„Testamenty” to powrót do Gileadu – świata, w którym ideologia stała się narzędziem opresji, a kobiety sprowadzono do roli podporządkowanych trybików w machinie władzy. Margaret Atwood wciąga czytelnika w duszny, klaustrofobiczny klimat, gdzie każdy krok może być niebezpieczny, a każdy wybór może się okazać fatalny w skutkach. Niepokój i niepewność wylewają się z kart tej powieści, sprawiając, że trudno oderwać się od lektury.
Atmosferę książki, w jakimś stopniu, oddają słowa jednej z głównych postaci: "...jeszcze bardziej się obawiam, że wszelkie moje wysiłki spełzną na niczym, a Gilead przetrwa tysiąc lat. Najczęściej tak właśnie czujemy się tutaj, z dala od wojny, choć w oku cyklony. Ulice są tak spokojne, ciche, uporządkowane, jednak pod pozornie niezmąconą powierzchnią czuć drgania, jak w pobliżu linii wysokiego napięcia. Wszyscy jesteśmy napięci (...). "Rządy terroru", mawiano kiedyś, ale terror nie tyle rządzi, ile paraliżuje. Stąd ta nienaturalna cisza." (str. 305)"
Autorka nie tylko rozwija wątki znane z „Opowieści podręcznej”, ale też pogłębia obraz systemu, który niszczy jednostkę, rodzinę i więzi społeczne. Pokazuje prawdę uniwersalną, że z początkowych czystych i wzniosłych celów "Z czasem jednak, jak nieraz bywało w historii, zostały one wypaczone i zbrukane przez samolubnych, oszalałych na punkcie władzy ludzi." (str. 370) "W „Testamentach” poznajemy trzy perspektywy widzenia Gileadu przez trzy postaci, niektóre były dla mnie zaskakujące. Każda z perspektyw odsłania jego inną twarz: od bezwzględnej władzy, przez życie w strachu, po desperacką próbę ucieczki. Dzięki temu Margaret Atwood tworzy wielowymiarową opowieść o tym, jak ideologia może przeniknąć każdy aspekt życia, odbierając ludziom wolność i godność, możliwość stanowienia choć w jakiejś sferze, np. osobistej. To książka o manipulacji, o tym, jak łatwo można podporządkować społeczeństwo, gdy strach staje się fundamentem systemu. Ale to także historia o sile, o tym, że nawet w najbardziej opresyjnych warunkach rodzi się bunt, nadzieja i pragnienie wolności.
Choć Gilead jest fikcją, to książka tchnie realizmem, bo fundamenty stworzonego przez autorkę świata, czyli ideologiczne manipulacje czy kontrola nad ciałem i myślą są aż nazbyt bliskie temu, co znamy z historii i współczesności. „Testamenty” są ostrzeżeniem, że granica między porządkiem a tyranią jest niezwykle krucha, a jej przekroczenie może nastąpić szybciej, niż nam się wydaje. „Testamenty” są duszne, niepokojące, ale jednocześnie fascynujące. To mocny głos w dyskusji o wolności, władzy i roli kobiet w społeczeństwie. To powieść, która pozostawia niepokój, i właśnie dlatego jest ważna. Autorka nie daje prostych odpowiedzi, nie oferuje łatwego happy endu. Zamiast tego zmusza do refleksji: jak daleko może posunąć się władza w imię „dobra wspólnego”? I czy my sami jesteśmy odporni na mechanizmy kontroli, które tak subtelnie wkradają się w codzienność?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moja ciekawość obejmuje również zdanie innych, dlatego miło mi będzie jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoją opinią na przeczytany temat :)