Tworzymy nowe budowle, doskonalimy roboty, karmimy i rozwijamy sztuczną inteligencją, a nie dbamy o to co najcenniejsze, dzięki czemu żyjemy. Przyroda, bo o niej tu mowa jest ważniejsza niż technologia, bo bez niej nie przetrwamy, a z pewnością nie w takiej formie i zakresie. Kolejne dobro to woda bez której nie przetrwamy na pewno, a lekkomyślnie jest przez ludzi traktowana, trwoniona i nieceniona, bo ciągle mamy dostęp, ale czy na pewno? W wielu regionach naszego kraju już jej zabrakło w tym sezonie.
Ale do rzeczy „Mała historia znikania” Daniela Petryczkiewicza to książka o rzece, ale tak naprawdę przede wszystkim o człowieku. O jego potrzebie porządkowania świata, podporządkowywania go własnym wyobrażeniom i przekonaniu, że wszystko, co płynie, można zatrzymać, uregulować, zasypać albo skierować tam, gdzie będzie dla nas wygodniej.
Bohaterką tej opowieści jest Mała, czyli niewielka rzeka płynąca przez Konstancin-Jeziornę. Autor przygląda się jej historii osobiście, z bliska, wręcz czule. Poznajemy rzekę, która kiedyś była częścią żywego krajobrazu, a z czasem zaczęła znikać pod kolejnymi decyzjami człowieka. Zasypywana, regulowana, zamykana w kanałach i traktowana jak przeszkoda, a nie jak żywy organizm, powoli traciła swoje miejsce w świecie.
To „znikanie” nie jest jednak nagłym wydarzeniem. Dokonuje się po trochu, niemal niezauważalnie. Jedna decyzja, jedna inwestycja, jeden kawałek ziemi, który trzeba „uporządkować”. Aż w końcu okazuje się, że rzeki właściwie już nie ma. I właśnie ta powolność jest w książce najbardziej przejmująca. Bo pokazuje, jak łatwo człowiek odbiera przyrodzie przestrzeń, nie zawsze ze złej woli, czasem nawet w przekonaniu, że robi coś pożytecznego.
Historia Małej staje się przez to historią wielu innych rzek. Tych małych i dużych, które znikają z map, krajobrazów i ludzkiej pamięci. Rzek, które prostujemy, betonujemy, zakrywamy i próbujemy zmusić, żeby przestały być rzekami, a stały się jedynie elementem infrastruktury. Tak, by pasowały do naszego świata.
"Mała jest tu soczewką, w której można dostrzec ogrom zniszczenia naszej planety i przyczyn, które za tym stoją. Koniec świata, jaki znamy, już tu jest. Można wejść do suchego koryta i zobaczyć to wszystko na własne oczy. Tylko co później zrobić z tym głębokim smutkiem, bólem i frustracją?" (str. 376)
Daniel Petryczkiewicz nie pisze jednak wyłącznie o ekologii. Pisze o relacji człowieka z miejscem, o pamięci i odpowiedzialności. O tym, że krajobraz nie jest czymś danym nam na zawsze. I że kiedy znika rzeka, znika również kawałek historii, tej zapisanej w ziemi, roślinach, wodzie, ale także w pamięci ludzi.
Autor porusza w swojej książce również wątki europocentryczności, wpływu kolonializmu na inne ludy. Pisze o zmianach klimatu o podłożu antropogenicznym, o instytucjach, które o nich mówią, o naukach, które jasno wskazują na czerwone linie, które przekroczyliśmy jako ludzkość. Pokazuje negatywny wpływ człowieka na otoczenie, m.in zanieczyszczenie światłem, które dokłada się do wymierania gatunków, czy betonowaniu lub tworzenie zabudowań czy ulic, tam gdzie były cieki wodne, które grożą nagłymi zalaniami w przypadku nawalnych deszczy. Pisze o osuszaniu bagien, mokradeł, torfowisk, regulacji rzek, zabudowie terenów podmokłych, drenażu wód gruntowych, które wpływają na znikanie rzek, o osuszaniu poprzez kopanie rowów melioracyjnych, które dzisiaj są reliktem przeszłości. Przypomina o tym, że Ziemia nie jest nasza własnością, że to my - ludzie należymy do Ziemi.
„Mała historia znikania” zostawia po sobie smutek, ale też niepokój. Po lekturze inaczej patrzy się na pozornie nieistotny strumień, rów czy podmokłą łąkę. Zaczyna się dostrzegać w nich coś więcej, ślady dawnych rzek i świat, który jeszcze niedawno wyglądał inaczej.
"Czym jest rzeka? Czy rzeka to tylko woda, która płynie pomiędzy dwoma brzegami? Czy są nią tez skarpy, które wyrzeźbiła? Piaszczyste łachy, które naniosła? A co z doliną, w której od wieków się rozlewała? Co z meandrami, którymi się wiła? Co ze starorzeczami, które są jej powidokami? Co z zimorodkami, bobrami, wydrami, żabami moczarowymi, kaczkami krzyżówkami, chruścikami, piskorzami, wazkami, jaskrami wodnymi i wszystkimi innymi stworzeniami w niej i dzięki niej żyjącymi? Co z mokradłami, moczami, torfowiskami, i rozlewiskami, które tworzy? Czy one wszystkie i oni wszyscy są rzeką? Czy rzeka może przestać być rzeką?" (str. 11)
Ta opowieść o jednej rzece okazuje się opowieścią o nas wszystkich. O tym, jak łatwo coś zniszczyć i jak trudno później przywrócić temu życie. Mała znika, i dlatego warto o niej mówić, zanim zniknie także z naszej pamięci. Autor jest społecznikiem i orędownikiem dbałości o Małą, motywuje społeczność lokalną, zbierał podpisy dla dobra rzeki, walczył o nią w najwyższych urzędach. Czy warto, czy da się?
Ps. Dowiedziałam się z aktualnych doniesień autora na social mediach, że rzeka dzięki aktywistycznej pracy autorka Dolina Rzeki Małej stała się Rezerwatem, co powinno zabezpieczyć teren doliny i rzeki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moja ciekawość obejmuje również zdanie innych, dlatego miło mi będzie jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoją opinią na przeczytany temat :)