Szukaj na tym blogu

środa, 28 stycznia 2026

Pieśni łaciatych krów - Łukasz Staniszewski

 

Trudno mi było z ta książką, bo z jednej strony nie chciałam jej odłożyć, czekając na "coś" co mnie zaskoczy, a z drugiej nie pojmowałam wielu zdarzeń. Mogę zatem napisać, że „Pieśń łaciatych krów” to książka, po której zamknięciu nie zostałam z jasną oceną, ani jednoznacznym zachwytem ani z rozczarowaniem. Pozostałam w jakimś stanie zawieszenia, w poczuciu, że historia została opowiedziana, ale nie do końca wybrzmiała.

Czytając tą opowieść trudno było mi uchwycić, czym właściwie ta opowieść chce być. Z jednej strony pojawiają się elementy codzienności, lokalności, pewnej surowości świata przedstawionego, z drugiej brak tu wyraźnego napięcia, tajemnicy czy nieoczywistości, które prowadziłyby czytelnika dalej, otwierały jakieś głębsze poziomy. Często czułam się "zaklinowana" w tej treści, bez perspektywy na jakieś sensowne wyjście. 

Szczególnie wyraźny staje się ten brak w zestawieniu z książkami z cyklu „Stara Słaboniowa i spiekładuchy", czy "Oberki do końca świata", do których „Pieśń łaciatych krów” w myślach odnosiłam. Tamte opowieści miały w sobie magię, pewną niesamowitość, poczucie, że pod powierzchnią realistycznych zdarzeń kryje się coś więcej, tajemnica, magia, niedopowiedzenie, ale wszystko było spójne i klimatyczne. Tutaj dla mnie tych elementów zabrakło. Język powieści ma specyficzny charakter, zaś bohaterowie miejscami bardzo skomplikowani emocjonalnie i nie wzbudzili we mnie cieplejszych uczuć.

Podsumowując, nie poczułam tej opowieści, bohaterowie mnie nie przekonali, tak samo jak cała ich historia. Być może zabrakło tej odrobiny magii, być może jakiejś tajemnicy, a może po prostu silniejszego głosu narracyjnego. To opowieść, która została opowiedziana do końca, ale nie do końca mnie poruszyła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moja ciekawość obejmuje również zdanie innych, dlatego miło mi będzie jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoją opinią na przeczytany temat :)