To była dla mnie wielka przyjemność lektury, nie tylko ze względu na bohaterkę, ale także na klimat czasów i umiejętność ich pokazania. Autorowi udało się stworzyć powieść niezwykle sugestywną, balansującą na granicy historycznej biografii i literackiej baśni dla dorosłych. Edward Carey pisał tą książkę przez piętnaście lat, to raczej długo, ale chciał zebrać jak najwięcej faktów o głównej bohaterce, co wcale łatwe nie było ze względu na czas i okoliczności, a także na samą "osóbkę" Madame (nie była w zasadzie nikim wielkim i ważnym, dlatego trudno było zebrać jakieś szczególne historie o niej). Niemniej udało mu się zbudować świat, który nie tylko wciągnął mnie w życie przyszłej Madame Tussaud, ale także odsłonił pulsującą, niepokojącą tkankę XVIII‑wiecznego Paryża, miasta które wówczas stało na progu gwałtownej przemiany. Autor z dbałością o detal odtworzył klimat końca ancien régime’u. Paryż, opisany przez niego tętnił życiem, cuchnął, krzyczał i pulsował energią rewolucyjnego wrzenia. Udało mu się uchwycić moment, w którym monarchia odchodziła w przeszłość, niemal rozpływała się, czy tonęła w chaosie, by w jej miejsce wyrosła potężna i groźna idea republiki (pięknej i czystej na papierze, ale jakże brutalnej w praktyce). W końcowych akordach przewija się postać Napoleona, który w pewien sposób domknął rewolucyjny szał, lecz nie uspokoił moralnego chaosu.
W mojej opinii autorowi udało się także pokazać bardzo obrazowo i wyraziście ponadczasową, niezmienną, przybierającą jedynie nowe formy, naturę władzy. Carey pokazał dwór królewski jako miejsce rozpasania i buty, gdzie przesada i nadmiar dosłownie wylewała się korytarzami, zaś służba była traktowana jak rzecz, którą po użyciu można było schować w szafie, komórce, tudzież innej kanciapie, aby nie raziła w oczy. Przyjrzał się także rewolucjonistom, którzy mieli przynieść sprawiedliwość, ale bardzo szybko ulegli tej samej chorobie: bezkarności, okrucieństwu, fatalnej pewności własnej racji. Ten wątek odsłania mechanizm, w którym ci, którzy chcieli obalić tyranię, sami w tyranów się zamienili. Ten „samozjadaczy” charakter rewolucji, w której bohaterowie stali się ofiarami, a ideały zostały pożarte przez fanatyzm, wybrzmiał szczególnie mocno na tle przeżyć samej Małej.
Przechodząc już do głównej bohaterki, rzeczonej Małej, czyli Anny Marii Grosholtz, to jest ona niezaprzeczalnie mocnym "elementem" tej powieści. Niewielkiej postury, pozornie krucha dziewczyna, której determinacja, hart ducha i niezwykła zdolność obserwacji czynią ją postacią niezapomnianą. Siła bohaterki wynika z jej zwyczajności, z codziennych zmagań, z uporu, który pozwala jej trwać, choć świat wokół niej raz po raz się załamuje przy okazji demolując jej własny mikrokosmos. Może właśnie ta kontrastowość, czyli mikroskopijna postać przeciwko gigantycznym wydarzeniom historii nadaje tej opowieści wyjątkową intensywność. Maria, patrząc uważnie, rzeźbiąc twarze, które inni chcieliby zapomnieć lub wymazać, staje się cichą kolekcjonerką przemian. Jej umiejętność obserwacji jest tak intensywna, że z czasem staje się nie tylko rzemieślniczką, ale jakby mimowolną kronikarką swoich czasów. Twarze, które rzeźbi, są świadectwem epoki: królów, arystokratów, a wreszcie ludzi, którzy przejmują władzę, by doprowadzić kraj na skraj szaleństwa. Mała porusza się wśród nich wszystkich niemal niezauważenie, ale nic jej nie umyka. Jest jak ktoś, kto nie ocenia pochopnie, nie ulega fanatyzmom, lecz wszystko uważnie rejestruje: cicho, sumiennie, z bolesną dokładnością każdy wyraz twarzy, każdy grymas strachu, pychy czy upadku, niechcący wchodzi w wielką historię, choć nigdy tego nie planowała. Rewolucja, która miała przynieść wolność, odsłaniała (dosłownie) przed nią swoją drugą, bardzo mroczną twarz: rozpasanie nowych przywódców, dzikość tłumu, logikę zemsty i samowoli. Mała obserwuje, jak ci, którzy mieli naprawić świat, zaczynają powielać błędy obalonych tyranów, a nawet je potęgować na niespotykana do tej pory skalę. W tym chaosie moralnym zachowuje jednak własną wewnętrzną równowagę i nadzieję. Wierzy w swoją misję, ale nie jest idealistką, nie pociąga jej władza, zaś przemoc budzi w niej instynkt przetrwania, nie zaś potrzebę odwetu. Jej stabilność jest tym cenniejsza, że świat wokół rozpada się na kawałki i spływa krwią.
Zbliżając się do końca, myślę, że powieść jest nie tylko biograficzną historią o twórczyni słynnego gabinetu figur woskowych, ale także opowieścią o człowieku w czasach wielkiej zawieruchy; przypowieścią o kruchości jednostki, o sile przetrwania i o wiecznej skłonności władzy do nadużycia. Edward Carey stworzył książkę głęboko ludzką, taką, która mimo historycznego kostiumu mówi przede wszystkim o tym, co w nas stałe, niezmienne i niepokojąco uniwersalne. To historia o kobiecie, która mimo realiów epoki wymknęła się roli przypisanej jej przez ówczesne społeczeństwo. Smutne koleje losu zmusiły ją do samodzielności, żeby przetrwać robiła wiele rzeczy ponad swoje siły, jednocześnie uczyła się i stopniowo budowała własne umiejętności, raczej mozolnie, po cichu, ale konsekwentnie nie dając się stłamsić. To też uniwersalna opowieść o symbolu trwałości, który nie rodzi się z potęgi ani z pięknych deklaracji, lecz z uporu i wierności własnej pracy. Może dlatego postać Małej ma taką moc, bo pokazuje, że to, co najbardziej niepozorne, często okazuje się najbardziej niezniszczalne. W świecie, który nieustannie się przeobraża, upada, odradza i na nowo niszczy, Mała niesie ze sobą cichą, ale nieustępliwą pamięć. To ona przetrwała, choć systemy władzy upadały jak kolejne domy z kart. W mojej opinii Mała była jednocześnie świadkiem, uczestniczką i kronikarką własnej epoki i to taką, która nie potrzebowała wielkich słów, by opowiedzieć historię, wystarczyły jej twarze i dłonie, które potrafiła odtworzyć i w tym tkwiła jej niezwykłość.
Dla mnie to była cudna i wciągają w wir wydarzeń lektura.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moja ciekawość obejmuje również zdanie innych, dlatego miło mi będzie jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoją opinią na przeczytany temat :)