Czytając Marcina Wichę, miałam wielokrotnie wrażenie, że obcuję z własnymi myślami, tyle że wyrażonymi umiejętniej, precyzyjniej, celniej, z większym wyczuciem języka. To doświadczenie współodczuwania sprawiało, że felietony przestały być tylko komentarzem autora, a stały się dla mnie przestrzenią refleksji nad otaczającym mnie światem. Autor ze swoją zdolnością wychwytywania szczegółów, drobnych sytuacji, gestów, czy słów zauważa głębsze napięcia społeczne i kulturowe. Jego spojrzenie jest jednocześnie ironiczne i pełne niepokoju. Nie oferuje prostych diagnoz ani jednoznacznych ocen, raczej rejestruje rzeczywistość w jej pęknięciach i niespójnościach. W jego książce kryje się świadomość zmiany, która zachodzi niepostrzeżenie, ale konsekwentnie. Wyraźnie pokazują to m.in. takie tytuły jak: "Wyklęty bierze odwet na jarmużu", "Wycinka", "Łabędzi śpiew przy wschodniej ścianie", "Lista lektur, pole bitwy", i wiele innych.
„Proste rzeczy” mogą być swoistym zapisem epoki, czasu, w którym coś zaczęło się wyraźnie przesuwać w społecznym i językowym krajobrazie. Autor nie opisuje tego wprost, nie buduje szerokich analiz politycznych, sporów partyjnych czy jednoznacznych deklaracji światopoglądowych, ale jego felietony tworzą mozaikę nastroju i pokazują obecne czasy okiem zwykłego obserwatora.
To książka, która dla mnie była przede wszystkim doświadczeniem bliskości z tekstem, z autorem, ale też z własnymi, często niewypowiedzianymi myślami. I może właśnie dlatego „proste rzeczy” okazują się w niej najtrudniejsze do zignorowania. Żal, że więcej "prostych" spostrzeżeń nie będzie, ale warto czytać to co zostawił.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moja ciekawość obejmuje również zdanie innych, dlatego miło mi będzie jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoją opinią na przeczytany temat :)