitė

 

To była bardzo ciekawa lektura i wspaniałe doświadczenie czytelnicze. Kristina Sabaliauskaitė stworzyła historię jednocześnie intymną i epicką. To opowieść o rodzinie, tradycji i przemijaniu, osadzona w realiach XVII-wiecznej Litwy i Żmudzi. Autorka posługuje się językiem pełnym subtelności, który nadaje narracji wyjątkowy rytm i głębię, sprawiając, że czytelnik przenosi się w czasie i przestrzeni. Fabuła jest wciągająca, a sposób, w jaki autorka splata losy bohaterów z wydarzeniami historycznymi, czyni tę książkę nie tylko literacką ucztą, ale i refleksją nad kulturą, pamięcią i tożsamością. To lektura, która wymaga skupienia, ale odwdzięcza się bogactwem treści i emocji.

Ta część "Silva rerum" wprowadza czytelnika do Wilna po ataku rosyjskich Kozaków. Opisy zniszczeń i rzezi na mieszkańcach dokonanych przez najeźdźców są realistyczne, choć autorka nie epatuje nadmiernie okrucieństwem, daje raczej wyobrażenie, że nie było żadnych świętości i litości w grabieży i mordowaniu. Główny bohater Jan Maciej Narwojsz ucieka z miasta z rodziną do rodzinnej posiadłości Milkonty na Żmudzi, gdzie wycisza się po okrutnych wydarzeniach. Żyjąc w spokoju i dobrobycie rozbudowuje pałac, urządza go bardziej nowocześnie i elegancko, tworzy wspaniały ogród, który jest jego oczkiem w głowie, zaprasza do siebie ludzi swego stanu, sprawiedliwie zarządza swoimi dobrami. Po jakimś czasie wracają jednak do Wilna, aby ich dzieci Kazimierz i Urszula mogły realizować obrane przez siebie cele życiowe: studia i zakon. Poznajemy innych ważnych dla opowieści bohaterów Jana Kirdeja Bironta z rodziny herbu Denhoff oraz przyjaciela rodziny Narwojszów Francuza Delamarsa, znakomitego puszkarza. Dostajemy od autorki opis podnoszącego się po najeździe Kozaków Wilna, bardzo barwny obraz życia, zachowań i zwyczajów młodzieży studenckiej oraz zasad panujących w klasztorze bernardynek, do którego weszła Urszula. W tle pobrzmiewa wielka historia i wydarzenia mające wpływ na losy kraju i mieszkańców.

Ciekawy dla mnie był styl autorki, która streszcza czytelnikom to co dzieje się w opowieści, nie znajdziecie w książce dialogów, ich prywatnych przemyśleń i rozterek, bo wszystko to referuje autorka.  „Silva Rerum” to dzieło dla tych, którzy cenią literaturę ambitną, pełną detali i piękno języka. Jeśli szukacie opowieści, która pozwoli zanurzyć się w świecie dawnej Europy, poczuć puls historii, a także śledzić ciekawie stworzonych bohaterów, to ta powieść jest doskonałym wyborem.

A co oznacza „Silva Rerum”, to „las rzeczy”, czyli nawiązanie do dawnych ksiąg rodzinnych, w których zapisywano wszystko: od ważnych wydarzeń po drobne refleksje. Powieść Kristiny Sabaliauskaitė jest właśnie takim literackim zbiorem historii, myśli i obrazów tworzących portret epoki. 


poniedziałek, 24 listopada 2025

Schronisko, które zostało zapomniane - Sławek Gortych

 

Sławek Gortych po raz kolejny udowadnia, że potrafi snuć opowieści, które wciągają czytelnika od pierwszych stron. W „Schronisku, które zostało zapomniane” autor pozostaje wierny sprawdzonemu schematowi: trzy plany czasowe, tajemniczy budynek w Karkonoszach i zbrodnia, która rzuca cień na przeszłość. Choć konstrukcja jest znana z poprzednich książek, pomysłowość autora wcale nie spadła. Wręcz przeciwnie, historia jest misternie utkana z wydarzeń, które trzymają w napięciu i nie pozwalają odłożyć książki.

To, co szczególnie zasługuje na uwagę, to motywacja autora, wyjaśniona w przypisie. Gortych nie pisze wyłącznie dla rozrywki, bo jego celem było wydobycie na światło dzienne nieopowiedzianych historii i nierozliczonych faktów wojennych. W książce pojawia się ważny wątek dotyczący działalności hitlerowskiego MSZ, które nie było wolne od nachalnej propagandy antyżydowskiej. Autor przypomina, że ludzie mieniący się elitą również przyczynili się do zbrodni nazistowskich, co nadaje powieści głębszy, refleksyjny wymiar.

„Schronisko, które zostało zapomniane” to nie tylko kryminał z historią w tle, ale to opowieść o pamięci, odpowiedzialności i o tym, jak przeszłość potrafi kształtować teraźniejszość. Dla mnie istotne były także wplecione wątki obecnych problemów Karpacza i Szklarskiej Poręby, które zabijają jej historyczny charakter. Miałam satysfakcję z lektury kolejnej już opowieść z Karkonoszami w tle. 

środa, 19 listopada 2025

Cudze słowa - Wit Szostak

 

 

"Ryś był człowiekiem wolnym od poszukiwania jakiegokolwiek sensu w życiu. Zupełnie pasywnym, czystą pustką. To nie był chwilowy kryzys ani utrata czegoś, w co się przez wiele lat wierzyło. Po prostu żył czystym życiem, bez jakiejkolwiek woli wpływania na nie i zmieniania go." (str. 272)

"Cudze słowa" to książka, które wymaga od czytelnika nie tylko obecności, ale i pełnego oddania. To książka, która nie pozwala na pobieżną lekturę, domaga się skupienia, ciszy i czasu, by w pełni odsłonić swoje bogactwo, bo Wit Szostak tworzy opowieść wielogłosową, w której każda postać jest jak instrument w orkiestrze, osobny ton, osobna barwa, a razem tworzą szerszą całość. To nie jest zwykła historia, lecz misternie utkany fresk emocji, wspomnień i intymnych wyznań. To test z możliwości używania słów opisujących świat i człowieka, którego poznajemy dzięki tym słowom i przez umiejętność ich używania. To historia, która rozwija się jak kwiat, koniec jest kwintesencją tej opowieści. Dla mnie majstersztyk i czysta przyjemność czytania, a nawet wtapiania się w lekturę. "Na początku było Słowo". Na początku mogło być cokolwiek, bo przy początkach nikogo nie było. (...) To mity opowiadają o początkach." (str. 162) Dorośli lubią opowiadać dzieciom bajki, a te lubią ich słuchać, bo w nich jest coś unikalnego. Dla mnie ta opowieść była takim mitem, baśnią o człowieku - bóstwie.

Bohaterowie są tu żywymi i pulsującymi światłami tworzącymi łańcuch powiązań, który trzeba powoli rozplątywać, by dostrzec sens i piękno. Trzeba uważnie podążać ścieżkami ich opowieści, bo przyznaję nie od razu można się zorientować z kim mamy do czynienia. Dostajemy w tej książce chór, który różnymi głosami, bawiąc się słowami, opisuje jedną osobę, syna, kolegę, towarzysza, ojca, studenta. Człowieka nieuchwytnego, niepoznanego, poszukującego i poszukiwanego, jakiegoś niezwykłego bytu, który zachwyca, ale nie daje się zgłębić. Niby wsłuchany w swoich słuchaczy, ale kiedy podejść zbyt blisko uciekający przed nimi. Benedykt, bo na nim się skupiamy w książce, to osoba, która wywarła bardzo duży wpływ na kilka osób ze swojego najbliższego otoczenia. Głosy tych osób są tak różne jak oni sami, to paleta różnorodności, wielogłosu, wielowymiarowości, zachwycałam się nimi i autorem, który wzniósł się na wysoki poziom w ich tworzeniu.

Moją szczególną uwagę zwróciły jeszcze dwa wątki. Jeden dotyczący relacji dziecko-rodzic, a w nim przebijająca refleksja o trudzie a jednocześnie daremności wychowania, bo nawet mimo starań rodzica dziecko pójdzie swoją ścieżką wykorzystując lub nie, wiedzę rodzicielską i chęć wspierania. "Być może jednak z własnymi dorosłymi dziećmi pewnych relacji nie da się zbudować, zbyt wiele jest barier, zaszłości z czasów wychowania, napięcia, które pojawiają się między rodzicami a dziećmi w sposób nieunikniony i w pewnym sensie naturalnym. To wszystko bardzo obciążająca hipoteka i jakaś tragiczność wpisana w rodzicielstwo. Tych, których najbardziej kochamy, jakoś swoją miłością ranimy, przyciągając, budujemy dystans. Żyjąc dziećmi, cały czas je tracimy." (str. 213)

Druga refleksja dotyczy relacji mistrz-uczeń, a w niej pokazania w jaki sposób obje strony wpływają na siebie, kto uzyskuje jaką korzyść. "Mówi się, że seminarium to zasiewanie lub zapładnianie młodych umysłów. Siewcą ma być nauczyciel, czasem mistrz, który rzuca ziarno w żyzną glebę i go dogląda. Ziarno w spulchnionych bruzdach kiełkuje i ku słońcu strzelą pęd. Wielu nauczycieli odurza się tym obrazem, zamyka oczy i wciąga woń wilgotnej, żyznej ziemi. Ale każdy, kto doświadczył prawdziwego seminarium, dobrze wie, że jest dokładnie na odwrót. To energia, żywioł praz pełna pytań i brawury ciekawość adeptów zapładnia zwiędłe umysły profesorów. Najlepsze książki piszą ci uczeni, którzy podczas seminarium otworzą się na ten dopływ." (str. 253) Dla mnie to wspaniałe ujęcie sensu nauczania młodych pokoleń, którego tak bardzo brakuje w praktyce, choć głosy o tej potrzebie gdzieś tam pobrzmiewają.

To książka wzruszająca, poruszająca do głębi, pełna wartości, które zostają z czytelnikiem na długo, przynajmniej ze mną tak będzie. Wit Szostak nie opowiada, on odsłania ludzką duszę, pokazuje jej kruchość i siłę. Dostajemy w niej także tęsknotę za bliskością, potrzebę uznania i atencji oraz obraz cierpliwości, uważności, sztuki słuchania i rozumienia drugiego człowieka. Polecam bardzo, mnie urzekła.


 

czwartek, 13 listopada 2025

Madame Matisse - Sophie Haydock

Okładka książki Madame Matisse autora Sophie Haydock, 9788383614007

 

Madame Matisse to powieść, która nie tyle opowiada historię, ile maluje ją słowami. Jest niczym płótno, na którym każde pociągnięcie pędzla odsłania kolejną warstwę prawdy o sztuce, miłości i poświęceniu. To opowieść utkana z barw i cieni, gdzie sztuka miesza się z życiem, a życie staje się ofiarą na ołtarzu sztuki. Autorka prowadzi nas przez ścieżki duszy Henriego Matisse’a, artysty nieustannie głodnego uznania, drżącego w swojej niepewności, a jednocześnie bezgranicznie oddanego tworzeniu. 

W tej książce jednak autorka koncentruje się nie tyle na samym artyście, co na losach trzech ważnych dla niego kobiet, bo to właśnie tym kobietom autorka oddaje głos, aby opowiedziały dlaczego kochały Henriego, co w nim było takiego, że poświęciły się mu bez reszty i co straciły dla siebie. Te trzy bohaterki to trzy oblicza miłości, oddania i związku z artystą goniącym za swoją ambicją i natchnieniem. Każda z nich jest jak osobny rozdział w jego biografii, jak odcień na palecie, bez którego obraz byłby niepełny. Pierwsza, to córka Marguerite towarzyszy mu niczym ciepły promień światła, wspiera, dodaje otuchy w chwilach zwątpienia. Druga, Amelie to żona, młodsza od niego o 5 lat, która rezygnuje z własnych ambicji, oddając się całkowicie roli powierniczki, opiekunki, organizatorki rzeczy przyziemnych, stawia się w roli "osłony" przed sprawami codziennymi i zwykłymi. To kobieta, która zawiesiła swoje potrzeby i skoncentrowała się tylko na dbaniu o rozwój geniuszu męża. I wreszcie trzecia to Lidia Delektorska, imigrantka z Rosji, która poświęca Henriemu ponad dwadzieścia lat swojego życia wkraczając w życie Matisse'ów kiedy są w jesieni swojego życia. Lidia dba o malarza kiedy jego żona nie ma już na to siły fizycznej i psychicznej, staje się dla niego ostatnią iskrą i inspiracją, która rozpala wyobraźnię i pozwala artyście sięgać po nowe formy wyrazu. To Lidia dała mu siłę do tworzenia kiedy inni odesłali go na emeryturę, to ona dała mu nadzieję na nowe "otwarcie". Między kobietami buzują emocje, Amelie kocha Marguerite jak własną córkę a ta odwzajemnia to uczucie, zaś obie nie cierpią Lidii, choć Amelie otrzymała dużo wsparcia i pomocy z jej strony, a Marguerite nigdy nie doznała od niej przykrości. Niemniej można każdą z nich zrozumieć i nawet w pewien sposób współczuć.

Jeśli chodzi o samego Henri Matisse'a to autorka pokazała go jako postać pełną sprzeczności. Z jednej strony nieustannie tworzącego, oddanego sztuce bez reszty, gotowego poświęcić wszystko dla malarstwa. Z drugiej, człowieka niepewnego, złaknionego uznania, który dopiero u kresu życia doświadcza pełni sławy i docenienia. To obraz artysty, który żyje w ciągłym napięciu między wielkością a zwątpieniem, między pasją a samotnością. Trudno jest mu podjąć decyzje, miota się pomiędzy postawionymi przez najbliższe kobiety ultimatami.

Autorka ukazuje przed czytelnikiem intymny spektakl, w którym sztuka staje się zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Każda scena jest jak fragment obrazu, czasem jasny i pełen życia, czasem mroczny i ciężki od emocji. "Madame Matisse" to książka o cenie sztuki i o tym, jak wielkie dzieła rodzą się nie tylko z talentu, ale także z poświęcenia innych. To opowieść o kobietach, które pozostają w cieniu, a jednak są niezbędne, by światło geniuszu mogło rozbłysnąć. To także przypomnienie, że za każdym wielkim nazwiskiem kryją się ludzkie dramaty, ciche, niewidoczne, lecz fundamentalne.

Testamenty - Margaret Atwood


„Testamenty” to powrót do Gileadu – świata, w którym ideologia stała się narzędziem opresji, a kobiety sprowadzono do roli podporządkowanych trybików w machinie władzy. Margaret Atwood wciąga czytelnika w duszny, klaustrofobiczny klimat, gdzie każdy krok może być niebezpieczny, a każdy wybór może się okazać fatalny w skutkach. Niepokój i niepewność wylewają się z kart tej powieści, sprawiając, że trudno oderwać się od lektury.

Atmosferę książki, w jakimś stopniu, oddają słowa jednej z głównych postaci: "...jeszcze bardziej się obawiam, że wszelkie moje wysiłki spełzną na niczym, a Gilead przetrwa tysiąc lat. Najczęściej tak właśnie czujemy się tutaj, z dala od wojny, choć w oku cyklony. Ulice są tak spokojne, ciche, uporządkowane, jednak pod pozornie niezmąconą powierzchnią czuć drgania, jak w pobliżu linii wysokiego napięcia. Wszyscy jesteśmy napięci (...). "Rządy terroru", mawiano kiedyś, ale terror nie tyle rządzi, ile paraliżuje. Stąd ta nienaturalna cisza." (str. 305)"

Autorka nie tylko rozwija wątki znane z „Opowieści podręcznej”, ale też pogłębia obraz systemu, który niszczy jednostkę, rodzinę i więzi społeczne. Pokazuje prawdę uniwersalną, że z początkowych czystych i wzniosłych celów "Z czasem jednak, jak nieraz bywało w historii, zostały one wypaczone i zbrukane przez samolubnych, oszalałych na punkcie władzy ludzi." (str. 370) "W „Testamentach” poznajemy trzy perspektywy widzenia Gileadu przez trzy postaci, niektóre były dla mnie zaskakujące. Każda z perspektyw odsłania jego inną twarz: od bezwzględnej władzy, przez życie w strachu, po desperacką próbę ucieczki. Dzięki temu Margaret Atwood tworzy wielowymiarową opowieść o tym, jak ideologia może przeniknąć każdy aspekt życia, odbierając ludziom wolność i godność, możliwość stanowienia choć w jakiejś sferze, np. osobistej. To książka o manipulacji, o tym, jak łatwo można podporządkować społeczeństwo, gdy strach staje się fundamentem systemu. Ale to także historia o sile, o tym, że nawet w najbardziej opresyjnych warunkach rodzi się bunt, nadzieja i pragnienie wolności.

Choć Gilead jest fikcją, to książka tchnie realizmem, bo fundamenty stworzonego przez autorkę świata, czyli ideologiczne manipulacje czy kontrola nad ciałem i myślą są aż nazbyt bliskie temu, co znamy z historii i współczesności. „Testamenty” są ostrzeżeniem, że granica między porządkiem a tyranią jest niezwykle krucha, a jej przekroczenie może nastąpić szybciej, niż nam się wydaje. „Testamenty” są duszne, niepokojące, ale jednocześnie fascynujące. To mocny głos w dyskusji o wolności, władzy i roli kobiet w społeczeństwie. To powieść, która pozostawia niepokój, i właśnie dlatego jest ważna. Autorka nie daje prostych odpowiedzi, nie oferuje łatwego happy endu. Zamiast tego zmusza do refleksji: jak daleko może posunąć się władza w imię „dobra wspólnego”? I czy my sami jesteśmy odporni na mechanizmy kontroli, które tak subtelnie wkradają się w codzienność?


czwartek, 6 listopada 2025

Zadzwoń, jak dojedziesz - Jakub Bączykowski

 

"Pomagamy komuś i dajemy sobie prawo do oceniania. A czasami nie pomagamy, tylko obserwujemy jakieś sytuacje z dystansu, przekonani, że doskonale wiemy, co się wydarzyło. Ale kto tak naprawdę wie, co dzieje się wewnątrz rodzin, wewnątrz związków, wewnątrz każdego człowieka, Znamy tylko pewne wersje, fragmenty zdarzeń, opowieści z przeszłości. Najczęściej subiektywne i doprawione emocjami, które mają nas skierować na "właściwy" tor myślenia. Pamiętajmy o tym. I jeszcze jedno. Czas każdego z nas jest tak samo cenny." - J.B.   

„Zadzwoń, jak dojedziesz” to jedna z tych książek, które zostaną ze mną na długo po przeczytaniu ostatniej strony. Jakub Bączykowski stworzył poruszającą, głęboko ludzką opowieść o rodzinie, miłości, tęsknocie i trudnych decyzjach, które przychodzą wraz z dorosłością.

Głównym bohaterem jest Ryszard – wdowiec, który w trzecią rocznicę śmierci ukochanej żony Wandy zostaje odwiedzony przez swoje dorosłe dzieci. Spotkanie, które miało być ciepłym wspomnieniem, szybko przeradza się w bolesną konfrontację. Autor z niezwykłą wrażliwością pokazuje, jak trudno jest rozmawiać o starości, samotności i obowiązku opieki nad rodzicem – nawet w rodzinie, w której nie brakowało miłości i troski.

To, co najbardziej porusza, to autentyczność emocji. Bączykowski nie ocenia swoich bohaterów – pokazuje ich rozterki, lęki, poczucie winy i wewnętrzne konflikty. Czy dzieci, które były kochane, z którymi rodzice rozmawiali na bardzo wiele tematów, którym pokazywali na własnym przykładzie jak starać się być szczęśliwym człowiekiem, potrafią odwzajemnić tę miłość w momencie, gdy rodzic najbardziej ich potrzebuje? Jak zachować się, aby sprostać obowiązkowi względem rodzica a własnych marzeń i rozwoju?

Książka porusza również temat tęsknoty za ukochaną osobą, która odeszła, ale wciąż żyje w sercu, w myślach, w obrazie wiszącym na ścianie. Ryszard nie tylko zmaga się z fizyczną samotnością, ale także z emocjonalną pustką, której nie potrafią wypełnić nawet najbliżsi. Odchodzi powoli, jakby uchodziło z niego powietrze, które wdychał dzięki miłości i obecności ukochanej kobiety. Odchodzi emocjonalnie i fizycznie, jest coraz mniejszy i bardziej kruchy, bo nie ma chęci trwać bez swojej ukochanej, samotnie, bez celu, codziennych rozmów, planów i działań. 

Autor wprowadził również głos obserwatora rodziny z zewnątrz, co pozwoliło na bardziej chłodne spojrzenie, z zupełnie innej perspektywy. 

Dla mnie była to lektura niezwykle wzruszająca. Nie mogłam się od niej oderwać. Każda strona niosła ze sobą refleksję, a dialogi, choć często bolesne, były prawdziwe i głęboko poruszające. To książka, która zmusza do myślenia o tym, co naprawdę znaczy być rodziną i jak trudne bywają wybory, gdy w grę wchodzi miłość, lojalność i odpowiedzialność. Czy byli dobrymi czy złymi dziećmi? - tego w tej opowieści trudno jednoznacznie orzec, trzeba spojrzeć szerzej pod te drzemiące żale i emocje, które nieprzepracowane tkwią w bohaterach. W mojej opinii, autor pokazał  jak trudno traktować się z szacunkiem i empatią, bo czy dzieci umiały rozmawiać z dorosłym ojcem kiedy ten "znikał" w oczach, o tym co tak naprawdę jest mu potrzebne, za czym tęskni, czego oczekuje od nich. Zabrakło tej uważności, chęci, szczerości, potraktowania go jako sprawnego na umyśle człowieka. Podrzucały jedzenie, leki, sprawdzały od czasu do czasu czy jest, ale uznały, że skoro ma ciepło, telewizor i jedzenie to wszystko, a jednak starość nie wymywa sfery emocjonalnej i uczuciowej. 

Polecam ją każdemu, kto szuka literatury obyczajowej z duszą, takiej, która nie tylko opowiada historię, ale też zostawia ślad w sercu.