Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 24 listopada 2025

Schronisko, które zostało zapomniane - Sławek Gortych

 

Sławek Gortych po raz kolejny udowadnia, że potrafi snuć opowieści, które wciągają czytelnika od pierwszych stron. W „Schronisku, które zostało zapomniane” autor pozostaje wierny sprawdzonemu schematowi: trzy plany czasowe, tajemniczy budynek w Karkonoszach i zbrodnia, która rzuca cień na przeszłość. Choć konstrukcja jest znana z poprzednich książek, pomysłowość autora wcale nie spadła. Wręcz przeciwnie, historia jest misternie utkana z wydarzeń, które trzymają w napięciu i nie pozwalają odłożyć książki.

To, co szczególnie zasługuje na uwagę, to motywacja autora, wyjaśniona w przypisie. Gortych nie pisze wyłącznie dla rozrywki, bo jego celem było wydobycie na światło dzienne nieopowiedzianych historii i nierozliczonych faktów wojennych. W książce pojawia się ważny wątek dotyczący działalności hitlerowskiego MSZ, które nie było wolne od nachalnej propagandy antyżydowskiej. Autor przypomina, że ludzie mieniący się elitą również przyczynili się do zbrodni nazistowskich, co nadaje powieści głębszy, refleksyjny wymiar.

„Schronisko, które zostało zapomniane” to nie tylko kryminał z historią w tle, ale to opowieść o pamięci, odpowiedzialności i o tym, jak przeszłość potrafi kształtować teraźniejszość. Dla mnie istotne były także wplecione wątki obecnych problemów Karpacza i Szklarskiej Poręby, które zabijają jej historyczny charakter. Miałam satysfakcję z lektury kolejnej już opowieść z Karkonoszami w tle. 

środa, 19 listopada 2025

Cudze słowa - Wit Szostak

 

 

"Ryś był człowiekiem wolnym od poszukiwania jakiegokolwiek sensu w życiu. Zupełnie pasywnym, czystą pustką. To nie był chwilowy kryzys ani utrata czegoś, w co się przez wiele lat wierzyło. Po prostu żył czystym życiem, bez jakiejkolwiek woli wpływania na nie i zmieniania go." (str. 272)

"Cudze słowa" to książka, które wymaga od czytelnika nie tylko obecności, ale i pełnego oddania. To książka, która nie pozwala na pobieżną lekturę, domaga się skupienia, ciszy i czasu, by w pełni odsłonić swoje bogactwo, bo Wit Szostak tworzy opowieść wielogłosową, w której każda postać jest jak instrument w orkiestrze, osobny ton, osobna barwa, a razem tworzą szerszą całość. To nie jest zwykła historia, lecz misternie utkany fresk emocji, wspomnień i intymnych wyznań. To test z możliwości używania słów opisujących świat i człowieka, którego poznajemy dzięki tym słowom i przez umiejętność ich używania. To historia, która rozwija się jak kwiat, koniec jest kwintesencją tej opowieści. Dla mnie majstersztyk i czysta przyjemność czytania, a nawet wtapiania się w lekturę. "Na początku było Słowo". Na początku mogło być cokolwiek, bo przy początkach nikogo nie było. (...) To mity opowiadają o początkach." (str. 162) Dorośli lubią opowiadać dzieciom bajki, a te lubią ich słuchać, bo w nich jest coś unikalnego. Dla mnie ta opowieść była takim mitem, baśnią o człowieku - bóstwie.

Bohaterowie są tu żywymi i pulsującymi światłami tworzącymi łańcuch powiązań, który trzeba powoli rozplątywać, by dostrzec sens i piękno. Trzeba uważnie podążać ścieżkami ich opowieści, bo przyznaję nie od razu można się zorientować z kim mamy do czynienia. Dostajemy w tej książce chór, który różnymi głosami, bawiąc się słowami, opisuje jedną osobę, syna, kolegę, towarzysza, ojca, studenta. Człowieka nieuchwytnego, niepoznanego, poszukującego i poszukiwanego, jakiegoś niezwykłego bytu, który zachwyca, ale nie daje się zgłębić. Niby wsłuchany w swoich słuchaczy, ale kiedy podejść zbyt blisko uciekający przed nimi. Benedykt, bo na nim się skupiamy w książce, to osoba, która wywarła bardzo duży wpływ na kilka osób ze swojego najbliższego otoczenia. Głosy tych osób są tak różne jak oni sami, to paleta różnorodności, wielogłosu, wielowymiarowości, zachwycałam się nimi i autorem, który wzniósł się na wysoki poziom w ich tworzeniu.

Moją szczególną uwagę zwróciły jeszcze dwa wątki. Jeden dotyczący relacji dziecko-rodzic, a w nim przebijająca refleksja o trudzie a jednocześnie daremności wychowania, bo nawet mimo starań rodzica dziecko pójdzie swoją ścieżką wykorzystując lub nie, wiedzę rodzicielską i chęć wspierania. "Być może jednak z własnymi dorosłymi dziećmi pewnych relacji nie da się zbudować, zbyt wiele jest barier, zaszłości z czasów wychowania, napięcia, które pojawiają się między rodzicami a dziećmi w sposób nieunikniony i w pewnym sensie naturalnym. To wszystko bardzo obciążająca hipoteka i jakaś tragiczność wpisana w rodzicielstwo. Tych, których najbardziej kochamy, jakoś swoją miłością ranimy, przyciągając, budujemy dystans. Żyjąc dziećmi, cały czas je tracimy." (str. 213)

Druga refleksja dotyczy relacji mistrz-uczeń, a w niej pokazania w jaki sposób obje strony wpływają na siebie, kto uzyskuje jaką korzyść. "Mówi się, że seminarium to zasiewanie lub zapładnianie młodych umysłów. Siewcą ma być nauczyciel, czasem mistrz, który rzuca ziarno w żyzną glebę i go dogląda. Ziarno w spulchnionych bruzdach kiełkuje i ku słońcu strzelą pęd. Wielu nauczycieli odurza się tym obrazem, zamyka oczy i wciąga woń wilgotnej, żyznej ziemi. Ale każdy, kto doświadczył prawdziwego seminarium, dobrze wie, że jest dokładnie na odwrót. To energia, żywioł praz pełna pytań i brawury ciekawość adeptów zapładnia zwiędłe umysły profesorów. Najlepsze książki piszą ci uczeni, którzy podczas seminarium otworzą się na ten dopływ." (str. 253) Dla mnie to wspaniałe ujęcie sensu nauczania młodych pokoleń, którego tak bardzo brakuje w praktyce, choć głosy o tej potrzebie gdzieś tam pobrzmiewają.

To książka wzruszająca, poruszająca do głębi, pełna wartości, które zostają z czytelnikiem na długo, przynajmniej ze mną tak będzie. Wit Szostak nie opowiada, on odsłania ludzką duszę, pokazuje jej kruchość i siłę. Dostajemy w niej także tęsknotę za bliskością, potrzebę uznania i atencji oraz obraz cierpliwości, uważności, sztuki słuchania i rozumienia drugiego człowieka. Polecam bardzo, mnie urzekła.


 

czwartek, 13 listopada 2025

Madame Matisse - Sophie Haydock

Okładka książki Madame Matisse autora Sophie Haydock, 9788383614007

 

Madame Matisse to powieść, która nie tyle opowiada historię, ile maluje ją słowami. Jest niczym płótno, na którym każde pociągnięcie pędzla odsłania kolejną warstwę prawdy o sztuce, miłości i poświęceniu. To opowieść utkana z barw i cieni, gdzie sztuka miesza się z życiem, a życie staje się ofiarą na ołtarzu sztuki. Autorka prowadzi nas przez ścieżki duszy Henriego Matisse’a, artysty nieustannie głodnego uznania, drżącego w swojej niepewności, a jednocześnie bezgranicznie oddanego tworzeniu. 

W tej książce jednak autorka koncentruje się nie tyle na samym artyście, co na losach trzech ważnych dla niego kobiet, bo to właśnie tym kobietom autorka oddaje głos, aby opowiedziały dlaczego kochały Henriego, co w nim było takiego, że poświęciły się mu bez reszty i co straciły dla siebie. Te trzy bohaterki to trzy oblicza miłości, oddania i związku z artystą goniącym za swoją ambicją i natchnieniem. Każda z nich jest jak osobny rozdział w jego biografii, jak odcień na palecie, bez którego obraz byłby niepełny. Pierwsza, to córka Marguerite towarzyszy mu niczym ciepły promień światła, wspiera, dodaje otuchy w chwilach zwątpienia. Druga, Amelie to żona, młodsza od niego o 5 lat, która rezygnuje z własnych ambicji, oddając się całkowicie roli powierniczki, opiekunki, organizatorki rzeczy przyziemnych, stawia się w roli "osłony" przed sprawami codziennymi i zwykłymi. To kobieta, która zawiesiła swoje potrzeby i skoncentrowała się tylko na dbaniu o rozwój geniuszu męża. I wreszcie trzecia to Lidia Delektorska, imigrantka z Rosji, która poświęca Henriemu ponad dwadzieścia lat swojego życia wkraczając w życie Matisse'ów kiedy są w jesieni swojego życia. Lidia dba o malarza kiedy jego żona nie ma już na to siły fizycznej i psychicznej, staje się dla niego ostatnią iskrą i inspiracją, która rozpala wyobraźnię i pozwala artyście sięgać po nowe formy wyrazu. To Lidia dała mu siłę do tworzenia kiedy inni odesłali go na emeryturę, to ona dała mu nadzieję na nowe "otwarcie". Między kobietami buzują emocje, Amelie kocha Marguerite jak własną córkę a ta odwzajemnia to uczucie, zaś obie nie cierpią Lidii, choć Amelie otrzymała dużo wsparcia i pomocy z jej strony, a Marguerite nigdy nie doznała od niej przykrości. Niemniej można każdą z nich zrozumieć i nawet w pewien sposób współczuć.

Jeśli chodzi o samego Henri Matisse'a to autorka pokazała go jako postać pełną sprzeczności. Z jednej strony nieustannie tworzącego, oddanego sztuce bez reszty, gotowego poświęcić wszystko dla malarstwa. Z drugiej, człowieka niepewnego, złaknionego uznania, który dopiero u kresu życia doświadcza pełni sławy i docenienia. To obraz artysty, który żyje w ciągłym napięciu między wielkością a zwątpieniem, między pasją a samotnością. Trudno jest mu podjąć decyzje, miota się pomiędzy postawionymi przez najbliższe kobiety ultimatami.

Autorka ukazuje przed czytelnikiem intymny spektakl, w którym sztuka staje się zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Każda scena jest jak fragment obrazu, czasem jasny i pełen życia, czasem mroczny i ciężki od emocji. "Madame Matisse" to książka o cenie sztuki i o tym, jak wielkie dzieła rodzą się nie tylko z talentu, ale także z poświęcenia innych. To opowieść o kobietach, które pozostają w cieniu, a jednak są niezbędne, by światło geniuszu mogło rozbłysnąć. To także przypomnienie, że za każdym wielkim nazwiskiem kryją się ludzkie dramaty, ciche, niewidoczne, lecz fundamentalne.

Testamenty - Margaret Atwood


„Testamenty” to powrót do Gileadu – świata, w którym ideologia stała się narzędziem opresji, a kobiety sprowadzono do roli podporządkowanych trybików w machinie władzy. Margaret Atwood wciąga czytelnika w duszny, klaustrofobiczny klimat, gdzie każdy krok może być niebezpieczny, a każdy wybór może się okazać fatalny w skutkach. Niepokój i niepewność wylewają się z kart tej powieści, sprawiając, że trudno oderwać się od lektury.

Atmosferę książki, w jakimś stopniu, oddają słowa jednej z głównych postaci: "...jeszcze bardziej się obawiam, że wszelkie moje wysiłki spełzną na niczym, a Gilead przetrwa tysiąc lat. Najczęściej tak właśnie czujemy się tutaj, z dala od wojny, choć w oku cyklony. Ulice są tak spokojne, ciche, uporządkowane, jednak pod pozornie niezmąconą powierzchnią czuć drgania, jak w pobliżu linii wysokiego napięcia. Wszyscy jesteśmy napięci (...). "Rządy terroru", mawiano kiedyś, ale terror nie tyle rządzi, ile paraliżuje. Stąd ta nienaturalna cisza." (str. 305)"

Autorka nie tylko rozwija wątki znane z „Opowieści podręcznej”, ale też pogłębia obraz systemu, który niszczy jednostkę, rodzinę i więzi społeczne. Pokazuje prawdę uniwersalną, że z początkowych czystych i wzniosłych celów "Z czasem jednak, jak nieraz bywało w historii, zostały one wypaczone i zbrukane przez samolubnych, oszalałych na punkcie władzy ludzi." (str. 370) "W „Testamentach” poznajemy trzy perspektywy widzenia Gileadu przez trzy postaci, niektóre były dla mnie zaskakujące. Każda z perspektyw odsłania jego inną twarz: od bezwzględnej władzy, przez życie w strachu, po desperacką próbę ucieczki. Dzięki temu Margaret Atwood tworzy wielowymiarową opowieść o tym, jak ideologia może przeniknąć każdy aspekt życia, odbierając ludziom wolność i godność, możliwość stanowienia choć w jakiejś sferze, np. osobistej. To książka o manipulacji, o tym, jak łatwo można podporządkować społeczeństwo, gdy strach staje się fundamentem systemu. Ale to także historia o sile, o tym, że nawet w najbardziej opresyjnych warunkach rodzi się bunt, nadzieja i pragnienie wolności.

Choć Gilead jest fikcją, to książka tchnie realizmem, bo fundamenty stworzonego przez autorkę świata, czyli ideologiczne manipulacje czy kontrola nad ciałem i myślą są aż nazbyt bliskie temu, co znamy z historii i współczesności. „Testamenty” są ostrzeżeniem, że granica między porządkiem a tyranią jest niezwykle krucha, a jej przekroczenie może nastąpić szybciej, niż nam się wydaje. „Testamenty” są duszne, niepokojące, ale jednocześnie fascynujące. To mocny głos w dyskusji o wolności, władzy i roli kobiet w społeczeństwie. To powieść, która pozostawia niepokój, i właśnie dlatego jest ważna. Autorka nie daje prostych odpowiedzi, nie oferuje łatwego happy endu. Zamiast tego zmusza do refleksji: jak daleko może posunąć się władza w imię „dobra wspólnego”? I czy my sami jesteśmy odporni na mechanizmy kontroli, które tak subtelnie wkradają się w codzienność?


czwartek, 6 listopada 2025

Zadzwoń, jak dojedziesz - Jakub Bączykowski

 

"Pomagamy komuś i dajemy sobie prawo do oceniania. A czasami nie pomagamy, tylko obserwujemy jakieś sytuacje z dystansu, przekonani, że doskonale wiemy, co się wydarzyło. Ale kto tak naprawdę wie, co dzieje się wewnątrz rodzin, wewnątrz związków, wewnątrz każdego człowieka, Znamy tylko pewne wersje, fragmenty zdarzeń, opowieści z przeszłości. Najczęściej subiektywne i doprawione emocjami, które mają nas skierować na "właściwy" tor myślenia. Pamiętajmy o tym. I jeszcze jedno. Czas każdego z nas jest tak samo cenny." - J.B.   

„Zadzwoń, jak dojedziesz” to jedna z tych książek, które zostaną ze mną na długo po przeczytaniu ostatniej strony. Jakub Bączykowski stworzył poruszającą, głęboko ludzką opowieść o rodzinie, miłości, tęsknocie i trudnych decyzjach, które przychodzą wraz z dorosłością.

Głównym bohaterem jest Ryszard – wdowiec, który w trzecią rocznicę śmierci ukochanej żony Wandy zostaje odwiedzony przez swoje dorosłe dzieci. Spotkanie, które miało być ciepłym wspomnieniem, szybko przeradza się w bolesną konfrontację. Autor z niezwykłą wrażliwością pokazuje, jak trudno jest rozmawiać o starości, samotności i obowiązku opieki nad rodzicem – nawet w rodzinie, w której nie brakowało miłości i troski.

To, co najbardziej porusza, to autentyczność emocji. Bączykowski nie ocenia swoich bohaterów – pokazuje ich rozterki, lęki, poczucie winy i wewnętrzne konflikty. Czy dzieci, które były kochane, z którymi rodzice rozmawiali na bardzo wiele tematów, którym pokazywali na własnym przykładzie jak starać się być szczęśliwym człowiekiem, potrafią odwzajemnić tę miłość w momencie, gdy rodzic najbardziej ich potrzebuje? Jak zachować się, aby sprostać obowiązkowi względem rodzica a własnych marzeń i rozwoju?

Książka porusza również temat tęsknoty za ukochaną osobą, która odeszła, ale wciąż żyje w sercu, w myślach, w obrazie wiszącym na ścianie. Ryszard nie tylko zmaga się z fizyczną samotnością, ale także z emocjonalną pustką, której nie potrafią wypełnić nawet najbliżsi. Odchodzi powoli, jakby uchodziło z niego powietrze, które wdychał dzięki miłości i obecności ukochanej kobiety. Odchodzi emocjonalnie i fizycznie, jest coraz mniejszy i bardziej kruchy, bo nie ma chęci trwać bez swojej ukochanej, samotnie, bez celu, codziennych rozmów, planów i działań. 

Autor wprowadził również głos obserwatora rodziny z zewnątrz, co pozwoliło na bardziej chłodne spojrzenie, z zupełnie innej perspektywy. 

Dla mnie była to lektura niezwykle wzruszająca. Nie mogłam się od niej oderwać. Każda strona niosła ze sobą refleksję, a dialogi, choć często bolesne, były prawdziwe i głęboko poruszające. To książka, która zmusza do myślenia o tym, co naprawdę znaczy być rodziną i jak trudne bywają wybory, gdy w grę wchodzi miłość, lojalność i odpowiedzialność. Czy byli dobrymi czy złymi dziećmi? - tego w tej opowieści trudno jednoznacznie orzec, trzeba spojrzeć szerzej pod te drzemiące żale i emocje, które nieprzepracowane tkwią w bohaterach. W mojej opinii, autor pokazał  jak trudno traktować się z szacunkiem i empatią, bo czy dzieci umiały rozmawiać z dorosłym ojcem kiedy ten "znikał" w oczach, o tym co tak naprawdę jest mu potrzebne, za czym tęskni, czego oczekuje od nich. Zabrakło tej uważności, chęci, szczerości, potraktowania go jako sprawnego na umyśle człowieka. Podrzucały jedzenie, leki, sprawdzały od czasu do czasu czy jest, ale uznały, że skoro ma ciepło, telewizor i jedzenie to wszystko, a jednak starość nie wymywa sfery emocjonalnej i uczuciowej. 

Polecam ją każdemu, kto szuka literatury obyczajowej z duszą, takiej, która nie tylko opowiada historię, ale też zostawia ślad w sercu.