Szukaj na tym blogu

sobota, 27 czerwca 2026

Kontury - Jakub Jarno


To moje drugie spotkanie z Jakubem Jarno i równie udane.

„Kontury” to historia Wandy, kobiety o nieznanym pochodzeniu, której życie od początku naznaczone jest brakiem, samotnością i chłodem instytucjonalnej opieki. Bohaterka „urodziła się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kogo”. Ten brak zakorzenienia staje się dla niej losem, nie tylko faktem biograficznym, ale wręcz doświadczeniem egzystencjalnym. Wychowywana najpierw przez siostry zakonne, a następnie w domu dziecka, Wanda od najmłodszych lat styka się z emocjonalną pustką i przemocą. Dodatkowo autor nie idealizuje tych miejsc, pokazuje je jako przestrzenie odczłowieczenia, gdzie dziecko nie jest podmiotem, lecz problemem do zarządzania. Jednym z najbardziej wstrząsających momentów powieści jest utrata oka przez Wandę, z jednej strony to wydarzenie brutalne, a z drugiej symboliczne. Nieprzypadkowy akt przemocy ze strony innej wychowanki ukazuje nie tylko fizyczne zagrożenie, ale też atmosferę ciągłego napięcia i rywalizacji, w której dzieci funkcjonowały, zabiegały o uwagę zarządzających i jakieś "lepsze" uczucia. W książce ukazany został świat pozbawiony opieki w najgłębszym sensie, świat, w którym krzywda może wydarzyć się z najniższych pobudek, bez konsekwencji, zwłaszcza jeśli ma się za sobą wychowawczynię, a raczej nadzorczynię o podobnym charakterze. Autor jednak nie moralizował, ale też nie dawał łatwych ocen, niemniej utrzymywał ponury, duszny klimat, przytłaczający nieprzewidywalnością. 

W tym przemocowym tle ważną rolę odgrywa postać Franka Światło, chłopca cieszącego się uznaniem wśród rówieśników. Jego zainteresowanie Wandą daje chwilowe złudzenie bliskości i akceptacji. Autor nie rozwija jednak tego wątku w sposób klasyczny, nie otrzymujemy prostej historii przyjaźni czy miłości. Raczej jest to sugestia emocjonalnej relacji, która nigdy nie zostaje w pełni uchwycona, do końca wyjaśniona czy nazwana. Równie ciekawa i niewyjaśniona jest relacja z Urbanem Sierpińskim, chłopcem który pochodził z "dobrego" i szanowanego domu.

„Kontury” to powieść zanurzona w realiach PRL-u, w którym chłód instytucji, bezduszność wychowania, brak indywidualnego podejścia wpisywało się w obraz epoki, w której jednostka często ginęła w systemie. Na tle tej szarej rzeczywistości rozświetlającym wątkiem jest ten o tenisie, który był czymś lepszym i wznioślejszym w tej siermiężnej rzeczywistości, ale i on miał swoje ograniczenia, skupiła się tylko do bloku wschodniego. 

„Kontury” nie prowadzą czytelnika przez spójną fabułę, raczej zmuszają do poruszania się po jej fragmentach jak po tytułowych konturach, które nigdy nie zamieniają się w jednoznaczny, zamknięty obraz. Nic w tej książce nie zostało wyjaśnione do cna, co może w niejednym czytelniku budzić frustrację. Narracja Wandy, prowadzona z więzienia, pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi. Nie dowiadujemy się, co doprowadziło ją do tego miejsca, jakie były jej dorosłe wybory, ani jakie relacje ukształtowały jej życie. Brakuje też wyjaśnień dotyczących niektórych wydarzeń z dzieciństwa czy młodości. Nie wiemy dlaczego jeden z jej towarzyszy jest, a drugiego już nie ma. Być może jednak te „luki” nie są przypadkowe, bo taka była koncepcja powieści. Może autor świadomie zrezygnował z domknięcia, zmuszając czytelnika do aktywnej interpretacji. „Kontury” nie oferują gotowych rozwiązań, lecz pozostawiają z niedopowiedzeniem, podobnie jak życie Wandy, pozbawione jasnej narracji i sensownego porządku.

Dodam, że ciekawym zabiegiem autora było umieszczenie w opowieści młodej dziennikarki, która swoimi pytaniami podważa opowieść Wandy, co dodatkowo nie daje pewności i spokoju w odczytywaniu opowieści.

Podsumowując, „Kontury” to trudna, momentami bolesna lektura, która nie daje satysfakcji w tradycyjnym sensie. Nie znajdziemy tu katharsis ani klasycznej przemiany bohatera. Zamiast tego otrzymujemy przejmujący portret jednostki złamanej przez system i pozbawionej wsparcia. To książka wymagająca, ale jednocześnie wartościowa, szczególnie dla tych czytelników, którzy cenią literaturę pozostawiającą przestrzeń na refleksję i niedopowiedzenie. 

piątek, 26 czerwca 2026

Skończyły mi się oczy - Grażyna Jeromin-Gałuszka

 

Ach cóż to była za przyjemna, "pluszowa" książka. Po poważnych lekturach dobrze zatopić się w klimatach stworzonych przez autorkę. „Skończyły mi się oczy” jest pełna ciepła, łagodności i takiego kojącego klimatu „dawno, dawno temu”. Nie czyta się jej dla zwrotów akcji czy intelektualnych fajerwerków, ale dla emocji, atmosfery i poczucia bezpieczeństwa, jakie daje. To opowieść trochę jak miękki koc: spokojna, momentami nostalgiczna, zanurzona w świecie prostych wzruszeń i delikatnej wrażliwości. A choć czasami ma "mocniejsze" akcenty to w mojej opinii nie zaburzają całości, dodają nieco ożywienia akcji, lekko "zaostrzają" lekturę.

Miałam momentami wrażenie, że obcuję z baśnią dla dorosłych, taką historią, która bardziej tuli niż niepokoi. Autorka buduje świat pełen emocjonalnych drobiazgów, dzięki którym łatwo wejść w ten rytm opowieści. To jedna z tych książek, które bardziej się „czuje” niż analizuje. W mojej opinii to książka dla tych czytelników, które potrzebują oddechu, łagodności i historii zostawiającej po sobie miękkie, trochę melancholijne wrażenie. Daje przestrzeń na zatrzymanie się, refleksję i wejście w spokojniejszy rytm myślenia. W czasach narracji opartych na szoku i przebodźcowaniu taka forma może być zaskakująco kojąca.

Bohaterki (cztery pokolenia kobiet w rodzinie), z których każda jest nieidealna, powodowały u mnie natychmiastową sympatię i czułość. Każda z bohaterek opowiada o sobie, o swoich najbliższych, pokazując swoje trudności, rozterki i niedoskonałości. Urocze są ich nieidealne relacje, które jednak przepełnione są ciepłem, miłością i tolerancją. W książce są mężczyźni, ale stanowią oni bardziej tło, albo dopełnienie jakiejś sytuacji, która musiała pociągnąć historię.

Czytając ją, miałam wrażenie obcowania z opowieścią z innego czasu: spokojniejszego, bardziej wrażliwego, trochę baśniowego. Niemniej nie jest to książka dla każdego, dla tych którzy oczekują dynamiki, brutalnego realizmu lub wyrazistego napięcia mogą poczuć niedosyt. Narracja płynie spokojnie, chwilami wręcz kontemplacyjnie pozwala zanurzyć się w atmosferze i emocjach bez presji ciągłego działania.

Po lekturze zostało mi przede wszystkim poczucie ciepła i nostalgii. „Skończyły mi się oczy” nie epatuje wielkimi tezami ani dramatami, ale zostawia po sobie coś trudnego do nazwania: miękki smutek, ukojenie i wrażenie, że przez chwilę było się w świecie bardziej łagodnym niż ten codzienny. Polecam.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Zemsta należy do mnie - Marie Ndiaye

 

„Zemsta należy do mnie” to książka niełatwa, gęsta, duszna, dziwna i wielowarstwowa. Czytając miałam niejednokrotnie chęć zaprzestania czytania, ale coś mnie jednak ciągnęło do tego co dalej się wydarzy i w konsekwencji przeczytałam.  

Marie NDiaye zbudowała opowieść skomplikowaną, która niepokoi swoją gęstą od niedopowiedzeń i emocjonalnych napięć warstwą pod "powierzchnią zdarzeń" pierwszoplanowych. Sami bohaterowie również nie są do końca wiarygodni, ani dla siebie nawzajem, ani dla czytelnika. I tak na przykład główna bohaterka adwokatka Susane, choć próbuje zrozumieć i pomóc swojej klientce sama mierzy się z jakimś niezrozumiałym, acz napierającym wspomnieniem dawnego spotkania z mężczyzną, notabene mężem klientki. To spotkanie jest jak cierń, podskórny, niby zagojony, ale ciągle daje o sobie znać, nie pozwalając na komfort codzienności. Do tych postaci dochodzi jeszcze kolejna tajemnicza osoba czyli Sharon, emigrantka z Mauritiusa, która pracuje u Susane jako pomoc domowa. Wątki różnych niepokojów przeplatają się ze sobą tworząc gęstą atmosferę niedopowiedzeń i drżeń. W książce dominuje gra pozorów, zakamuflowany konflikt o podłożu pasywno-agresywnym. Moją uwagę przyciągnął związek klientki mecenas Susane, czyli Marylin Principaux z mężem, najpierw nieświadoma dała się wciągnąć mężowi w powolną alienację, a pozostawiona sama ze wszystkimi obowiązkami i emocjami próbowała zrzucić całe przygniatające ją brzemię niszcząc wszystko co najbliższe. Ale nie tylko Marylin została odcięta od wszystkich i wszystkiego, również mecenas Susane została "odcięta" od rodziny, od warstwy społecznej, może bardziej metaforycznie i mniej dramatycznie, ale cały czas w jej życiu wybrzmiewają echa tego odcięcia i niedopasowania do środowiska, w którym się znalazła. Podążając tym tropem Sharon jest w podobnej sytuacji, chociaż trochę z własnej woli i na własnych zasadach, bo to ona uciekła ze swojej ojczyzny, aby "poprawić" swój los. Uciekła z domu, w którym była tylko matką i gospodynią domową, by na emigracji decydować dla kogo pracuje i trzymać rodzinę w szachu. Niepokojąca jest również relacja mecenas Susane i Sharon, delikatna ze strony prawniczki, podszyta niechęcią ze strony Sharon. Choć zagłębiając się nieco bardziej odczuwamy chęć umocnienia zależności, związania, zbudowania pomostu wdzięczności przez mecenaskę i budowania szczelnej granicy przez Sharon, nie dopuszczanie do swojej rodziny i spraw prywatnych mecenaski. Podobnych, choć może bardziej drugoplanowych zależności znajdziemy tutaj więcej, bo ta opowieść została na nich zbudowana. 

Nie ma w tej książce prostych bohaterów i jednoznacznych interpretacji, wszystko jest wielowarstwowe i wieloznaczeniowe. Autorka ukazuje portrety ludzi, którzy grzęzną w ciasnych obsesjach, popadając w skrajne emocjonalne wyczerpanie, z którego nie ma dobrego wyjścia, bo już nie potrafią zrozumieć co się zadziało, i jak oswobodzić się z tej pętli. Nic w tej książce nie zostanie wyjaśnione definitywnie, pozostanie zaś mnogość alternatywnych rozwiązań, pytań bez odpowiedzi, jednoznacznych wersji zdarzeń, wszystko można rozpatrywać pod wieloma kątami. 

Ta z pozoru cicha proza, napisana chłodnym językiem przytłacza intensywnością. Można się poczuć klaustrofobicznie z natłoku tłumionych emocji i gestów oraz niewypowiedzianych słów. Motyw zemsty nie jest w tej powieści jednoznaczny ani dosłowny. Nie chodzi o prosty akt odwetu, ale raczej o coś głębiej osadzonego w ludzkiej psychice, o potrzebę wyrównania krzywd, o pamięć, która nie pozwala zapomnieć, o relacje, które pozostawiają w nas ślad na zawsze. Zemsta okazuje się tutaj czymś rozproszonym, wpisanym w emocjonalne dziedzictwo bohaterów.

Nie zaznałam spokoju, nie poznałam przyczyn tragicznych zdarzeń, nie poznałam żadnej postaci prawdziwie, ale czy zawsze mamy dostawać oczywiste odpowiedzi? W tym tkwi siła tej książki, że nic nie jest łatwe, oczywiste i nie zawsze dostaniemy rozwiązanie. Dla czytelnika szukającego historii „do rozwiązania” może być frustrująca. Dla tego, który chce zanurzyć się w opowieści o emocjach, pamięci i cienkich granicach między tym, co przeżyte, a tym, co wyobrażone, ta książka będzie doświadczeniem wyjątkowym i długo pozostającym w pamięci.