Szukaj na tym blogu

środa, 20 maja 2026

Chiny jednego dziecka - Piotr Sochoń, Weronika Truszczyńska, Nadia Urban

 

Trafiła w moje ręce zbiorowa praca o problemie społeczno-demograficznym Państwa Środka: „Chiny jednego dziecka”, która w wyjątkowo przejrzysty, a jednocześnie poruszający sposób analizuje jeden z najbardziej radykalnych eksperymentów społecznych XX wieku. Autorzy nie ograniczają się do suchego opisu polityki jednego dziecka, ale proponują wielowymiarową narrację, w której decyzje polityczne, społeczne konsekwencje i indywidualne dramaty splatają się w obraz głęboko złożony i niejednoznaczny.

Dużą wartością tej publikacji jest jej szczegółowość. Autorzy drobiazgowo rekonstruują proces tworzenia i wdrażania polityki kontroli urodzeń w Chinach, pokazując ją jako przemyślaną, choć często oderwaną od realiów społecznych formę „inżynierii społecznej”. Widać jak na dłoni jak decyzje podejmowane na najwyższych szczeblach władzy przekładały się na życie milionów ludzi. Co ważne, książka nie upraszcza tej zależności, zamiast tego odsłania jej złożoność, wskazując zarówno motywacje władz (np. obawy o przeludnienie czy rozwój gospodarczy), jak i ich nieprzewidziane konsekwencje: od zaburzeń struktury demograficznej, przez społeczne napięcia, aż po długofalowe skutki ekonomiczne. 

Szczególnie wyraźnie wybrzmiewa jednak jeden aspekt, nieproporcjonalne obciążenie kobiet. Z kart książki wyłania się obraz, w którym to właśnie kobiety stały się głównymi „nośnikami” skutków tej polityki. Presja społeczna, kontrola reprodukcyjna, a często również przymusowe działania administracyjne wpływały bezpośrednio na ich ciała i życie osobiste. Autorzy w subtelny, ale stanowczy sposób pokazują, jak decyzje podejmowane w strukturach władzy, znacząco zdominowanej przez mężczyzn, przełożyły się na utrwalenie i wzmocnienie istniejących stereotypów płciowych. Kobiety przedstawiane są tu nie tylko jako ofiary systemu, ale również jako osoby zmuszone do funkcjonowania w rzeczywistości, w której to one ponoszą konsekwencje założeń polityki. W zasadzie kobiety od początku, w którym dało się to stwierdzić, ponosiły ofiarę polityki; wykryte podczas USG "dziewczynki" były poddawane aborcji, jeśli nie udało się potwierdzić płci podczas ciąży, urodzone dziewczynki topiono lub wyrzucano, małe dziewczynki oddawano rodzinom chłopców na poczet przyszłych żon, przekazywano do adopcji zagranicznych. Sytuacja dziewczynek zależała od rodziny i miejsca jej urodzenia. Większe szanse na urodzenie, wychowanie i dorośnięcie miały w miastach, zdecydowanie mniejsze na wsiach, gdzie rodzice potrzebowali rąk do pracy, a przy takiej polityce dziewczynki były bezużyteczne. Autorzy pokazali także złożoności prawne obowiązujące w Chinach, które dotykają kobiety, a mianowicie linie dziedziczenia i własności, która jest przypisana do linii męskiej. To prawo wydaje się nie do wyobrażenia, a trzyma się mocno.

Nastał też taki moment w miastach, że jedynaczki były traktowane przez swoich rodziców jak równoprawne obywatelki, jak skarby, co przechyliło szalę obciążeń i wymagań w drugą stronę, nauka, kariera, opieka nad rodzicami, wysoko postawiona poprzeczka. Można by rzec, że w Chinach wahadło zmian nie potrafi znaleźć spokoju, wskazówka mocno odchyla się to w jedną to w drugą stronę.

"Jedna rodzina, jedna miejscowość, dwa pokolenia kobiet. Kilkunastoletnia dziewczyna oddana za bezcen na żonę dla obcego mężczyzny i jej bratanica, młoda kobieta mieszkająca dzisiaj w Nowym Jorku z wybranym przez siebie partnerem. Ciotka Jenny stanowiła dla rodziny obciążenie, była warta tylko tyle, ile chciał za nią zapłacić przyszły mąż. Z kolei Jenny jest dla swojej rodziny nadzieją i krewni uważają, że warto w nią inwestować miliony juanów." (str. 35) Niemniej ten kij ma dwa końce, bo choć jedynaczki z "polityki jednego dziecka" mają to o czym nie mogły nawet marzyć kobiety z wcześniejszych pokoleń, mają spełniać szereg oczekiwań, począwszy od osiągającej sukcesy zawodowe, dobrze wychodzącej za mąż tradycyjnej partnerki, troskliwej matki, po opiekunkę swoich rodziców.

Obecna sytuacja nie napawa polityków optymizmem, bo społeczeństwo z jednej strony starzeje się, nie ma zastępowalności pokoleń, brakuje młodych kobiet do rodzenia, młodzi mężczyźni nie mają z kim mieć potomstwa, a czasami to dobrze wykształcone kobiety nie mogą znaleźć partnera ze względu na wysokie wymagania rodziców (kolejna zaszłość kulturowa). Czasami to młodzi wychowani w dobrobycie nie chcą podjąć się obowiązków i trudu wychowywania dzieci. Wyzwań jest sporo, ryzyka dla społeczeństwa i gospodarki duże. Chciałoby się zapytać, co czeka Chiny w XXI wieku starzejącego się na potęgę społeczeństwa? Nie jest to tylko problem tego kraju, ale dodatkowym problemem jest skala.

Książka oferuje czytelnikowi przestrzeń do refleksji, nad relacją między władzą a jednostką, nad granicami ingerencji państwa w życie prywatne, a także nad długofalowymi skutkami decyzji podejmowanych w imię „wyższego dobra”. To też świadectwo nakładających się elementów np. polityki i zwyczajów kulturowych, które często wykluczają się, a co najmniej ścierają ze sobą.

„Chiny jednego dziecka” to lektura ciekawa a dzięki połączeniu rzetelnej analizy z wrażliwością społeczną staje się uniwersalną opowieścią o konsekwencjach prób sterowania społeczeństwem na masową skalę. To książka, która może zostać z czytelnikiem na długo, nie tylko jako źródło wiedzy, ale przede wszystkim jako impuls do krytycznego myślenia. Jest napisana bardzo przyjaznym językiem i w sposób wciągający, jakby była opowieścią z innego świata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moja ciekawość obejmuje również zdanie innych, dlatego miło mi będzie jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoją opinią na przeczytany temat :)