Szukaj na tym blogu

wtorek, 22 września 2026

BÓGTECHY. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem - Sylwia Czubkowska

 

"Kolonializm rządzi się prawem 4E: eksploruj, ekspanduj, eksploatuj, eksterminuj." (str. 16)  Te mechanizmy podboju znane od wieków stosują w białych rękawiczkach wielkie firmy technologiczne, tylko, że nie widać żołnierzy, broni, obozów dla tubylców, przywiezionych chorób, bo wszystko dzieje się w warstwie o wiele delikatniejszej formie. Sięgając po książkę Sylwii Czubkowskiej wchodzimy w wiedzę o kolonializmie naszych czasów - nowoczesnych, otwartych, "społecznych" - a tak naprawdę w wiedzę o tym, że daliśmy się skolonizować nie wiedząc i nie czując tego, albo nie chcąc wiedzieć ani czuć. 

Bógtechy” Sylwii Czubkowskiej to książka, po której nie odkłada się telefonu i nie wraca spokojnie do codzienności. Raczej zaczyna się zastanawiać, ile z naszego życia już oddaliśmy technologii i ile jeszcze jesteśmy gotowi jej oddać.

Czytając książkę miałam momentami wrażenie, że autorka pokazuje nam świat, który się dzieje, wciągnął nas tak mocno, że wielu z nas już tego nie widzi. Przyzwyczailiśmy się do niego tak bardzo, że przestaliśmy zauważać, jak wiele rzeczy oddajemy w ręce technologii. Nasze decyzje, uwagę, dane, sposób komunikowania się, a czasem nawet relacje z innymi ludźmi. Najbardziej niepokojące jest chyba to, że technologia nie wchodzi do naszego życia siłą, tylko, że to my sami ją zapraszamy z całym jej dobrodziejstwem. Często dla wygody, dla oszczędności czasu, żeby było szybciej, łatwiej, bardziej komfortowo. Oddajemy jej po kawałku coraz więcej, często nawet nie zastanawiając się, gdzie jest granica. I właśnie o tej granicy myślałam podczas lektury najczęściej.

"Wielka technologia jest wielka, bo osiągnęła masę krytyczną, która pozwala jej coraz szybciej się toczyć i coraz sprawniej kruszyć wszystko, co napotka na swojej drodze. (...) Meta i Google łącznie kontrolują ponad połowę rynku reklamy cyfrowej w Europie. Amazon, Microsoft i Google odpowiadają za 67% wydatków europejskich klientów na przetwarzanie w chmurze. W Europie ponad 40% dochodów generowanych przez hotele za pośrednictwem kanałów online w 2023 roku zdominował Booking.com." (str. 21)

Sylwia Czubkowska pokazuje ludzi stojących za technologiczną rewolucją, tych, którzy mają pieniądze, pomysły i ambicję, by zmieniać świat. Są wśród nich wizjonerzy, geniusze, przedsiębiorcy, ale też ludzie przekonani, że skoro coś można zrobić, to należy to zrobić. Niestety często to także megalomania "samców alfa z finansowym sznytem, w garniturach za kilka tysięcy dolarów", którzy nic nie wytwarzają, tylko kontrolują cudzą własność,  którzy chcą się rozwijać nie zważając na koszty i ofiary, łaknąc jednocześnie nieograniczonej władzy. Dla mnie osobiście ta wiara w nieograniczone możliwości człowieka jest przerażająca. Bo co się stanie, kiedy technologia przestanie być tylko narzędziem, a zacznie mówić nam, jak żyć? Albo kiedy będzie wiedziała o nas więcej niż nasi najbliżsi? Albo kiedy algorytm będzie potrafił przewidzieć nasze zachowanie, zanim sami zrozumiemy, czego chcemy? Aż po to fundamentalne, czy człowiek nadal będzie właścicielem swojego życia, jeśli coraz więcej decyzji będzie podejmowanych za niego przez inteligentne technologie?

„Bógtechy” nie dają łatwych odpowiedzi, ale zdecydowanie zmuszają do zatrzymania się i spojrzenia na rzeczy, które na co dzień przyjmujemy jako oczywiste. Bo przecież już dziś trudno wyobrazić sobie życie bez telefonu, internetu, wyszukiwarki, mediów społecznościowych, czy systemów przetwarzających ogrom danych (tu też warto się zastanowić czy aż tyle ich potrzebujemy). Mam świadomość, że technologia przyniosła ludzkości wiele dobra, ale po lekturze tej książki jeszcze mocniej czuję, że wraz z możliwościami powinna przychodzić odpowiedzialność i świadomość, że nie wszystko, co możemy stworzyć, koniecznie powinniśmy stworzyć, a na pewno powinniśmy mieć plan "B" na konsekwencje naszych pomysłów, na to co technologia już potrafi?

„Bógtechy” przeczytałam więc nie tylko jako książkę o technologii, ale jako książkę o człowieku,  jego ambicji, ciekawości, potrzebie przekraczania granic i marzeniu, żeby stać się kimś więcej niż tylko człowiekiem. Książkę, która powinna być "alertem" dla naszych nieposkromionych ambicji, zapędów i megalomanii. Dla mnie to jedna z najważniejszych książek ostatnich lat.

Kobiety z obrazów - Małgorzata Czyńska


Alma Mahler, Bella Chagall, Berthe Morisot, Sofonisba Anguissola, Elizabeth Siddal, Kiki z Montparnasse'u, Marie Laurencin, Suzanne Valadon, Vanessa Bell, Dagny Przybyszewska to zbiór kobiet przywołany przez Małgorzatę Czyńską w książce "Kobiety z obrazów".

Ta część „Kobiety z obrazów” Małgorzaty Czyńskiej jest już drugim zbiorem skrótowych biografii bohaterek, które przez lata funkcjonowały w cieniu sławnych mężczyzn, jako muzy, żony, kochanki lub modelki. W swojej opowieści o nich autorka pokazuje, że niemal każda z nich była kimś znacznie więcej: artystką, współtwórczynią, inspiratorką, osobowością twórczą o własnym głosie, ścieżce czy pomyśle na siebie.

Dla czytelnika, który tak jak ja lubi „zbierać” historie kobiet kiedyś pomijanych przez tradycyjne opracowania, ta książka może stać się zaczynem do poszukiwania rozleglejszej wiedzy o wspomnianych w niej kobietach. Małgorzata Czyńska nie tworzy szczegółowych biografii, ale wspomnienie o każdej z nich, przedstawia znaczące elementy z ich życia, a dla mnie przede wszystkim wydobywa niektóre z nich na światło dzienne. Autorka pokazuje swoje bohaterki jako osoby skomplikowane, ambitne, często uwikłane w relacje, które pomagały im zaistnieć, ale jednocześnie ograniczały ich samodzielność.

W książce dostajemy dziesięć postaci z różnych czasoprzestrzeni. Sofonisba Anguissola, renesansowa malarka, która tworzyła w czasach, gdy kobietom odmawiano artystycznej edukacji, ale mając za sobą talent i wspierającego ojca zrobiła karierę jako malarka naturalistka na dworach ówczesnej Europy. 

Berthe Morisot, która miała wsparcie matki w rozwijaniu swojego talentu malarskiego, stała się częścią grupy  impresjonistów, była modelką Maneta i pełnoprawną artystką własnego formatu. 

Suzanne Valadon przeszła niezwykłą drogę od modelki pozującej największym malarzom Montmartre'u do uznanej malarki, której twórczość dziś budzi coraz większe zainteresowanie. 

Alma Mahler, kobieta która przez lata funkcjonowała jako „żona wielkich mężczyzn”, choć sama posiadała i umiejętności i ambicje kompozytorskie, a także wywierała ogromny wpływ na wiedeńskie środowisko artystyczne. 

Bella Chagall, która nie była tylko ukochaną Marca Chagalla, ale wręcz jednym z najważniejszych motywów jego sztuki. Bez niej trudno wyobrazić sobie emocjonalny wymiar jego obrazów, w których Bella była widoczna dosłownie.

Elizabeth Siddal kojarzona głównie jako modelka prerafaelitów i muza Dantego Gabriela Rossettiego, choć była również poetką i malarką. Najsławniejszym wizerunkiem tej bohaterki jest obraz Johna Everetta Millaisa, na którym wciela się ona w tonąca Ofelię, namalowany na przełomie lat 1851/1852.

Dagny Przybyszewska, którą pamięć historyczna zamknęła w roli żony Stanisława Przybyszewskiego i skandalizującej bohaterki epoki Młodej Polski, rzadziej dostrzegając jej własną osobowość i intelektualny wpływ na artystyczne środowisko.

W książce pojawiają się także bohaterki związane z nowoczesnością XX wieku, inspiratorki i współtwórczynie awangardy. Kiki z Montparnasse'u niewątpliwie symbolu paryskiej bohemy i jednocześnie samodzielną artystką. Marie Laurencin tworzącej wyróżniające się eteryczne malarstwo poświęcone głównie kobietom. Vanessa Bell, malarka, designerka, dobry duch grupy Bloomsbury, siostra Virgini Wolff.  

Największą siłą książki jest właśnie pokazanie, że nie istnieje jeden model kobiecej obecności w sztuce. Są tu malarki, poetki, kompozytorki, modelki i muzy. Są kobiety, które walczyły o własne miejsce przy sztalugach, i takie, których ślad odnajdujemy przede wszystkim w dziełach innych twórców. Wszystkie jednak łączy jedno: historia długo opowiadała o nich cudzym głosem, zaś Małgorzata Czyńska im oddała głos.

Kobiety z obrazów to nie tylko zbiór biografii. To opowieść o mechanizmach pamięci i zapominania. Pokazuje, jak łatwo historia sztuki przez stulecia skupiała uwagę na mężczyznach, pozostawiając kobiety w przypisach. Dziś te przypisy okazują się często równie fascynujące jak główna narracja. Mnie czytało się książkę z zainteresowaniem i z poczuciem odkrywania brakujących elementów układanki. Lektura takich książek pozwala na patrzenie na obraz nie tylko przez nazwisko artysty, ale także modelkę/modelki, kobietę/kobiety, bez której/których te dzieła nigdy by nie powstały.


poniedziałek, 14 września 2026

Czy Krzyżacy to fajni chłopacy? - Boguś Janiszewski, Max Skorwider, i inni


To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale bardzo interesujące. Boguś Janiszewski pokazuje, że o historii można opowiadać bez pomnikowego tonu, za to z humorem, dystansem i dużą dawką ciekawostek. "Czy Krzyżacy to fajni chłopacy?" to książka, która zabiera czytelnika do Polski epoki Piastów, pokazując ją nie jako ciąg dat do wykucia na pamięć, lecz jako świat pełen ambitnych władców, politycznych awantur, rodzinnych konfliktów i nieoczekiwanych zwrotów akcji.

Autor, jak ma w zwyczaju, patrzy na historię z perspektywy współczesnego odbiorcy. Nie idealizuje bohaterów narodowych ani nie tworzy prostych podziałów na dobrych i złych. Krzyżacy nie są tu wyłącznie czarnymi charakterami z podręczników, ale grupą ludzi, którzy pojawili się w Polsce z określonym celem i szybko zaczęli realizować własne interesy. Czy byli „fajnymi chłopakami”? Odpowiedź pozostaje po lekturze raczej oczywista, ale droga do niej okazuje się znacznie ciekawsza niż szkolne uproszczenia.

Książka pokazuje również, jak zmieniała się Polska pod rządami Piastów. Obok okresów rozwoju i budowy państwa pojawiają się momenty chaosu, walk o władzę i słynnego rozbicia dzielnicowego. Janiszewski przypomina, że historia nie jest opowieścią o nieustannym marszu ku sukcesowi. Polska raz rosła w siłę, by za chwilę pogrążyć się w sporach między ambitnymi książętami, którzy często bardziej troszczyli się o własne dzielnice niż o dobro całego kraju. W mojej opinii szczególnie udane jest przedstawienie władców. Królowie i książęta nie są tu spiżowymi postaciami z podręczników, lecz ludźmi z wadami, ambicjami i słabościami. Podejmują rozsądne decyzje, ale równie często popełniają błędy, których skutki odczuwają całe pokolenia. Dzięki temu młody czytelnik może zrozumieć, że historia to w dużej mierze opowieść o ludzkich wyborach, a nie tylko o bitwach i koronacjach.

Największą zaletą książki jest jej forma. Autor potrafi przekazać sporą porcję wiedzy w sposób lekki i angażujący. Humor nie zastępuje faktów, lecz pomaga je zapamiętać. Ilustracje, charakterystyczne dla serii, doskonale uzupełniają narrację i sprawiają, że nawet bardziej skomplikowane zagadnienia stają się przystępne. Dodatkowym atutem jest współczesny język. Nie jest to oczywiście publikacja dla osób szukających szczegółowego opracowania naukowego, zwłaszcza, że pewne wydarzenia są upraszczane, a niektóre zagadnienia potraktowane skrótowo, aby narracja była płynna i przystępna. Niemniej ma ona rozbudzać ciekawość i zachęcać do dalszego poznawania historii, co w mojej opinii świetnie spełnia.

Czy Krzyżacy to fajni chłopacy? to świetny przykład popularyzacji historii. Zamiast suchego wykładu otrzymujemy barwną opowieść o czasach, gdy Polska przeżywała zarówno chwile potęgi, jak i okresy głębokiego kryzysu, a na jej ziemiach coraz śmielej poczynali sobie Krzyżacy. To książka, która bawi, uczy i przypomina, że historia potrafi być znacznie ciekawsza, niż wielu z nas pamięta ze szkolnych lekcji. Autor pokazuje, że o historii można mówić mądrze, a jednocześnie bez nadęcia i śmiertelnej powagi.

Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny: przewodnik po średniowieczu zwykłych kobiet - Anna Brzezińska

 

"Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny: przewodnik po średniowieczu zwykłych kobiet", Anny Brzezińskiej to próba przywrócenia głosu kobietom, które przez wieki pozostawały na marginesie głównego nurtu historii. Dlatego w mojej opinii już sam pomysł zasługuje na uznanie, ale jeszcze większe wrażenie robi ogrom pracy archiwalnej wykonanej przez autorkę, bo aby opowiedzieć historie swoich bohaterek, musiała odnaleźć rozproszone wzmianki w dokumentach, aktach sądowych, testamentach czy kronikach. To zadanie niełatwe, zwłaszcza że średniowieczne źródła zwykle poświęcały kobietom niewiele uwagi.

Dlatego też choć podtytuł zapowiada przewodnik po „zwykłych kobietach”, większość przedstawionych postaci musiała się czymś wyróżniać. W czasach, gdy o wielu kobietach nie zachowało się nic poza samym faktem ich istnienia (ktoś tych wspominanych w książkach mężczyzn rodził), bohaterkami książki zostały te, które pozostawiły po sobie ślad w źródłach. Dzięki temu poznajemy kobiety z różnych środowisk, pełniące odmienne role społeczne:  mniszki, zamożne panny, mieszczki, sołtysową, finansistki, utrzymanki, żebraczki. Każda z nich to swoiste okno na inny fragment średniowiecznego świata.

Zaletą książki jest sposób w jaki autorka przedstawia epokę, bo nie próbuje „upiększać” średniowiecza ani dostosowywać go do współczesnej wrażliwości, ale równocześnie nie popada w stereotypowe przedstawianie tych czasów jako epoki ciemnoty i powszechnego ucisku, szarej i smutnej. Zamiast tego pokazuje rzeczywistość z całym jej skomplikowaniem, zaś kobiety są tutaj ludźmi z krwi i kości: pragmatyczne, przedsiębiorcze, czasem uległe wobec obowiązujących norm, a kiedy indziej zaskakująco bezczelne i zdeterminowane. W granicach prawa, obyczaju i religii szukają własnej sprawczości oraz możliwości wpływania na swoje życie.

Szczególnie ciekawe są fragmenty ukazujące, jak bardzo pozycja kobiety zależała od jej stanu cywilnego i pełnionej funkcji. Autorka pokazuje, że względną niezależnością mogły cieszyć się wdowy czy niektóre zakonnice, podczas gdy mężatki były bardzo silnie podporządkowane mężczyznom. Dzięki temu książka pomaga zrozumieć, że doświadczenie kobiet w średniowieczu nie było jednolite, lecz zależało od wielu czynników społecznych i ekonomicznych.

Nie jest to jednak lektura dla każdego. Poszczególne rozdziały różnią się stopniem szczegółowości. O niektórych bohaterkach zachowało się stosunkowo dużo informacji, inne natomiast pojawiają się w źródłach jedynie na moment. W takich przypadkach autorka musiała uzupełniać narrację opisami epoki, obowiązujących zwyczajów czy realiów życia codziennego. Dla części czytelników będzie to cenna możliwość lepszego zrozumienia kontekstu historycznego, inni mogą jednak odczuwać pewien niedosyt i wrażenie, że same bohaterki schodzą na dalszy plan.

Mimo tych nierówności jest to książka wartościowa, bo pokazuje historię z perspektywy osób, które rzadko stają się bohaterami podręczników, a jednocześnie przypomina, że nawet w epoce silnych ograniczeń kobiety potrafiły wykorzystywać dostępne im możliwości i aktywnie kształtować własny los. To lektura dla wszystkich, którzy chcą spojrzeć na średniowiecze z mniej oczywistej perspektywy i poznać kobiety ukryte dotąd w cieniu wielkich wydarzeń i wielkich mężczyzn Średniowiecza.

Podsumowując, największą siłą książki jest różnorodność bohaterek i umiejętność pokazania ich jako pełnoprawnych uczestniczek swojej epoki. Choć niektóre rozdziały cierpią na niedostatek materiału biograficznego, całość pozostawia czytelnika z poczuciem obcowania z historią bliższą ludziom niż wielkim wydarzeniom. Niewątpliwie szata graficzna i konstrukcja rozdziałów będzie dodatkowym walorem wizualnym.

czwartek, 3 września 2026

Kiedy żurawie odlatują na południe - Lisa Ridzen

 

„Kiedy żurawie odlatują na południe” to książka o zwyczajnym życiu, albo  raczej o tym, co pozostaje, gdy życie jest już w większości za nami.

Główny bohater, dziewięćdziesięcioletni Bo, nadal zachowuje względną samodzielność. Mieszka u siebie, ma swoje przyzwyczajenia, wspomnienia i codzienne rytuały. Jednocześnie coraz mocniej odczuwa, że jego ciało przestaje być posłuszne. Traci siły, nie zawsze panuje nad własną fizjologią, coraz częściej doświadcza ograniczeń, których nie da się już pokonać siłą woli.

Na jego samotność nakładają się kolejne straty. Żona trafia do ośrodka dla osób z demencją. Umiera przyjaciel. Syn, kierując się troską i rozsądkiem, oddaje ukochanego psa do innej rodziny. Każde z tych wydarzeń jest pozornie niewielkie, niemniej razem tworzą obraz człowieka, który stopniowo żegna się z kolejnymi fragmentami swojego dotychczasowego świata i jest mu z tym trudno. Bo nie idealizuje starości, ale też jej nie demonizuje. Pokazuje ją ot po prostu, jako kolejny etap życia z wieloma sprzecznościami. Bo potrafi być zrzędliwy, uparty i niesprawiedliwy, kiedy złości się na syna, choć gdzieś głęboko wie, że syn próbuje mu pomóc. "- W jaki sposób coś, czego nie chcę, może być dla mnie lepsze? - pytam" (str. 202) Wspomina dawne relacje z rodzicami, z żoną, synem i przyjacielem, z niektórymi bardzo trudne z innymi dające satysfakcję. Rozważa dawne decyzje, potknięcia i niedoskonałości. Porównuje relacje swoje z ojcem do tych ze swoim synem versus tych jakie są pomiędzy jego synem z córką. Opisuje też swoją codzienność, zmagania ze zwykłymi czynnościami, które obecnie wymagają od niego sporego wysiłku. Opowieści Bo obłaskawiają z fizjologią i fizycznością starego człowieka. "Nie wiem, kiedy do tego doszło, ale role się odwróciły. Wprawdzie Hans nigdy nie dorównał mi wzrostem, ani siłą, ale teraz to od niego bije autorytet. To on zdecyduje o moim dalszym życiu i to z mojego powodu tu dzisiaj jest. Wiem, że musze się podporządkować, bo jestem uzależniony od jego decyzji, i to jego wszyscy słuchają, nie mnie." (str. 242)

Historia skłania do refleksji nie tylko nad starością, ale także nad relacjami rodzinnymi. Nad tym czy można zachować autonomię, gdy staje się coraz bardziej zależnym od innych i w drugą stronę jak pomagać bliskim, nie odbierając im poczucia godności? Gdzie tak na prawdę przebiega granica między troską a decydowaniem za drugiego człowieka? Czy da się zachować godność człowieka, kiedy zagrożone jest jego bezpieczeństwo?

Książka pokazuje również szwedzki system opieki nad osobami starszymi. Nie jest to jednak reportaż o rozwiązaniach społecznych. System stanowi raczej tło dla opowieści o człowieku, który mierzy się z nieuchronnością przemijania, utratą sił i niemocą radzenia sobie z podstawowymi czynnościami. Ciekawym dla mnie było jak naturalnie wpisana jest ta instytucjonalna pomoc dla seniorów i osób z demencją w codzienność.

Dla mnie to była ciekawa lektura, która w prostych opisach, jak rytuał picia kawy podczas rozmowy z przyjacielem, spacer z psem, wspomnienie dawnej rozmowy, niepokój o bliską osobę, czy żal po utracie przyjaciela, albo tęsknota za psem opisywały codzienność. Dzięki tej zwyczajności historia Bo była uniwersalna. Każdy kiedyś będzie musiał zmierzyć się z własnym starzeniem się lub starzeniem się swoich rodziców.

„Kiedy żurawie odlatują na południe” przypomina, że starość nie zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje żyć aktywnie. Zaczyna się wtedy, gdy coraz częściej musi godzić się na utratę tego, co przez całe życie uważał za oczywiste i zależne od jego decyzji.  Choć to książka smutna to nie przygnębiająca, raczej czuła i prosto prawdziwa. Po jej przeczytaniu trudno nie pomyśleć o własnych bliskich, o własnych wyborach i o tym, jak chcielibyśmy być traktowani wtedy, gdy sami zaczniemy tracić siły. To lektura nie tyle o starości, ile o człowieczeństwie, w mojej opinii warta przeczytania niezależnie od wieku.