Szukaj na tym blogu

wtorek, 31 marca 2026

Rok, w którym nie umarłem - Mikołaj Grynberg

 

Ależ to była refleksyjna lektura. Ta niewielka książeczka Mikołaja Grynberga „Rok, w którym nie umarłem” miała dla mnie duży ładunek emocjonalny, bo opowiadała o mikroświecie, w którym na dłuższą lub krótszą chwilę znaleźliśmy się albo znajdziemy się kiedyś. To jedna z tych opowieści, które nie pozwalają pozostać jedynie obserwatorem, ale wciągają i dają przebitki z pamięci. Autor zaprosił czytelnika w świat, który powstał w momencie, gdy jego ciało odmówiło współpracy. To jest świat równoległy, ciasny, pozbawiony dekoracji, zawieszony poza harmonogramem codzienności, a jednak paradoksalnie ważny, bo odsłania to, czego zwykle nie chcemy lub nie potrafimy zobaczyć, o którym nie myślimy, bo może przejdziemy obok.

Czytając tę książkę, wiedziałam, że Mikołaj Grynberg uchwycił coś fundamentalnego: osobność szpitalnego mikroświata, który zaczyna żyć własnym życiem, własnym czasem, własną logiką. I że w tej osobności jest coś z prawdy o człowieku. Było mi to tak bliskie, jak już dawno nic. Autorowi udało się opisać po części moje rozważania i obserwacje, kiedy z różnych względów szpital był moim chwilowym miejscem pobytu.

Na co dzień gonimy. Wypełniamy kalendarze, przełączamy się między zadaniami, próbujemy dopasować się do tempa, które sami sobie narzucamy. Aż w chwili niespodziewanej, albo planowanej wszystko się zatrzymuje i wchodzimy do świata innych doświadczeń, innej optyki, w której soczewka skupia się na ograniczonych elementach, ale jakże ważnych składających się na nasze być, albo nie być w zdrowiu albo w życiu. Szpital w mojej opinii wymusza na człowieku zwolnienie tempa do prędkości tej symbolicznej i tej fizycznej: oddechu, tętna, spojrzenia pielęgniarki. I w tym właśnie miejscu zaczyna się też świat książki autora.

W jego opowieści uderzyło mnie też to, jak bardzo człowiek próbuje odzyskać kontrolę, choć ta kontrola jest już tylko iluzją, nagle to już nie my decydujemy, co będzie dalej. Jesteśmy we władaniu własnego ciała, które boli, zapomina, protestuje, które domaga się uwagi. Decydują procedury, których nie rozumiemy, ale którym musimy się poddać, decydują obcy ludzie, którym chcąc lub nie musimy zaufać. I w tym obcym miejscu i w tych nowych okolicznościach zaczynamy poznawać siebie w zupełnie innym świetle, takim, które nie powstaje w naszej rozpędzonej machinie, lecz w zatrzymaniu lub na jej niskich obrotach. Szpital staje się swoistą lupą przyłożoną do naszego życia, powiększa nasze gesty, słowa, relacje. Widzimy wyraźniej to, co na co dzień jest marginalne, a tutaj staje się centrum tego wszechświata. Nagle nie obchodzi nas co dzieje się na zewnątrz, ze zdziwieniem obserwujemy proste czynności, a nawet fizjologiczne funkcje własnego organizmu. W tym szpitalnym świecie to co na zewnątrz przestaje istnieć, nie dlatego, że zniknęło, lecz dlatego, że przestało być w danej chwili ważne, bo choroba nie pyta o projekty, spotkania, czy zadania, choroba sprowadza wszystko do najprostszych pytań: Czy będę mógł/mogła wstać? Czy będę sprawny/sprawna jak dawniej? Jakie ograniczenia trzeba będzie wprowadzić? Czy w ogóle wrócę do rodziny, domu? Czy to nie są fundamentalne pytania, o których nie myślimy na co dzień. Jednocześnie pobyt w tym świecie nie pokazuje słabości, ale daje sygnał, że jesteśmy krusi i warto traktować siebie delikatnie. To doświadczenie pozwala nam zobaczyć, kim jesteśmy, kiedy zdejmie się wszystkie zbędne dekoracje.

Sam autor swoje szpitalne doświadczenia opisuje bardzo zwyczajnie, bez patosu, zębników, upiększeń, co sprawia, że czytając, można dostrzegać własne wspomnienia: z sal, zapachów, dźwięków, rozmów, porannych obchodów, które pamięta się inaczej niż wszystko inne. Własne doświadczenia ze szpitala wracają nie jako coś paraliżującego, ale jako inny świat, zatrzymany w kadrze życia i to dosłownie. Bo szpital to miejsce, gdzie intensywne staje się to, co w codzienności jest ledwo zauważalne: bezradność, lęk, uważność na drugiego człowieka i wdzięczność. I wrócę znowu do mojej myśli o tym swoistym mikroświecie szpitalnym, który może być jakimś paradoksem, bo z jednej strony jest zamknięty, a z drugiej pełen niewypowiedzianej bliskości ludzi, którzy jeszcze kilka godzin wcześniej byli sobie całkowicie obcy, ludzi, którzy nie mają na sobie eleganckich ubrań, uniformów, kostiumów, czy makijaży, a nagle zaczynają rozumieć się półsłówkami, spojrzeniami, westchnieniami. Szpital uczy wspólnoty w jej najbardziej odsłoniętej formie. Nie tej budowanej wokół sukcesów, osiągnięć czy roli społecznej tam na zewnątrz, ale tej, która wynika z prostego faktu, że wszyscy tam, pacjenci i personel, są ludźmi, ciałami, które cierpią i oczekują pomocy.

Czytając „Rok, w którym nie umarłem”, miałam poczucie, że to książka o chorobie tylko w części. W istocie to książka o życiu. O jego granicach, o jego kruchości i przelotności, o jego nieoczywistej czułości. O chwili, w której człowiek zostaje sam ze sobą i z tym, co naprawdę stanowi o jego człowieczeństwie. Jak dobrze, że autorowi chciało się spisać te doświadczenia, a mnie dobrze, że na nie trafiłam.

poniedziałek, 30 marca 2026

Mała: światu znana jako Madame Tussaud - Edward Carey

 

To była dla mnie wielka przyjemność lektury, nie tylko ze względu na bohaterkę, ale także na klimat czasów i umiejętność ich pokazania. Autorowi udało się stworzyć powieść niezwykle sugestywną, balansującą na granicy historycznej biografii i literackiej baśni dla dorosłych. Edward Carey pisał tą książkę przez piętnaście lat, to raczej długo, ale chciał zebrać jak najwięcej faktów o głównej bohaterce, co wcale łatwe nie było ze względu na czas i okoliczności, a także na samą "osóbkę" Madame (nie była w zasadzie nikim wielkim i ważnym, dlatego trudno było zebrać jakieś szczególne historie o niej). Niemniej udało mu się zbudować świat, który nie tylko wciągnął mnie w życie przyszłej Madame Tussaud, ale także odsłonił pulsującą, niepokojącą tkankę XVIII‑wiecznego Paryża, miasta które wówczas stało na progu gwałtownej przemiany. Autor z dbałością o detal odtworzył klimat końca ancien régime’u. Paryż, opisany przez niego tętnił życiem, cuchnął, krzyczał i pulsował energią rewolucyjnego wrzenia. Udało mu się uchwycić moment, w którym monarchia odchodziła w przeszłość, niemal rozpływała się, czy tonęła w chaosie, by w jej miejsce wyrosła potężna i groźna idea republiki (pięknej i czystej na papierze, ale jakże brutalnej w praktyce). W końcowych akordach przewija się postać Napoleona, który w pewien sposób domknął rewolucyjny szał, lecz nie uspokoił moralnego chaosu.

W mojej opinii autorowi udało się także pokazać bardzo obrazowo i wyraziście ponadczasową, niezmienną, przybierającą jedynie nowe formy, naturę władzy. Carey pokazał dwór królewski jako miejsce rozpasania i buty, gdzie przesada i nadmiar dosłownie wylewała się korytarzami, zaś służba była traktowana jak rzecz, którą po użyciu można było schować w szafie, komórce, tudzież innej kanciapie, aby nie raziła w oczy. Przyjrzał się także rewolucjonistom, którzy mieli przynieść sprawiedliwość, ale bardzo szybko ulegli tej samej chorobie: bezkarności, okrucieństwu, fatalnej pewności własnej racji. Ten wątek odsłania mechanizm, w którym ci, którzy chcieli obalić tyranię, sami w tyranów się zamienili. Ten „samozjadaczy” charakter rewolucji, w której bohaterowie stali się ofiarami, a ideały zostały pożarte przez fanatyzm, wybrzmiał szczególnie mocno na tle przeżyć samej Małej.

Przechodząc już do głównej bohaterki, rzeczonej Małej, czyli Anny Marii Grosholtz, to jest ona niezaprzeczalnie mocnym "elementem" tej powieści. Niewielkiej postury, pozornie krucha dziewczyna, której determinacja, hart ducha i niezwykła zdolność obserwacji czynią ją postacią niezapomnianą. Siła bohaterki wynika z jej zwyczajności, z codziennych zmagań, z uporu, który pozwala jej trwać, choć świat wokół niej raz po raz się załamuje przy okazji demolując jej własny mikrokosmos. Może właśnie ta kontrastowość, czyli  mikroskopijna postać przeciwko gigantycznym wydarzeniom historii nadaje tej opowieści wyjątkową intensywność. Maria, patrząc uważnie, rzeźbiąc twarze, które inni chcieliby zapomnieć lub wymazać, staje się cichą kolekcjonerką przemian. Jej umiejętność obserwacji jest tak intensywna, że z czasem staje się nie tylko rzemieślniczką, ale jakby mimowolną kronikarką swoich czasów. Twarze, które rzeźbi, są świadectwem epoki: królów, arystokratów, a wreszcie ludzi, którzy przejmują władzę, by doprowadzić kraj na skraj szaleństwa. Mała porusza się wśród nich wszystkich niemal niezauważenie, ale nic jej nie umyka. Jest jak ktoś, kto nie ocenia pochopnie, nie ulega fanatyzmom, lecz wszystko uważnie rejestruje: cicho, sumiennie, z bolesną dokładnością każdy wyraz twarzy, każdy grymas strachu, pychy czy upadku, niechcący wchodzi w wielką historię, choć nigdy tego nie planowała. Rewolucja, która miała przynieść wolność, odsłaniała (dosłownie) przed nią swoją drugą, bardzo mroczną twarz: rozpasanie nowych przywódców, dzikość tłumu, logikę zemsty i samowoli. Mała obserwuje, jak ci, którzy mieli naprawić świat, zaczynają powielać błędy obalonych tyranów, a nawet je potęgować na niespotykana do tej pory skalę. W tym chaosie moralnym zachowuje jednak własną wewnętrzną równowagę i nadzieję. Wierzy w swoją misję, ale nie jest idealistką, nie pociąga jej władza, zaś przemoc budzi w niej instynkt przetrwania, nie zaś potrzebę odwetu. Jej stabilność jest tym cenniejsza, że świat wokół rozpada się na kawałki i spływa krwią.

Zbliżając się do końca, myślę, że powieść jest nie tylko biograficzną historią o twórczyni słynnego gabinetu figur woskowych, ale także opowieścią o człowieku w czasach wielkiej zawieruchy; przypowieścią o kruchości jednostki, o sile przetrwania i o wiecznej skłonności władzy do nadużycia. Edward Carey stworzył książkę głęboko ludzką, taką, która mimo historycznego kostiumu mówi przede wszystkim o tym, co w nas stałe, niezmienne i niepokojąco uniwersalne. To historia o kobiecie, która mimo realiów epoki wymknęła się roli przypisanej jej przez ówczesne społeczeństwo. Smutne koleje losu zmusiły ją do samodzielności, żeby przetrwać robiła wiele rzeczy ponad swoje siły, jednocześnie uczyła się i stopniowo budowała własne umiejętności, raczej mozolnie, po cichu, ale konsekwentnie nie dając się stłamsić. To też uniwersalna opowieść o symbolu trwałości, który nie rodzi się z potęgi ani z pięknych deklaracji, lecz z uporu i wierności własnej pracy. Może dlatego postać Małej ma taką moc, bo pokazuje, że to, co najbardziej niepozorne, często okazuje się najbardziej niezniszczalne. W świecie, który nieustannie się przeobraża, upada, odradza i na nowo niszczy, Mała niesie ze sobą cichą, ale nieustępliwą pamięć. To ona przetrwała, choć systemy władzy upadały jak kolejne domy z kart. W mojej opinii Mała była jednocześnie świadkiem, uczestniczką i kronikarką własnej epoki i to taką, która nie potrzebowała wielkich słów, by opowiedzieć historię, wystarczyły jej twarze i dłonie, które potrafiła odtworzyć i w tym tkwiła jej niezwykłość.
Dla mnie to była cudna i wciągają w wir wydarzeń lektura.

piątek, 27 marca 2026

Teatr. Rodzina patologiczna - Iga Dzieciuchowicz

 
"Skoro zostałeś wybrany spośród tysiąca, powinieneś umieć to docenić i znieść więcej, i nawet sam czy sama uzasadniasz sobie, że w tym wyjątkowym miejscu trzeba się poświęcić. Ten mechanizm pojawia się w środowisku, w którym pojawia się wysoki próg wejścia - jak już w nie wejdziesz, to jesteś w stanie zracjonalizować sobie wiele krzywd i złych rzeczy. I choć w środku tej toksycznej rodziny będą cię upokarzać, to poza szkołą czujesz się lepszy od "zwykłych ludzi". (str. 69)  - Młodzi kandydaci o tym nie wiedzą o tej stronie magii teatru i kina. "Gdy człowiek uważa, że znalazł się w raju, jest wtedy najbardziej narażony na wszelkie możliwe przemocowe i poniżające zachowania." (str. 100) "Nieograniczona władza, którą profesorowie mają nad nami - wybrańcami, którzy długo przygotowywali się, by dostać się do Szkoły Marzeń, i którzy w każdym momencie mogą zostać z niej wydaleni za sprawa kaprysu wykładowcy - powoduje, że przemoc nie jest zgłaszana, a sprawcy nie zostają ukarani." (str. 89) Bez budowania w aktorach szacunku do samych siebie i tego co robią będą zwalczać siebie, a przemoc dalej będzie normą. I jeszcze jeden ważny cytat w  uniwersalnym kontekście przemocy: "Tylko nikomu nie mów". (str. 97) "Wstęp do świątyni nauki zdobywa się drogą pokory wobec gwałciciela i wobec całego bractwa. Ten rodzaj inicjacji (otwierania) (...), odnosi, to prawda, natychmiastowy, wymierny,, spektakularny skutek - zostawia jednak bliznę, skażę, piętno PIERWSZEGO RAZU" - tekst z tekstu: O rzekomej potrzebie gwałtu w zawodzie aktor autorstwa Krystiana Lupy. (str. 357)

Jakaś część społeczeństwa lubi sztukę i korzysta z kultury, to obserwacja z korzystania z oferty teatrów, muzeów i sal koncertowych, ale po wyjściu z nich nie zastanawiamy się co dzieję się w ich wnętrzach, co tak naprawdę kryje się za kulisami tej "kultury". Iga Dzieciuchowicz odsłania przed czytelnikami prawdziwe oblicze świątyń kultury. Pokazała koszmary, który wychodziły po opadnięciu kurtyny, kiedy widz szedł do domu zadowolony ze skorzystania z czegoś co go ubogaci. Piszę miał, bo od kilku lat, w związku z falą doniesień o przemocy psychicznej i fizycznej, niszczenia godności ludzkiej, molestowania i agresji szeroko pojętej, sytuacja się zmienia na lepsze, poprzez zmianę standardów, zachowań, zmian personalnych w szkołach teatralnych i w teatrach. Wszystko wymaga jednak czasu i konsekwencji, niestety krzywd wyrządzonych i utraty zdrowia nikt już nie naprawi i nie zwróci.

„Teatr. Rodzina patologiczna” to bardzo przygnębiający i głęboko poruszający reportaż, w którym Iga Dzieciuchowicz z chirurgiczną precyzją odsłania oblicza przemocy w polskim teatrze. W oparciu o informacje (z rozmów z ofiarami oraz szerszej analizy środowiskowych mechanizmów milczenia), autorka, tworzy obraz instytucji, która zbyt często zamiast być przestrzenią sztuki i wolności, stała się miejscem nadużyć, manipulacji i łamania godności człowieka i przekraczania jego granic psychicznych i fizycznych. To książka, która nie daje spokoju, pokazuje kolejne oblicze zła, które dzieje się tam, gdzie wydawałoby się nie powinno mieć miejsca. Pokazuje, że ludzie mają tendencję do wykorzystywania władzy, albo wręcz jej nadużywania. Uderza jak obuchem przypominając, że zło dzieje się każdego dnia, w czasach pokoju, prosperity, i nie trzeba jakiś wyjątkowo niekorzystnych okoliczności, które to zło potęgują, np. wojna, co tym bardziej poraża. 
Autorka pokazała, że przemoc w polskiej kulturze, m.in. w teatrze, była rozlana na różne instytucje i obszary. Ta przemoc trwała dekady i zaczynała się już w szkołach teatralnych, gdzie często po nieprzyjemnych egzaminach i przyjęciu dostawało się ćwiczenie ze „szkoły przetrwania” od starszych roczników, która nie rzadko kończyła się rezygnacją lub załamaniem nerwowym lub wyczerpaniem fizycznym.  Po szczęśliwym jej ukończeniu wpadało się w „objęcia” teatrów, w których różni wielcy dyrektorzy i reżyserzy pokazywali im realizm codziennej pracy na deskach swojego przybytku wysokiej kultury i sztuki. Ci wielcy i głośni w mediach okazywali się niebezpiecznymi przemocowcami i mobberami. 

Autorka unaocznia przypadki mobbingu, i wszelkich nadużyć władzy, ale opisuje dokładnie mechanizmy ich wyciszania, czyli typowo jak w rodzinach przemocowych - "tylko nie mów nikomu z zewnątrz...", wszystko co dotyczy rodziny zostaje w domu. Aż przychodzi moment przelania czary goryczy, kropli, która przechyla szalę, w tym przypadku wydaje się, że to było "nowe pokolenie", które nie godziło się na takie traktowanie. Ruszyła lawina, która wymusiła zmiany od dołu do góry.

"Jednocześnie pewne rzeczy, według naszych norm, uznaje się za nieprzyzwoite, o tym, że ktoś - a  szczególnie autorytet lub osoba, która stoi wyżej w hierarchii władzy - robi coś złego." (str. 78) Przecież na tym polega ponoć aktorstwo.

Autorka oddała głos wszystkich aktorom dramatu, pokazała źródła i strumienie zła, które krąży i zalewa to środowisko. Zrobiła to bardzo kompleksowo, chociaż jak sama napisała, chcąc zmieścić całą skalę nieprawidłowości w tym środowisko powstałaby książka dwa razy grubsza. "Trzeba pamiętać, że przemoc jest zaraźliwa, pozostawia w nas niezatarte ślady. Każda z nas jej doznała, w szkole czy poza nią. (str. 82) "Tradycja mistrzowska to jest jedno wielkie zło. Można zrobić z ludzi maszyny, które świetnie wykonują twoje wizje, i mieć dzięki temu międzynarodowy sukces. I potem, na swój sposób trochę go modyfikując, powielasz ten system. I ja mam do siebie pretensje, muszę to z siebie cały czas wypleniać." (str. 327) Ta książka to potężne uderzenie, nie tylko dlatego, że opisuje przerażające zachowania w świecie, który zwykliśmy romantyzować, ale także dlatego w jaki sposób to pokazuje. Czytając miałam wrażenie napięcia i niepokoju, które choć niewidoczne burzyło spokój, wyciskało łzy, nawiązywało do innych okrutnych historii. Autorka oddając przestrzeń bohaterom tego dramatu sprawiła, że mierzyłam się z historiami bez zbędnego komentarza, co dodatkowo wzmacniało ich autentyzm, a mój smutek. "Powoli do siebie dochodzę. Szkoła odbiera poczucie wartości. Byłam na terapii już w trakcie studiów, chyba znów wrócę, by odnaleźć siebie sprzed lat." (str. 93)

Od początku opisane zdarzenia robią wrażenie. Tradycje fuksówki, przypominają słusznie minioną falę w wojsku, nadużywanie pozycji przez wykładowców i reżyserów przenoszą w miejsca autorytarnej władzy, zachowania i atmosfera ukrywania występków w niektórych zespołach teatralnych przypomina mechanizmy sekt, a już usprawiedliwiane tych patologii hasłem „tak się robi teatr” uderza obuchem najgorszych wspomnień. 
Ciekawą informację, na którą jeden z bohaterów zwrócił uwagę, było to, że pedagodzy w polskich szkołach aktorskich nie uczą się nowych metod i narzędzi potrzebnych kolejnym rocznikom, jednocześnie uważając się za nieomylnych, wszystko wiedzących i przekonanych o swojej wielkiej wartości. A kiedy to tych elementów dodamy wybujałe ego to nie dziwne, że dzieją się rzeczy niemiłe. 

Książka realnie zmieniła moje myślenie o pracy w instytucjach kultury, o granicach w relacjach zawodowych i o odpowiedzialności środowiska. Autorka nie tylko zebrała nadużycia, ale także oddała głos pokoleniu, które coraz wyraźniej mówi "nie" takim zachowaniom. To reportaż niezwykle aktualny i potrzebny, nie tylko środowisku na którym się skupia, lecz dla wszystkich zainteresowanych funkcjonowaniem wszelakich instytucji, zagadnieniami przemocy czy dynamiką władzy. To mechanizm wiecznie żywy, a pozostawiony bez kontroli zatacza szerokie kręgi przemocy. "Czy przemoc kryje się za wielkim, narcystycznym ego artystów, których działania dobrze ukrywa anachroniczny system? A może aktorzy aktorzy po prostu sami chcą, by brutalnymi metodami wydobyć z nich jak najwięcej?" (str. 358)
„Teatr. Rodzina patologiczna” dotyka tematów, o których zbyt długo milczano. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto wierzy, że sztuka nie może powstawać kosztem ludzkiej godności.

Hiroszima. Najważniejszy reportaż XX wieku - John Hersey

 

„Hiroszima” Herseya, zwłaszcza w pierwszym rozdziale nie była dla mnie łatwa w odbiorze po pierwsze dlatego, że autor starał się oddać dramat mieszkańców Hiroszimy w chwili wybuchu i w godzinach po nim, czemu towarzyszyły różnorakie emocje, ale także z powodu wielu postaci dramatu i miejsc i tempa. Poza tą trudnością czytelniczą to książka była dla mnie ważna, bo to jedna z tych lektur, które w relacjach o wojnie odwracają spojrzenie świata od technologii bomby na losy ludzi znajdujących się w jej centrum. To książka, która może być kanwą do rozmowy na wielu płaszczyznach: na poziomie emocji, przesłania, bohaterów oraz współczesnego znaczenia. Jak na ówczesne sobie czasy autor zrobił coś pionierskiego, bo zamiast analizować parametry broni czy militarne kalkulacje, zachwycać się "dokonaniem" USA, oddał głos zwykłym mieszkańcom zaatakowanego miasta: lekarzom, zakonnicy, księdzu, urzędnikom i robotnikom. W jego ujęciu broń atomowa przestaje być abstrakcyjną teorią, a staje się konkretnym, dotkliwym ludzkim cierpieniem. 
Myślę, że warto dodać, iż we wstępie polskiego wydania profesor Michał Choiński dodatkowo uporządkował kontekst historyczny i literacki reportażu, a także podkreślił jego cywilizacyjne znaczenie. Odwołał się przy tym do słów Alberta Einsteina, który przestrzegał, że ludzkość po zrzuceniu bomb atomowych weszła w nową epokę, w której technologia wyprzedziła moralność, zaś obowiązek refleksji stał się ważniejszy niż kiedykolwiek. Słowa wielkiego fizyka wprowadziły niejako ton namysłu i refleksji nad całą lekturą. Niestety jak widzimy namysł i rozwaga są obce decydentom, nadal decydują się na wojny, które dotykają przede wszystkim zwykłych obywateli atakowanego kraju i atakującego. Zatem książka ważna, ale odkąd człowiek zszedł z drzewa jego zachowania niewiele się zmieniły, a rozwój technologii to tylko lepsze maczugi i kamienie.

Prostą myślą o tym co się wydarzyło, która osobiście mocniej mnie dotknęła, była Sasaki-san jednej z bohaterek, "... zbyt wiele uwagi poświęca się bombie atomowej, a zbyt mało złu, jakim jest sama wojna. (...) że to właśnie lekko kontuzjowani hibakusha i żądni władzy politycy koncentrują się na broni jądrowej, milczeniem pomijając kwestię, że wojna krzywdziła zarówno Japończyków, którzy stali się ofiarami eksplozji atomowych i masowych nalotów, chińskich cywilów, na których napadli Japończycy, wzbraniających się japońskich i amerykańskich poborowych, których wysłano na śmierć lub kalectwo, (...)" (str. 193) (hibakusha - słowo oznacza osobę będącą ofiarą eksplozji bomby atomowej, będącym swoistym rodzajem stygmatyzacji ofiar).

Książka mnie poruszyła, a choć napisana chłodnym, reporterskim językiem to ujawnia poczucie bezsilności wobec ogromu cierpienia zwykłych ludzi, którzy znaleźli się w sytuacji całkowitego zawodu ze strony państwa i systemu. Pojawiała się też złość na sposób, w jaki propaganda i polityka informacyjna zaciemniały prawdziwy obraz tragedii. Natomiast bardzo ważne były świadectwa bohaterów, którzy w prosty sposób, spokojnie, bez patosu opowiadali swoje uczestnictwo w tej historii. I co ciekawe, empatia wobec nich nie dotyczyła, w moim przypadku, wyłącznie dnia wybuchu, lecz kolejnych dekad życia naznaczonego chorobami, ubóstwem czy stygmatyzacją. Książka wzbudziła, nie po raz pierwszy, niepokój, bo pokazała na "żywym organizmie", że wojna to nie gra komputerowa, tylko realne cierpienie ogromu ludzi.

Wspomniałam już o bohaterach, zatem kilka słów o każdej i każdym z nich:
 Dr Terufumi Sasaki, młody lekarz pracujący bez wytchnienia w prowizorycznych warunkach, całe życie próbował zrozumieć konsekwencje tego, co widział. Pani Hatsuyo Nakamura, wdowa z trójką dzieci, która w moim odczuciu symbolizuje także najbezbronniejszych bohaterów, którzy musieli przetrwać, mimo że stracili wszystko. Ojciec Wilhelm Kleinsorge, niemiecki jezuita, który ostatecznie został obywatelem Japonii, przez lata zmagał się z ciałem wyniszczonym przez promieniowanie, stając się żywym świadectwem konsekwencji wybuchu. Dr Masakuzu Fujii, mimo że odzyskał pozycję, zmagał się z wieloma osobistymi problemami. Pani Toshiko Sasaki, późniejsza siostra Dominique, która od pracowniczki firmy przeszła duchową przemianę, zamieniając traumę w służbę innym. Pastor Kiyoshi Tanimoto starał się nagłośnić losy ocalonych, choć jego działalność i wystąpienia w USA wywoływały kontrowersje. Ich historia nadają tej tragedii indywidualny wymiar, tworząc przy okazji wieloperspektywiczny obraz jednego miasta.

Autor pokazał jak narracja polityczna próbowała zdominować opowieść o tragedii. Stany Zjednoczone koncentrowały się na technicznym „sukcesie”, zwycięstwie i zakończeniu wojny, często pomijając ogrom cierpienia cywilów. Japońskie władze były sparaliżowane chaosem administracyjnym, brakiem planów ewakuacji i brakiem pomocy medycznej, a później także próbami kontrolowania obrazu tego, co się wydarzyło. W efekcie tragedia miała nie tylko wymiar ludzki, lecz również polityczny i komunikacyjny. Książka wyraźnie ujawniła także ogrom braku systemowego wsparcia przez brak wiedzy o chorobie popromiennej, minimalne odszkodowania, stygmatyzację ocalałych i ich wieloletnią walkę z chorobami oraz samotnością. Losy tych osób przez długi czas były niemal niewidoczne dla światowej opinii publicznej.

Niestety książka pozostaje aktualna do dziś z kilku powodów. Po pierwsze wojna nuklearna nie należy wyłącznie do historii i wciąż stanowi realne zagrożenie. Lektura Herseya przypomina, że za każdą wojną stoją ludzie, nie abstrakcyjne liczby/statystyki. Jednocześnie jest to opowieść o próbie dehumanizacji i o tym, jak łatwo narracja technologiczna dominowała i dominuje nad losem ofiar. Ciągle wiele współczesnych kryzysów: konfliktów, katastrof technologicznych, kryzysów humanitarnych, opowiadanych jest najpierw w kategoriach geopolityki, a dopiero później w wymiarze ludzkim. Książka pokazuje również długofalowe, niewidoczne konsekwencje katastrofy: choroby, traumy, ubóstwa, społecznego wykluczenia, zniszczenia otoczenia. To również ważny tekst o odpowiedzialności informacyjnej i o tym, jak państwa kreują obraz wydarzeń i jak łatwo jest sterować pamięcią zbiorową, jest to tym bardziej niebezpieczne dzisiaj w dobie AI i fakenews.

czwartek, 19 marca 2026

Jak nakarmić dyktatora - Witold Szabłowski


Każdy potrzebuje jeść, żeby prawidłowo funkcjonować, ale nie każdego dieta jest interesująca na tyle, aby pisać o tym książki. Niemniej w przypadku osób znanych to zainteresowanie rośnie i ma ono różne podłoże. Jeśli zaś chodzi o  książkę Witolda Szabłowskiego o karmieniu dyktatorów, moje zainteresowanie skupiło się na tym kim byli ludzie, którzy zostali kucharzami dyktatorów, jaka była ich droga życia przed i po tej misji. Jak sobie radzili z tym co ich pracodawcy czynili względem społeczeństwa, jeśli w ogóle mieli jakieś prywatne refleksje. Intrygowało mnie również jak autor dotarł do tych osób.

"Jak nakarmić dyktatora" to spojrzenie na byłych despotów i pogromców swoich współmieszkańców, przez pryzmat tego czym się żywili i jak to czynili, zwłaszcza wówczas kiedy poobarażani na inne kraje zamykali granice, a wtedy zabrakło żywności dla obywateli, jak sami sobie radzili? 
Autor podaje nam opowieści jak dania, które zajadali Saddam Husajn, Enver Hodża, Fidel Castro, Idy Amin i Pol Pot. Ta śmietanka krwawych rządów w Iraku, Albanii, Ugandy, Kuby i Kambodży miała się kulinarnie całkiem nieźle w porównaniu z tym co zafundowali swoim współmieszkańcom. Pozwalali sobie na dania wysublimowane, dietetyczne, ekskluzywne, wymyślne, a czasem trzeba było ich pilnować, żeby regularnie się odżywiali. W tych opowieściach znajdziemy również ich ulubione dania i nieco przepisów.

Z zaciekawieniem i uwagą wczytywałam się w losy ludzi, którzy zostali kucharzami, każdy z nich miał inne losy, czasami "przechodzili" z rąk do rąk, czasami byli "wyciągani" z hoteli, czasami z domowych kuchni. Ta opowieść pokazuje różnorakie mechanizmy pracy, powiązań i wpływania na ludzi. Książka ciekawa, złożona, wielowarstwowa. Opowiada o emocjach, oddaniu "misji", albo nawet służbie często bardzo trudnej i niebezpiecznej i o konsekwencjach stanowiska, tak dyktatorów jak i kucharzy. 

Oczywiście jak to u Szabłowskiego sami mamy wyciągnąć wnioski i dokonać oceny i/lub refleksji.

wtorek, 17 marca 2026

Nie dopytuj się. Historie z Bieszczadów. O kobietach, lesie i wężu w dolinie Sanu - Anna Kamińska

 

Anna Kamińska to jedna z moich ulubionych pisarek. Tym razem zagłębiłam się w jej książkę "Nie dopytuj się. Historie z Bieszczadów. O kobietach, lesie i wężu w dolinie Sanu", w której zabiera nas w ciekawą podróż do tajemniczego, doświadczonego i jeszcze spokojnego regionu Polski, rzecz jasna w Bieszczady. Nie byłam tam już bardzo dawno, a ta książka wzmogła chęć powrotu w te strony. Autorka, znana z wnikliwych i poruszających biografii, tym razem skupia się na historiach kobiet, które związały swoje życie z tym surowym, i zarazem magicznym miejscem.

Autorka stworzyła Bieszczady kobiece, w których natura przeplata się z ludzkimi losami. Jej bohaterki są silne, niezależne, pełne pasji, ale też nie pozbawione doświadczeń życiowych, bo ich historie są często trudne, pełne bólu i samotności. Przyjechały z dużych miast, szukając ciszy, spokoju, prawdziwych relacji. Widzimy Bieszczady oczami Zofii Komedowej, Marii Kownackiej, Joanny Hasior oraz tych którzy tam byli, przyjęli ich, wsparli, pomagali oswoić, ale też czerpali od nich inspiracje i pomysły. To opowieść o miłości do miejsca, które stało się ich domem na długi czas lub do końca.

Anna Kamińska połączyła opowieści o ludziach z historią regionu doświadczonego przez wichry historii, decydentów i twórców różnych inżynierii społecznych, wskutek których ucierpiało tak wielu ludzi. Pokazała współczesne Bieszczady i ich wpływ na codzienne życie mieszkańców. Ale ta opowieść miała też wymiar symboliczny, bo pokazywała refleksję nad naturą, samotnością i poszukiwaniem swojego miejsca na ziemi. Autorce udało się uchwycić ulotne momenty, emocje i relacje międzyludzkie, które jak echo niosą się dalej i dłużej.

"Nie dopytuj się. Historie z Bieszczadów. O kobietach, lesie i wężu w dolinie Sanu" to książka dla  miłośników reportażu, Bieszczad, ale także historii o ludziach, którzy zdecydowali się żyć na obrzeżach, w tym przypadku Polski. Bardzo mnie wciągnęła i pozwoliła przenieść się w ten cichy zakątek mojego kraju.

Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu - Jakub Bączykowski

 

To druga książka tego autora, którą przeczytałam, chociaż może nieco bardziej  podobała mi się "Zadzwoń, jak dojedziesz", niemniej ta także objęła mnie swoją atmosferą. Autor napisał obie książki tak, że zapadły mi w pamięć, zdecydowanie umie dobrać tematykę, wyraziście nakreślić postaci, miejsca i wydarzenia. Dodatkowo autor, w mojej opinii wykazuje się dużą dozą wrażliwego podejścia do ludzkich emocji.

Niemniej przechodząc już do „Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu” to historia małżeństwa, które, chociaż wkroczyło już w fazę rutyny, nadal darzy się głębokim uczuciem. Choć miłość nie jest już tak oczywista i widoczna jak na początku związku, bohaterowie wciąż się o siebie troszczą i wspierają. Para stara się znaleźć dla siebie czas, chociaż pewne wydarzenia z przeszłości rzucają ich w różne wiry "pomagające" przysypać cierpienia i niezagojone "rany" duszy. Autor pokazuje, jak codzienność może wpływać na relacje, ale też jak ważne jest pielęgnowanie więzi właśnie pomimo upływu czasu i trudnych chwil. Jego bohaterowie są niezwykle autentyczni, zaś ich rozterki, drobne radości i trudne wybory sprawiają, że mogłam się z nimi zidentyfikować.

To tyle na poziomie ogółu, jeśli chodzi o szczegóły, to autor wprowadza czytelnika w sytuację nagłego odejścia jednego z małżonków. Czyni to w bardzo symbolicznym momencie jednego z nich. Twórca książki prowadzi czytelnika przez wszystkie etapy straty, bólu i żałoby, a czyni to bardzo namacalnie, do momentu "powrotu" do codziennego funkcjonowania, kiedy nie tylko trzeba wrócić do pracy, ale także do domu, który wymaga fizycznej troski, do spraw rachunków, zakupów i tych dziesiątek codziennych "drobnostek", ale teraz trzeba liczyć tylko na siebie. Na każdym etapie "osierocona" postać wspomina ta drugą, dzięki czemu poznajemy historię ich związku, ich wzloty i upadki, ich szczęśliwie i trudne chwile. Bardzo to było zwyczajne i zapewne wielu bliskie.

Przy okazji tych wspomnień dostajemy sporo ciekawych przemyśleń, choćby takich, że marnujemy dużo czasu na rzeczy błahe, że nie doceniamy drobnych gestów od tej drugiej osoby, że gonimy za czymś co jest bardzo ulotne, ale daje nam poczucie "plasterka" emocjonalnego tu i teraz. Mamy też bardzo ważny wątek ekologiczny, dążenie do znalezienia swojego miejsca w tym świecie i czerpnia z niego radości. Mamy wątek psa, który staje się katalizatorem i pocieszycielem w chwilach trudnych. Dodatkowo autor pokazuje też ważną rolę więzi społecznych tych bliskich i dalszych. 

Podsumowując to książka pełna refleksji, smutków, ale też nadziei, potrafiła wycisnąć łzy, ale też dodać otuchy. Autorowi udało się stworzyć poruszającą opowieść o miłości, która pomimo straty nie przemija. Zdecydowanie polecam tę lekturę, skłania do zastanowienia się nad własnymi relacjami i tym, co naprawdę ważne w życiu.