Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 24 listopada 2025

Schronisko, które zostało zapomniane - Sławek Gortych

 

Sławek Gortych po raz kolejny udowadnia, że potrafi snuć opowieści, które wciągają czytelnika od pierwszych stron. W „Schronisku, które zostało zapomniane” autor pozostaje wierny sprawdzonemu schematowi: trzy plany czasowe, tajemniczy budynek w Karkonoszach i zbrodnia, która rzuca cień na przeszłość. Choć konstrukcja jest znana z poprzednich książek, pomysłowość autora wcale nie spadła. Wręcz przeciwnie, historia jest misternie utkana z wydarzeń, które trzymają w napięciu i nie pozwalają odłożyć książki.

To, co szczególnie zasługuje na uwagę, to motywacja autora, wyjaśniona w przypisie. Gortych nie pisze wyłącznie dla rozrywki, bo jego celem było wydobycie na światło dzienne nieopowiedzianych historii i nierozliczonych faktów wojennych. W książce pojawia się ważny wątek dotyczący działalności hitlerowskiego MSZ, które nie było wolne od nachalnej propagandy antyżydowskiej. Autor przypomina, że ludzie mieniący się elitą również przyczynili się do zbrodni nazistowskich, co nadaje powieści głębszy, refleksyjny wymiar.

„Schronisko, które zostało zapomniane” to nie tylko kryminał z historią w tle, ale to opowieść o pamięci, odpowiedzialności i o tym, jak przeszłość potrafi kształtować teraźniejszość. Dla mnie istotne były także wplecione wątki obecnych problemów Karpacza i Szklarskiej Poręby, które zabijają jej historyczny charakter. Miałam satysfakcję z lektury kolejnej już opowieść z Karkonoszami w tle. 

środa, 19 listopada 2025

Cudze słowa - Wit Szostak

 

 

"Ryś był człowiekiem wolnym od poszukiwania jakiegokolwiek sensu w życiu. Zupełnie pasywnym, czystą pustką. To nie był chwilowy kryzys ani utrata czegoś, w co się przez wiele lat wierzyło. Po prostu żył czystym życiem, bez jakiejkolwiek woli wpływania na nie i zmieniania go." (str. 272)

"Cudze słowa" to książka, które wymaga od czytelnika nie tylko obecności, ale i pełnego oddania. To książka, która nie pozwala na pobieżną lekturę, domaga się skupienia, ciszy i czasu, by w pełni odsłonić swoje bogactwo, bo Wit Szostak tworzy opowieść wielogłosową, w której każda postać jest jak instrument w orkiestrze, osobny ton, osobna barwa, a razem tworzą szerszą całość. To nie jest zwykła historia, lecz misternie utkany fresk emocji, wspomnień i intymnych wyznań. To test z możliwości używania słów opisujących świat i człowieka, którego poznajemy dzięki tym słowom i przez umiejętność ich używania. To historia, która rozwija się jak kwiat, koniec jest kwintesencją tej opowieści. Dla mnie majstersztyk i czysta przyjemność czytania, a nawet wtapiania się w lekturę. "Na początku było Słowo". Na początku mogło być cokolwiek, bo przy początkach nikogo nie było. (...) To mity opowiadają o początkach." (str. 162) Dorośli lubią opowiadać dzieciom bajki, a te lubią ich słuchać, bo w nich jest coś unikalnego. Dla mnie ta opowieść była takim mitem, baśnią o człowieku - bóstwie.

Bohaterowie są tu żywymi i pulsującymi światłami tworzącymi łańcuch powiązań, który trzeba powoli rozplątywać, by dostrzec sens i piękno. Trzeba uważnie podążać ścieżkami ich opowieści, bo przyznaję nie od razu można się zorientować z kim mamy do czynienia. Dostajemy w tej książce chór, który różnymi głosami, bawiąc się słowami, opisuje jedną osobę, syna, kolegę, towarzysza, ojca, studenta. Człowieka nieuchwytnego, niepoznanego, poszukującego i poszukiwanego, jakiegoś niezwykłego bytu, który zachwyca, ale nie daje się zgłębić. Niby wsłuchany w swoich słuchaczy, ale kiedy podejść zbyt blisko uciekający przed nimi. Benedykt, bo na nim się skupiamy w książce, to osoba, która wywarła bardzo duży wpływ na kilka osób ze swojego najbliższego otoczenia. Głosy tych osób są tak różne jak oni sami, to paleta różnorodności, wielogłosu, wielowymiarowości, zachwycałam się nimi i autorem, który wzniósł się na wysoki poziom w ich tworzeniu.

Moją szczególną uwagę zwróciły jeszcze dwa wątki. Jeden dotyczący relacji dziecko-rodzic, a w nim przebijająca refleksja o trudzie a jednocześnie daremności wychowania, bo nawet mimo starań rodzica dziecko pójdzie swoją ścieżką wykorzystując lub nie, wiedzę rodzicielską i chęć wspierania. "Być może jednak z własnymi dorosłymi dziećmi pewnych relacji nie da się zbudować, zbyt wiele jest barier, zaszłości z czasów wychowania, napięcia, które pojawiają się między rodzicami a dziećmi w sposób nieunikniony i w pewnym sensie naturalnym. To wszystko bardzo obciążająca hipoteka i jakaś tragiczność wpisana w rodzicielstwo. Tych, których najbardziej kochamy, jakoś swoją miłością ranimy, przyciągając, budujemy dystans. Żyjąc dziećmi, cały czas je tracimy." (str. 213)

Druga refleksja dotyczy relacji mistrz-uczeń, a w niej pokazania w jaki sposób obje strony wpływają na siebie, kto uzyskuje jaką korzyść. "Mówi się, że seminarium to zasiewanie lub zapładnianie młodych umysłów. Siewcą ma być nauczyciel, czasem mistrz, który rzuca ziarno w żyzną glebę i go dogląda. Ziarno w spulchnionych bruzdach kiełkuje i ku słońcu strzelą pęd. Wielu nauczycieli odurza się tym obrazem, zamyka oczy i wciąga woń wilgotnej, żyznej ziemi. Ale każdy, kto doświadczył prawdziwego seminarium, dobrze wie, że jest dokładnie na odwrót. To energia, żywioł praz pełna pytań i brawury ciekawość adeptów zapładnia zwiędłe umysły profesorów. Najlepsze książki piszą ci uczeni, którzy podczas seminarium otworzą się na ten dopływ." (str. 253) Dla mnie to wspaniałe ujęcie sensu nauczania młodych pokoleń, którego tak bardzo brakuje w praktyce, choć głosy o tej potrzebie gdzieś tam pobrzmiewają.

To książka wzruszająca, poruszająca do głębi, pełna wartości, które zostają z czytelnikiem na długo, przynajmniej ze mną tak będzie. Wit Szostak nie opowiada, on odsłania ludzką duszę, pokazuje jej kruchość i siłę. Dostajemy w niej także tęsknotę za bliskością, potrzebę uznania i atencji oraz obraz cierpliwości, uważności, sztuki słuchania i rozumienia drugiego człowieka. Polecam bardzo, mnie urzekła.


 

czwartek, 13 listopada 2025

Madame Matisse - Sophie Haydock

Okładka książki Madame Matisse autora Sophie Haydock, 9788383614007

 

Madame Matisse to powieść, która nie tyle opowiada historię, ile maluje ją słowami. Jest niczym płótno, na którym każde pociągnięcie pędzla odsłania kolejną warstwę prawdy o sztuce, miłości i poświęceniu. To opowieść utkana z barw i cieni, gdzie sztuka miesza się z życiem, a życie staje się ofiarą na ołtarzu sztuki. Autorka prowadzi nas przez ścieżki duszy Henriego Matisse’a, artysty nieustannie głodnego uznania, drżącego w swojej niepewności, a jednocześnie bezgranicznie oddanego tworzeniu. 

W tej książce jednak autorka koncentruje się nie tyle na samym artyście, co na losach trzech ważnych dla niego kobiet, bo to właśnie tym kobietom autorka oddaje głos, aby opowiedziały dlaczego kochały Henriego, co w nim było takiego, że poświęciły się mu bez reszty i co straciły dla siebie. Te trzy bohaterki to trzy oblicza miłości, oddania i związku z artystą goniącym za swoją ambicją i natchnieniem. Każda z nich jest jak osobny rozdział w jego biografii, jak odcień na palecie, bez którego obraz byłby niepełny. Pierwsza, to córka Marguerite towarzyszy mu niczym ciepły promień światła, wspiera, dodaje otuchy w chwilach zwątpienia. Druga, Amelie to żona, młodsza od niego o 5 lat, która rezygnuje z własnych ambicji, oddając się całkowicie roli powierniczki, opiekunki, organizatorki rzeczy przyziemnych, stawia się w roli "osłony" przed sprawami codziennymi i zwykłymi. To kobieta, która zawiesiła swoje potrzeby i skoncentrowała się tylko na dbaniu o rozwój geniuszu męża. I wreszcie trzecia to Lidia Delektorska, imigrantka z Rosji, która poświęca Henriemu ponad dwadzieścia lat swojego życia wkraczając w życie Matisse'ów kiedy są w jesieni swojego życia. Lidia dba o malarza kiedy jego żona nie ma już na to siły fizycznej i psychicznej, staje się dla niego ostatnią iskrą i inspiracją, która rozpala wyobraźnię i pozwala artyście sięgać po nowe formy wyrazu. To Lidia dała mu siłę do tworzenia kiedy inni odesłali go na emeryturę, to ona dała mu nadzieję na nowe "otwarcie". Między kobietami buzują emocje, Amelie kocha Marguerite jak własną córkę a ta odwzajemnia to uczucie, zaś obie nie cierpią Lidii, choć Amelie otrzymała dużo wsparcia i pomocy z jej strony, a Marguerite nigdy nie doznała od niej przykrości. Niemniej można każdą z nich zrozumieć i nawet w pewien sposób współczuć.

Jeśli chodzi o samego Henri Matisse'a to autorka pokazała go jako postać pełną sprzeczności. Z jednej strony nieustannie tworzącego, oddanego sztuce bez reszty, gotowego poświęcić wszystko dla malarstwa. Z drugiej, człowieka niepewnego, złaknionego uznania, który dopiero u kresu życia doświadcza pełni sławy i docenienia. To obraz artysty, który żyje w ciągłym napięciu między wielkością a zwątpieniem, między pasją a samotnością. Trudno jest mu podjąć decyzje, miota się pomiędzy postawionymi przez najbliższe kobiety ultimatami.

Autorka ukazuje przed czytelnikiem intymny spektakl, w którym sztuka staje się zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Każda scena jest jak fragment obrazu, czasem jasny i pełen życia, czasem mroczny i ciężki od emocji. "Madame Matisse" to książka o cenie sztuki i o tym, jak wielkie dzieła rodzą się nie tylko z talentu, ale także z poświęcenia innych. To opowieść o kobietach, które pozostają w cieniu, a jednak są niezbędne, by światło geniuszu mogło rozbłysnąć. To także przypomnienie, że za każdym wielkim nazwiskiem kryją się ludzkie dramaty, ciche, niewidoczne, lecz fundamentalne.

Testamenty - Margaret Atwood


„Testamenty” to powrót do Gileadu – świata, w którym ideologia stała się narzędziem opresji, a kobiety sprowadzono do roli podporządkowanych trybików w machinie władzy. Margaret Atwood wciąga czytelnika w duszny, klaustrofobiczny klimat, gdzie każdy krok może być niebezpieczny, a każdy wybór może się okazać fatalny w skutkach. Niepokój i niepewność wylewają się z kart tej powieści, sprawiając, że trudno oderwać się od lektury.

Atmosferę książki, w jakimś stopniu, oddają słowa jednej z głównych postaci: "...jeszcze bardziej się obawiam, że wszelkie moje wysiłki spełzną na niczym, a Gilead przetrwa tysiąc lat. Najczęściej tak właśnie czujemy się tutaj, z dala od wojny, choć w oku cyklony. Ulice są tak spokojne, ciche, uporządkowane, jednak pod pozornie niezmąconą powierzchnią czuć drgania, jak w pobliżu linii wysokiego napięcia. Wszyscy jesteśmy napięci (...). "Rządy terroru", mawiano kiedyś, ale terror nie tyle rządzi, ile paraliżuje. Stąd ta nienaturalna cisza." (str. 305)"

Autorka nie tylko rozwija wątki znane z „Opowieści podręcznej”, ale też pogłębia obraz systemu, który niszczy jednostkę, rodzinę i więzi społeczne. Pokazuje prawdę uniwersalną, że z początkowych czystych i wzniosłych celów "Z czasem jednak, jak nieraz bywało w historii, zostały one wypaczone i zbrukane przez samolubnych, oszalałych na punkcie władzy ludzi." (str. 370) "W „Testamentach” poznajemy trzy perspektywy widzenia Gileadu przez trzy postaci, niektóre były dla mnie zaskakujące. Każda z perspektyw odsłania jego inną twarz: od bezwzględnej władzy, przez życie w strachu, po desperacką próbę ucieczki. Dzięki temu Margaret Atwood tworzy wielowymiarową opowieść o tym, jak ideologia może przeniknąć każdy aspekt życia, odbierając ludziom wolność i godność, możliwość stanowienia choć w jakiejś sferze, np. osobistej. To książka o manipulacji, o tym, jak łatwo można podporządkować społeczeństwo, gdy strach staje się fundamentem systemu. Ale to także historia o sile, o tym, że nawet w najbardziej opresyjnych warunkach rodzi się bunt, nadzieja i pragnienie wolności.

Choć Gilead jest fikcją, to książka tchnie realizmem, bo fundamenty stworzonego przez autorkę świata, czyli ideologiczne manipulacje czy kontrola nad ciałem i myślą są aż nazbyt bliskie temu, co znamy z historii i współczesności. „Testamenty” są ostrzeżeniem, że granica między porządkiem a tyranią jest niezwykle krucha, a jej przekroczenie może nastąpić szybciej, niż nam się wydaje. „Testamenty” są duszne, niepokojące, ale jednocześnie fascynujące. To mocny głos w dyskusji o wolności, władzy i roli kobiet w społeczeństwie. To powieść, która pozostawia niepokój, i właśnie dlatego jest ważna. Autorka nie daje prostych odpowiedzi, nie oferuje łatwego happy endu. Zamiast tego zmusza do refleksji: jak daleko może posunąć się władza w imię „dobra wspólnego”? I czy my sami jesteśmy odporni na mechanizmy kontroli, które tak subtelnie wkradają się w codzienność?


czwartek, 6 listopada 2025

Zadzwoń, jak dojedziesz - Jakub Bączykowski

 

"Pomagamy komuś i dajemy sobie prawo do oceniania. A czasami nie pomagamy, tylko obserwujemy jakieś sytuacje z dystansu, przekonani, że doskonale wiemy, co się wydarzyło. Ale kto tak naprawdę wie, co dzieje się wewnątrz rodzin, wewnątrz związków, wewnątrz każdego człowieka, Znamy tylko pewne wersje, fragmenty zdarzeń, opowieści z przeszłości. Najczęściej subiektywne i doprawione emocjami, które mają nas skierować na "właściwy" tor myślenia. Pamiętajmy o tym. I jeszcze jedno. Czas każdego z nas jest tak samo cenny." - J.B.   

„Zadzwoń, jak dojedziesz” to jedna z tych książek, które zostaną ze mną na długo po przeczytaniu ostatniej strony. Jakub Bączykowski stworzył poruszającą, głęboko ludzką opowieść o rodzinie, miłości, tęsknocie i trudnych decyzjach, które przychodzą wraz z dorosłością.

Głównym bohaterem jest Ryszard – wdowiec, który w trzecią rocznicę śmierci ukochanej żony Wandy zostaje odwiedzony przez swoje dorosłe dzieci. Spotkanie, które miało być ciepłym wspomnieniem, szybko przeradza się w bolesną konfrontację. Autor z niezwykłą wrażliwością pokazuje, jak trudno jest rozmawiać o starości, samotności i obowiązku opieki nad rodzicem – nawet w rodzinie, w której nie brakowało miłości i troski.

To, co najbardziej porusza, to autentyczność emocji. Bączykowski nie ocenia swoich bohaterów – pokazuje ich rozterki, lęki, poczucie winy i wewnętrzne konflikty. Czy dzieci, które były kochane, z którymi rodzice rozmawiali na bardzo wiele tematów, którym pokazywali na własnym przykładzie jak starać się być szczęśliwym człowiekiem, potrafią odwzajemnić tę miłość w momencie, gdy rodzic najbardziej ich potrzebuje? Jak zachować się, aby sprostać obowiązkowi względem rodzica a własnych marzeń i rozwoju?

Książka porusza również temat tęsknoty za ukochaną osobą, która odeszła, ale wciąż żyje w sercu, w myślach, w obrazie wiszącym na ścianie. Ryszard nie tylko zmaga się z fizyczną samotnością, ale także z emocjonalną pustką, której nie potrafią wypełnić nawet najbliżsi. Odchodzi powoli, jakby uchodziło z niego powietrze, które wdychał dzięki miłości i obecności ukochanej kobiety. Odchodzi emocjonalnie i fizycznie, jest coraz mniejszy i bardziej kruchy, bo nie ma chęci trwać bez swojej ukochanej, samotnie, bez celu, codziennych rozmów, planów i działań. 

Autor wprowadził również głos obserwatora rodziny z zewnątrz, co pozwoliło na bardziej chłodne spojrzenie, z zupełnie innej perspektywy. 

Dla mnie była to lektura niezwykle wzruszająca. Nie mogłam się od niej oderwać. Każda strona niosła ze sobą refleksję, a dialogi, choć często bolesne, były prawdziwe i głęboko poruszające. To książka, która zmusza do myślenia o tym, co naprawdę znaczy być rodziną i jak trudne bywają wybory, gdy w grę wchodzi miłość, lojalność i odpowiedzialność. Czy byli dobrymi czy złymi dziećmi? - tego w tej opowieści trudno jednoznacznie orzec, trzeba spojrzeć szerzej pod te drzemiące żale i emocje, które nieprzepracowane tkwią w bohaterach. W mojej opinii, autor pokazał  jak trudno traktować się z szacunkiem i empatią, bo czy dzieci umiały rozmawiać z dorosłym ojcem kiedy ten "znikał" w oczach, o tym co tak naprawdę jest mu potrzebne, za czym tęskni, czego oczekuje od nich. Zabrakło tej uważności, chęci, szczerości, potraktowania go jako sprawnego na umyśle człowieka. Podrzucały jedzenie, leki, sprawdzały od czasu do czasu czy jest, ale uznały, że skoro ma ciepło, telewizor i jedzenie to wszystko, a jednak starość nie wymywa sfery emocjonalnej i uczuciowej. 

Polecam ją każdemu, kto szuka literatury obyczajowej z duszą, takiej, która nie tylko opowiada historię, ale też zostawia ślad w sercu.

czwartek, 30 października 2025

Żądło - Paul Murray

 
"Może potworności są nieodłączną cechą wszystkich epok. Może każde społeczeństwo ma na sumieniu straszne, tylko że potem ludzie udają, że nic nie wiedzieli. Jeśli dzieci pytają, to się im mówi, że wszyscy chcieli dobrze." (str. 453)

„Żądło” to powieść, która nie tyle opowiada historię, co wciąga czytelnika w emocjonalny labirynt, z którego trudno się wydostać. Od pierwszych stron czułam niepokój, czasem subtelny, a innym razem paraliżujący, wszechobecny, narastający wraz z poznawaniem kolejnych bohaterów. Nikt z bohaterów nie jest tutaj jednowymiarowy, spójny, oczywisty, autor w ciekawy sposób buduje atmosferę i odkrywa każdego z nich z różnych stron jako osobę i członka rodziny. Murray nie daje czytelnikowi komfortu dystansu; wręcz przeciwnie, zmusza do wejścia w ich życie, w ich lęki, w ich dramaty. To sprawia, że czytając, nie tylko obserwujemy, ale współodczuwamy, martwimy się, współczujemy, a czasem nawet czujemy bezsilność wobec tego, co nadchodzi i jakie konsekwencje poniosą.

Choć książka jest obszerna, nie ma w niej zbędnych fragmentów. Każdy rozdział jest jak kolejny element układanki, który odsłania mechanizmy rządzące ludzkimi relacjami i społecznymi strukturami. Autor pokazuje, jak głęboko zakorzenione są stereotypy i schematy, które determinują nasze wybory. Strach przed opinią innych staje się tu siłą destrukcyjną, prowadzi do zakłamywania siebie, do życia w roli, która nie jest nasza, a w konsekwencji do rozpadu bliskości, więzi, rodziny, a nawet całych społeczności.

 Autor mistrzowsko buduje atmosferę zagrożenia, która nie opuszcza nas aż do ostatniej strony, tym bardziej że zakończenie pozostaje otwarte, dając przestrzeń na własne interpretacje i domysły. Autor nie daje poczucia zamknięcia, nie oferuje łatwego katharsis. Zamiast tego pozostawia przestrzeń na refleksję i pytanie: co dalej? Ten brak jednoznaczności sprawia, że książka może zostać na długo po przeczytaniu ostatniej strony.

To powieść o rozpadzie, ale nie tylko. To także opowieść o tym, jak bardzo jesteśmy podatni na presję społeczną, jak łatwo stajemy się ofiarami ostracyzmu i pośmiewiska, gdy próbujemy być sobą. Smutno czyta się o tym, jak lęk przed oceną potrafi zniszczyć człowieka, ale jednocześnie trudno nie dostrzec w tym odbicia naszej rzeczywistości. „Żądło” jest lustrem, w którym odbija się współczesny świat – pełen pozorów, presji i nieustannej walki o akceptację. Pokazuje potrzebę niektórych bohaterów od uwolnienia się od skostniałych konstrukcji, które sami stworzyliśmy, albo tych najnowszych, które sobie narzuciliśmy, bez których trudno nam sobie wyobrazić codzienność. "Victor unosi plastikową torebkę ze swoim telefonem w środku. Od dawna chciałem to zrobić, mówi. Odkłada ją na pniak, po czym uderza z całej siły młotkiem." (str. 454)

Autor zawarł też aktualne tematy i pytania o przyszłość wobec zmian klimatycznych i ich niepoznanych konsekwencji dla naszego gatunku. "Jeśli chcemy stawić czoło wyzwaniu tak totalnemu jak zmiany klimatu, musimy być razem. Bicie w bęben tylko jednej sprawy, domaganie się od innych, by patrzyli na twoja maskę - nieważne, czy jest nią symbol statusu, seksualności, rasa wyznanie czy cokolwiek innego - to droga donikąd. Możemy w ten sposób zdobyć trochę uwagi dla własnej partykularnej podgrupy, może nawet wywalczyć drobne ustępstwa. Ale to będzie przestawianie leżaków na tonącym statku. Globalna apokalipsa nie dba o politykę tożsamości, o to, do kogo się modlicie ani po której stronie granicy mieszkacie. Osoby cis, trans, czarne, białe, naukowcy, artystki, koszykarze, księża - ludzie wszystkich wyznań i kolorów skóry dostaną tym obuchem. I to jest kolejna rzecz, która nas łączy. Wszyscy żyjemy w momencie dziejowym, w którym gatunek ludzki zdecyduje, czy przetrwa." (str. 446) Nie myślimy co będzie, jak przygotować się na zmiany chociaż je widzimy, pędzimy za codziennym konsumpcjonizmem, akceptacją, zabawą i bezrefleksyjnym konformizmem. "Podnosisz rękę. Czy to nie dziwne, że poeci wszędzie widzą przyrodę, ale nie widzą, że ona się kurczy? Gdy czyta się te wiersze, można odnieść wrażenie, że świat natury nadal jest tak samo bogaty, a przecież w ciągu ostatnich czterdziestu lat mnóstwo zwierząt i siedlisk zniknęło z powierzchni ziemi. Jak oni mogli tego nie dostrzegać? Tej zagłady gatunków? Skoro są tacy spostrzegawczy? Rozglądam się i widzę świat, który jest niszczony. Prawdziwa poezja opisywałby spacer po wielkim cmentarzysku albo wysypisku śmieci. Przyrodę można znaleźć już tylko w wierszach. To jeden wielki pic na wodę. Nawet ludzie wrażliwi kłamią, mówisz. Nie, wcale tego nie mówisz, tylko jak zwykle siedzisz w milczeniu. (str. 464) Jakże to wymowne, ta cisza, brak odwagi, niechęć do zagłębiania się, do patrzenia dalej, szerzej. 

Książka, która nie tylko opowiada historię, ale zmusza do myślenia, o nas samych, o naszych relacjach, o tym, jak bardzo pozwalamy, by opinia innych kształtowała nasze życie. To lektura wymagająca, ale niezwykle wartościowa dla każdego, kto chce zrozumieć mechanizmy rządzące ludzką psychiką i społeczeństwem. „Żądło” to smutna, ale niezwykle ważna opowieść o rozpadzie: człowieka, rodziny, wspólnoty i świata, który znamy. To książka, która nie daje prostych odpowiedzi, ale stawia trudne pytania o to, kim jesteśmy i jak bardzo pozwalamy, by lęk przed oceną kształtował nasze życie. W tej książce nie można być pewnym niczego i nikogo...

Dodatkowo mamy ciekawą strukturę, różny charakter opowieści bohaterów, co tylko podkreśla ich indywidualizm, a także wspaniałe tłumaczenie, które stawiają książkę wysoko w mojej opinii.

piątek, 24 października 2025

Jak zdobywaliśmy Pomorze. Mroczne historie z ,,ziem odzyskanych" - Artur Domosławski, Magdalena Grzebałkowska i inni

 

„Jak zdobywaliśmy Pomorze” to zbiorowy reportaż, który tak naprawdę skupia się tylko na niewielkim wycinku Pomorza, bo autorzy opisywali historie ludzi, miejsc, zdarzeń i rzeczy z Darłowa i jego okolic. Autorzy, każdy na swój sposób i w swoim stylu, pokazali proces przejmowania poniemieckich ziem po II wojnie światowej. Sięgnęli po bardzo różne historie, często przemilczane, zmitologizowane lub po prostu zapomniane.

Niektóre rozdziały to dobrze skonstruowane opowieści, które nie tylko informują, ale też budują emocjonalną więź z bohaterami. Szczególnie poruszające są fragmenty o Niemcach, którzy nie chcieli wyjeżdżać, i Polakach, którzy nie chcieli dopytywać i zagłębiać się w historie wrogów. To też opisy okrucieństwa rosyjskich wyzwolicieli/bandytów, którzy krzywdzili zarówno wrogów jak i tych których mieli oswabadzać. To historie pełne napięcia, bólu, nieoczywistości i moralnych dylematów.

Ciekawy dla mnie był rozdział poświęcony działom, z pozoru techniczny, ale można go było odczytać jako metaforę psychologiczną. Ukazywał bowiem obsesję Hitlera na punkcie monumentalności i siły, co nadało tej części niemal groteskowego wymiaru. To świetny przykład, jak detale mogą odsłaniać większe mechanizmy władzy i propagandy, a przy okazji pokazywało jak otoczenie Hitlera było nieme wobec niego.

Niektóre rozdziały były nieco przegadane, niewiele wnoszące, zbyt rozwlekłe, jakby autorzy nie mogli zdecydować, o czym chcą opowiedzieć. 

Książka jako całość jest warta uwagi, choćby ze względu na wielość zawartych w niej materiałów archiwalnych: zdjęć, listów, urywków osobistych dzienników, wspomnień z tego regionu.

poniedziałek, 13 października 2025

Tłusty róż - Fernando Trias


Sięgnęłam po „Tłusty róż” Fernandy Trías z dużym zainteresowaniem. Opis zapowiadał coś oryginalnego, bo dystopijną opowieść o katastrofie ekologicznej, ale też o opiekuńczości, samotności, lęku. Pierwsze kilkadziesiąt stron rzeczywiście wciągnęło mnie. Autorka buduje duszny, niepokojący klimat. W tle mamy tajemniczą zarazę, czerwony wiatr, zamknięte miasto i bohaterkę, która jak Don Kichot zostaje, by opiekować się zgryźliwą matką, byłym mężem i chłopcem, którego trawi straszna choroba i być może przez nią został odrzucony przez własnych rodziców. Zostaje by radzić sobie w tym skomplikowanym, obwarowanym ramami, przepisami i alertami małym świecie, by zdobywać jedzenie, ciułać pieniądze na wyjazd do Brazylii, który może nie dojść do skutku, ale którego warto się trzymać w tej niepewności.

Ale im dalej w książkę, tym bardziej narastało moje znużenie. Fabuła się rozmywa, wiele wątków zostało niedokończonych. Wciąż pojawiały się nowe obrazy i symbole, ale bez pogłębienia. Niektóre myśli były urwane, jakby autorka celowo nie chciała czegoś dopowiedzieć. Czasami to buduje atmosferę, ale tutaj zaczęło mnie po prostu męczyć.

Tytułowy „tłusty róż”, który początkowo wydawał się ciekawą metaforą, z czasem stał się dla mnie ciężarem. Narastał gdzieś w głowie, dławił, zamiast otwierać nowe znaczenia. W końcu – mimo że doczytałam do końca – nie poczułam żadnej satysfakcji. Zakończenie mnie nie poruszyło, nie domknęło historii. Zostałam z wrażeniem, że książka bardziej sugeruje, niż opowiada.

Powieść, choć porusza ważne tematy: samotność, opiekę nad bliskimi, życie w świecie, który się wali, w formie okazała się zbyt rozmyta i mało konkretna, a nawet męcząca. Możliwe, że są czytelnicy, którym taki styl odpowiada, mnie nie urzekła choć czytało się płynnie.

Mleczarz - Anna Burns


„Mleczarz” Anny Burns to powieść, której bezdyskusyjna wartość literacka, historyczna i społeczna została uhonorowana Nagrodą Bookera. Opowiada o świecie bez nazw, bez imion, o rzeczywistości przesyconej podziałami, lękiem, inwigilacją i przemocą – tej widocznej i tej bardziej podskórnej. Bohaterowie są sprowadzeni do funkcji: „brat pierwszy”, „być-może-chłopak”, „dziewczyna od tabletek”, „Mleczarz”. Przestrzeń również znika – zamiast konkretnych nazw geograficznych mamy sugestie, aluzje i niedopowiedzenia. Oczywiste staje się, że chodzi o Północną Irlandię w czasie „Kłopotów”, ale wszystko pozostaje w zawieszeniu – jakby celowo oderwane od konkretnych punktów odniesienia.

Nie sposób nie dostrzec tematycznej wagi tej książki. To historia o opresji, życiu w cieniu przemocy, o kobietach wtłaczanych w niewygodne role, którym się czasami nie poddają, ale których nie mogą zrzucić. To także opowieść o tym, jak plotka, rzucona na podatny grunt, staje się prawdą, a milczenie pozwala przetrwać. To tez opowieść o systemowym gaszeniu jednostki przez społeczność, która żyje według niepisanych, brutalnych zasad, która nie pozwala na odchylenia od sztywnej "normy".

Mimo tej warstwy znaczeń, „Mleczarz” nie trafił do mojej wyobraźni – ani w warstwie treściowej, ani w formie. Język, choć uznawany za precyzyjny i celowo gęsty, dla mnie był przede wszystkim przytłaczający. Narracja, prowadzona przez „średnią siostrę”, przypominała momentami monolog wewnętrzny pozbawiony dynamiki, zapętlony i nużący. Styl, który miał podkreślać klaustrofobię i chaos wewnętrzny bohaterki, sprawiał, że sama lektura była dla mnie męcząca, a niekiedy wręcz odpychająca.

Doceniam, że autorka sięga po ważne tematy: społeczne, polityczne, historyczne, osadzając je w kontekście Północnej Irlandii, skomplikowanym, niejednoznacznym, rzadko tak szczegółowo analizowanym w literaturze. Ale forma, jaką  Anna Burns wybrała, nie pozwoliła mi wejść w tę historię. Nie porwała mnie, nie zbudowała obrazu – raczej mnie zamknęła, zmęczyła i pozostawiła z uczuciem przytłoczenia.

Być może to jedna z tych książek, które się bardziej podziwia, niż naprawdę przeżywa. A może to historia, która potrzebuje konkretnego momentu w życiu czytelnika, by wybrzmieć w pełni. Dla mnie – mimo całego szacunku dla zamysłu i odwagi literackiej, „Mleczarz” pozostał książką, przez którą czołgałam się, ale której nie poczułam.

W stronę Anny. Biografia Anny Iwaszkiewicz - Sylwia Góra

 


"Po raz kolejny widać tu brak pewności siebie Anny i niewiarę we własne możliwości twórcze. Tymczasem krążyło powiedzenie Jarosława, że kiedyś w encyklopediach to nie ona będzie zapisana jako jego żona, lecz odwrotnie - on jako jej mąż."
(str. 161)

Mąż był świadomy jej niezwykłości, inteligencji, erudycji, szerokich horyzontów myślowych, niezwykłych możliwości intelektualnych i duchowych. Był też świadomym tego, iż pomimo tych przymiotów i możliwości finansowych rodziny nie otrzymała  odpowiedniego wykształcenia, co uważał za prawdziwą "zbrodnię" na geniuszu tej kobiety, jego przyjaciółki, żony i najbliższej powierniczki.

W mojej opinii Sylwia Góra napisała znakomitą biografię, opartą na opowieściach ludzi i dzienniku bohaterki. Autorka wciągnęła mnie w swoją opowieść o tej nietuzinkowej kobiecie, intelektualistce, błyskotliwej obserwatorce życia, filozofce, kobiecie z intelektualnego towarzystwa Warszawy, żonie i matce. Udało się autorce zabrać mnie w podróż po życiu osoby o rozległym świecie duchowym i emocjonalnym, osoby, która bardzo cierpiała i nie potrafiła znaleźć ukojenia. Kobiety znającej języki, umiejącej pisać, tłumaczyć, ale ciągle niedoceniającej jej możliwości i talenty. Kobietę, która podróżowała, przemierzała granice choć nie zawsze w celach odkrywczych, a wsparcia swojego stanu psychicznego. 

To była wyśmienita uczta dla mnie, polecam wybrać się na nią innym czytelnikom.

Oberki do końca świata - Wit Szostak

 

Ależ to była uczta literacka w rytmie tańca, napisana pięknym językiem. W zasadzie mogłabym rzec, że to książka z linią melodyczną w rytmie oberka. 

To była opowieść o świecie, który już przeminął, o zwyczajach, które towarzyszyły ludziom przez dziesięciolecia, które niosły radość i zabawę, które symbolizowały czas, którego już nie ma, relacje międzyludzkie, które już nie istnieją, bliskość z naturą i otoczeniem. To książka magiczna, w której można się "zapaść", pozwolić się opleść niecodziennym zjawiskom, poddać się rytmowi opowieści Wita Szostaka.

Autor snuje opowieść o wsi, w której głównymi bohaterami czyni rodzinę Wichrów: Macieja, Jakuba i Józefa, mistrzów oberków granych podczas różnych uroczystości w okolicy. Piękna, choć nie łatwa to była opowieść o Wichrach, bo często ich ścieżki życia były poplątane i wchodziły w ciemne zaułki, nie zawsze ojciec z synami miał przyjacielską relację, a i żonom nie żyło się zwyczajnie w tej oberkowej przestrzeni. Niemniej żyli oni w zgodzie z wieloma zasadami, które wyznaczały ich rytm życia i relacji międzysąsiedzkich.

Uwielbiam książki z kręgu wspomnień z dzieciństwa, minionych światów, które pozostały w pamięci nielicznych, w opowieściach, czy na kartach zakurzonych encyklopedii. To nostalgiczna podróż w przeszłość, po której zostały tylko nieliczne ślady, ale za to jakże ważne, bo przypominające nasze zwyczaje i korzenie. Nie brakuje w niej magii, pradawnych wierzeń, upatrywania sensu w sprawach, których na pierwszy rzut oka nie widać, a które nadają znaczenie tym widocznym. Poruszająca, piękna, refleksyjna.

poniedziałek, 29 września 2025

Ćwiczenia z ciemności - Naja Marie Aidt

 

Czytając "Ćwiczenia z ciemności" towarzyszymy bohaterce w powolnym wychodzeniu z silnych zaburzeń lękowych zdiagnozowanych jako PTSD. Czytając stajemy się obserwatorami otwieranych ostrożnie furtek z przeżyciami, które złożyły się na chorobę. Bohaterka dotarła do takiego stanu, że nie jest w stanie być nigdzie, boi się tak wielu zachowań, męczy ją tak wiele przeżyć, które nie pozwalają oddychać, że może być trudno to zrozumieć, poczuć, czy postawić się w jej sytuacji. Kiedy jednak czytamy o kolejnych zdarzeniach w jej życiu, zastanawiamy się jak to wszystko uniosła. 

Autorce udało się wprowadzić mnie w stan silnego niepokoju, który pozwolił na wczucie się w przeżycia bohaterki. Czułam nakładające się na tą 57-latkę kolejne warstwy traum, wyobrażałam sobie jej ucieczkę w ciemne zakamarki duszy i mieszkania. Przeżywałam z nią przemocowe dzieciństwo i milczenie matki w tej sprawie, śmierć młodszej siostry, rozwód, lęk o swoich trzech synów, spotkania z matką. Dopingowałam w powolnym wracaniu do życia, szukaniu drobniutkich przyjemności, w otwartości na innych, czy w podjęciu próby pracy. Z przyjemnością czytałam o jej "stałym sztabie pomocowym" składającym się najwierniejszych przyjaciółek, które pomimo różnorodności swoich żyć trwają na posterunku czuwania nad nią, wciągają ją w codzienność.

To bardzo nietuzinkowa książka, ale jej czytanie boli, bo jest w niej wiele bólu, lęków, zadawanych ran i osamotnienia. A z drugiej strony jest moc przyjaźni, która nie pozostawia w samotności i opieki synowskiej. W końcowych akordach książki spotkamy nadzieję na lepsze jutro.

poniedziałek, 22 września 2025

Coast road: powieść - Alan Murrin

 

Powróciłam do Irlandii, dzięki autorowi Alan Murrain, tym razem do lat dziewięćdziesiątych, w "przeddzień"ważnych wydarzeń, czyli referendów i zmiany w konstytucji w sprawie zdelegalizowania zakazu rozwodów. Katolicka retoryka i zapisy w Konstytucji z 1937 roku restrykcyjnie określały wartość małżeństwa i zakaz rozwodów. 

W swojej książce autor poruszył dwa ważne wątki: sytuację kobiet, (mężatek w szczególności) oraz dzieci, które były często niemymi świadkami relacji rodzicielskich panujących w domach. Nie będę się rozpisywała czego ofiarami były kobiety i dzieci, bo to sprawa powtarzalna, najtrudniejszy w tym był systemowy zakaz rozwodów, nawet jeśli obie strony chciały i zgodnie stwierdzały, że związek się wypalił, że tkwią w nim bez obopólnej satysfakcji nie było możliwości stwierdzenia rozwodu przez instytucję do tego upoważnioną. 

Autor wprowadził nas w problem kreśląc historie kilku rodzin w małym nadmorskim miasteczku. Każda historia jest inna, ale każda pokazuje różne oblicza problemów w relacjach damsko-męskich. Pokazuje uwikłanie po jednej i po drugiej stronie, u kobiet niemożność szukania pomocy, narażania się na ostracyzm, samotność, smutek, apatię, poddanie się, u mężczyzn presję zarabiania na rodzinę, sprostania roli męża i ojca, czasem pod przymusem rodziców i uwarunkowań kulturowych. 

Atmosfera jest gęsta, daje argumenty do refleksji i wyciągania wniosków. Opowieść wciąga, jednoczy z bohaterkami, wzrusza. Nie umiem powiedzieć czy daje nadzieję, bo w tylu krajach na świecie podobne sytuacje cały czas mają miejsce, ale książka warta jest przeczytania. Oszczędna kompozycja krzyczy swoją prostotą.

czwartek, 18 września 2025

Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki - Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki

 

"Wielowiekowe nierówności - od dostępu do nauki przez swobodę rozporządzania majątkiem czy podróżowania po możliwość poświęcania się karierze zawodowej - sprawiły, że najważniejsze dzieła, czy to malarskie, czy literackie, czy muzyczne wychodziły spod ręki mężczyzny. (str. 86)

Lubię takie uczty książkowe. Po biografii Marii Konopnickiej wpadła w moje ręce biografia Marii Dulębianki. Dopełnieniem była jeszcze wystawa w Muzeum w Lublinie pt. "Co babie do pędzla", na której miałam niewątpliwą przyjemność oglądać obrazy malarki. Dodatkowo czytając fragmenty książki, gdzie bohaterki zakotwiczają swoje życie w Żarnowcu przypomniał mi się pokoik malarki na pięterku. Absolutna pełnia doznań.

Czytając książkę miałam wrażenie bycia w biegu, niemożności odnalezienia się w jednym miejscu podobnie jak bohaterka i jej przyjaciółka. Z jednej strony ciągła tułaczka i niedogodności związane z podróżami, z drugiej wolność decydowania o swoim miejscu, swoboda podejmowania decyzji, czerpanie przyjemności z różnorodnych miejsc. Kiedy dodatkowo wyobraziłam sobie długość tych podróży, czas jakiego wymagały i intensywność to kręciło mi się w głowie - nie tylko w przenośni.

Maria Dulębianka wywarła na mnie ogromne wrażenie, jej talent malarski, oratorski, samodzielność w życiowych wyborach, niezłomność w domaganiu się praw dla kobiet, które cały czas w tamtym okresie były w pełni zależne od mężczyzn. Oddanie drugiej osobie, troska o potrzebujących, bliskich i tych najbiedniejszych wzbudzała we mnie ogromny szacunek. Kobieta odważna, niepoddająca się przeciwnościom, ciepła i serdeczna, wykształcona, znająca języki, obyta w świecie. 

Relacja malarki i poetki była ogromnie wdzięczna w odbiorze, bo każda z nich lubiła być ze sobą, ale każda miała szacunek dla wolności tej drugiej osoby, uwielbiały ze sobą spędzać czas, ale kiedy tworzyły dawały sobie na to przestrzeń. Czerpały ze swojego towarzystwa, wspierały siebie tak na niwie twórczej, jak i codziennej. Były obyte, znały języki, podróżowały, miały pasje i zainteresowania, uwielbiały spacerować i wsłuchiwać się w potrzeby tej drugiej. Ich relacja była szczera i budująca, co szczególnie warte podkreślenia, wiedziały, że mogą na siebie liczyć, i wspierać się w biedzie. 

Gratulacje dla autorki za tytaniczną pracę i nie przytłoczenie biografii Marii Dulębianki, o której tak trudno było wyłapywać materiały, szeroko dostępnymi o Marii Konopnickiej. W mojej opinii odmalowała nam kobietę, którą przepełniało dobro i troska o innych, która w swoim życiu najmniej dbała o siebie, kobietę wielu talentów i możliwości, która dwadzieścia lat życia wiernie towarzyszyła w doli i niedoli swojej towarzyszce poetce. Chapeau bas.

To jednak nie wszystko, co mnie ujęło w tej książce, bo dodatkową wartość stanowi bardzo szeroko naświetlone tło historyczne, społeczne i polityczne. Tutaj także autorka nie żałowała wysiłku, aby wyszukiwać ludzi i fakty by wypełnić tło bohaterki/bohaterek. Dopełnienie stanowią reprodukcje obrazów, zdjęcia z wydarzeń. Wartościowe jest również kalendarium na końcu książki. Nic dodać, nic ująć, czytać.

piątek, 5 września 2025

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield


W tej książce wrze od tajemnic, dziwnych zdarzeń, trudnych, żeby nie powiedzieć patologicznych relacji oraz zaskakujących splotów ludzkich losów. 

Autorka zbudowała opowieść o relacjach niezwykle silnych, wręcz niszczących, zabijających ciało i duszę, można by rzec tak biskich, że aż duszących i dusznych, nie pozwalających na radość z bycia z drugim człowiekiem. Dodatkowo pokazaną w książce specyficzną formą tej bliskości i zależności w relacji była ta pomiędzy bliźniaczkami. Zresztą w książce jest mnóstwo historii o nieudanych związkach, relacjach i stosunkach pomiędzy ludźmi. Ogólnie dla mnie "Trzynasta opowieść" spowita jest mrokiem, smutkiem, tęsknotami, zależnościami, przyzwyczajeniami i strachem. Mnóstwo w niej meandrów, niedopowiedzeń, z pozoru niepotrzebnych detali, które jednak mają swoje znaczenie dla całości. Ta zawiła opowieść, czasami męcząca i naszpikowana mocno oryginalnymi zachowaniami co poniektórych bohaterów, zawoalowana niedopowiedzeniami odsłania się po woli, aby wyjaśnić wszystko w końcowych tonach książki. 

Jeśli chodzi o bohaterkę opowieści, Vidę Winter, której losy spisywała młoda księgarka Margaret Lea, to mogłabym rzec, że jest to postać "mieszanka" powstała z różnych znanych pisarzy, celebrytów, gwiazd czy gwiazdek. Tworzy wokół siebie aurę tajemniczości poprzez podrzucanie coraz to nowych faktów ze swojego życia, po czym dementowanie ich i podrzucanie kolejnych, tak aby powiedzieć dużo, ale ciągle utrzymywać zainteresowanie swoją osobą i pisanymi książkami, które wydawała co roku przez kilkadziesiąt lat. To zapewne trzeba umieć, a ona była w tym wyśmienita. Zaciekawiała, przyciągała, omamiała, aby kolejnym razem wytrącić pewność co do przekazanych informacji, bo znowu karmić nowymi historiami "ze swojego życia". Jej prawdziwą historię poznajemy kiedy żyje już tylko resztkami sił.

Przeczytawszy "Trzynastą opowieść" mam mieszane uczucia, bo choć dotrwałam do końca, a niektóre części tej opowieści podobały mi się to były też takie, które wytrąciły mnie z przyjemności czytania, nie żebym była zszokowana zachowaniami bohaterów, ale raczej zawiłościami i nagromadzeniem dziwności w ich losach. Zatem to nie był zmarnowany czas, ale też nie było zachwytu.

niedziela, 31 sierpnia 2025

Dom nad jeziorem - Kate Morton

 

To moje pierwsze spotkanie z tą autorką i to całkiem udane. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać, dlatego czekałam na kolejne odsłony. Autorka tkała swoją opowieść bardzo gęstym ściegiem, dokładając kolejne skomplikowane sploty. Jeśli jakaś moja myśl podążała do jakiegoś "odkrycia", to okazywało się jakimś drobiazgiem, który być może kiedyś przyda się do większej całości, ale nie tu. Autorka umiała meandrować swoją opowieścią, zwodząc i zmieniając jej bieg. Autorka stworzyła mozaikę historii, bohaterów z maleńkich puzzli, które należy cierpliwie układać, nie spodziewając się szybkiego efektu, choć czasami pojawiały się większe zarysy lub plamy to na całość obrazu trzeba czekać do ostatnich kartek. Czasami traciłam cierpliwość, ale nie chciałam jej odłożyć, bo apetyt rósł w miarę rozrastania się losów bohaterów i całej historii.

Autorka poprowadziła swoją opowieść na kilku czasoprzestrzeniach, w latach trzydziestych XX wieku i początku XXI wieku. Mamy dwie kobiety, które zmagają się z trudnymi przeżyciami i decyzjami, mamy rodziny, które przeżywają radości i tragedie, dostajemy mnóstwo emocji, sukcesów i porażek, strat, których skutki są nieodwracalne i nadzieje na odzyskanie chociaż drobiazgów, jakże cennych i potrzebnych do odzyskania spokoju.

Autorka poświęca uwagę sprawie traum wojennych, które prowadzą do tragicznych skutków dla jednostki, jej rodziny i społeczeństwa. To ważne, bo niestety wciąż aktualne, a tak mało się o tym mówi. 

Podsumowując było warto poświecić jej czas wakacyjny.

środa, 27 sierpnia 2025

Zbieracze borówek - Amanda Peters

 

To historia, w której od początku wiadomo co jest jej osią, można wysnuć domysły kto i co zrobił, jednak to wcale nie zabiera ciekawości jej odbioru, bo ważne są tło i nakładające się losy bohaterów, a także ich decyzje i przeżycia.

Historia zaczyna się kiedy grupa ludzi przyjeżdża, jak co roku, na zbiory borówek, a wśród nich nasi bohaterowie, rdzenni Amerykanie, którzy przybywają całą rodziną, rodzice i piątka dzieci, w tym czteroletnia Ruth. Kiedy dorośli i starsze dzieci idą pracować przy zbiorach Ruth zostaje pod opieką o dwa lata starszego brata Joego. Joe bardzo kocha swoją siostrzyczkę, zwyczajowo dużo rozmawiają i bawią się. Tego dnia  kiedy Joe "na trochę" spuszcza siostrzyczkę z oczu ona znika. To wydarzenie bardzo odbiło się na emocjach i życiu Joego, będzie ciągle obwiniał siebie za niedopilnowanie siostry. Zresztą cała rodzina również będzie cierpiała, otuli się "płaszczem" tęsknoty, żalu i niezgody. Zniknięcie Ruth będzie jak niezagojona rana, na którą nie ma lekarstwa.

Jednak autorka nie poprzestaje na wątku tej rodziny, przeplata go z historią Normy, która dorasta w dostatnim i dobrym domu, jednocześnie będąc ciągle pod kuratelą matki. Matka lęka się o wszystko co dotyczy Normy, boi się o nią, zachowuje daleko posuniętą czujność, a nawet nie owijając w bawełnę można rzec kontrolę. Ojciec daje córce więcej swobody, często tłumaczy zachowania żony. Norma zachowuje cierpliwość i wyrozumiałość względem matki, choć pojawiają się w jej głowie pytania, na które nie ma gdzie znaleźć odpowiedzi. Przypomina sobie jakieś odległe flesze postaci i miejsca, echa imion i charakterystyczne zapachy Ma swoje podejrzenia, przeczucia, snuje domysły, brakuje jednak kogoś do wyjaśnienia.

Autorka opowiada historię tych dwóch rodzin na przestrzeni kilkudziesięciu lat, przy okazji nawiązuje do wydarzeń społecznych, politycznych i przemian kulturowych. Nasi bohaterowie dorastają, niektórzy umierają, inni poszukują swojego ukojenia i miejsca. Ktoś zatracił się, ktoś czeka na cud, ktoś szuka, albo po prostu żyje.

Dla mnie to była bardzo wciągająca opowieść z różnymi emocjami. Smutek i lęk przeplatają się z nadzieją, tęsknota znajduje ukojenie, po stracie pojawia się miłość, żal zyskuje przebaczenie. Przy okazji nie jest to ckliwa opowiastka. Pokazuje człowieka we wszystkich jego barwach, z niedoskonałościami, tęsknotami i pogubieniem. Pokazuje jak jedna emocjonalna decyzja może poważnie wpłynąć na losy innych osób. Jak nieutulony żal i tęsknota jednostki mogą odebrać spokój całej rodziny. 

Ja miałam bardzo dużą przyjemność z czytania, zatem polecam.

piątek, 8 sierpnia 2025

Kolekcjoner porzuconych dusz. Reportaże z Brazylii - Eliane Brum

 

Eliane Brum zanim przechodzi do sedna długo wprowadza czytelnika w założenia i wskazówki jak odbierać jej zbiór o życiu, chcąc go niejako przygotować na to co przeczyta. Opowiada jak przygotowywała się do zebrania materiału, jak rozmawiała i patrzyła na bohaterów, pokazuje swoją drogę do przygotowania tych reportaży. Zapewne słusznie, bo nie są to obrazy karnawału, bujnego i barwnego życia w Amazonii, czy peanów na rzecz brazylijskiej piłki. To opowieści z ciemniejszych zaułków, a nawet zakątków Brazylii, gdzie trud, smutek i niesprawiedliwość trzymają się mocno, mimo zmian zachodzących na szczytach władzy, gdzie pieniądz i chciwość wiodą prym.

Reportaże zawarte w "Kolekcjonerze porzuconych dusz" mają charakter społeczny, a choć autorka skupia się na Brazylii to można by je osadzić w innych miejscach, w których niesprawiedliwość kwitnie i dotyka najuboższych. Autorka pokazuje szerokie spektrum niedoli ludzkiej, niesprawiedliwości, zapomnienia, wyrzucenia za nawias, wykorzystywania, odbierania ostatnich skrawków godności. Optymizmu niewiele w tej książce, choć i ono wychyla z tych kart nieśmiałe oblicze, w postaci oddanych kobiet, które "łapią dzieci", aby pomóc sprowadzić je na ten świat, czy pojawiające się iskierki miłości w domach "spokojnej starości", do których "wysyłani" są starzy ludzie i "zasypywani gruzem" niepamięci swoich najbliższych. Pozostałe traktują o realizmie, bynajmniej niemagicznym. Spotkamy więc opowieść mężczyzny, który pracował przy azbeście i umarł z jego powodu. Poczytamy o ludziach  których wyrzucono z ich domu, bo stali na drodze wielkich "inwestycji". Usłyszymy opowieści matek, które rodziły synów na śmierć, o mężczyznach, którzy oddają się bardzo dziwnym działaniom, aby przeżyć w tym nieprzyjaznym świecie. Kobietę, która mimo niepełnosprawności, biedy i wielu przeciwności postanowiła udowodnić, że da radę i wydobędzie się z kręgu niemożności. Dowiemy się o szaleństwie złota, o marzeniu biedaka, żeby wznieść się na pokładzie samolotu i o żalu do choroby, która zabrała coś na co czekało się całe życie..

W mojej opinii autorka starała się nie wtrącać w opowieści swoich bohaterów, słuchała i gromadziła je bez oceniania i dopowiadania. Pokazywała szerszy kontekst niektórych historii, drogi niesprawiedliwości i nic nie robienie władz i sądów. Książka napisana eleganckim językiem. Choć nie wszystkie opowieści wciągają, to warto poznać różnorodność Brazylii tej bardziej nieznanej i nieoczywistej.