Szukaj na tym blogu

środa, 31 grudnia 2025

Osobliwe szczęście Arthura Peppera - Phaedra Patrick


"Arthur Pepper ma 69 lat i wiedzie proste życie. Każdego dnia wstaje dokładnie o 7:30, ubiera się w przygotowane wcześniej rzeczy – koniecznie w musztardową kamizelkę – tak jak robił to za życia swojej żony, Miriam. I idzie podlać paprotkę, Fredericę, z którą zaczął rozmawiać po tym, jak Miriam umarła. Czyli rok temu." Tyle jeśli chodzi o skrót fabuły, przynajmniej w jej pierwszym akcie. Pod wpływem nalegań syna i delikatnych sugestii córki, Arthur zaczyna robić porządki w rzeczach Miriam podczas których znajduje ciekawą, a nawet można by rzec tajemniczą bransoletkę z przywieszkami, której nie widział u żony przez 40 lat trwania ich małżeństwa. To znalezisko uruchamia szereg zdarzeń, które będą zaskakujące przede wszystkim dla głównego bohatera. Osiadłe, spokojne, rutynowe życie wywraca, jak na siebie, do góry nogami, i rozpoczyna podróż śladami swojej żony kiedy jeszcze nie byli małżeństwem, a które było dla niego nieznane, choćby dlatego, że żona o nim nie opowiadała, a on nie pytał.

To jest przyjemna opowiastka o miłości, stracie i tęsknocie. Być może nieco naiwny obrazek przemiany introwertycznego mężczyzny na emeryturze w odkrywcę i ekstrawertyka otwartego na różnorodność świata i ludzi. To opis przemiany relacji w rodzinie pod wpływem zmiany, która zaszła w ojcu. To też zabawne, może czasem niezbyt wiarygodne historie i wydarzenia, może nawet zbyt idealistyczne zachowania niektórych uczestników tej historii. Raczej nie była to dla mnie "ważna" książka, bo właśnie wydała mi się trochę naiwna w swoim przesłaniu, z powtórzeniami, czy rozmyślaniami, które niepotrzebnie przedłużały niektóre akapity. Niemniej z drugiej strony była to lektura przyjemna zwłaszcza na czas świąteczny, łagodna, na swój sposób nostalgiczna, refleksyjna i pozytywna w swoim przesłaniu. Czyta się ją chwilę, bo wciąga w wir rozmyślań i zwariowanych przygód Arthura, pobudziła moją wyobraźnię i pozwoliła przenieść się w miejsca, w których już dawno nie byłam. Niesie też pozytywną energię i pozwala na reset pomiędzy poważniejszymi lekturami. Można o niej powiedzieć, że jest ciepła, przytulna i dobra na poprawę humoru:)

Własna pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków - Karolina Dzimira-Zarzycka


Miałam w tym roku szczęście, że trafiłam na tą autorkę, ze względu na ogrom wiedzy, szczegółowości i ciekawostek jaki zawarła w swoich książkach, język jakim operuje i oczywiście sam temat dotyczący malarstwa kobiet, które coraz bardziej mnie interesuje. Doceniam umiejętności autorki w docieraniu i wyszukiwaniu informacji o artystkach, które stworzyły dzieła mimo częstych przeciwności losu (i nie mam tu na myśli czasów, w których kobiety wówczas żyły, raczej warunki finansowe i socjalne) i ignorancji społeczeństwa. Autorka zawarła wiele faktów "drobiaszczków", które wyłuskała z jakichś zakątków archiwów prywatnych i państwowych. Wyszukiwała, zbierała i umieszczała na kartach tej książki informacje dotyczące kobiet tworzących obrazy i rzeźby w swoich maleńkich pokoikach, pracowniach, profesjonalnych atelier, domach rodzinnych, w plenerach, generalnie tam gdzie dało się realizować swoje umiejętności i talent. Autorka przybliżyła zmagania, determinację i pasję artystek w poszukiwaniu dla siebie miejsca do tworzenia, przenoszenia na płótno tego co czują, widzą i chcą uwiecznić. Dodatkowo czytanie tej książki zbiegło się z moją wizytą w Muzeum Sztuki Nowoczesnej na wystawie "Kwestia kobieca", gdzie zebrano wiele wspaniałych dzieł prekursorek swoich czasów począwszy od XVI wieku do czasów współczesnych. To połączenie było wspaniałym dopełnieniem, bo nie tylko pobudziło moją wyobraźnię, ale dało szansę zobaczyć wiele dzieł w oryginale. 

Karolina Dzimira-Zarzycka przedstawiła wiele artystek malarek i rzeźbiarek, jedne bardzo szczegółowo oddając im poszczególne rozdziały m.in. Emili Dukszyńskiej, Annie Bilińskiej, Toli Certowiczównie, Anieli Biernackiej, Józefie Geppert, Zofii Stankiewiczównie,  Oldze Boznańskiej, siostrom Bierkowskim, Bronisławie Poświkowej, Anieli Pająkównie, Bronisławie Rychter-Janowskiej, zaś inne niejako wplatając w orbitę tych  głównych bohaterek. Wpisała je w miejsca, w których tworzyły: pokoiki, klitki, pracownie, profesjonalne studia, domy, pałace, muzea a nawet klasztor. Opisując te klitki, przybliżając wyposażenie i rozmieszczenie umeblowania dała obraz różnych warunków, począwszy od bardzo skromnych i nieprzyjaznych dla artystek miejsc, poprzez wynajmowane studia aż do specjalnie stworzonych i dostosowanych prywatnych atelier, stylowo urządzonych, tworzących przyjazne miejsce dla modeli i odwiedzających. Oczywiście wszystko zależało od zamożności i zaplecza artystek, a także popularności i zapotrzebowania odbiorców na ich prace. Autorka skupiła się także na używanych przez malarki materiałach, narzędziach i ich specjalnościach, bo te również miały swoje wymagania i specyfikę, choćby w odniesieniu do rzeźbiarek, dla których znaczenie miała wielkość i wysokość umieszczonej pracowni ze względu na np. ciężar gliny i wynoszenie gotowej rzeźby do odlewu, czy  pejzażystek dla których noszenie ze sobą narzędzi było wymagające a samo postrzeganie ich pracy w plenerze przez społeczność nie zawsze zrozumiana (pamiętajmy, że były czasy kiedy kobiecie nie wypadało samej wędrować po polach i łąkach). Omówiła także szerokie spektrum możliwości zarobkowania ze względu na wiele zmiennych wewnętrznych i zewnętrznych dotyczących poszczególnych artystek, a także okoliczności i szanse jakie miały w zależności od tychże.

Podsumowując, mimo czasem nielinearnego poruszania się po osi czasu oraz przeplatania wielu wątków i życiorysów jest to książka ogromnie ciekawa i wciągająca. Mam nadzieję, że autorka napisze jeszcze kolejne tak ciekawe pozycje, w każdym razie ja będę czekała. 

wtorek, 30 grudnia 2025

Hjem. Na północnych wyspach - Ilona Wiśniewska

 

Ilona Wiśniewska to jedna z moich ulubionych reporterek, dlatego cieszę się, że mogłam sięgnąć po jej kolejną książkę. Tym razem to książka o zmianach tych widocznych i tych bardziej zakamuflowanych, którym trzeba się przyjrzeć nieco bardziej uważnie. To historia o przemijaniu, tęsknocie, samotności i ptakach. To też opowieść o domu, do którego mamy różny stosunek, którym się cieszymy, z którego uciekamy, albo go szukamy. Autorka mieszkająca od kilku lat w Tromso pokazuje je przez pryzmat miejsca, z którego się wyjeżdża, albo w którym znajduje się swoje miejsce, do którego przybywają ludzie poszukujący schronienia, odskoczni, czy zapomnienia. Choć Tromso to norweskie miasto z jego duchem i chłodem szeroko pojętym, to mimo wszystko stało się jakimś swoistym tyglem kulturowym, do którego napływają ludzie z różnych zakątków kuli ziemskiej i mimo przeszkód, próbują się w nim zaaklimatyzować i odnaleźć.

Wracając do ptaków to stanowią swoistą oś wokół której toczą się zawarte w książce historie ludzi, miejsc i zwierząt, to one są widomymi znakami zmian klimatu. Te ptaki to barometr zmian zachodzących szczególnie w rejonie koła podbiegunowego, w którym lato było tylko krótkim błyskiem w roku kalendarzowym, a obecnie potrafi trwać już ponad dwa miesiące, a temperatury mogą sięgać średnio ok 15 stopni Celsjusza. Ilona Wiśniewska opowiada o mewach zwanych miejscowo krysiami (po norwesku „krykkje”, czyli mewa trójpalczasta), które mają swoich przeciwników i wrogów (bo brudzą, krzyczą i wszędzie ich pełno) zwolenników i opiekunów (bo giną jako gatunek), czy wręcz przyjaciół, którzy wyczekują co roku ich powrotu z cieplejszych regionów Europy. Autorka pokazuje szerokie spektrum sprawy ptaków, poczynając od tego, że wymierają w swoim naturalnym środowisku ze względu na ekspansywną działalność ludzi w tym rejonie (m.in. poprzez przeławianie ryb), a szukając zgodnie z instynktem przetrwania nowego miejsca zmieniają swoje klify na miejskie siedliska, co rodzi konflikt interesów ludzi i ptaków w mieście, to zaś uruchamia zwalczanie ich na różne sposoby głównie przez Norwegów, a z drugiej strony wywołuje także akcje pomocy tym zwierzętom. Powstają  ruchy badaczy i wolontariuszy, które apelują do władz i czynnie pomagają ptakom w obliczu sytuacji, w której się znalazły, zyskały nawet nazwę "nauki obywatelskiej", czyli citizen science. 

Ta opowieść Ilony Wiśniewskiej oprócz ptaków ma także swoich wyraźnych bohaterów, zwłaszcza Bjørg, niezamożną Norweżkę, w średnim wieku, która mieszka w rodzinnym domu, ale ma kłopot bo musi się z niego wyprowadzić, aby spłacić rodzeństwo. Bjorg jest bardzo związana z JJ, mewą , która od wielu lat rokrocznie wiosną powraca do jej gospodarstwa, ale Bjorg za każdym razem obawia się czy wróci w roku następnym. Konieczność opuszczenia domu potęguje jej obawy. Mamy Polaka, który karmi mewy, przygląda im się i kontempluje każdą spokojną chwilę w Tromso, bo ucieka przed swoimi sprawami. Poznajemy kobietę, uciekinierkę z Iranu, której opowieść chwyta za serce, badacza z Hiszpanii, ekscentrycznego fana muzyki i życia z dnia na dzień. Autorka przygląda się im, rozmawia z nimi, spotyka się z nimi, a z niektórymi podejmuje wspólnie działa na rzecz mew. Dodatkowo nieco miejsca poświęca także sobie, uchylając rąbka swojego życia w Tromso, co w poprzednich książkach nie miało miejsca.

Podsumowując to kolejna warta lektury książka tej autorki, tym razem poświęcona bardziej przyrodzie niż ludziom, ważna opowieść, która niesie przesłanie o tej północy kuli ziemskiej, w której zachodzą znaczące zmiany, a jej ofiarami są ptaki.

niedziela, 28 grudnia 2025

Kos kos jeżyna - Tamta Melaszwili

 

Autorka daje do ręki czytelnikom kameralną opowieść o kobiecie, która mimo przeciwności czy raczej uwarunkowań zewnętrznych postanowiła żyć po swojemu. Daje bohaterkę, która miała odwagę wyjść poza sztywne, tradycyjne i schematyczne patriarchalne gorsety, w które w tym społeczeństwie wtłaczane są kobiety.  

Choć dostajemy w książce opowieść głównej bohaterki, narratorki, Etero, choć skupiamy się na jej życiu i wyborach, to dostajemy również szeroki opis społeczeństwa; uwikłanych w obowiązki kobiet, agresywnych i często nadużywających szkodliwych substancji mężczyzn, uzurpujących sobie prawo do decydowania o wszystkim. Dostajemy obrazek gruzińskiej prowincji, w której śledzi się każdy ruch sąsiadów, zwłaszcza jeśli zachowują się inaczej niż przeciętni mieszkańcy. 

Etero 48 latka snuje opowieść, w której przeplata teraźniejszość z przeszłością, dzięki czemu dowiadujemy się o jej życiu, o utracie matki, o starej ciotce, która się nią opiekowała przez pierwsze 6 lat jej życia, o rozlicznych obowiązkach, które spadły na nią kiedy trafiła już pod dach ojca i brata, o krzywdach których doznała od tego drugiego. Dostajemy zatem szaro-bure podobrazie z dzieciństwa i pierwszych lat młodości w domu rodzinnym, na którym po śmierci brata i ojca Etero umieściła kolory, kształty i dopasowane do swojego gustu treści. Dzięki jej opowieści zrozumiemy dlaczego bohaterka jest tu gdzie jest, dlaczego nie martwi się o przyszłość, dlaczego wygląda i zachowuje się tak a nie inaczej, dlaczego będąc starą panną jest zadowolona. 

Choć w tej książce nie ma nic na pewno....

Etero żyje na przekór doświadczeniom wyniesionym z relacji z bratem narkomanem i biernym ojcem. Na przekór systemowi, zaściankowości społeczeństwa, przypisanym rolom społecznym, narzuconym obowiązkom. Żyje tak, aby być samowystarczalną, niezależną i spełnioną. A choć robi wszystko, żeby mieć takie poczucie, to jakieś podskórne lęki ciągle nie dają jej spokoju. Niestety słusznie, bo choć długo dawała sobie radę w swoim zamku z grubymi murami wokół, emocje spłatały jej figla. Etero wpada w wir tego co nieznane, odkrywa przyjemność z czegoś o czym nie mówi się głośno, bo ma to służyć tylko prokreacji. Etero całkiem spontanicznie i niezapowiedzianie "dostaje" sex i postanawia wykorzystać tą okazję na ile się da. Depcze swój spokój, schodzi z utartej ścieżki i wkracza na nieznane niespokojne obszary. Jak to się dla niej skończy, czy było warto skoczyć na nieznane wody, czy trafiła na kogoś, kto jest wart utraty tego spokoju?

Tamta Melaszwili prowadzi narrację bohaterki nie pozwalając czytelnikowi na komfort i spokój, wręcza mu niepokój i niepewność co do następnych zdarzeń.  Autorka ukazuje kobietę, która choć stworzyła sobie ramy samostanowienia, miała swoje tęsknoty, braki w uczuciach, potrzeby ciepła i bliskości. Kobietę, która choć pogodzona ze swoją samotnością ciągle podskórnie boi się jak to będzie na starość, co pocznie, kto zadba o jej ciało po śmierci. Dostajemy w tych obrazkach z życia Etero wiele pytań dotyczących sfery kobiecej, zdominowanej, podporządkowanej przez sferę męską, nieokrzesaną, butną, krzyczącą. Pytania owe pozostaja otwarte...

Bardzo przewrotna, pełna sprzeczności, zaskakująca opowieść, która pozostawia otwarte zakończenie. To bardzo ważny głos kobiecy w literaturze dla kobiet i mężczyzn. To wciągająca, niespokojna lektura warta czasu.

Obiekty głębokiego nieba - Jakub Małecki

 

"Obiekty głębokiego nieba" wciągnęły mnie tak, że przeczytałam je za jednym "zaczytaniem". I choć ta książka nie stała się moją najbardziej ulubioną tego autora, to ma w sobie to coś co nie pozwoli o niej zapomnieć. 

Czytając ją miałam wrażenie, że jest to obrazek związany z moim pokoleniem, czyli ludzi, którzy w latach dziewięćdziesiątych zdobyli dyplom, znaleźli nowoczesne prace, uciekli do stolicy i żyli pełnią możliwości, które we wczesnym kapitalizmie się otwierały. Znaleźli się w świecie pełnym obietnic, ale też fałszywych nadziei. Budowali nową jakość, bezkrytycznie wprowadzali nowoczesne trendy i mody na miarę zachodnich wzorców. Jednocześnie dla wielu był to czas końca ich biznesów, a nawet rozumienia rzeczywistości a nawet złamania życia. W książce znajdziemy kilkoro bohaterów, którzy szybko weszli w nowy system, zachłysnęli się możliwościami, otwierającymi się szansami na szybką karierę. Mieli wrażenie, że mają nieograniczone możliwości, po części tak było, ale zawsze kosztem kogoś lub czegoś.

Z drugiej strony odczytałam w niej wątek poszukiwania miłości. Bohaterowie lokowali swoje uczucia często nie wiedząc, czy są prawdziwe, czy może to tylko próba zapełnienia pustki. Zatracali się w powierzchownych miłostkach, które, choć na chwilę dawały poczucie spełnienia, niestety szybko prowadziły do rutyny i niezaspokojenia. Ich poszukiwanie szczęścia było pełne sprzeczności i błędów, które prowadziło do bólu i rozczarowań, zarówno ich własnych, jak i osób, które przypadkowo skrzywdziły po drodze.

Z wątków, które najbardziej przylgnęły do moich emocji była relacja syna z ojcem, zwłaszcza wtedy kiedy ojciec potrzebował pomocy i wsparcia. Piękne były opisy związane z rewitalizacją domu rodzinnego i bliskości ze zwierzętami.

Reasumując, "Obiekty głębokiego nieba" to książka, która opowiada o poszukiwaniach: miłości, tożsamości, a przede wszystkim o tym, jak łatwo można zagubić się w dzisiejszym świecie, pełnym pozornych możliwości, które wcale nie gwarantują szczęścia. To książka, która zmusza do zastanowienia się nad własnym życiem i wyborami, pokazuje jak często bezrefleksyjnie niszczymy sami siebie i najbliższych, bo nie umiemy zatrzymać się, przemyśleć co stanowi faktyczną wartość. To książka o współczesnych problemach z relacjami, samotnością i pustką. Ale, żeby nie zakończyć tak pesymistycznie to napiszę, że znajdziemy w niej też wskazówki do odzyskiwania spokoju: radości z prostych czynności, z powrotu do natury, obcowania ze świadomą codziennością. Świetna lektura, zdecydowanie polecam.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Ogród rozpaczy ziemskich - Beatriz Serrano


Jak na debiut, to w mojej opinii całkiem udany. Książka z przesłaniem, z obrazowo poprowadzonym opisem problemów i na dodatek z zaskakującym zakończeniem. Autorka z półuśmiechem i ironią opowiada o problemach trzydziestolatków, którzy mają za sobą już kilka lat doświadczenia zawodowego, niektórzy zdążyli awansować, uzyskać niezły status materialny, żyć bez zobowiązań, lekko, przyjemnie korzystając z życia - to tak na pierwszy rzut oka. Gdzieś tam za kotarą tego "sukcesu", wolności, niezależności, swobody jest gorycz, poczucie samotności, beznadzieja bez widoków na poprawę sytuacji, pustka, wypalenie i poczucie bezsensu. 
Czytając opowieść głównej bohaterki i narratorki zarazem miałam wrażenie równi pochyłej, po której emocjonalnie spada w dół, przynajmniej w pewnym obszarze życia. Niemniej bohaterka Marisa, to niezła aktorka, umie tak zakamuflować pewne problemy, że nieuważny współpracownik (a w jej środowisku większość w zachowaniu wykazuje nieuważność, powierzchowność i działa na pokaz) nawet nie zwróci na nie uwagi. Marisa tak wyćwiczyła swoje zachowania, gesty, słowa, że na pierwszy rzut oka to pełna energii, rzutka, otwarta na innych osoba. Dopiero po dotarciu do domu ten szczelny pancerz opada, rozsypują się rusztowania, które podtrzymują fasadę zawodową, opadają maski, miękną wyuczone pozy, i oto poznajemy prawdziwą bohaterkę. Marisa tak mocno buduje tą atrapę siebie na jednym gruncie, że już na pozostałych brakuje jej siły. Niestety, aby utrzymać tą fasadę musi "wspomagać" się środkami przeciw lękowymi, czy wspierającymi radzenie sobie z depresją. Ta dorosła kobieta nie potrafi zbudować trwałych relacji, nie jest pewna co chciałaby robić dalej, dlatego tkwi w tej niekomfortowej sytuacji i marzy, aby przytrafiło jej się coś, co ją uwolni od obowiązku bycia tam gdzie jest, co pozwoli z "twarzą" uciec z tej niewygodnej klatki.

Autorka ze znawstwem pokazuje mechanizm korporacji, w której panuje sztywna fasada pozorów, hipokryzji, zazdrości, gnania na oślep w przerysowane cele. Magię spotkań - online i stacjonarnych, narad, burzy mózgów, prezentacji, KPI, wyników, podległości, zależności, ścigania się w kreatywności, napompowanych i nieadekwatnych form względem realiów. Ten pęd napędza wzajemne frustracje, niechęci, animozje, przerzucanie się zadaniami i podkopywanie tych "innych". Mogłabym rzec, że autorka ukazuje sztukę biurowej prestidigitacji, gdzie uprawia się mnóstwo sztuczek w stylu "jak zrobić dobre wrażenie na kim trzeba", jak stworzyć małym wysiłkiem efekt "olśniewający" odbiorców, itp. Autorka daje w swojej książce sporo przykładów na powierzchowność, wyrachowanie, brak szczerości i zaufania, coś w stylu ładnych opakowań z zepsuta zawartością w środku. Pokazuje w prześmiewczy sposób wymuszony wyjazd integracyjny i zapychanie jego harmonogramu prezentacjami i warsztatami prowadzonymi przez pracowników. (to znam z realu)

Choć z pewną dozą humoru, to w głębi "duszy" nie jest to opowieść wesoła, pokazuje pustkę, samotność, grę pozorów i miałkość relacji. Opowieść wciąga, jest emocjonalna i obfituje w zaskakujące zdarzenia.

czwartek, 4 grudnia 2025

Silva Rerum - Kristina Sabaliauskaitė

 

To była bardzo ciekawa lektura i wspaniałe doświadczenie czytelnicze. Kristina Sabaliauskaitė stworzyła historię jednocześnie intymną i epicką. To opowieść o rodzinie, tradycji i przemijaniu, osadzona w realiach XVII-wiecznej Litwy i Żmudzi. Autorka posługuje się językiem pełnym subtelności, który nadaje narracji wyjątkowy rytm i głębię, sprawiając, że czytelnik przenosi się w czasie i przestrzeni. Fabuła jest wciągająca, a sposób, w jaki autorka splata losy bohaterów z wydarzeniami historycznymi, czyni tę książkę nie tylko literacką ucztą, ale i refleksją nad kulturą, pamięcią i tożsamością. To lektura, która wymaga skupienia, ale odwdzięcza się bogactwem treści i emocji.

Ta część "Silva rerum" wprowadza czytelnika do Wilna po ataku rosyjskich Kozaków. Opisy zniszczeń i rzezi na mieszkańcach dokonanych przez najeźdźców są realistyczne, choć autorka nie epatuje nadmiernie okrucieństwem, daje raczej wyobrażenie, że nie było żadnych świętości i litości w grabieży i mordowaniu. Główny bohater Jan Maciej Narwojsz ucieka z miasta z rodziną do rodzinnej posiadłości Milkonty na Żmudzi, gdzie wycisza się po okrutnych wydarzeniach. Żyjąc w spokoju i dobrobycie rozbudowuje pałac, urządza go bardziej nowocześnie i elegancko, tworzy wspaniały ogród, który jest jego oczkiem w głowie, zaprasza do siebie ludzi swego stanu, sprawiedliwie zarządza swoimi dobrami. Po jakimś czasie wracają jednak do Wilna, aby ich dzieci Kazimierz i Urszula mogły realizować obrane przez siebie cele życiowe: studia i zakon. Poznajemy innych ważnych dla opowieści bohaterów Jana Kirdeja Bironta z rodziny herbu Denhoff oraz przyjaciela rodziny Narwojszów Francuza Delamarsa, znakomitego puszkarza. Dostajemy od autorki opis podnoszącego się po najeździe Kozaków Wilna, bardzo barwny obraz życia, zachowań i zwyczajów młodzieży studenckiej oraz zasad panujących w klasztorze bernardynek, do którego weszła Urszula. W tle pobrzmiewa wielka historia i wydarzenia mające wpływ na losy kraju i mieszkańców.

Ciekawy dla mnie był styl autorki, która streszcza czytelnikom to co dzieje się w opowieści, nie znajdziecie w książce dialogów, ich prywatnych przemyśleń i rozterek, bo wszystko to referuje autorka.  „Silva Rerum” to dzieło dla tych, którzy cenią literaturę ambitną, pełną detali i piękno języka. Jeśli szukacie opowieści, która pozwoli zanurzyć się w świecie dawnej Europy, poczuć puls historii, a także śledzić ciekawie stworzonych bohaterów, to ta powieść jest doskonałym wyborem.

A co oznacza „Silva Rerum”, to „las rzeczy”, czyli nawiązanie do dawnych ksiąg rodzinnych, w których zapisywano wszystko: od ważnych wydarzeń po drobne refleksje. Powieść Kristiny Sabaliauskaitė jest właśnie takim literackim zbiorem historii, myśli i obrazów tworzących portret epoki.