Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Miniaturzystka - Jessie Burton

 

Miniaturzystka” Jessie Burton to książka, która od pierwszych stron wciąga w świat XVII-wiecznego Amsterdamu, obrastającego w bogactwa dzięki handlowi i kolonizacji. Amsterdamu, który obrastał w przepych, a jednocześnie chłodnego i zaściankowego jeśli chodzi o obyczaje społeczne, zamkniętego za drzwiami mieszczańskich domów. Amsterdamu, w którym kobiety zależne są w 100 procentach od mężczyzn, ich decyzji, ich obecności ich woli.

"Miniaturzystka" to opowieść o kobietach, często pozamykanych w czterech ścianach domów, kuchni, zajmujących się rodziną, nie mających wpływu na jakiekolwiek znaczące decyzje. A podążając ku szczegółom to opowieść o  młodej kobiecie, która wkracza w dorosłość i małżeństwo z nadzieją, że rozpoczyna nowe życie. Oczekuje na bliskość, bezpieczeństwo i poczucie, że znalazła swoje miejsce i ukochanego męża. Szybko jednak okazuje się, że zamiast bezpieczeństwa czeka na nią dom pełen tajemnic i rozczarowań, w którym właściwie nic nie jest takie, jak się wydaje. Zamiast męża, którego mogłaby poznać, dostaje jego nieobecność. Zamiast rodziny, ludzi, którzy mają swoje "mroczne" sekrety. Zamiast odpowiedzi, coraz więcej pytań i niewiadomych.

W ramach przywitania Petronella otrzymuje od męża w prezencie miniaturowy model ich domu i zgodę na jego upiększanie. Dysponując wekslami męża zaczyna zamawiać do niego niewielkie elementy u miniaturzystki. Z początku realizacje są zgodne z jej zamówieniami, ale dość szybko zaczyna otrzymywać małe przedmioty, które dziwnie przypominają prawdziwe życie mieszkańców domu. Miniaturowy świat okazuje się odbiciem tego dużego, jego sekretów, pragnień, lęków i ukrytych znaczeń i prawd.

Autorka buduje opowieść, w której granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co symboliczne, zaczyna się zacierać. Miniaturzystka wie o mieszkańcach domu więcej, niż powinna wiedzieć. Jej figurki stają się zapowiedzią wydarzeń, a może tylko konsekwencją zdarzeń i decyzji? Czy miniaturzystka przewiduje przyszłość, czy po prostu potrafi dostrzec to, czego inni nie chcą zauważyć?

Pod warstwą tajemnic kryje się przede wszystkim historia kobiet zamkniętych w sztywno przypisanych społecznie rolach, zależnych od mężczyzn, pieniędzy i opinii innych. Nella początkowo wydaje się bezradna, ale z czasem zaczyna rozumieć, że w świecie, w którym niewiele może powiedzieć wprost, musi nauczyć się czytać między słowami. Dlatego "Miniaturzystka" to książka o pozorach, o domach, które z zewnątrz wyglądają na idealne, a w środku kryją zupełnie inne historie, często mroczne, a nawet tragiczne. To opowieść o ludziach, którzy udają kogoś, kim nie są, i o tym, że czasem najmniejsze szczegóły mówią o nas więcej niż wielkie deklaracje. To opowieść o kobietach, które musiały nauczyć się żyć w świecie urządzonym przez innych. O tym, ile można przemilczeć, ukryć i jak długo można udawać, że wszystko jest w porządku. To też opowieść o samotności i potrzebie poznania prawdy. O ludziach, którzy mieszkają razem, a jednak potrafią być sobie zupełnie obcy. O sekretach, które czasami chronią nas przed światem, a czasami stają się więzieniem.

A miniaturzystka? Do końca pozostała dla mnie postacią nieuchwytną, ale zapewne taka miała być. Kimś, kto widzi więcej, kto potrafi spojrzeć na ludzkie życie z boku i pokazać je w pomniejszeniu tak, żeby nagle stało się wyraźniejsze.

„Miniaturzystka” łączy baśń, powieść historyczną i mroczną opowieść. Nie wszystkie zagadki tej historii przekonały mnie w równym stopniu, były wiarygodne, niemniej atmosfera książki pozostaje w pamięci. Amsterdam stworzony przez autorkę z jednej strony był miastem pięknym, pełnym  życia i możliwości, a jednocześnie niepokojącym, mrocznym, pełnym kontrastów. Podobnie jak dom, który miał być dla Nelli początkiem nowego życia okazał się ścieżką po kolcach róż, jednak ku prawdziwej dorosłości. 

Podsumowując, Jessie Burton stworzyła opowieść o tym, że człowieka, podobnie jak ten książkowy miniaturowy dom, można próbować zamknąć w określonych ramach, wyznaczyć mu miejsce, rolę i granice, ale nie da się całkowicie przewidzieć, co się wydarzy, bo wystarczy czasem jeden mały szczegół, żeby zobaczyć, że pod powierzchnią wszystko wygląda zupełnie inaczej. I chyba właśnie to najbardziej zostało mi z tej książki, przekonanie, że najciekawsze historie często kryją się nie w tym, co widać, ale w tym, czego nie chcemy zobaczyć.

 


niedziela, 30 sierpnia 2026

Mała historia znikania - Daniel Petryczkiewicz


Tworzymy nowe budowle, doskonalimy roboty, karmimy i rozwijamy sztuczną inteligencją, a nie dbamy o to co najcenniejsze, dzięki czemu żyjemy. Przyroda, bo o niej tu mowa jest ważniejsza niż technologia, bo bez niej nie przetrwamy, a z pewnością nie w takiej formie i zakresie. Kolejne dobro to woda bez której nie przetrwamy na pewno, a lekkomyślnie jest przez ludzi traktowana, trwoniona i nieceniona, bo ciągle mamy dostęp, ale czy na pewno? W wielu regionach naszego kraju już jej zabrakło w tym sezonie.

 Ale do rzeczy „Mała historia znikania” Daniela Petryczkiewicza to książka o rzece, ale tak naprawdę przede wszystkim o człowieku. O jego potrzebie porządkowania świata, podporządkowywania go własnym wyobrażeniom i przekonaniu, że wszystko, co płynie, można zatrzymać, uregulować, zasypać albo skierować tam, gdzie będzie dla nas wygodniej.

Bohaterką tej opowieści jest Mała, czyli niewielka rzeka płynąca przez Konstancin-Jeziornę. Autor przygląda się jej historii osobiście, z bliska, wręcz czule. Poznajemy rzekę, która kiedyś była częścią żywego krajobrazu, a z czasem zaczęła znikać pod kolejnymi decyzjami człowieka. Zasypywana, regulowana, zamykana w kanałach i traktowana jak przeszkoda, a nie jak żywy organizm, powoli traciła swoje miejsce w świecie.

To „znikanie” nie jest jednak nagłym wydarzeniem. Dokonuje się po trochu, niemal niezauważalnie. Jedna decyzja, jedna inwestycja, jeden kawałek ziemi, który trzeba „uporządkować”. Aż w końcu okazuje się, że rzeki właściwie już nie ma. I właśnie ta powolność jest w książce najbardziej przejmująca. Bo pokazuje, jak łatwo człowiek odbiera przyrodzie przestrzeń, nie zawsze ze złej woli, czasem nawet w przekonaniu, że robi coś pożytecznego.

Historia Małej staje się przez to historią wielu innych rzek. Tych małych i dużych, które znikają z map, krajobrazów i ludzkiej pamięci. Rzek, które prostujemy, betonujemy, zakrywamy i próbujemy zmusić, żeby przestały być rzekami, a stały się jedynie elementem infrastruktury. Tak, by pasowały do naszego świata.

"Mała jest tu soczewką, w której można dostrzec ogrom zniszczenia naszej planety i przyczyn, które za tym stoją. Koniec świata, jaki znamy, już tu jest. Można wejść do suchego koryta i zobaczyć to wszystko na własne oczy. Tylko co później zrobić z tym głębokim smutkiem, bólem i frustracją?" (str. 376) 

Daniel Petryczkiewicz nie pisze jednak wyłącznie o ekologii. Pisze o relacji człowieka z miejscem, o pamięci i odpowiedzialności. O tym, że krajobraz nie jest czymś danym nam na zawsze. I że kiedy znika rzeka, znika również kawałek historii, tej zapisanej w ziemi, roślinach, wodzie, ale także w pamięci ludzi.

Autor porusza w swojej książce również wątki europocentryczności, wpływu kolonializmu na inne ludy. Pisze o zmianach klimatu o podłożu antropogenicznym, o instytucjach, które o nich mówią, o naukach, które jasno wskazują na czerwone linie, które przekroczyliśmy jako ludzkość. Pokazuje negatywny wpływ człowieka na otoczenie, m.in zanieczyszczenie światłem, które dokłada się do wymierania gatunków, czy betonowaniu lub tworzenie zabudowań czy ulic, tam gdzie były cieki wodne, które grożą nagłymi zalaniami w przypadku nawalnych deszczy.  Pisze o osuszaniu bagien, mokradeł, torfowisk, regulacji rzek, zabudowie terenów podmokłych, drenażu wód gruntowych, które wpływają na znikanie rzek, o osuszaniu poprzez kopanie rowów melioracyjnych, które dzisiaj są reliktem przeszłości. Przypomina o tym, że Ziemia nie jest nasza własnością, że to my - ludzie należymy do Ziemi.

„Mała historia znikania” zostawia po sobie smutek, ale też niepokój. Po lekturze inaczej patrzy się na pozornie nieistotny strumień, rów czy podmokłą łąkę. Zaczyna się dostrzegać w nich coś więcej, ślady dawnych rzek i świat, który jeszcze niedawno wyglądał inaczej.

"Czym jest rzeka? Czy rzeka to tylko woda, która płynie pomiędzy dwoma brzegami? Czy są nią tez skarpy, które wyrzeźbiła? Piaszczyste łachy, które naniosła? A co z doliną, w której od wieków się rozlewała? Co z meandrami, którymi się wiła? Co ze starorzeczami, które są jej powidokami? Co z zimorodkami, bobrami, wydrami, żabami  moczarowymi, kaczkami krzyżówkami, chruścikami, piskorzami, wazkami, jaskrami wodnymi i wszystkimi innymi stworzeniami w niej i dzięki niej żyjącymi? Co z mokradłami, moczami, torfowiskami, i rozlewiskami, które tworzy? Czy one wszystkie i oni wszyscy są rzeką? Czy rzeka może przestać być rzeką?" (str. 11)

Ta opowieść o jednej rzece okazuje się opowieścią o nas wszystkich. O tym, jak łatwo coś zniszczyć i jak trudno później przywrócić temu życie. Mała znika, i dlatego warto o niej mówić, zanim zniknie także z naszej pamięci. Autor jest społecznikiem i orędownikiem dbałości o Małą, motywuje społeczność lokalną, zbierał podpisy dla dobra rzeki, walczył o nią w najwyższych urzędach. Czy warto, czy da się?

Ps. Dowiedziałam się z aktualnych doniesień autora na social mediach, że rzeka dzięki aktywistycznej pracy autorka Dolina Rzeki Małej stała się Rezerwatem, co powinno zabezpieczyć teren doliny i rzeki. 

 

Rzeźbiarki - Dagmara Budzbon-Szymańska

 

Druga książka tej autorki poświęcona artystkom zawiera w sobie jeszcze więcej nazwisk twórczyń, które realizowały się w rzeźbie. Co dla mnie ważne, w tej książce - albumie, Dagmara Budzbon-Szymańska zawarła informacje, o miejscach, w których można obejrzeć dzieła tych artystek obecnie. Dzięki taj książce odkryłam Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku.

Od autorki dostajemy przegląd artystek od drugiej połowy XIX wieku do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Ten ogrom pracy, dużej ilości materiału przyniósł barwny wachlarz nazwisk kobiet artystek, które tworzyły lub tworzą co im w duszy gra, nie zważając na ograniczenia, obostrzenia czy stereotypy.

Przegląd twórczości zaczynamy od roku 1860, w którym urodziła się Antonina Rożniatowska specjalistka od popiersi tchnących życiem. To rzeźbiarka, która przetarła ścieżkę w tej dziedzinie dla innych kobiet chcących parać się rzeźbiarstwem. 

Kolejna artystka to Mika Micun, która wykonywała soje rzeźby ze szkliwionej ceramiki, barwnie malowanej, ponieważ bardzo zależało jej na barwach. 

Następna opowieść dotyczy Ludwiki Nitschowej twórczyni warszawskiej Syrenki, pomnika Marii Skłodowskiej-Curie, pomnika Kopernika na wnęce Pałacu Kultury i Nauki i wielu innych upamiętniających zacne dla Polski nazwiska. Ludwika Nitschowa była sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim. 

Dalej opisana została twórczość Magdaleny Gross, która rozwijała swoją pasję rzeźbienia poprzez rzeźbienie zwierząt. Wspierał ją w tym dyrektor zoo warszawskiego udostępniając przestrzenie i swobodę twórczą, a w czasie wojny dając schronienie przed hitlerowską pożogą. Jej prace można oglądać głównie w Muzeum Narodowym w Warszawie. 

Następna Katarzyna Kobro i jej charakterystyczne kompozycje przestrzenne. 

Kolejna Olga Niewska specjalistka od dużej rzeźby, twórczyni wielu rzeźb sportowców, Przebudzenia i Kąpiącej stojącej do dzisiaj w Parku Skaryszewskim. 

Po czym otrzymujemy skomplikowaną historię Zofii Woźnej/Bali Leser, która jest intrygująca i zaskakująca. 

Alina Ślesińska, która w swoich czasach zawojowała świat sztuki i była prawdziwą celebrytką, wystawiającą również za granicą, co nie było takie łatwe w czasach powojennych. 

Barbara Zbrożyna, której Przekupka  Mariensztacka stoi do dzisiaj na Mariensztacie. Artystka, która jako badaczka człowieka i jego świata pokazywała wszystkie jego strony optymistyczne i bolesne. 

Dalej Maria Papa Rostkowska tworząca w marmurze i brązie, w których oddawała swoje przeżycia i wykuwała swoje emocje. 

Magdalena Więcek twórczyni rzeźb, instalacji przestrzennych ze stali i aluminium. 

Kolejna Alina Szapocznikow artystka wszechstronna, eksperymentatorka, przekładająca swój ból na swoje prace. 

Teresa Brzóskiewicz specjalistkę od humanizacji przestrzeni miejskiej, tworzącej najpierw w betonie i kamieniu, a następnie w metalu, szkle, alabastrze, marmurze. Urzekła mnie jej Jutrzenka,a także Dwie rzeki, czy Wiosna, które stoją w Warszawie. 

Mamy także Magdalenę Abakanowicz, jedną z najbardziej rozpoznawanych artystek polskich. 

Wandę Czełkowską, która swoją twórczością pokazywała wolność własną i społeczeństwa. 

Barbarę Falender, dla której charakterystyczne jest tworzenie w duchu erotyzmu, miłości i cierpienia. Admiratorka sztuki Szapocznikow i poszukiwaczka jej rzeźb. 

Katarzyna Józefowicz artystka, która wybrała materiał lekki i nietrwały: papier, klej i nożyczki, z którymi tworzy niezwykłe instalacje: Miasta, Habitat, czy Dywan czarno-biały, mówiący o zalewających nas informacjach, za którymi nie nadążamy, giniemy wręcz w masie słów i treści.

Zuzanna Janin, która w swoich działaniach artystycznych pokazuje walkę, nierówności, ciągłe zagrożenie, konflikt w skali rodziny, społeczności i globalnej. Poszukując ciągle nowych środków wyrazu sięga często po materiał ulotny, słaby, który uwypukla, przyciąga i podkreśla wagę poruszanych tematów, a jednocześnie kruchość i słabość w radzeniu sobie z nimi jednostki lub systemu. 

Marta Klonowska, która tworzy unikatowe rzeźby (najpierw ze stłuczki szklanej) obecnie z przygotowanych tafli szkła plus metal, przedstawiające zwierzęta, które kiedyś ukazały się na obrazach wielkich mistrzów jako "tło", czy drugi plan u niej stanowiąc głównych bohaterów. Piękne, kolorowe i ostre przyciągają wzrok. 

Anna Baumgart, która swoimi pracami nawiązuje do różnych traumatycznych historii kobiet, czy to rodzinnych, czy związanych z jakimiś masakrami i wydarzeniami zbiorowymi.

Mariola Wawrzusiak-Borcz to artystka opierająca swoją sztukę w przyrodzie, pokazuje ją w oparciu o metal spawany, pozyskiwany ze złomu.

Iwona Demko, której charakterystyczne różowe, miękkie, puchate rzeźby mówią, albo wręcz krzyczą o tym co kobiece, ważne, pominięte, zakamuflowane, ona wydobywa na światło dzienne, czasem w sposób kontrowersyjny. 

Agata Agatowska przedstawia kobiety w sposób monumentalny w futurystycznych ubraniach, fryzurach, wykorzystując różne materiały i mieszając style. 

Alicja Patanowska przywołuje w swoich pracach temat antropocenu i zmian z nim związanych, konsumpcjonizmu, dyktatu silniejszych oraz o potrzebie solidarności ludzi z przyrodą. 

Anna Barlik w swojej sztuce wysyła jasny sygnał, że mamy  nadmiar danych, że stworzyliśmy ogrom rzeczy, które warto wykorzystywać i przerabiać, tym samym ograniczając tworzenie nowych. W swoich pracach podkreśla też potrzebę równości w naszym życiu, bez podporządkowywania, narzucania innym swojego zdania. 

Martyna Pająk tworzy prace haptyczne, w których ważny jest kształt, kolor i dobór materiału, przez który jej prace przyciągają widza, wciągają w opowieść, zabawę, prowokację.

I najmłodsza z przedstawionych Ola Nenk, która swoją sztukę spawa z kawałków, zbiorów, z części pociętych, żeby złożyć je w nowym kształcie. Spawanie to dla niej obcowanie z energią i ciepłem. Tworzy popełniając błędy, które zawsze może naprawić. Na warsztat bierze tematy trudne, ale związane z tym co podstawowe i bliskie. 

To barwny i wciągający kalejdoskop postaci, tak różnych, ale jednakowo twórczych. Bardzo dużo radości dała mi ta książka, bo o wielu artystkach nie wiedziałam. Bardzo polecam ta pozycję.

 

piątek, 7 sierpnia 2026

Mistrzynie. Eseje o polskich artystkach - Dagmara Budzbon-Szymańska

 

To była wielce satysfakcjonująca lektura, dzięki której można zapoznać się z niezbyt długimi, ale za to esencjonalnymi życiorysami 21 artystek: malarek, rzeźbiarek i instalatorek, jak to sama autorka określiła - mistrzyń. Autorka kreśli dla czytelników opowieść o najciekawszych polskich twórczyniach sztuki żyjących w wieku XIX, XX i XXI. Bardzo czułe i uważne spojrzenie autorki pozwoliło uchwycić najważniejsze w życiu i twórczości tych artystek momenty. Książka jest okraszona istotnymi dla artystek cytatami oraz ilustracjami ich dzieł. Generalnie postrzegam tą pozycję jako piękny album poświęcony temu co wspomniane artystki miały najwartościowszego do przekazania odbiorcom. Dodatkowo pięknie i niestandardowo wydana.

Kogo znajdziemy wśród tych 21 nazwisk? Oto one: Anna Bilińska Bohdanowicz, Olga Boznańska, Mela Muter, Zofia Stryjeńska, Tamara Łempicka, Katarzyna Kobro, Maria Jarema, Alina Szapocznikow, Teresa Pągowska, Magdalena Abakanowicz, Maria Pinińska-Bereś, Natalia LL, Ewa Partum, Ewa Kuryluk, Zofia Kulik, Izabella Gustowska, Katarzyna Kozyra, Joanna Rajkowska, Monika Sosnowska, Agata Bogacka, Małgorzata Mirga-Tas. Każda z nich wypracowała swój niepowtarzalny styl, który ją wyróżnia/ł czy to precyzja, wpisywanie modela w tło, melancholia, zmysłowość, trudne doświadczenia społeczne lub rodzinne, oryginalność spojrzenia i uchwycenia, walka o różne prawa mniejszości lub społeczne. Warto tez zwrócić uwagę na materię, z którą pracowały, to nie tylko płótno, ale cały szereg dostępnych i zaskakujących materiałów, technik, form...

Można by rzecz, że w ostatnich latach powstało kilka dobrych książek o artystkach z przełomu wieków, zatem po co kolejne? W mojej opinii każda z tych pozycji jest ważna, bo przypomina o tych artystkach, pokazuje ich twórczość, talent, a każda robi to winny sposób i na inne aspekty kładzie nacisk. Każda z tych książek to też inne oko autora, który dzieli się swoją wrażliwością na te twórczynie. Dodatkowo Dagmara Budzbon-Szymańska przedstawia artystki z wieku XX, o których nie ma jeszcze książek, a które niewątpliwie znacząco zapisały się w historii sztuki polskiej. Przybliża te, które jeszcze tworzą i biografii nie mają zatem ta lektura może być podwaliną.
To jest też dobra lektura, dla tych którzy chcą mieć informację, ale bez zagłębiania się w długie lub skomplikowane biografie. W mojej opinii super lektura, piękna, esencjonalna i po prostu ciekawa.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Sama. Opowieść o Annie Bilińskiej - Małgorzata Ziewiecka

Czy rzucone gdzieś w poczekalni podczas podróży do Wenecji przez obłąkanego literata: "-Wypłyń na głębię" (str. 124)  miało znaczenie dla malarki Anny Bilińskiej, czy pamiętała o nim w wirze codziennych wydarzeń, w dążeniu do celu bycia niezależną, spełnioną i docenioną malarką. Czy towarzyszyło jej podczas najtrudniejszych chwil życia, np. kiedy cierpiała zimno w swoim mikro pokoiku-pracowni, kiedy nie dojadała, bo nie było ją na to stać, kiedy traciła bliskie sobie osoby, kiedy chciała skrócić swoja samotność i brak nadziei na polepszenie losu? Znaleźć odpowiedź można w książce Małgorzaty Ziewieckiej „Sama. Opowieść o Annie Bilińskiej”, w której autorka podjęła ambitną próbę oddania głosu samej malarce, osadzając jej historię w szerokim kontekście epoki. Dzięki temu można było spojrzeć na malarkę przez pryzmat miejsca w którym dorastała, sytuację jej rodziny i środowiska, w którym żyła oraz wydarzeń społeczno-politycznych, które towarzyszyły jej codzienności. Dzięki pozostawionym przez malarkę dziennikom autorka stworzyła gęstą siatkę życiowego krwioobiegu malarki, jej przemieszczanie się z miejsca na miejsce, najpierw z rodziną, potem rodzina Krassowskim, a wreszcie samotnie w poszukiwaniu rozwoju, inspiracji, realizacji celu oraz rozterki, sympatie, miłości i uparte dążenie do celu.

Cieszę się, że powstała kolejna książka o Annie Bilińskiej, tym razem powieść, która wymagała od autorki dużego wysiłku, by wyjść poza tradycyjną formę biografii i stworzyć opowieść bardziej intymną, prowadzoną z perspektywy bohaterki. Trudno mi ocenić, na ile udało się oddać prawdziwą emocjonalność Bilińskiej, ale z pewnością udało się pokazać ją jako żywego człowieka, a nie jedynie nazwisko z historii sztuki. W mojej opinii to właśnie jest największa zaleta takich powieści biograficznych, iż nie tyle dostarczają nowych faktów, ile sprawiają, że postać historyczna przestaje być pomnikiem i staje się kimś, z kim można nawiązać emocjonalną relację. 

Autorka pokazała, jak wydarzenia epoki wpływały na codzienność kobiety-artystki: jej możliwości podróżowania, studiowania, zarabiania własnych pieniędzy, decydowania o sobie i budowania kariery. Ten społeczny i kulturowy krajobraz XIX wieku dodał opowieści bardzo ciekawe tło dla historii o malarce. Dodatkowo książka okraszona jest wieloma ilustracjami obrazów i szkiców Anny Bilińskiej, a także cytatami z jej dziennika, co niewątpliwie nadało dodatkowego waloru książce.

Do zapamiętania z tej opowieści, oprócz ciekawego życiorysu, był komentarz Marii Konopnickiej który zamieściła w gazecie po śmierci malarki, w którym winą za przedwczesną śmierć obwiniła polskie społeczeństwo, które nie zrobiło nic, aby wesprzeć ambitną artystkę w trudnym biegu po sławę za granicą. Opisała warunki w jakich żyła a które niewątpliwie przyczyniły się do przyspieszenia rozwoju choroby i przedwczesnej śmierci. „I przybiegła na szczyt - i padła (…). Czy nikt nie widział o tej biedzie, o tej walce, o potrzebie ratowania tego młodego życia i niezrównanego talentu?”-wygarnęła pisarka.” (str. 305) W naszej historii nie był to odosobniony przypadek, kiedy to nie wspieramy talentów, które rozsławiają Polskę, ale krytykujemy, albo zazdrościmy, czy wręcz opluwamy, aby po czasie płakać nad stratą. 

Powieść Małgorzaty Ziewieckiej różni się od biograficznych książek Sylwii Ziętek, które mocniej akcentują właśnie ten rys życia malarek. Jeśli miałabym szukać porównań, bliżej tej książce do sposobu opowiadania znanego z książki Magdaleny Grzebałkowskiej, „Dezorientacja. Biografia Marii Konopnickiej”, gdzie fakty historyczne zostają ożywione przez literacką narrację.
W mojej opinii bardzo udana książka, która wciąga w wir wydarzeń i losów bohaterki, która pozwala spojrzeć na artystkę z bardzo przyziemnego punktu widzenia.