Koncept tej książki powstał w pandemii, kiedy to autorka zaczęła przeglądać albumy, pudła z pamiątkami i zastanawiać się nad losami swojej rodziny, które to były trudne, bolesne, a czasem wręcz traumatyczne.
"Trudna sztuka latania" to w moim odczuciu jakiś rodzaj terapii, spojrzenie na siebie z boku i potrzeba zrozumienia, dlaczego było tak a nie inaczej. Autorka nazywana przez ojca wróblem, choć żywa, szybka, nieco hałaśliwa w dzieciństwie, w środku była pełna lęku, niepokoju buntu, a może nawet przerażenia. Jej dzieciństwo było niestabilne, niezrozumiałe, zimne i samotne. Rodzice uciekali od siebie wzajemnie, uciekali też od dzieci, mieli zamknięte przed dziećmi oddzielne "królestwa". Dzieci nie dostały ciepła, czułości i bliskości, nie usłyszeli słowa kocham, być może dlatego, że sami nie poznali jego znaczenia. W książce autorka mierzy się z losami swoich przodków, którzy musieli się zmagać z wojną i jej bestialstwem, ucieczką, przesiedleniem, śmierciami bliskich, strachem i niepewnością. Te lęki przejęła autorka w DNA, choć podjęte wysiłki z biegiem czasu przynosiły ulgę, ale z efektami cały czas się zmaga. "Wojna to największy destruktor ludzkich umysłów i serc. Nie ma nic bardziej okrutnego, szkodliwego i tragicznego, a traumy wojenne sieją głębokie cierpienie na co najmniej trzy pokolenia do przodu. (...) Wojna zawsze budzi we mnie wstręt i potwierdza, że część ludzkiego umysłu pozostała prymitywna. Kochający wojnę mają chore dusze, a ich serca pozbawione są empatii." (str. 58) Wojny niszczą, upadlają, depczą życie innym. To zniszczenie zwłaszcza duchowe i emocjonalne przechodzi dalej na kolejne pokolenia, które też niszczą siebie i innych wokół. "Kiedy Tadeusz wraca z pracy, zgrzyt kluczy w zamku zawsze wywołuje lęk. Kulę się w sobie. Czekam." (str.199) Ojciec bił dzieci, wprowadził nawet zeszyt przewinień i kar, można by zapytać dlaczego, co inteligentnemu człowiekowi "załatwiało" lanie dzieci, które potrzebowały jego ciepła i opieki, a nie kar cielesnych. Czyżby jego traumy były aż tak ogromne, żeby przelewać je na swoje potomstwo? W chwilach kiedy mała Martynka potrzebowała opieki, czasami umiał zdobyć się na jej doglądanie, nawet współczuć, ale cóż to było przy tylu razach i krzykach, upokorzeniach małej istoty, która już nie umiała zaufać. "Skrzydełka się połamały i potem trudno było oderwać się motylkowi od ziemi. Musiał uczyć się od nowa trudnej sztuki latania. Muszę Ci to powiedzieć: wstydź się, tato! Wstydź! Tak zwyczajnie i po prostu jestem zła, że takie rzeczy wypisujesz." (str. 201) Matka zdezerterowała, zaszyła się w swoim małym królestwie, w bibliotece uniwersyteckiej, wracała do domu najpóźniej jak się dało, nie miała serca do opieki nad dziećmi, miała je dlatego, bo tak wypadało, ale to praca była dla niej najważniejsza i spokój, którego w domu nie było.
Autorka wybaczyła rodzicom to smutne dzieciństwo, ale było jej trudno, zwłaszcza, że sama była młodą, samotną matką i nie było jej łatwo pogodzić wiele ról. Dała radę, chociaż to wszystko bardzo odbiło się na jej zdrowiu.
To była poruszająca lektura, bo Martyna Jakubowicz bardzo szczerze, choć bez rozdzierania szat i oskarżania rodziców, pokazuje jak trudno się żyje w rodzinie i jakie obciążenia przekazują rodzice swoim dzieciom. Pokazała trudności swojej rodziny od pradziadków, aby jeszcze bardziej uwypuklić jak niesiemy ten ciężki bagaż trudnych doświadczeń przez kolejne pokolenia. Niemniej starała się zrozumień i przebaczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moja ciekawość obejmuje również zdanie innych, dlatego miło mi będzie jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoją opinią na przeczytany temat :)