Szukaj na tym blogu

środa, 28 stycznia 2026

Sekrety sztuki. Ukryte przesłania, znaczenia i symbole w sztuce - Debra N. Mancoff


Autorka bardzo ciekawie podeszła do pokazania czytelnikowi sztuki, przybliżenia jej znaczenia i tajników. Każdy rozdział to nowe doznania, odkrycia, odsłonięcia rąbka niezwykłości tworzenia sztuki. To książka, którą się zwiedza. Dzięki niej nie wychodząc z domu można zobaczyć ważne dzieła i to z bliska. To lektura otwierająca przed czytelnikiem drzwi do świata sztuki w sposób nieoczywisty i niezwykle przystępny. Autorka bardzo życzliwie zaprasza do wspólnej wędrówki przez wieki, dzieła i biografie artystów, pokazując to, co zwykle pozostaje w cieniu. 

Siłą tej publikacji jest sposób narracji, bo autorka prowadzi czytelnika nieszablonowo, skupiając się nie na suchych faktach, lecz na wybranych kulisach, tajnikach i sekretach dzieł sztuki. Dzięki temu obrazy, rzeźby i nazwiska przestają być muzealnymi eksponatami, a zaczynają opowiadać własne historie, pełne symboli, ukrytych znaczeń i bardziej lub mniej świadomych wyborów twórców.

Każdy rozdział przynosi nowe doznania i odkrycia. To kolejne odsłony niezwykłości procesu twórczego, momenty, w których czytelnik zaczyna dostrzegać, że sztuka rzadko bywa przypadkowa. Detale, gesty, kolory czy pozornie drugoplanowe elementy okazują się nośnikami znaczeń, a ich odczytanie zmienia sposób patrzenia na znane dzieła. Książka nie wymaga specjalistycznej wiedzy, raczej potrafi ją pogłębić, albo pomaga w otwarciu się na nią. W mojej opinii to lektura zarówno dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze sztuką, jak i dla odbiorców bardziej świadomych, szukających świeżego spojrzenia i nowych interpretacji. Autorka z wyczuciem balansuje między erudycją a lekkością, dzięki czemu czytanie staje się przyjemnością, a nie obowiązkiem, można ją odkładać i powracać, nie tracąc doznań.

„Sekrety sztuki. ...” to przewodnik uważności, bo po tej lekturze może pojawić się potrzeba zatrzymania się, przyjrzenia detalom, zadania pytania: co jeszcze tu ukryto? To książka, która nie tylko opowiada o sztuce, ale też zmienia sposób jej doświadczania, przybliża i otwiera na przyglądanie się dziełom pod różnymi kątami.

MOJA WIELKA PIĘKNA NIENAWIŚĆ. Biografia Victorii Benedictsson - Elisabeth Åsbrink

 

„Moja wielka piękna nienawiść. ...” to książka, którą bez wahania można nazwać wyjątkową i ważną, a dla mnie jednocześnie taką, która potrafiła mnie pokonać. W moim przypadku zachwyt nad ambicją, warsztatem i erudycją autorki szedł w parze z narastającym zmęczeniem i poczuciem, że ta lektura wymaga ode mnie dużego "wysiłku czytelniczego", bez równoważącego poczucia radości z czytania.

Sama postać Victorii Benedictsson bardzo mnie zainteresowała. To bohaterka nieoczywista, pełna sprzeczności, jakby uwikłana we własne talenty, którym z woli ojca nie mogła dać upustu. Uciekając od twardych zakazów rodziny weszła w małżeństwo, które również ją ograniczało. Oczywiście nie sprzyjały rozwojowi jej talentu czasy, w których przypadło jej życie. W codzienności była zaplątana w sprzeczności: bała się odpowiedzialności za rodzinę i dzieci, ale wszystko to dźwigała na swoich barkach, nie chciała poświęcić swojego życia na bycie gospodynią, ale ta rola przypadła jej w udziale i wypełniała ją obowiązkowo, nie chciała rodzic dzieci, ale przypadło jej to w udziale, itd. Wyobrażałam sobie, że ta uzdolniona kobieta w tym żelaznym uścisku norm i wytyczonych ról społecznych musiała się "dusić". I mimo, że się nie poddawała w tworzeniu, było jej bardzo trudno i mogła mieć poczucie rozdarcia, pokonania, niemożności wyrwania się ze szponów rutyny. 

Autorka stworzyła opowieść o nieprzeciętnej kobiecie, artystce, a także zaprosiła czytelnika do szerokiego świata skandynawskich elit intelektualnych XIX wieku, środowiska fascynującego, ale też hermetycznego, pełnego napięć, ambicji i hierarchii. Ten kontekst historyczno-kulturowy był jedną z dużych zalet książki, lecz jednocześnie sprawił, że lektura stała się gęsta, wymagająca i momentami przytłaczająca. Oczywiście widziałam ogrom pracy, jaką Elisabeth Åsbrink włożyła w odtworzenie życia pisarki, w poszukiwanie śladów, listów, kontekstów, nawet tam, gdzie materiał źródłowy był niepełny, fragmentaryczny, trudny do uchwycenia. Ta determinacja budziła mój szacunek, tak samo jak talent autorki.

To proza ambitna, opowiadająca o rodzeniu się talentu i o drodze jaką trzeba przebyć, aby pokazać ten talent. To historia o konieczności radzenia sobie w świecie niesprzyjającym kobietom i wszystkim, którzy wyrastają ponad przeciętność. Jednakże mimo podziwu nad wieloma obszarami tej książki, ta opowieść mnie zmęczyła. Nielinearna narracja, wielość wątków, postaci i kontekstów sprawiały, że momentami gubiłam emocjonalny punkt zaczepienia. Często czułam ciężar materiału, a nie zawsze jego wartość. 

Podsumowując, „Moja wielka piękna nienawiść. ...” to książka z pewnością ważna, bo przybliża bardzo interesującą dla literatury postać, ale niełatwa. To lektura, która wymaga skupienia, cierpliwości i gotowości na intelektualny wysiłek. Doceniam ją bardziej, niż ją polubiłam. I choć czuję respekt wobec tej opowieści, mam też świadomość, że nie każda wielka literatura musi być doświadczeniem przyjemnym.

Pieśni łaciatych krów - Łukasz Staniszewski

 

Trudno mi było z ta książką, bo z jednej strony nie chciałam jej odłożyć, czekając na "coś" co mnie zaskoczy, a z drugiej nie pojmowałam wielu zdarzeń. Mogę zatem napisać, że „Pieśń łaciatych krów” to książka, po której zamknięciu nie zostałam z jasną oceną, ani jednoznacznym zachwytem ani z rozczarowaniem. Pozostałam w jakimś stanie zawieszenia, w poczuciu, że historia została opowiedziana, ale nie do końca wybrzmiała.

Czytając tą opowieść trudno było mi uchwycić, czym właściwie ta opowieść chce być. Z jednej strony pojawiają się elementy codzienności, lokalności, pewnej surowości świata przedstawionego, z drugiej brak tu wyraźnego napięcia, tajemnicy czy nieoczywistości, które prowadziłyby czytelnika dalej, otwierały jakieś głębsze poziomy. Często czułam się "zaklinowana" w tej treści, bez perspektywy na jakieś sensowne wyjście. 

Szczególnie wyraźny staje się ten brak w zestawieniu z książkami z cyklu „Stara Słaboniowa i spiekładuchy", czy "Oberki do końca świata", do których „Pieśń łaciatych krów” w myślach odnosiłam. Tamte opowieści miały w sobie magię, pewną niesamowitość, poczucie, że pod powierzchnią realistycznych zdarzeń kryje się coś więcej, tajemnica, magia, niedopowiedzenie, ale wszystko było spójne i klimatyczne. Tutaj dla mnie tych elementów zabrakło. Język powieści ma specyficzny charakter, zaś bohaterowie miejscami bardzo skomplikowani emocjonalnie i nie wzbudzili we mnie cieplejszych uczuć.

Podsumowując, nie poczułam tej opowieści, bohaterowie mnie nie przekonali, tak samo jak cała ich historia. Być może zabrakło tej odrobiny magii, być może jakiejś tajemnicy, a może po prostu silniejszego głosu narracyjnego. To opowieść, która została opowiedziana do końca, ale nie do końca mnie poruszyła.

Wyspa niechcianych kobiet - Agata Komosa-Styczeń

 
"Garstka nie powinna żyć wspaniale. 
Większość nie powinna żyć średnio. 
Margines nie powinien żyć źle. 
Wszyscy powinni żyć dostatnio." (str. 18)

To bardzo ambitne i wielce sprawiedliwe podejście do dobrobytu społeczeństwa. Jak zatem zbudować taki kraj? O tym w tej książce opowiada autorka. Co istotne dla czytelników, żeby lepiej zrozumieć podejście do tej budowy, na początku książki autorka przypomniała nieformalny zbiór zasad Duńczyków zwanym prawem Jante. To swego rodzaju "najeżone szpice palisady", mające bronić jedności i nierozerwalności wspólnoty, która jest najważniejsza. To właśnie wspólnota wie co dla jednostki będzie najlepsze, a nie odwrotnie. To wspólnota razem buduje dobrobyt tego kraju, z którego korzystają jednostki, zaś państwo, aby temu sprostać stara się wiedzieć o swoim obywatelu jak najwięcej. Ta "kontrola" ma pomóc państwu zadbać o właściwy poziom życia a w przypadkach spadku tego poziomu, np. urodzenia dziecka, utraty pracy, starzenia się, aby wiedzieć kiedy i jak reagować. "Wszelkie odstępstwa od normy - czy to w twoich finansach, czy w twoim zachowaniu - są widoczne gołym okiem. Ktoś zawsze patrzy." (str. 16) i czuwa. Wspólnota, czyli obywatele nauczeni są, aby dbać o wspólne dobro, bo wszyscy się na nie składają, dlatego zwracają uwagę na niewłaściwe zachowania innych. W życiu codziennym tym odzwierciedleniem dbałości o swoje jest również wspieranie swoich marek, zakładanie wspólnot społecznych, rolniczych kooperatyw żywieniowych, bezpłatnego i dostosowanego do potrzeb dzieci systemu edukacji, itd. ale także czystość na osiedlu, ulicy, cisza nocna, itp.

Oczywiście, aby doprowadzić do takiego stanu nie opierano się tylko na ideach i prawach, to praca wszystkich obywateli miała się do tego przyczynić, zwłaszcza tych aktywnych, pracujących i płacących podatki. "Kluczowe było zachowanie proporcji." (str. 22), czyli jeśli jak najwięcej przydatnych, silnych i sprawnych obywateli będzie pracować na dobro wspólne, zaś tylko nieliczni niesprawni i słabi będą z tej pracy zwolnieni przy korzystaniu z wypracowanych przez innych korzyści, to wówczas uda się doprowadzić do kraju szczęśliwości. Jednakże, aby temu sprostać, trzeba było przedsięwziąć odpowiednie kroki, i pomimo obaw o zachwianie się systemu opieki nad potrzebującymi członkami rodzin - która opierała się na kobietach, wypchnąć je do pracy zawodowej, aby powiększały PKB, zaś z ich podatków sfinansować systemową opiekę nad najmłodszymi w żłobkach i najstarszymi w domach seniorów. I tutaj kolejne "ale", tych osób, którym państwo miałby zapewnić opiekę nie mogło być zbyt wiele, aby system był wydolny. Zatem pilnowano równowagi, poprzez "trzymanie się kilku zasad:

-Nie powinieneś się rozmnażać, jeśli twoje potomstwo mogłoby być obciążone genetycznie.

- Nie powinieneś się rozmnażać nadmiernie, każda kolejna ciąża eliminuje kobietę z rynku pracy.

- Nie powinieneś rozprzestrzeniać chorób, bo de facto nie powinieneś chorować. Chorowanie zuboża państwo.

- Powinieneś pracować, bo praca pozwala na płacenie podatków, a podatki budują dobrobyt.

Właśnie dlatego pilnowano równowagi w systemie. Izolowano, leczono i mobilizowano do pracy na wszelkie możliwe sposoby." (str. 23) Siła tych zasad działa wciąż, bo choć z jednej strony państwo sprawuje silną kontrolę nad obywatelami, to z drugiej obywatele mają zaufanie do struktur i bogaty socjal oraz wsparcie państwa.

Niemniej lęki, które zrodziły się po przyjęciu takiego kierunku przywdziały różne kaftany, m.in ten przed "degeneracją narodu" z powodu bezrobocia, pijaństwa czy niemoralności a także przekazywanych genów. I tutaj wchodzimy na wyższy poziom czystości genów i drogi do ich uzyskania, np. poprzez separowanie "wybrakowanych" jednostek w odizolowanych miejscach od zdrowej tkanki społeczeństwa, np. na wspomnianych w tytule wyspach.

„Wyspa niechcianych kobiet” to książka, która burzy wygodny mit Skandynawii jako krainy bezwarunkowej równości, humanizmu i społecznej sprawiedliwości. Autorka pokazuje, że duński model państwa dobrobytu nie narodził się wyłącznie z troski o obywatelalecz także z decyzji opartych na wykluczeniu, kontroli i przemocy instytucjonalnej wobec najsłabszych. Opisywana w książce wyspa staje się symbolem tego, co nie pasowało do wizji nowoczesnego, silnego państwa: kobiet biednych, samotnych, „nieprzystosowanych”, chorych psychicznie lub uznanych za moralnie niewygodne. Zamiast realnej pomocy oferowano im izolację, w imię porządku społecznego i postępu. Autorka pokazuje, że państwo, które miało zapewniać opiekę, bardzo szybko zaczęło decydować, kto zasługuje na wsparcie, a kto powinien zostać usunięty z pola widzenia

Szczególnie poruszające jest ukazanie, jak idee higieny społecznej, kontroli reprodukcji i „racjonalnego zarządzania populacją” stały się fundamentem polityki społecznej. W imię dobra ogółu jednostki traciły podmiotowość. Kobiety zamknięte na wyspie były traktowane nie jako osoby, lecz jako problem do rozwiązania, swoista przeszkoda na drodze do nowoczesności. Zaś z drugiej strony higiena rasowa mogła stanowić otwarcie bram dla równouprawnienia i dobrowolnego macierzyństwa, a dalej do prawa do aborcji, a także wysokiego poziomu edukacji seksualnej.

Odizolowane, nawet kiedy wracały na łono zdrowej społeczności nie czuły się swobodnie, miały poczucie inności, oderwania: "Kobiety opuszczające wyspę nienawidziły plotek na swój temat, które utrudniały im znalezienie zatrudnienia, stanowiły źródło dyskryminacji." (str. 148) 

Ważnym przełomem w podejściu systemu do osób z niepełnosprawnościami była ustawa o opiece nad osobami upośledzonymi umysłowo oraz innymi osobami o szczególnych potrzebach. Ten akt od dnia obowiązywania przywracał godność każdej osobie jej pozbawionej poprzez jakąkolwiek formę ubezwłasnowolnienia. Twórca tego podejścia Bank-Mikkelsen wykreślił z dyskursu i podejścia państwa, ukuty przez propagatorów czystości rasowej, niekorzystny mit o osobach "słabych duchem.

Oczywiście ten kij ma dwa końce, ale jak na razie Dania to kraj, w którym obywatelom żyje się na wysokim poziomie, stabilnie i bezpiecznie, a politycy nawet jeśli zmieniają się po wyborach nie burzą podwalin pod tą stabilizacją. Duńczycy bardzo bronią tego dobrobytu i spokoju, co konsekwencją jest m.in. podejście do imigrantów, zwłaszcza tych którzy się nie integrują, albo nie przyjmują wypracowanych norm. Niemniej jeśli nauczą się języka i wtopią w tkankę społeczną wówczas nie są już obcymi, ale "swoimi", których należy przyjąć pod skrzydła i dać wsparcie. 

Książka w wyraźny sposób wpisuje się w debatę o cenie państwa dobrobytu. Autorka nie neguje osiągnięć Danii ani realnych korzyści płynących z rozbudowanego systemu socjalnego, ale pokazuje, że jego fundamenty powstawały również na gruncie cierpienia i niesprawiedliwości. To właśnie te „ciemne plamy” duńskiej drogi do dobrobytu czynią książkę tak ważną, bo zmuszają do krytycznego spojrzenia na historię, którą często przedstawia się w sposób idealizowany.

„Wyspa niechcianych kobiet” to lektura trudna, momentami bolesna, ale potrzebna. Przypomina, że żadne państwo dobrobytu nie jest moralnie neutralne, a troska o większość zbyt często odbywała się kosztem tych, którzy nie mieścili się w normie. To książka, która uczy czujności wobec systemów – nawet tych, które dziś uchodzą za wzór do naśladowania.

Przeczytanie tej książki miało dla mnie dużą wartość.


poniedziałek, 12 stycznia 2026

Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy - Magdalena Kopeć

 


Książka Magdaleny Kopeć to poruszające i rzetelnie udokumentowane studium jednego z najbardziej przemilczanych aspektów rozwoju przemysłu, czyli systemowego wykorzystywania pracy dzieci. Autorka pokazuje, że za postępem gospodarczym XIX i początku XX wieku kryły się dramaty najmłodszych, zmuszanych do pracy w warunkach niszczących zdrowie i godność, a także życie.

Już na początku uderza brutalną logiką ekonomiczną fabrykantów, kiedy czytamy: "Brygadziści starają się zastąpić mężczyzn kobietami, bo są bardziej dochodowe dla fabryki. Przyjmuje się małoletnie, szkoli płacąc 25 kopiejek, po szkoleniu dostają tą samą stawkę na dzień: mężczyźni otrzymają 40 kopiejek za m. towaru, kobiety 25-27, ta fabryka wyróżnia się wyjątkowym oszustwem." (str. 35). Dziecko w tym systemie było tańszym narzędziem produkcji, łatwym do zastąpienia i pozbawionym głosu, zwłaszcza kiedy: „…każde dziecko, które nie chce umrzeć z głodu, musi pracować” (s. 59) pokazuje, że nie istniał żaden realny wybór, bo praca była warunkiem przeżycia.

Szczególnie przejmujące są fragmenty poświęcone zdrowiu młodocianych robotników. Autorka opisuje, jak choroby zawodowe u dzieci były częstsze i cięższe niż u dorosłych, a listy schorzeń przypominały wyniki badań ludzi z wieloletnim stażem pracy: "Typowe dla poszczególnych zawodów choroby zawodowe u młodzieży występowały częściej i były bardziej uporczywe niż u dorosłych. Młode, nastoletnie organizmy dopiero się kształtowały, a czynniki zewnętrzne wyjątkowo łatwo zaburzały rozwój narządów czy układu kostnego. Dlaczego w ankietach tak skrupulatnie podawano obwód klatki piersiowej? Zależał od niego rozwój płuc i prawidłowe oddychanie, tak jak od rozwoju mięśni, kości i nerwów - normalny ruch. Patrząc na listę chorób nastolatków, można odnieść wrażenie, że przebadani zostali pięćdziesięcioletni robotnicy z trzydziestoletnim stażem pracy." (s. 112). To dowód na to, że przemysł rozwijał się kosztem fizycznego i psychicznego wyniszczenia młodych organizmów. Łatwo było też zastąpić pracowników, bo bezrobocie i bieda były ogromne.

Autorka obnaża również hipokryzję przemysłowców, którzy tłumaczyli zatrudnianie dzieci „koniecznością szkolenia kadr”. W rzeczywistości była to często czysta propaganda, bo dzieci zwalniano, gdy tylko zbliżały się do wieku dorosłego "Zwolennicy zatrudniania małoletnich jako stały argument podnosili przygotowanie młodej kadry. Przemysłowcy tłumaczyli, że potrzebują wykwalifikowanych robotników, więc muszą przyjmować i szkolić małoletnich. W wielu wypadkach była to jednak propaganda." (s. 148). Liczył się zysk, nie przyszłość młodych ludzi.

Wstrząsającym fragmentem jest także przytoczony "głos obrońców" pracy dzieci: „Dzieci pracowały zawsze dopóki szły maszyny i było dobrze. Czy to my ich gwałtem brali? Czy im nie płacili?” (s. 34). Ten fragment doskonale pokazuje mentalność epoki, brak empatii, przerzucanie winy i traktowanie edukacji jako zagrożenia dla porządku społecznego.

W mojej opinii największą wartością książki jest jednak jej aktualność. Autorka wyraźnie zaznacza, że choć Europa się zmieniła, na świecie wciąż istnieją miejsca, gdzie praca dzieci jest normą, oczywiście zawsze „dla zysku", niestety tylko nielicznych. "Choć w Europie wiele się od XIX wieku zmieniło, to nie brak na świecie miejsc, gdzie praca dzieci wciąż jest normą lub - co gorsza - koniecznością. Odpowiedź brzmi zawsze tak samo: dla zysku. Dziecko to kiepski pracownik, ale gorzej opłacany, a jego zatrudnienie pozwala uzyskać założone efekty produkcyjne. Logika może nieco pokrętna, ale ekonomicznie skuteczna." (s. 140). To sprawia, że lektura nie jest jedynie historyczną opowieścią, lecz także alarmem.

„Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. ...” to książka bardzo potrzebna, przypomina, że bogactwo i rozwój często budowano są na krzywdzie najsłabszych. I że ten mechanizm, choć dziś lepiej ukryty, nadal niestety działa, może już nie w samej Europie, ale w innych regionach Ziemi, niemniej my także z tej pracy korzystamy.

środa, 7 stycznia 2026

Cesarzowa Piotra. Tom 1 - Kristina Sabaliauskaitė

 

Główna bohaterka książki, Katarzyna I Aleksiejewna przyjmuje nas w swojej sypialni w ostatniej dobie swojego życia. Leżąc w łożu boleści i upokorzenia, niezdolna ruszyć się z niego, ani wykonać żadnej czynności wokół siebie, zależna od służby i lekarza, zapadająca w stany nieprzytomności, powraca w tych ostatnich godzinach do swojego życia, rok po roku, wydarzenie po wydarzeniu odkrywa przed czytelnikiem swoje losy.

Narratorka Katarzyna prowadzi czytelnika przez własną biografię bez patosu i bez wybielania faktów. Jej opowieść jest szczera, momentami brutalna, pełna sprzecznych emocji: wstydu, dumy, żalu, gniewu i niespełnienia. To nie jest historia cesarzowej opowiadana z perspektywy tronu, lecz z perspektywy kobiety, która przeszła drogę od nizin społecznych do najwyższej władzy, płacąc za nią ogromną cenę osobistą. Jej siłą jest intymność, bo poprzez zamknięcie narracji w przestrzeni sypialni umierającej cesarzowej czytelnik staje się niemal mimowolnym świadkiem jej najbardziej prywatnych myśli i tego co się z nią dzieje fizycznie. Przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, wspomnienia z majakami, a wielka historia z osobistym dramatem jednostki. Ten zabieg narracyjny sprawia, że książka wciąga od pierwszych stron i nie pozwala się odłożyć.

Autorka w niezwykle sugestywny sposób pokazuje mechanizmy władzy, zależności, przemoc, zarówno fizyczną, jak i symboliczną oraz ograniczenia, z jakimi musiała mierzyć się kobieta w świecie rządzonym przez mężczyzn, zwłaszcza w Rosji. Katarzyna nie jest przez autorkę ani idealizowana, ani potępiana. Pokazała ludzką twarz cesarzowej, pełną sprzeczności, często słabą, czasem bezwzględną, ale zawsze świadomą swojej pozycji i ceny, jaką za nią zapłaciła. Jej siłą i orężem była pokora, umiejętność słuchania emocji innych, rozwiązywania konfliktów, bycia w cieniu, ale tuż obok kiedy była potrzebna. To też zdolność do przystosowywania się do mężczyzn, zwłaszcza od Piotra, wspieranie ich w fatalnych dla nich momentach, wyprzedzanie ich potrzeb. To niezwykłe postępowanie, które nie było łatwe do utrzymania wobec pokus władzy, pozwolił jej na trwanie.

„Cesarzowa Piotra” to nie tylko powieść historyczna, ale przede wszystkim opowieść o władzy, cenie ambicji i kobiecym doświadczeniu w świecie, który nie pozostawia miejsca na słabość. Książka bardzo mnie wciągnęła, urzekła swoją formą i psychologiczną głębią bohaterki. Zdecydowanie zostanie ze mną na długo, a już z niecierpliwością czekam na drugą część, licząc, że równie bezkompromisowo i sugestywnie dopełni tę historię.

Na marginesie wspomnę, że miałam też nieodparte wrażenie, że ta opowieść jest bardzo aktualna w warstwie politycznej tego kraju. W mojej opinii autorka nawiązywała do ciągle aktualnych: kompleksów wielkiej Rosji, imperialistycznych ambicji i prowadzenia działań przez przemoc.