Miałam momentami wrażenie, że obcuję z baśnią dla dorosłych, taką historią, która bardziej tuli niż niepokoi. Autorka buduje świat pełen emocjonalnych drobiazgów, dzięki którym łatwo wejść w ten rytm opowieści. To jedna z tych książek, które bardziej się „czuje” niż analizuje. W mojej opinii to książka dla tych czytelników, które potrzebują oddechu, łagodności i historii zostawiającej po sobie miękkie, trochę melancholijne wrażenie. Daje przestrzeń na zatrzymanie się, refleksję i wejście w spokojniejszy rytm myślenia. W czasach narracji opartych na szoku i przebodźcowaniu taka forma może być zaskakująco kojąca.
Bohaterki (cztery pokolenia kobiet w rodzinie), z których każda jest nieidealna, powodowały u mnie natychmiastową sympatię i czułość. Każda z bohaterek opowiada o sobie, o swoich najbliższych, pokazując swoje trudności, rozterki i niedoskonałości. Urocze są ich nieidealne relacje, które jednak przepełnione są ciepłem, miłością i tolerancją. W książce są mężczyźni, ale stanowią oni bardziej tło, albo dopełnienie jakiejś sytuacji, która musiała pociągnąć historię.
Czytając ją, miałam wrażenie obcowania z opowieścią z innego czasu: spokojniejszego, bardziej wrażliwego, trochę baśniowego. Niemniej nie jest to książka dla każdego, dla tych którzy oczekują dynamiki, brutalnego realizmu lub wyrazistego napięcia mogą poczuć niedosyt. Narracja płynie spokojnie, chwilami wręcz kontemplacyjnie pozwala zanurzyć się w atmosferze i emocjach bez presji ciągłego działania.
Po lekturze zostało mi przede wszystkim poczucie ciepła i nostalgii. „Skończyły mi się oczy” nie epatuje wielkimi tezami ani dramatami, ale zostawia po sobie coś trudnego do nazwania: miękki smutek, ukojenie i wrażenie, że przez chwilę było się w świecie bardziej łagodnym niż ten codzienny. Polecam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moja ciekawość obejmuje również zdanie innych, dlatego miło mi będzie jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoją opinią na przeczytany temat :)