Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DKK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DKK. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 grudnia 2025

Osobliwe szczęście Arthura Peppera - Phaedra Patrick


"Arthur Pepper ma 69 lat i wiedzie proste życie. Każdego dnia wstaje dokładnie o 7:30, ubiera się w przygotowane wcześniej rzeczy – koniecznie w musztardową kamizelkę – tak jak robił to za życia swojej żony, Miriam. I idzie podlać paprotkę, Fredericę, z którą zaczął rozmawiać po tym, jak Miriam umarła. Czyli rok temu." Tyle jeśli chodzi o skrót fabuły, przynajmniej w jej pierwszym akcie. Pod wpływem nalegań syna i delikatnych sugestii córki, Arthur zaczyna robić porządki w rzeczach Miriam podczas których znajduje ciekawą, a nawet można by rzec tajemniczą bransoletkę z przywieszkami, której nie widział u żony przez 40 lat trwania ich małżeństwa. To znalezisko uruchamia szereg zdarzeń, które będą zaskakujące przede wszystkim dla głównego bohatera. Osiadłe, spokojne, rutynowe życie wywraca, jak na siebie, do góry nogami, i rozpoczyna podróż śladami swojej żony kiedy jeszcze nie byli małżeństwem, a które było dla niego nieznane, choćby dlatego, że żona o nim nie opowiadała, a on nie pytał.

To jest przyjemna opowiastka o miłości, stracie i tęsknocie. Być może nieco naiwny obrazek przemiany introwertycznego mężczyzny na emeryturze w odkrywcę i ekstrawertyka otwartego na różnorodność świata i ludzi. To opis przemiany relacji w rodzinie pod wpływem zmiany, która zaszła w ojcu. To też zabawne, może czasem niezbyt wiarygodne historie i wydarzenia, może nawet zbyt idealistyczne zachowania niektórych uczestników tej historii. Raczej nie była to dla mnie "ważna" książka, bo właśnie wydała mi się trochę naiwna w swoim przesłaniu, z powtórzeniami, czy rozmyślaniami, które niepotrzebnie przedłużały niektóre akapity. Niemniej z drugiej strony była to lektura przyjemna zwłaszcza na czas świąteczny, łagodna, na swój sposób nostalgiczna, refleksyjna i pozytywna w swoim przesłaniu. Czyta się ją chwilę, bo wciąga w wir rozmyślań i zwariowanych przygód Arthura, pobudziła moją wyobraźnię i pozwoliła przenieść się w miejsca, w których już dawno nie byłam. Niesie też pozytywną energię i pozwala na reset pomiędzy poważniejszymi lekturami. Można o niej powiedzieć, że jest ciepła, przytulna i dobra na poprawę humoru:)

piątek, 5 września 2025

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield


W tej książce wrze od tajemnic, dziwnych zdarzeń, trudnych, żeby nie powiedzieć patologicznych relacji oraz zaskakujących splotów ludzkich losów. 

Autorka zbudowała opowieść o relacjach niezwykle silnych, wręcz niszczących, zabijających ciało i duszę, można by rzec tak biskich, że aż duszących i dusznych, nie pozwalających na radość z bycia z drugim człowiekiem. Dodatkowo pokazaną w książce specyficzną formą tej bliskości i zależności w relacji była ta pomiędzy bliźniaczkami. Zresztą w książce jest mnóstwo historii o nieudanych związkach, relacjach i stosunkach pomiędzy ludźmi. Ogólnie dla mnie "Trzynasta opowieść" spowita jest mrokiem, smutkiem, tęsknotami, zależnościami, przyzwyczajeniami i strachem. Mnóstwo w niej meandrów, niedopowiedzeń, z pozoru niepotrzebnych detali, które jednak mają swoje znaczenie dla całości. Ta zawiła opowieść, czasami męcząca i naszpikowana mocno oryginalnymi zachowaniami co poniektórych bohaterów, zawoalowana niedopowiedzeniami odsłania się po woli, aby wyjaśnić wszystko w końcowych tonach książki. 

Jeśli chodzi o bohaterkę opowieści, Vidę Winter, której losy spisywała młoda księgarka Margaret Lea, to mogłabym rzec, że jest to postać "mieszanka" powstała z różnych znanych pisarzy, celebrytów, gwiazd czy gwiazdek. Tworzy wokół siebie aurę tajemniczości poprzez podrzucanie coraz to nowych faktów ze swojego życia, po czym dementowanie ich i podrzucanie kolejnych, tak aby powiedzieć dużo, ale ciągle utrzymywać zainteresowanie swoją osobą i pisanymi książkami, które wydawała co roku przez kilkadziesiąt lat. To zapewne trzeba umieć, a ona była w tym wyśmienita. Zaciekawiała, przyciągała, omamiała, aby kolejnym razem wytrącić pewność co do przekazanych informacji, bo znowu karmić nowymi historiami "ze swojego życia". Jej prawdziwą historię poznajemy kiedy żyje już tylko resztkami sił.

Przeczytawszy "Trzynastą opowieść" mam mieszane uczucia, bo choć dotrwałam do końca, a niektóre części tej opowieści podobały mi się to były też takie, które wytrąciły mnie z przyjemności czytania, nie żebym była zszokowana zachowaniami bohaterów, ale raczej zawiłościami i nagromadzeniem dziwności w ich losach. Zatem to nie był zmarnowany czas, ale też nie było zachwytu.

poniedziałek, 12 maja 2025

Wszystko za życie - Jon Krakauer

 
Książka przeczytana na potrzeby DKK stała się doskonałą kanwą do wielowątkowej dyskusji. Jon Krakauer nawiązując do historii Chrisa McCandless'a oraz wplatając w nią wątki własne i pomniejszych śmiałków ekstremalnych wypraw stworzył pole do rozmyślań, odniesień, a nawet oceny zachowań. Choć nie czytało się tej opowieści łatwo, bo czasem zbaczała na mielizny, to przyznaję, że dała pożywkę do dobrego połowu rozmyślań.
Kilkanaście lat temu obejrzałam film oparty na wycinku z życia Chrisa McCandless'a, a teraz przypomniałam sobie pewne watki, choć mam wrażenie, że były ciekawsze niż w przesłodzonym filmie. Autor jakby nie patrzeć pokazał McCandless'a jako postać nieoczywistą, poszukującą, odkrywającą i wzrastającą do dojrzałości swoich decyzji i przemyśleń. Można było nie zgadzać się z jego decyzjami, ale warto było obserwować jego upór w odkrywaniu innych wartości niż wpinanie się po drabinie społecznej i wirowanie w wszechpanującym konsumpcjonizmie, który w USA wydaje się być "religią narodową", jedyną strategią rozwoju państwa i życia obywateli. 

Autor pokazał bohatera w szerokim obiektywie, dostajemy jego dzieciństwo, możliwości, perspektywy, podejście do obowiązku, rodziny, zapatrzenie w ideały i idee. Widzimy chłopaka, któremu nagle zawalił się pomnik spiżowego ojca, wynoszącego się na szczyty hipokryzji i mocne konsekwencje z nią związane. Widzimy jak Chris zbierał te wszystkie żale, kłamstwa i z jaka siłą to wybuchło, a raczej odwróciło go od rodziny. Podobne losy były udziałem autora, może dlatego umiał patrzeć na szeroko na działania swojego bohatera, nie wrzucił go do jednej szufladki - szaleńca, nieodpowiedzialnego, nieczułego - ale poszukującego, otwartego, życzliwego i pomocnego, acz konsekwentnego i asertywnego. Ciekawie opisywał drogę Chrisa, szukał świadków, zbierał skrawki danych i informacji, podążał czasami wąskimi dróżkami, zacierającymi się, a czasami wręcz gubiącymi się szlakami, aby odnaleźć się znowu po jakimś czasie.

Dociekliwość autora pozwoliła stworzyć opowieść, która otworzyła różne furtki do dyskusji, motywowała do spojrzenia na innych i na siebie pod różnym kątem. Może nie porywa w czytaniu, ale zapada w pamięci.

niedziela, 30 marca 2025

Veronica i pingwiny - Hazel Prior

 

Autorka od pierwszych stron wciągnęła mnie w swoją książkę, przekonała fabułą, przeniosła do odległej krainy dosłownie i w przenośni. Powieść pasuje do kominka, pledu i filiżanki kawy lub herbaty. Jest w niej radość, smutek, wspomnienia, przygoda i tematy do przemyśleń, refleksji, a może nawet wyciągania wniosków. Nie nudziłam się ani przez chwilę, może w nielicznych miejscach wydała mi się nieco naiwna lub nierealistyczna, ale nie umniejszyło to całości. 

Od pierwszych stron polubiłam główną bohaterkę, z jej stanowczymi choć czasami zmiennymi decyzjami, poważną, nieco apodyktyczną, twardo stąpającą po ziemi, dziarską i pełną energii starszą panią. Pozazdrościłam Veronice siły i wytrwałości, z którymi podejmowała decyzje i wykonywała swoje postanowienia, nie czekając na "kiedyś", podjęte plany realizowała najszybciej jak się dało. Pozostali bohaterowie, każdy na swój sposób, to ciekawi i sympatyczni ludzie, mający coś do zaoferowania czytelnikowi. A tytułowe pingwiny (Adeli) to bez dwóch zdań godni szerokiej uwagi mieszkańcy Antarktyki.

Autorka prowadzi nas dwoma warstwami opowieści, tej aktualnej, kiedy to Veronica McCreedy działa, bo chce jeszcze załatwić ważne sprawy, nie zostawiać nieuporządkowanych obszarów po sobie, oraz tej z młodzieńczych lat bohaterki, jej losów wojennych i dalszych. Dzięki dziennikowi, który czyta jej odnaleziony wnuk, dowiadujemy się, dlaczego stała się twarda i cyniczna, dlaczego nie potrzebuje ludzi i ich bliskości, dlaczego nie uroniła przez większość życia ani jednej łzy i nie dała się "złamać" słabościom. Veronica "kupiła" mnie swoim podejściem do natury, szacunkiem do otaczającej ją przestrzeni, dbałości nie tylko o swój prywatny kawałek, ale patrzenia szerzej. Przypomniała mi jak bardzo lubiłam oglądać programy przyrodnicze Davida Attenborought czy Michała Sumińskiego. 

Autorka swoimi postaciami pokazała, że nie ma co oceniać człowieka po pierwszych słowach i wstępnym zachowaniu, bo większość ukazuje swoje prawdziwe "ja" dopiero przy bliższym kontakcie. Ludzie z powodu różnych przeżyć przywdziewają rożne maski, które w wyniku pewnych okoliczność czy sprzyjających zdarzeń opadają i ukazują ich przyjemniejsze strony. 

Nie będę nawet pokrótce przybliżać fabuły, bo naprawdę warto przeczytać samemu. Namawiam i polecam wyruszyć w podróż życia Veronicy McCreedy.

czwartek, 26 grudnia 2024

Zaświaty. Opowieści o nieprzemijaniu - Krzysztof Fedorowicz

 

Przeczytałam dość sprawnie, chociaż gubiłam się w wątkach, czasach i bohaterach, nie było mi łatwo odnaleźć się w zasadzkach, które zastawił na mnie autor. Jego bohaterowie to pojawiali się to znikali, by znowu powrócić w czasach współczesnych, tak jak rekordzista 227-latek. To nie jedyne niespodzianki, nie zrozumiałam też opisów erotycznych zbliżeń małżonków, które nie do końca wiem z czym korespondowały i z czym je miałam powiązać. Uwalniając wyobraźnię można było doznać zdziwienia, a bardziej dosadnie uśmiać się z niedorzeczności działań... Swoją drogą opisy erotycznych achów i ochów dotyczyły kobiet, ich wyglądu, doznań z nimi związanych, niemniej w realnym życiu już nie było o nich mowy, były w wizjach, wyobrażeniach, marzeniach, przy spełnianiu zachcianek, ale w codzienności co najwyżej stanowiły rozmyte tło, albo obiekty tortur za obsesje mężczyzn.

Zabrałam się z apetytem za jej czytanie, zwłaszcza zachęcona przez krótkie opinie na okładkach, bo wino, bo polsko-śląsko-niemiecka historia w tle, bo arkana sztuki winiarskiej, i ups... Dostałam opisy różnych męskich historii, tworzących na przestrzeni wieków winnice, nadzorujących zbiory, potem proces fermentacji, butelkowania, przechowywania, sprzedawania. I choć tego oczekiwałam, to jednak miałam wrażenie, że tej kaskadowej opowieści o winiarstwie było najmniej. Najwięcej było kwiecistych skoków w bok, dygresji, "marginesów", przeplatanek, które zamazywały wątek winiarski. Dużo różnych różności, czasem tak zaskakujących, że nawet trudno to ogarnąć. Przeszkadzał mi w tej książce chaos, bo dotyczył nie tylko czasów, wątków, bohaterów, ale też języka i jakby oderwanych od treści zdjęć. Autor używa nader często języka niemieckiego, nie tłumacząc i nie odsyłając do polskich odpowiedników. Wplata pieśni/poezje, czy dziennik, które w mojej opinii tylko komplikują i tak już poplątaną treść.

Co zatem napisać w podsumowaniu? - Szkoda, bo miałam chęć na ciekawą lekturę o polskim winiarstwie, a dostałam szaleństwo formy i przerost formy nad treścią. Gdyby autor skupił się na poprowadzeniu prostych wątków mogłaby to być dobra książka, niestety popłynął, zbyt dużo pobocznych wątków, które zasłoniły clou. Szkoda, bo nie nasyciłam apetytu czytelniczego, nie wciągnęłam się, nie popłynęłam za wymysłami autora.

środa, 28 sierpnia 2024

Krótko i szczęśliwie. Historie późnych miłości - Agata Romaniuk

 

" Życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, co ci się trafi." ten cytat z książki Winstona Groom'a, "Forrest Gump", bardzo pasuje do zawartych przez autorkę opowieści w książce "Krótko i szczęśliwie". Znalazło się w niej 11 historii o miłości, tych ostatnich, o których zazwyczaj się nie mówi, albo nie dopuszcza się ich do głosu, a czasami wręcz zabrania. Te opisane przez Agatę Romaniuk są piękne, czułe, pełne czaru, uroku, choć bardzo różne i różnorodne. To opowieści ludzi o ich przeżyciach i uczuciu, które dosłownie dopadło ich niespodziewanie, najczęściej w drugiej połowie życia. Wszystkie wzruszające, poruszające czułe struny, czasem zabawne, czasem smutne, albo gorzkie, ale bardzo zaskakujące, nietuzinkowe i czarowne. Niektóre mają posmak scenariusza filmowego, inne niby zwyczajne, rodem z podwórka, albo z "pola" najnowszej wojny w Europie.

Każdy rozdział to inna historia i konwencja przedstawienia bohaterów i ich losów, ale wszystkie piękne i ciekawe. Przeczytamy o Staszku zakochanym w chorującej na alzheimera Marii, o niezwykłym trójkącie miłosnym, o Millie, Joe i kotce. Poznamy niezwykłą historię Dziewczyny i Dróżnika, nietuzinkową o Tadeuszu i Haniach, dalszy ciąg przerwanej miłości Janki i Romana. Być może zaskoczy nas opowieść o Wiesławie z Iławy, czy braciach bliźniakach i ich miłościach. Powzruszamy się opowieścią o Marianie i jego sąsiadce Elżbiecie, czy o Lubo i Dmytro muzykach z kijowskiej operetki, którzy wraz z kotem uciekali przed wojną, której nie chcieli. Zakończymy zaś historią z pociągu, nieoczekiwaną i zaskakującą.

To lektura, która pokazuje, że miłość nie ma wieku, nie jest zarezerwowana tylko dla młodych, że przybiera różne barwy i wymiar. Bardzo pocieszająca, dająca nadzieję, odkrywająca pewną przemilczaną sferę człowieka. Autorka rozmawiając i słuchając była bardzo uważna i delikatna, umiała wydobyć urok i blask tych opowieści i nadać im subtelny, ale wyrazisty przekaz. Cieszę się, że mogłam zanurzyć się w świat bohaterów Agaty Romaniuk. To była czysta przyjemność.

 

 

Każdy rozdział utrzymany jest w nieco innej konwencji, dopasowanej do jego postaci i ich losów – co, choć może dać się odczuć jako brak spójności, przede wszystkim zapewnia poszczególnym historiom wiarygodność i pewną świeżość.


środa, 17 lipca 2024

Spaleni w ogniu - Jaume Cabre

 

Ta książka ma piękną okładkę, która wprowadza w ciekawy początek, miejscami intrygujący i zagadkowy. Oto mały chłopiec Ismael zostaje opuszczony przez matkę i pozostawiony pod opieką toksycznego ojca, który gnębi syna psychicznie i fizycznie. Mimo nie sprzyjających warunków emocjonalnych i socjalnych chłopiec dorasta i spełnia swoje marzenia o ukończeniu edukacji, dostaje pracę, poznaje dziewczynę, zaczyna zakochiwać się, itd. Dziewczyna jest tajemnicza, nie chce zaprosić go do swojego mieszkania, usprawiedliwiając to trudnymi i jeszcze świeżymi traumami. Zaciekawiona tym wstępem w pewnym momencie wpadłam jednak w jakąś spiralę dziwnych historii i zdarzeń w życiu Ismaela, gdzie surrealizm bawił się z onirycznością w chowanego. Sploty losów Ismaela w różnych miejscach przeplatają się z losami młodego dzika, który toczy ze sobą monolog filozoficzny. Ucieczki, obcy ludzie, przypominanie, zapominanie, lęk, rozważania co warto, a czego nie warto powiedzieć, przed kim odkryć siebie, komu zaufać?

A może to jednak jest opowieść na miarę obecnych czasów, gdzie realizm miesza się ze światem wirtualnym, gdzie człowiek gubi wątki, ma omamy, boi się do końca nie rozumiejąc czego. Może te pourywane historie to już nasza codzienność, ale jesteśmy tak mocno wkręceni w wir światów realno-wirtualnych, że tracimy poczucie bycia w jakimś określonym miejscu? 

Niemniej to nie była łatwa historia do przyswojenia, ale czy wszystko musi być oczywiste i podane prosto na tacy? Okładka niezmiennie zachwyca.

niedziela, 23 czerwca 2024

Rodzina Netanjahu - Joshua Cohen

 

To była dobra lektura do klubu dyskusyjnego, bo opinie i zdania były podzielone co do jej treści, zatem dyskutowaliśmy twórczo. Dla mnie książka była ciekawa tak pod względem treści jak i konstrukcji. Autor zakotwiczył swoją opowieść pod koniec lat pięćdziesiątych, na początku sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Akcja dzieje się w prowincjonalnym miasteczku i uniwersytecie Corbindale, w którym pracuje główny bohater Ruben Blum, historyk i jednocześnie narrator tej książki. Ruben pokazuje czytelnikom zaściankowość tamtych czasów, tego miejsca i zachowań ludzkich. Ruben odmalowuje portret schematycznego myślenia o drugim człowieku, wkładania go do jednej zakładki z konkretną tabliczką, w tym przypadku - Żyd, nie ważne, że bohater czuje się Amerykaninem, mężem i ojcem, historykiem, nie przywiązuje wagi do swoich korzeni, przez innych zawsze najpierw postrzegany jest jako Żyd. Żadne jego starania nie są w stanie tego zmienić," nalepki z napisem" przyklejone zostały mocno. 

Z racji tej nalepki, Blum zostaje postawiony w sytuacji uczestniczenia w komisji, która ma ocenić nowego kandydata na wykładowcę, który jest Żydem, historykiem, specjalizującym się w sytuacji Żydów w średniowiecznej historii Półwyspu Iberyjskiego. Bencjion Netanjahu, bo o nim tu mowa, ma "ciekawe" poglądy na żydowskie cierpienie i to nie tylko w tamtych czasach, ale również te bardziej współczesne. Generalnie jest to człowiek o skrajnie innych poglądach niż Blum, jak się wkrótce okazuje także innych zwyczajach, kulturze i podejściu do innych. Gdyby odrzucić tą plakietkę to po prostu egoista, nacjonalista, pieniacz, a przy okazji niechluj i brudas, mający innych za nic. Jak się dowiadujemy na kolejnych kartkach książki, cała rodzina Netanjahu ma podobnie, ich zachowanie jest odrzucające, a nawet prostackie. Co ciekawe całość swoich zachowań zrzucają na karb innych, którzy ponoć ich niesprawiedliwie traktują i postrzegają. Czyli mamy tutaj klasyczne przerzucanie winy za swoje zachowania na innych i usprawiedliwianie siebie ich kosztem. Wygodne i nieodpowiedzialne. Zadymiarze, prowokatorzy i roszczeniowcy. I tu można byłoby się zatrzymać, bo warto samemu wyrobić sobie opinię o całości książki. Zdecydowanie zachęcam.

Przy okazji opowieść dawała mi pole do popisu, aby pomyśleć o człowieku, który trzyma obecnie władzę w Izraelu, czyli Benjaminie Netanjahu, synu Bencjiona.

Książka pozwala roztrząsać kwestie społeczne, pochodzeniowe, płci, zwyczajów i emocji. Czasami śmieszna, innym razem smutna, miejscami ironiczna, satyryczna, naprawdę dobra do dyskusji.

czwartek, 9 maja 2024

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi - reportaże zebrane

 

"Ojczyzna dobrej jakości. ..." to zbiór reportaży różnych autorów, z różnych lat, traktujących o różnych kwestiach społeczno-kulturowo-historycznych, z różnych okresów czasowych. Poszczególne reportaże są bardzo nierówne, niektóre z nich poruszają, inne smucą, niektóre wywołują wspomnienia, niektóre rozśmieszają. Przeczytałam dwa powracające do historii Białorusi i te dla mnie były szczególnie ciekawe zarówno pod względem informacji jak i stylu narracji.

Białoruś stereotypowo postrzegana jest jako państwo bez historii, języka, kultury, architektury, bo przejęte przez wielką Rosję i obdarzone wszystkim co dla tego państwa charakterystyczne, czyli "narzuceniem" siebie i odarciem innych z ich tożsamości. Niemniej te reportaże pokazują, że Białorusini to zdecydowanie odrębny naród, stłamszony, cichy i pokorny, ale kultywujący odmienne wartości, potrzeby i zachowania. Wszystko po cichu i w sposób nierzucający się w oczy, ale konsekwentnie, krok po kroczku po swojemu. Z reportaży wynika, że nie dotyczy to młodych ludzi "przejętych" przez popkulturę rosyjską. W tych reportażach pokazani byli buntownicy, krzewiciele kultury i historii, ludzie, którzy żyją swoim życiem z dala od zgiełku miejskiego, nisko budżetowo i w zgodzie ze środowiskiem. Wychynęły z nich ciekawość ludzka w stosunku do innych, umiejętność nie wtrącania się w cudze sprawy, ukryta życzliwość i otwartość.

Przeczytałam książkę z ciekawością, bo generalnie warto się nad nią pochylić, bo jest to książka o zwyczajnym życiu ludzi, którzy chcieliby tylko, albo aż,  spokojnie cieszyć się codziennością, mieć zapewnione podstawy bytowania: sprawną i dostępną służbę zdrowia, komunikację publiczną, czyste toalety publiczne, mieszkania, itp. Nie ma w niej wiecznego Łukaszenki, nachalnej polityki, choć oczywiście są konsekwencje jego decyzji i działań, ot zwyczajność, bolączki codzienności, sprawy do załatwienia.

niedziela, 7 kwietnia 2024

Ucieczka niedźwiedzicy - Joanna Bator

 

"Ucieczka Niedźwiedzicy" to zbiór opowiadań, które można czytać jako elementy połączone, albo niezależne byty. Opowiadania są bardzo różne i myślę, że każdy, kto sięgnie po tą książkę znajdzie coś dla siebie. Mnie podobała się większość historii, choć nie udało mi się połapać wszystkich zaplatanych wątków i ludzi. Przydałaby się mapa powiązań bohaterów, którzy raz tu, raz tam pojawiają się, przeplatają losy innych, wpływają na siebie, tudzież są obserwatorami. Często tak mamy w realnym życiu, niespodziewane skrzyżowania dróg są ciągłymi towarzyszami naszych losów.

 W książce Joanny Bator panuje smutek, wynikający z relacji, doświadczeń, przeżyć, albo tęsknota za kimś, za czymś, jakieś poszukiwanie dróg, docieranie do jakichś prawd, historii, wspomnień. Niektórzy odkrywają prawdy, o których nie wiedzieli dopóki coś: człowiek, zdarzenie, los, zdecydował, że czas na jaj ujawnienie. Bohaterowie wychodzą, uciekają, nie wracają, albo zaszywają się w "hotelu Sudety", który jak czarna dziura wciąga nieprzystosowanych i nie oddaje na zewnątrz. Niemało tu wątków z pogranicza realizmu i fantazji, bo oprócz hotelu, swoistej Arki Noego, mamy historię kobiety i żółwia, kobiety nietoperza, kobiety Licha, która wlecze za sobą tajemnicę i nieszczęście.

Autorka w swoich opowiadaniach przypomina swoje poprzednie bohaterki, wątki, sytuacje, łączy, nawiązuje i przypomina. Generalnie myślę, że do tych opowiadań można wracać i przyglądać im się od innej strony, z inną wiedzą, z innymi emocjami. Podsumowując, czytając książkę miałam przyjemność lektury.




Ta literacka magia zupełnie nie sprawdza się za to w „Sadness is a blessing, sadness is a pearl” czy „Batwoman”. Przynajmniej w mojej ocenie. Wy musicie sprawdzić same i sami, bo pomimo kilku słabszych opowiadań po „Ucieczkę niedźwiedzicy” naprawdę warto sięgnąć. Proza Bator potrafi poruszyć emocje. I choć tym razem jest to smutek, z którym zwykle się nie lubimy, to i dla niego dobrze jest czasem znaleźć nieco miejsca. Dać mu z nami pobyć, a potem puścić wolno i zacząć od początku, zostawiając za sobą przeszłość, jak robi to bohaterka ostatniego opowiadania „Tikkun olam” (co, swoją drogą, oznacza po hebrajsku naprawianie czy też doskonalenie świata) w swoim tańcu bez choreografii, prowadzona tylko emocjami i „czuciem”.


sobota, 16 marca 2024

Nasi przyjaciele na wsi - Gary Shteyngart

 

Zaczęła się wciągająco i dobrnęłam do końca wciąż mając nadzieję na coś! Właśnie na coś, co pozwoli mi pojąć po co aż tyle ktoś napisał o czymś co mogło zmieścić się w opowiadaniu? Przeczytałam, ale nie jest to książka, która zostanie ze mną na dłużej, zabrakło w niej jakiejś głębszej refleksji. Jak dla mnie za dużo w niej dłużyzn, niezrozumiałych wątków, niewiele wnoszących zdarzeń. Miałam wrażenie, że oglądam banalny film, podobny do kilku innych, które już ktoś wymyślił i opisał, ale w o wiele ciekawszy sposób i przede wszystkim oryginalny. Upstrzona, przegadana, nafaszerowana seksem i na siłę upchanymi nawiązaniami do czegoś lub do kogoś. Zabarwiona kompleksami imigrantów, którzy choć dorobili się pewnego poziomu życia, sławy, ciągle nie czują się rodowitymi amerykanami, ciągle czują braki mentalne, wracają do swoich przeżyć z przeszłości. Chociaż mogliby cieszyć się tym co mają, wracają do jakiś "upokorzeń", mniej lub bardziej skrywanych słabości do "bajki o amerykańskim sukcesie", który według nich nie spełnił się. Ciągle czegoś oczekują, na coś tęsknie spoglądają, czegoś pożądając jako wciąż niedopełnieni i nienasyceni.

Grupa kilku osób w obliczu pandemii Covid-19 zaszywa się na wsi u właściciela małej osady domków. Właścicielem domków jest autor scenariuszy i książek, a podejmuje ich w imię dawnych lub obecnych powiązań emocjonalnych. Wśród bohaterów mamy osoby pochodzenia hinduskiego, koreańskiego i chińskiego, zaś gospodarze są rosyjsko-żydowskiego. Ludzie zapatrzeni w siebie, skupieni na swoich sukcesach lub w ciągłej pogoni za nimi. Poszukujący sławy, uznania, i ciągłego potwierdzenia swojej sławy. W głębi zaś samotni, bez trwalszych powiązań i związków emocjonalnych. Przywiązani do swoich agentów w strachu, że przestaną dzwonić. Zamykają się w tej oazie spokoju z dobrym jedzeniem, swobodnym życiem w sielskim krajobrazie, odcięci od świata, którym wstrząsają problemy pandemii. Nie docierają do nich wiadomości, bo brakuje zasięgu, żyją jak "u Pana Boga za piecem", nie pomni na kryzysy, kłopoty, strach przed tym co będzie, zażywają przyjemności w każdej możliwej postaci. Słuchają muzyki, snują opowieści, uprawiają seks, wspominają, rozważają. Nie interesuje ich to co obok, bo mają wszystko czego potrzebują, niektórzy są nawet szczęśliwsi niż byli dotąd. Itd...

Książka reklamowana jako opis wydarzeń powiązanych z niedawną pandemią, ale dla mnie tam o niej było najmniej. Niemniej mimo, że ogólnie nie wiele wniosła w moje czytelnicze życie do dyskusji w klubie okazała się doskonała, może właśnie dlatego, że dała się krytykować?!

środa, 31 stycznia 2024

Na poboczu Ameryk. Pieszo z Panamy do Kanady - Ola Synowiec, Arkadiusz Winiatorski

 

To książka, z którą nie chciałam się rozstać, od której dostałam więcej niż oczekiwałam na początku. To opowieść z drogi, która daje ogromne doświadczenia, ale poszerza horyzonty i utwierdza we własnych fizycznych możliwościach. To książka pełna treści o historii i realiach krajów przez które wędrował Arkadiusz, a następnie on i Ola. To odmalowany obraz problemów, frustracji, zła, które ma swoje korzenie w rabunku złóż, ziemi, dóbr, a nawet godności i oczywiście skrajnej niesprawiedliwości. Opisują traumy, które zostały po czasach kolonizacji Hiszpanów, m.in. ludobójstwo ludu Yaqui w Meksyku, grabieżcze polityki skorumpowanych miejscowych i bogatych Amerykanów, którzy przyjeżdżali robić kokosowe interesy w tym regionie kosztem ludzi i środowiska, tworząc ogromne spustoszenie na wielu płaszczyznach kraju. Czy przejęte przez wielkie korporacje amerykańskie lub kanadyjskie, złoża, np. złota, które przynoszą zyski tylko właścicielom, pustosząc okolicę, m.in. z lasów, wody, pozostawiając trujące związki, wyludniając wsie i miasta, w których już nie da się żyć, pogłębiając rozwarstwienie i nierówności. Opisują polityki miejscowych rządów, które nie patrzą na swój kraj dalej niż na kadencję, dlatego podejmują decyzje dobre tylko w danej chwili, aby zaspokoić obecne potrzeby, mając za nic skutki uboczne takich decyzji dla lokalnych społeczności. Te skutki to m.in. coraz większy brak wody, zabijanie bioróżnorodności biologicznej kosztem monokultur. To oczywiście zabieranie zajęcia i pracy rdzennej ludności a w związku z tym ich ubożenie. To książka o wędrówce, która otwiera oczy, daje siłę i wiarę w człowieka lub odziera ze złudzeń. 

W tej książce, która z okładki jawiła mi się jako kolejny blog o podróżach, kolejna opowieść o zwiedzaniu krajów, znalazłam ogrom informacji o samej wyprawie, o spotkanych ludziach, ich historiach i problemach, o samej drodze, jej różnorodności. Arkadiusz opisał szczegóły praktyczne swojej wyprawy, dzielił się swoimi emocjami, a kiedy dołączyła Ola opisali swoje uczucia także względem siebie. Opisali jak siebie postrzegają w tym wspólnym trudzie podróży, kiedy zmęczenie, ból, wycieńczenie, brak miejsca na higienę, dawały się we znaki. Mieli siebie prawdziwych bez tej otoczki romantyzmu, zamalowania, które są przypisane do romantycznej fazy związku.

Dostajemy też opis pomocy jakiej obydwoje doznali w podróży w krajach Ameryki Południowej i Meksyku, zaś w Ameryce byli często postrzegani jako włóczędzy, ot inne postrzeganie człowieka.

Piękna, wciągająca, ciepła, różnorodna, ważna i esencjonalna książka, napisana pięknym językiem. Arkadiusz i Ola przeszli osobno, a następnie razem 11704 kilometry i zajęło to 21 miesięcy. Polecam lekturę książki i  bibliografii.

Dla pamięci wrzucam subiektywnie wybrane, najciekawsze cytaty z książki:

- "Zróżnicowane uprawy na własny użytek zastąpiły monstrualne plantacje bananów, ananasów i kokosów-mówi Mario. Krajowemu rolnictwu nie wyszło to na dobre".(str. 45) Kostaryka stała się ofiarą tych interesów, bo nie dość, że zabrano im ziemie pod podstawowe uprawy rolnicze, dlatego muszą je importować to jeszcze wielcy potentaci wykorzystują Kostarykanów do pracy, nieuczciwie ich traktując. Dodatkowo wielkie plantacje zaburzyły miejscową bioróżnorodność, zniszczyły gleby i wodę, bo jest w nich mnóstwo pestycydów, mają też szkodliwy wpływ na zdrowie mieszkańców, o których nie słychać w szerokim dyskursie. Powstają lokalne inicjatywy, które są zaangażowane w ochronę środowiska i odzyskanie równowagi. Ale Kostaryka ma też inne problemy, m.in. grabieżcza polityka budowlana, która wykorzystuje nadmierne pokłady żwiru z rzek, w których może zabraknąć wody co będzie miało ogromne reperkusje dla człowieka i przyrody. Co ciekawe rankingi ONZ pokazują, że mieszkańcy Kostaryki plasują się w czołówce szczęśliwych mieszkańców globu.

- "Pobocze drogi jest lustrem, w którym odbijają się przemierzane przeze mnie kraje. Czytam je z wyrzucanych śmieci. Śmieci na poboczu to lepszy miernik nastrojów i gustów społeczeństwa niż sondaże i statystyki sprzedaży. Puste opakowania wskazują mi, co miejscowi jedzą, co piją, czym żyją". (str. 131) To wstęp do Gwatemali, której (choć nie jedynej w tym regionie) potężnym problemem jest brak systemu, infrastruktury i zagospodarowania odpadów. Walają się wszędzie, brak na nie pieniędzy, pomysłu, zatem psują krajobraz i szkodzą. W tym regionie krajów nie stać jest na radzenie sobie ze śmieciami, ani lokalnie, ani wywożąc je za granicę, tak jak to robią Stany Zjednoczone. "W 2018 roku Stany wyeksportowały, w przeliczeniu na kontenerowce, sześćdziesiąt osiem tysięcy statków śmieci. Amerykańskie jednorazówki lądują w najbiedniejszych krajach, takich jak Bangladesz, Laos, Etiopia czy Senegal". Niejako robiąc koło, bo często są tam produkowane, zatruwając te kraje, generując ogromne ilości CO2, itd. Śmieci to ogromny problem w krajach turystycznych, bo jak pokazały badania w Indiach turyści zagraniczni produkują dziesięć razy więcej  odpadów na osobę niż miejscowi.

- "Według badań państwa z dużymi zasobami surowców naturalnych rozwijają się znacznie wolniej niż te, które ich nie mają. Istnieje korelacja między uzależnieniem gospodarki od eksploatacji surowców a wysokim poziomem biedy i wszystkiego, co z nią związane. Niektórzy nazywają to klątwą zasobów naturalnych, bo szkody przewyższają zyski, inni mówią o neokolonializmie, nowej konkwiście i powtórce z historii". (str. 288)

- Przechodząc już do Ameryki, znalazłam poruszający opis Big Sur, dzikiego skrawka Ameryki, o który dbają władze ograniczając turystykę do określonych sztywno ram, nie pozwalając na rozbudowę infrastruktury. Ten piękny obszar pozostaje zamieszkany prze nieliczną grupę lokalsów, którzy wiedzą jak dbać o to miejsce. To taki kontrast do krajów Ameryki Południowej, nieskażony grabieżczą polityką, oddany przyrodzie. 

- "Z pobocza drogi drogi widać społeczeństwo znacznie lepiej niż z ekranów telewizorów i stron gazet wydawanych gdzieś tam daleko, w dużych metropoliach". (str. 394)  "Innym ciekawym elementem architektonicznym przydrożnej Ameryki są miasteczka magazynów.... porastają pobocza i obok kasyn są najwyższymi oraz najnowocześniejszymi budowlami w okolicy". (str. 398) Te magazyny to objaw, po pierwsze posiadania nadmiernej ilości rzeczy, po drugie doświadczania życiowych zmian. Powody składowania rzeczy w magazynach mają już swój skrót 4xd (death, divorce, delocation, downsizing). Magazyny w Ameryce urosły zatem do rangi "symboli" z jednej strony nadmiernego konsumpcjonizmu bogatej części obywateli, z drugiej znacznemu ubożeniu ogromnej rzeszy społeczeństwa.

- "Korki to nieodłączna część życia w Los Angeles. (...) Wszędobylność samochodów sprawia, że pod nie buduje się dzisiaj miasta. (...) Parkingi zajmują ogromne połacie miasta, bo jakkolwiek patrzeć każde auto potrzebuje trzech miejsc postojowych: pod domem, pod pracą i pod centrum handlowym". (str. 427) Jednak ten styl wiele osób przytłacza, dlatego starają się wydostać z tego miasta, poszukać spokojniejszego i bardziej przyjaźniejszego do życia miejsca w Ameryce. Czytając takie informacje myślę, że ludzie potrafią zrobić sobie piekiełko na ziemi, nie zdając sobie z tego sprawy.

czwartek, 28 grudnia 2023

Stoner - John Wiliams

 

„Niezbyt się tym przejął, że książka jest zapomniana i nikomu niepotrzebna; pytanie o jej przydatność zawsze byłoby prostackie. (...) Otworzył książkę, a ona w tej samej chwili zaczęła żyć swoim życiem, niezależnym od autora. Gdy przerzucał kartki, jakby głaszcząc żywe ciało, palce go mrowiły. (...) Jego palce się rozplotły, a książka, którą trzymały, zaczęła się zsuwać, wpierw powoli, potem nagle, po martwym już ciele, padając w cichość pokoju." (str. 334)

Powieść, która przez dekady była niezauważana ostatnimi laty cieszy się popularnością i to za sprawą europejskich tłumaczeń. Dlaczego dopiero dekadę temu i dlaczego w Europie książka zaczęła żyć w czytelnikach? Może dopiero dojrzeliśmy do zderzenia się z przyziemnymi potrzebami, decyzjami, pragnieniami? Dlaczego zwykły człowiek, bez jakichś nadzwyczajnych osiągnięć, stosunków, majątku dopiero dzisiaj staje się ciekawym bohaterem? Może dlatego, że nie boimy już przejrzeć się w nim jak w lustrze swojego życia, które mija bez jakiś specjalnych fajerwerków, ale za to spokojnie, dostojnie, zacisznie...

Autor opowiadając o życiu Williama Stonera pokazuje szeroki kontekst historii Ameryki poprzedniego stulecia, jej kulturę, wartości, wychowanie, oczekiwania, konwenanse, relacje między ludźmi, a także stosunek i echa w amerykańskim społeczeństwie odnośnie wojny w Europie. Tytułowy bohater to jedyny syn ubogich rolników, którzy wielkim wysiłkiem opłacają pobyt syna na studiach rolniczych w murach Uniwersytetu Missouryjskiego. William jednak kończy studia filologiczne, ze specjalizacją w literaturze angielskiej. Zaprzyjaźnia się z dwoma rówieśnikami, z których jeden zginie podczas I Wojny Światowej. Stoner zostaje na uniwersytecie jako doktorant, wykładając swoje ulubione tematy. Jego praca doktorska zostaje pozytywnie przyjęta, po kilku latach stanie się też kanwą do jego pierwszej książki. 

Stoner żeni się z kobietą która jest dla niego zagadką, choć oziębła i nim niezainteresowana przyjmuje jego oświadczyny. Ich związek za sprawą żony jest bardzo niezrównoważony, żeby nie powiedzieć niestabilny czy burzliwy, ale nie tak zwyczajnie, raczej podskórnie, domowo, bo na zewnątrz wybranka zakłada maskę przykładnej żony i gospodyni. Stara się postępować tak jak wymaga od niej norma społeczna, choć widać, że jest nieszczęśliwa w tym gorsecie ówczesnej obyczajowości, miota się, obija swoim niezadowoleniem męża, który ucieka w pracę. Dom w ich wypadku to nie oaza spokoju, to miejsce wyrzucania negatywnych emocji, upuszczania żółci, napadów histerii, szaleństwa, niezgody na schematyczność. W pewnym okresie małżeństwa rodzi im się córka, która dla Williama staję się pełnią szczęścia i radości, niestety żona utrąca to szczęście wszelkimi wyrafinowanymi manipulacjami. Oczywiście wszelkie te toksyczne zachowania odbijają się na zdrowiu i emocjach całej rodziny. Itd., itd....

Czytając książkę a potem opowieść tłumacza o jej autorze odnalazłam wiele odniesień z jego życia w opowieści i jej bohaterach, co jeszcze dodało książce mocy i wartości. Dla mnie "Stoner" okazał się wciągającą opowieścią, od której nie mogłam i nie chciałam się oderwać. To zwykłe życie pochłonęło mnie, bo odbijały się w nim życia tak wielu znanych mi osób, w mniejszych lub większych fragmentach. Ta opowieść o zwyczajnym życiu, które płynie bez większych zawirowań miała dla mnie niezwyczajną moc, byłam nią zaskoczona i wytrącona z równowagi.

środa, 15 listopada 2023

O zmierzchu - Hwang Sok-Yong

 

“Już dawno doszedłem do wniosku, że ludziom i światu nie można ufać. Po pewnym czasie ludzkie pragnienia przefiltrowują nasz system wartości, zatrzymując tylko nieliczne cechy - większość zostaje porzucona bądź zmieniona tak, aby odpowiadać naszym priorytetom. Nawet drobne pozostałości naszych ideałów zostają upchnięte w piwnicy wspomnień niczym używane w przeszłości, stare przedmioty. (...) Koniec końców o wszystkim decydują pieniądze i władza”.

To oszczędna w słowach i emocjach opowieść o nieodległej historii Korei Południowej, jej dzikiego kapitalizmu, drapieżnej działalności deweloperów i architektów, którzy dostarczali im projektów nie wnikając w kontekst ich realizacji. To opowieść o marzeniach, których realizacja wiąże się z pozostawieniem nawet największych ideałów, miłości, bliskości i zrozumienia. To poprowadzona dwutorowo opowieść o ludziach, którzy aby żyć musieli ciężko pracować, a ten trud tylko dla niewielu przynosił zyski, niektórzy mogli ledwie przetrwać kolejny dzień. To opowieść o niesprawiedliwości i biedzie, której towarzyszy bezprawie, która jest związana z brakiem godności, szacunku, a nawet śmierci. O poniewierce za "chlebem", który często okazywał się niestrawnym zakalcem, który był tylko w niewielkich ilościach, który trzeba było wydzierać innym.

Autor oczami jednego z głównych bohaterów pokazuje codzienność mieszkańców koreańskich miast. Sok-Yong pisząc o architekturze pokazuje jej wpływ na kształtowanie rzeczywistości, zwraca uwagę na problem z wynajmem mieszkań, nieuczciwość pracodawców, samotność, która jest nieodłącznym elementem koreańskiego kapitalizmu, w którym czas wypełniony zostaje pracą i marzeniami o sukcesie. Autor pokazuje pogoń za wyrwaniem się do lepszego świata, która niestety okazuje się pusta i niesatysfakcjonująca. Z drugiej strony widzimy tych, którzy się nie wyrwali, którym nie udało się osiągnąć lepszego wykształcenia, zdobyć lepszej pracy, którzy klepią biedę, popadają w frustrację, podsycają żal niespełnienia. 

“O zmierzchu” jest dla mnie książką o cierpieniu, które człowiek zadaje samemu sobie na różne sposoby. Jest opowieścią o smutku, samotności i niespełnieniu, czy bogaty, czy biedny odczuwa w sobie pustkę, żal i tęsknotę. Ale to też szkic o przyzwoitości, bo ten, który jest ze sobą w zgodzie, nie tworzy dla poklasku, nie goni za majątkiem wygrywa przed sobą i w oczach innych. To smutna i poruszająca książka, która mnie wciągnęła w swoje rozważania o sensie i wyborach. To książka wielowątkowa, o szerokim kontekście i znaczeniu, pokazująca złożoność człowieka, jego wyborów i położenia w zależności od czasów, miejsca i możliwości. 

niedziela, 8 października 2023

Od jednego Lucypera - Anna Dziewitt-Meller

 

"Od jednego Lucyfera" autorstwa Anny Dziewit-Meller to poruszająca książka, której akcja rozgrywa się na Śląsku i jest ukazana z perspektywy kobiecych bohaterek. Ta poruszająca opowieść jest o trudzie, niesprawiedliwości i odwadze. Narracja jest płynna i wciągająca, co sprawia, że trudno oderwać się od książki. Autorce udało się uwikłać mnie w życie bohaterek, często czułam ich ból, walkę o przetrwanie i silne połączenie z ich korzeniami. Chciało mi się krzyczeć na jawne niesprawiedliwości względem nich. Książka zmusza do refleksji nad jawną krzywdą, z którą kobiety spotykają się na co dzień. Pokazuje także jak jest im trudno okazać empatię i zrozumienie względem drugiej kobiety. W opowieści o walce i sprawiedliwości, autorka przeplata wiele wątków społecznych, politycznych i historycznych, umieszcza m.in. dokumenty z archiwów, co nadaje książce dodatkowej głębi. Autorka przypomina w książce historie przodowników i przodownic pracy,  z jednej strony docenianych przez aparat władzy, choć czasami do czasu, a z drugiej strony nienawidzonych przez innych robotników i robotnice. Przykładem jaskrawym jest Wincenty Pstrowski.

 "Od jednego Lucyfera" to ciekawie ujęta historia, miejscami przytłaczająca smutkiem i bólem, ale tym bardziej poruszająca. To rzecz o okrutnych czasach komunizmu, który na Śląsku przybierał bardzo brutalne oblicze. Autorka za przyczyną Maryjki, jednej z głównych bohaterek pokazuje jakim nieistotnym trybikiem był człowiek w obliczu wielkiej rewolucji "społeczno-gospodarczej" w Polsce. I to człowiek, który chciał tylko pracować i jakoś nie dać się codziennym trudom i trudnościom, a i tak wpadł w oczy okrutnej władzy, został potraktowany jak mało znaczący element, który kiedy się zużywa zostaje wyrzucony na wysypisko niepamięci.

Ta opowieść pokazuje też, jak przenosimy traumy rodzinne z pokolenia na pokolenie, dopóty dopóki ktoś nie odważy się z nimi zmierzyć, stanąć oko w oko, odważnie i nieustępliwie.

Mnie książka wciągnęła, mocno poruszyła i zainteresowała, co nie znaczy, że nie znalazłam w niej zgrzytów, choćby poczucie, że autorka bardzo mocno narzuca swoje poglądy i wściekłość na jawną niesprawiedliwość. Nie jestem też fanką zakończenia "Od jednego Lucypera", ale każdy odbierze go po swojemu. Polecam książkę.


niedziela, 16 lipca 2023

Zadziwienie - Richard Powers

 

Piękno okładki zachwyca i zachęca do zajrzenia do wnętrza książki, które może dać odpowiedź nad czym autor tak się zadziwia, albo czym chce zadziwić czytelnika. W tej książce znajdziemy intrygujących i niejednoznacznych bohaterów, palące problemy naszej planety, piękne opisy krajobrazu i natury, oraz zafascynowanie nauczaniem i odkrywaniem jakiś odległych galaktyk. Czytając opowieść Richarda Powersa miałam w uszach i przed oczami opowieść Davida Attenborough o znikającej bioróżnorodności, faunie i florze, o niszczeniu przez ludzi pozostałych mieszkańców Ziemi. To kolejna książka - dzwon na trwogę dla naszej planety. Autor pokazuje, że zachwycamy się czymś co jest nieznane, odległe i niepewne, a niszczymy to najbliższe, namacalne, dewastujemy planetę na której mamy swój dom, rodzinę, pracę. Swoją historię wplata w faktyczne wydarzenia polityczne, czym uświadamia czytelnikowi zależności, hipokryzję i brak faktycznych działań władzy, która jest skoncentrowana tylko na przypodobaniu się elektoratowi, na populizmie, na pustych działaniach, które ich utrzymają jak najdłużej przy władzy. Trywializowanie problemów klimatycznych, kwestionowanie konieczności redukcji gazów cieplarnianych, zakłamywanie rzeczywistości, dużo pustej gadaniny aż obudzimy się za późno.

Dlaczego psujemy całą planetę. (...) I udajemy, że nie, jak pani przed chwilą. Zawstydzenie na jej twarzy widać tylko na stop-klarce. Wszyscy wiedzą co się dzieje, i wszyscy odwracają wzrok."(str.259)

Historia jest przepełniona emocjami, tymi makro dotyczącymi stanu planety i tymi mikro w postaci odbioru tych namacalnych zmian przez jednostki. Mamy tutaj szczególną więź rodziny i miłość ojca i syna. Syna, który jako dziecko w spectrum nie wpisuje się wymagane ramy normalności, na dodatek bardzo wyraźnie zauważa jaki wpływ na naturę mają niefrasobliwe lub zachłanne działania człowieka i szuka sposobów informowania o tym otoczenie. Ojciec zaś, szuka sposobów wsparcia swojego syna w tych zmaganiach z otoczeniem i środowiskiem. Stara się pogodzić pracę z rolą samotnego rodzica, szuka wsparcia u naukowców, którzy dysponują nowatorską metodą wsparcia osób z problemami psychicznymi. Ojciec to człowiek rozdarty między bardzo zaawansowanymi badaniami, odkryciami, generalnie specjalistyczną nauką, której sam jest reprezentantem a realnymi problemami codzienności. 

Chłopiec podczas jednej z wypraw w plener z ojcem odkrywa fakty, które są ukrywane w mediach, nie podawane do wiadomości, to nim wstrząsa dogłębnie i uważa, że musi to uświadomić innym: "Do rzeki spływa chemia, którą rolnicy opryskują pola, i przez tę chemię płazy zamieniają się w mutanty. Do tego wszystkiego leki, które ludzie wydalają do toalet. Ryby są kompletnie odurzone. Nie można w niej już  nawet pływać!" (str. 243) Niestety nie znajduje posłuchu w przestrzeni publicznej, co go przygnębia, nie umie pojąć, że ludzie nie ratują swojego domu. Ojciec ze smutkiem wysłuchuje żalu syna, tłumaczy jak może, aby podnieść go na duchu: "Ludzie, Robbie, są gatunkiem bardzo dyskusyjnym." (str. 282) Co oczywiście jest tylko jakimś pustym dźwiękiem, nieudanym wtrętem i nieumiejętnością.

To uwrażliwiająca powieść, pobudzająca do myślenia, podkreślająca grubą kreską i wykrzyknikiem rzeczy ważne. A co może być ważniejsze od bliskich relacji człowieka z człowiekiem i człowieka z naturą, bez której nie przetrwa. To opowieść o spectrum choroby, człowieka, planety i świata.

Na koniec dwa cytaty gloryfikujące edukację i czytanie, nie mogłam się oprzeć:)

"Nauczanie jest jak fotosynteza: wytwarza pożywienie z powietrza i światła. Przechyla szalę na korzyść życia Jeśli o mnie chodzi, dobre wykłady mogą się równać z wygrzewaniem się na słońcu, słuchaniem dobrej muzyki lub kąpielą w górskim potoku." (str. 89)

 "Mój syn uwielbiał tę bibliotekę. Uwielbiał rezerwować książki online i przychodzić po wyczekujący pakunek..." (str. 103)

niedziela, 9 lipca 2023

Zbuduj swój dom wokół mojego ciała - Violet Kupersmith

  

Piękna okładka tej książki zaprasza do środka, gdzie jest dziwnie, tajemniczo, gęsto od węży i ... jakoś niezrozumiale. Autorka zaczyna opowieść ciekawie, zachęca do wejścia głębiej, ale" im dalej w las tym więcej drzew", dosłownie, jest gęsto od opisów, zjawisk, historii, które dzieją się w plątaninie czasowej, co nie zawsze udawało mi się rozpoznać. W książce jest mnóstwo atmosfery wierzeń, miejscowych obrzędów, charakterystycznych dla Wietnamu odniesień, czego nieznajomość może stanowić problem w lekturze. Kiedy już pogubiłam się z otoczeniem, czasem, bohaterami, generalnie zawiłościami tej opowieści odłożyłam książkę. Rzadko mi się to zdarza, ale jednak.

Zastanawiałam się z czego wynikało moje niezrozumienie tej książki, czy z braku wiedzy o miejscu akcji, czy o skomplikowanej materii tej opowieści, czy z jeszcze jakieś nieumiejętności debiutantki? A może odpowiedź jest prostsza, po prostu nie wszystkie książki każdemu się podobają. Każda książka ma swój czas dla czytelnika i najwyraźniej to nie był mój czas dla niej.

A tak na marginesie, czytając i słuchając opowieści innych o tej książce przyszła mi na myśl książka Radka Raka "Baśń o wężowym sercu...", ze względu na las, węża, tylko, że mój odbiór każdej z nich był inny.

poniedziałek, 29 maja 2023

Niepokój przychodzi o zmierzchu - Marieke Lucas Rijneveld

 

"Przy stole jest cicho. I tak coraz mniej się mówi, dlatego większość rozmów odbywa się tylko w mojej głowie." (str. 210)

Gdyby nie dyskusja podczas klubu książkowego to powiedziałabym, że to książka o zaniedbaniu emocjonalnym i fizycznym, o samotności, przerażającym smutku, krzywdzeniu siebie i innych, braku intymności i wszechobecnej beznadziei. Wyraźnie w tej opowieści dzieci są zaniedbane emocjonalnie i fizycznie, ich intymność jest nieistotna dla otoczenia, są poniżane, zastraszane, zawstydzane, ośmieszane. Źle się odżywiają, zjadając często już zepsute jedzenie, bo nic nie może się zmarnować, kiedy są chore leczone są domowymi sposobami, albo po dłuższym czasie prowadzone do lekarza, kiedy zapracowani rodzice znajdą na ten obowiązek chwilę. Dzieci zostają same ze swoimi lękami, pytaniami, wątpliwościami, samotnością, niespełnionymi potrzebami rozwojowymi. Wszystkie te emocje potęgują się, nabierają mocy, wręcz pęcznieją, kiedy rodzina doświadcza straty najstarszego syna, dziedzica, najważniejszego dziecka z całej czwórki rodzeństwa.

Czy to rodzina patologiczna, niewydolna wychowawczo, niezdolna do pełnienia roli w jakiej się znalazła? Nic bardziej mylnego, to obrazek rodziny żyjącej według surowych zasad religii - kalwinizmu, zgodnie z którą żyje opisana społeczność i właśnie owa rodzina. To religia, w której nie ma miejsca na miłość, czułość, emocjonalną troskę o bliskich. Nie ma w niej miejsca na miłe słowa, albo słowa, które coś tłumaczą, w przelocie są tylko nakazujące, zakazujące i karzące, prymitywne, okrężne, zimne. Jeśli w rodzinie przytrafi się jakieś nieszczęście to widocznie wisi nad nią jakaś kara i musi z tym żyć. Nie wolno się nad nikim litować, jedynym celem człowieka jest praca i obowiązki. Rozliczanie się z bycia dobrym wyznawcą odbywa się przez najwyższym oficjum, które przychodzi do domu każdej rodziny raz w tygodniu i wypytuje, sprawdza oraz ocenia postępowanie członków. To świat opresyjny, zimny i poddany surowym regułom, nie jest w nim łatwo żyć dorosłym, a tym bardziej dzieciom. Matka przestaje jeść, straszy dzieci, że się zabije, ojciec prorokuje, że odejdzie, albo zwariuje, jak żyć zatem w takim otoczeniu dzieciom, które upatrują pomocy i oparcia w rodzicach.

Opisy niektórych zachowań dzieci mogą budzić zdziwienie, oburzenie, osłupienie, ale nie są niczym innym jak szukaniem bezpieczeństwa, ciepła, miłości, a także chęcią ucieczki. Często dzieci powielają tylko schematy, albo praktykują na sobie to co widzą w gospodarstwie. Nikt dorosły nie rozmawia z nimi o rozwoju hormonalnym i o zmianach fizycznych z nim związanych, dzieci zatem same odkrywają siebie i swoje odczucia. Dzieci pragną czułości, zainteresowania, a dostają obojętność, odrzucenie, samotność, albo kary za najdrobniejsze przewiny. Główna bohaterka zwana też Budrysówką, gdyż nie rozstaje się z czerwoną kurtką, (takim symbolem zakrycia, bezpieczeństwa, albo ukrycia zmian jakie się w niej dokonują) wymyśla różne zaklęcia, życzenia, które jeśli się spełnią to coś tam..., a kiedy się spełniają są przyczynkiem do samokarania siebie, umartwiania. Maltretuje swoje ciało zewnętrznie i wewnętrznie, opisy tych cierpień mogą budzić obrzydzenie, ale w mojej opinii powinny współczucie. Straszy brat okalecza siebie, ale też zadaje ból a nawet śmierć zwierzętom gospodarskim, aby rozładować swoje napięcia i brak uwagi. Tylko najmłodsza córka jest "spokojniejsza", jakby przyczajona, ukryta, schowana za starszymi, zostawiona trochę na uboczu, chce uciec, ale jest na razie za mała, czeka na właściwy moment, ale czy nadejdzie?

Książka jest ciężka od nadmiaru ohydy emocjonalnej i fizycznej, które człowiek jest w stanie zafundować drugiemu człowiekowi, w tym przypadku swojemu dziecku, tylko dlatego, że takie ktoś kiedyś wymyślił zasady, a ktoś inny im się poddał i poddaje kolejne pokolenia. Pomimo tego ładunku jaki ze sobą książka niesie jest doskonale napisana, wyraziście oddaje panujący klimat i wydarzenia. Wzbudza emocje, a cóż może być ważniejszego; dręczy, niepokoi, wzbudza odrazę, lęk, współczucie i pozostaje na dłużej. Nie liczcie na szczęśliwe zakończenie.

środa, 26 kwietnia 2023

Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę - Ocean Vuong

 

To książka bardzo naturalistyczna, napisana bez owijania w bawełnę traum, trudów, problemów, przemocy. Można ją odebrać jako autobiograficzną, jako wspomnienie  dziecięcych i młodzieńczych lat autora. Podkreślę, że nie jest to łatwa lektura do czytania, nie tylko ze względu na treść, ale także i jej formę, nielinearną, w której autor często do czegoś powraca, do czegoś nawiązuje, coś wspomina. Czasem się gubiłam w gąszczu "przerywników" z lat poprzednich, do nawiązań, do powrotów. Forma książki nawiązuje do listu pisanego przez młodego mężczyznę do matki, na dodatek do matki, która nie umie czytać.

Autor powraca do wydarzeń z wojny w Wietnamie, do jej potworności, bezwzględności i absurdalności. Chociaż jej nie pamięta bezpośrednio, przeszła ona do jego DNA, przeniknęła do krwioobiegu, jest, towarzyszy każdego dnia. Sceny przemocy przenikają się nie tylko we wspomnieniach matki i babki bohatera, ale też są obecne tu i teraz, z daleka od wojny, bo ona co prawda w niewielkim wymiarze, takim domowym, ale została w duszach, a przeniesiona na podwórko domowe daje wymierne skutki. Matka swoje traumy wyraża w przemocy wobec syna. Nie panuje nad sobą, ale on to rozumie, pozwala, acz do pewnego momentu. Główny bohater przeżywa swoje małe apokalipsy nie tylko w domu, ale też w szkole, w której jest nieakceptowany, zresztą jak pozostali członkowie jego rodziny w najbliższej społeczności. Bohater otwiera przed czytelnikiem świat swoich miłosnych uniesień, a że są one homoseksualne i bardzo naturalnie opisane może to nie być łatwe w odbiorze. 

Co mnie, mimo trudności w podążaniu za opowieścią zainteresowało w tej książce? Opowieść o bliskości fizycznej i międzypokoleniowej, która nie jest znana w naszym obszarze geograficznym, naturalizm, prawdziwość. Nie istotne czy to lęk, czy złość, traumy, miłość czy śmierć wszystko kojarzy się z człowieczeństwem i jego przymiotami. Jego miłość do kolegi jest odkrywaniem swoich potrzeb, przełamywaniem swojego strachu przed tym kim naprawdę jest. Jego rozmowy z matką i z babką, które pomimo traum potrafią go na swój sposób chronić i kochać. Inna kultura, relacje międzyludzkie, nawiązania do specyfiki życia w USA versus w Wietnamie. Niezła mieszanka i to wstrząśnięta.

poniedziałek, 13 marca 2023

Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga

 

Lektura tej książki może nastręczać garść problemów (tak było u mnie), bo nie jest to powieść, nie są to opowiadania, to coś pomiędzy, zlepek obu form. Niejednoznaczna, wymagająca uważnego czytania, skupienia, aby nic nie uciekło. Czasami miałam wrażenie, że się zagubiłam, początkowo nie bardzo wiedziałam gdzie jestem i dlaczego, ale z upływem stron było lepiej. Autorce udało się wykreować ciekawe sylwetki bohaterek matki i córki, niby swojskie, ale skomplikowane, choć bliskie z urodzenia to nie znające siebie nawzajem. Dla mnie głównym wątkiem opowieści była śmierć i samotność z nią związana, a obok wszystko to co jej towarzyszy, choroba - lekarze, szpital; odchodzenie - ksiądz, cmentarz; pustka - dom i mnóstwo rzeczy do uporządkowania, dalsze dzieje - ewentualny testament, rozważanie, pustka, tęsknota, przywoływanie wspomnień. Każdy etap tej książki to kolejne spojrzenie na odchodzenie osoby bliskiej, choć w tym przypadku nie do końca bliskiej uczuciowo. To powolne odejście matki, która jakiś czas temu przestała być bliska, z którą brak było ciepłego kontaktu, która dzwoniła nie w porę i której nie udało się poznać. 

Książka zachęca raczej do refleksji, rozliczeń i rozmyślań, może przywoływać wspomnienia lub zadumać się nad przyszłością. Można w tej opowieści znaleźć siebie, albo kogoś bliskiego. Nie ma w niej opowiastki ku pokrzepieniu serc, raczej ostrzeżenie, żeby nie czekać z uczuciami i relacjami zbyt długo, bo może nie starczyć czasu, bo przepadnie szansa na poznanie się, itd.

Książka Joanny Stogi to kolejna, w której autorka lub autor rozliczają się ze swoim rodzicem. A choć temat podobny to każde z nich wybrało inną drogę, inny styl opisania tego co zostało po odejściu rodzica. W tej książce przechodzimy przez różne fazy odchodzenia, od irytacji, żalu, uspakajania do czystych i spokojnych wspomnień. Warto zagłębić się w rozważania autorki.