Wypożyczona z biblioteki
I znowu zazdrościłam Karusi, że ma Piaskowego Wilka, który umiał wsłuchać się w jej rozterki, smutki, rozważania, rozwiać wątpliwości, potwierdzić jej dziecięce pomysły. Umiał zracjonalizować wymysły, sprowadzić do stanu realnego całkiem odlotowe idee.
I choć tata czasami jej nie słuchał, albo nie miał dla niej czasu, mama wybiegała do pracy nie doczytawszy bajki, wiedziała że na plaży czeka na nią jej wierny towarzysz Piaskowy Wilk.
I choć czasami to ona się na niego obraziła, to on nie przyjmował tego do siebie.
Umiał jej pomóc znaleźć zgubionego pieska, wyjaśnić że jedni ludzie są mili a inni bardzo źli, że zegar nie rządzi czasem tylko go wskazuje,wytłumaczyć dlaczego czasem trzeba ubrać się tak jak chcą dorośli, zwłaszcza idąc z nimi na przyjęcie.
Z tej części dowiemy się jak uciekać z domu aby rodzice znaleźli, jak nie bać się zostać samej w domu, jak przeżyć pogrzeb. I jeszcze tego, że kolory nie zawsze są takie same, że sprawiedliwie nie zawsze znaczy po równo, że wielkość nie oznacza też siły, że czasami ciekawie jest zanocować poza domem, że wybory to nie jest łatwa sprawa, a podrośnięcie za dużo też może mieć swoje dobre strony.
Opowieści napisane są ze swadą, mądrością, humorem, ale co najważniejsze tak aby były blisko dziecięcych emocji.
Książki to dla mnie marzenia, źródło wiedzy, pasja i moc. Książki to oczekiwanie na niewiadomą, na tajemnicę, na romans bez pokuty. Wierne, dostępne i otwarte na nowe doznania. To uzależnienie, bez skutków ubocznych, zbędnych emocji i pretensji. Książki to dla mnie ciągle napełniające się źródło, nie wysychające, wystarczy tylko chcieć czerpać, a na razie mam ogromną ochotę.......
Szukaj na tym blogu
niedziela, 26 marca 2017
sobota, 25 marca 2017
Reputacje Juan Gabriel Vásquez
Przeczytana na potrzeby DKK.
Zmęczyłam się tą książką bardzo, o kuriozum 203 stronicową. Robiłam kilka podejść, bo już pierwsze strony nie wzbudziły mojego zainteresowania. Kiedy już rozpoczęłam poważną lekturę, cały czas zastanawiałam się co autor chce mi przekazać. Książka nie wzbudziła moich cieplejszych uczuć i choć starałam się pojąć przesłanie nie zdołałam. Można pogratulować autorowi, że stworzył historię "na gwoździu", to prawdziwy kunszt. Być może wykazałam się wielką ignorancją, bo autor z pieczołowitością i wielce kunsztownie opisał najdrobniejsze sprawy, zachowania i rzeczy. Jest też mistrzem retrospektywy, czasami miałam wrażenie, że przeważa ona w książce. Niemniej miałam wrażenie że tych kwiecistych opisów i powrotów do przeszłości było tak dużo, że przysłoniły główny nurt i problem się rozmazał. Główne przesłanie książki zniknęło w gąszczu pobocznych zarośniętych krzaczkami ścieżek. Do podstawowego problemu docierał tak krętymi ścieżkami, że można było stracić orientację. Ostatnie strony to rozważania autora nad swoim postępowaniem i "pisanie scenariuszy". Zakończenie pozostawione do dopisania czytelnikowi. Miałam wrażenie, że bohater uzyskał spokój i był gotowy na każdy scenariusz przyszłości.
Pokrótce o treści:
Autor często powtarza na stronach powieści słowa Królowej z "Alicji w krainie czarów" -„Kiepską masz pamięć, jeżeli działa tylko wstecz.” przywołując możliwości pamięci, które często okazują się zwodnicze. Zapewne ważki to temat, jak to zwykle przy rozważaniach o moralitetach, ale zapisany jakby za woalem albo nawet kotarą.
Po jej przeczytaniu pomyślałam, że nie powinna trafić w moje ręce, bo teraz jestem zobowiązana o niej napisać w atmosferze niezadowolenia z lektury. Gdyby nie zobowiązanie z DKK zapewne nie sięgnęłabym po książkę Vasquez'a.
Może to dlatego, że rzadko ostatnio sięgam po beletrystykę, jeśli już to wspartą jakimś przesłaniem, wspomnieniem albo nazwiskiem autora.
Zmęczyłam się tą książką bardzo, o kuriozum 203 stronicową. Robiłam kilka podejść, bo już pierwsze strony nie wzbudziły mojego zainteresowania. Kiedy już rozpoczęłam poważną lekturę, cały czas zastanawiałam się co autor chce mi przekazać. Książka nie wzbudziła moich cieplejszych uczuć i choć starałam się pojąć przesłanie nie zdołałam. Można pogratulować autorowi, że stworzył historię "na gwoździu", to prawdziwy kunszt. Być może wykazałam się wielką ignorancją, bo autor z pieczołowitością i wielce kunsztownie opisał najdrobniejsze sprawy, zachowania i rzeczy. Jest też mistrzem retrospektywy, czasami miałam wrażenie, że przeważa ona w książce. Niemniej miałam wrażenie że tych kwiecistych opisów i powrotów do przeszłości było tak dużo, że przysłoniły główny nurt i problem się rozmazał. Główne przesłanie książki zniknęło w gąszczu pobocznych zarośniętych krzaczkami ścieżek. Do podstawowego problemu docierał tak krętymi ścieżkami, że można było stracić orientację. Ostatnie strony to rozważania autora nad swoim postępowaniem i "pisanie scenariuszy". Zakończenie pozostawione do dopisania czytelnikowi. Miałam wrażenie, że bohater uzyskał spokój i był gotowy na każdy scenariusz przyszłości.
Pokrótce o treści:
Javier Mallarino,
karykaturzysta i satyryczny komentator życia politycznego Kolumbii,
obchodzi czterdziestolecie swojej pracy. Jest spełniony zawodowo w swoim poczuciu. Przez otoczenie postrzegany jako bohater czego dowodem są nagrody min. znaczek pocztowy z własną karykaturą, uznanie, sukcesy dnia codziennego. Czytelnik wysłuchuje mowy jubileuszowej, w której bohater prezentuje podstawowe wartości jakimi kieruje się w pracy.
Widzimy też, że Javier to człowiek najważniejszy dla samego siebie, uwielbiający podziw płynący z wszech stron bliższych i dalszych. Działający tak aby było mu wygodnie. Mieszkający z dala od miasta, bez komputera, otoczony stosem materiałów potrzebnych w tworzeniu swojego widzenia dnia codziennego w kraju. Poznajemy jego szczegółowe przyzwyczajenia, nawyki, sztywne zasady wykształcone przez sześćdziesięcioletnie życie. Uwielbienie dla poprzednika - Ricardo Rendona.
W tą oazę stworzoną dla wygody Mallarina, autor wprowadza czytelnika powoli odsłaniając poszczególne warstwy tej "ikony". W odsłanianiu a raczej dokopywaniu się do głównego nurtu pomaga trzydziestopięcioletnia Samanta Leal, chwilowa koleżanka jego córki w dzieciństwie. Przywołuje przed oblicze czytelnika zdarzenie sprzed lat którego sama nie pamięta, zresztą nie tylko ona. Otóż podczas spotkania towarzyskiego u Mallarino jego córka i ona nie zauważone przez uczestników przyjęcia, spiły się do nieprzytomności resztkami alkoholu z kieliszków; goście widzieli wychodzącego z ich pokoju senatora; Mallarino narysował odpowiednią na tę okoliczność scenkę; po niedługim czasie wszyscy usłyszeli o samobójstwie senatora.
Widzimy też, że Javier to człowiek najważniejszy dla samego siebie, uwielbiający podziw płynący z wszech stron bliższych i dalszych. Działający tak aby było mu wygodnie. Mieszkający z dala od miasta, bez komputera, otoczony stosem materiałów potrzebnych w tworzeniu swojego widzenia dnia codziennego w kraju. Poznajemy jego szczegółowe przyzwyczajenia, nawyki, sztywne zasady wykształcone przez sześćdziesięcioletnie życie. Uwielbienie dla poprzednika - Ricardo Rendona.
W tą oazę stworzoną dla wygody Mallarina, autor wprowadza czytelnika powoli odsłaniając poszczególne warstwy tej "ikony". W odsłanianiu a raczej dokopywaniu się do głównego nurtu pomaga trzydziestopięcioletnia Samanta Leal, chwilowa koleżanka jego córki w dzieciństwie. Przywołuje przed oblicze czytelnika zdarzenie sprzed lat którego sama nie pamięta, zresztą nie tylko ona. Otóż podczas spotkania towarzyskiego u Mallarino jego córka i ona nie zauważone przez uczestników przyjęcia, spiły się do nieprzytomności resztkami alkoholu z kieliszków; goście widzieli wychodzącego z ich pokoju senatora; Mallarino narysował odpowiednią na tę okoliczność scenkę; po niedługim czasie wszyscy usłyszeli o samobójstwie senatora.
Mallarino to chcąc pomóc Samancie, to znaleźć odpowiedzi na jego wewnętrzne wątpliwości postanawia spotkać się z wdową po senatorze.
Autor często powtarza na stronach powieści słowa Królowej z "Alicji w krainie czarów" -„Kiepską masz pamięć, jeżeli działa tylko wstecz.” przywołując możliwości pamięci, które często okazują się zwodnicze. Zapewne ważki to temat, jak to zwykle przy rozważaniach o moralitetach, ale zapisany jakby za woalem albo nawet kotarą.
poniedziałek, 20 marca 2017
Kurs pisania powieści dla Bystrzaków - Randy Ingermanson, Peter Economy
Wypożyczona
Przewodnik pisania powieści, który zawiera wszelkie niezbędne informacje aby napisać książkę z szerokiego obszaru beletrystyki. Autorzy bardzo szczegółowo opisali prawidła, które warto poznać, nad którymi warto się zastanowić albo które warto znać aby napisać powieść. To przewodnik który podpowie jak przygotować się do napisania powieści, jakich błędów uniknąć podczas jej pisania, jak należy przygotować streszczenie, jak przygotować się na spotkanie z wydawcami.
Książka podzielona została na części a te na rozdziały, w których zawarto krok po kroku zasady pisania powieści. Zawarli też przestrogi jak unikać błędów, jakie stosować triki, jak siebie stopować aby napisać dzieło o długości pożądanej przez wydawców.
To bardzo profesjonalne i uczone wytyczne poparte konkretnymi przykładami książek.
Ta książka dała mi tak dużo nowej wiedzy teoretycznej, że poczułam się przytłoczona i przygnieciona. Powieści nie napiszę, bo oprócz tej teorii nie mam pomysłu i weny. Niemniej nie był to czas zmarnowany bo nabyłam garść a może kilka garści kolejnej wiedzy. Poczułam się odrobinę poduczona profesjonalną wiedzą i takowymi zagadnieniami.
Polecam tym, którzy piszą, ale brakuje im umiejętności ubrania dzieła w ramy, stryktury, itd. Tu znajdą wiele podpowiedzi i wskazówek.
Przewodnik pisania powieści, który zawiera wszelkie niezbędne informacje aby napisać książkę z szerokiego obszaru beletrystyki. Autorzy bardzo szczegółowo opisali prawidła, które warto poznać, nad którymi warto się zastanowić albo które warto znać aby napisać powieść. To przewodnik który podpowie jak przygotować się do napisania powieści, jakich błędów uniknąć podczas jej pisania, jak należy przygotować streszczenie, jak przygotować się na spotkanie z wydawcami.
Książka podzielona została na części a te na rozdziały, w których zawarto krok po kroku zasady pisania powieści. Zawarli też przestrogi jak unikać błędów, jakie stosować triki, jak siebie stopować aby napisać dzieło o długości pożądanej przez wydawców.
To bardzo profesjonalne i uczone wytyczne poparte konkretnymi przykładami książek.
Ta książka dała mi tak dużo nowej wiedzy teoretycznej, że poczułam się przytłoczona i przygnieciona. Powieści nie napiszę, bo oprócz tej teorii nie mam pomysłu i weny. Niemniej nie był to czas zmarnowany bo nabyłam garść a może kilka garści kolejnej wiedzy. Poczułam się odrobinę poduczona profesjonalną wiedzą i takowymi zagadnieniami.
Polecam tym, którzy piszą, ale brakuje im umiejętności ubrania dzieła w ramy, stryktury, itd. Tu znajdą wiele podpowiedzi i wskazówek.
środa, 15 marca 2017
Dziewczyny z Powstania - Anna Herbich
Z biblioteki
To druga książka tej autorki, po którą zdecydowałam się sięgnąć. Książka napisana jest w tej samej formule. Autorka umieściła w niej 11 opowieści - wspomnień kobiet, które jako dziewczynki lub nastolatki były świadkami lub brały udział w Powstaniu Warszawskim. Wciągająca i nie dająca o sobie zapomnieć.
Opowieści bardzo wzruszające, dające obraz tamtej rzeczywistości, co dla mnie najistotniejsze obraz opisany oczami kobiet, ich emocje, widzenie wydarzeń, postrzeganie samych siebie. Bohaterki opowieści z detalami potrafiły naświetlić wydarzenia tamtego czasu, co wzbudziło mój głęboki podziw i szacunek. Kobiety wspominały doniosłe wydarzenia, spektakularne akcje i heroiczne zachowania. Nie ukrywały też opowieści tragicznych i traumatycznych, które wryły się w pamięć na wiele, wiele lat. Ujęły mnie też opisy takich zwykłych, przyziemnych uczuć i zachowań: troska, strach, wiara, załamanie, poczucie obowiązku wobec ojczyzny, pomoc innym w tych dramatycznych dniach. Opisy trudów dnia codziennego: brak jedzenia i ciągłe uczucie głodu, brak wody i potrzeba pragnienia lub potrzeba zadbania o higienę osobistą, brak odpowiedniego ubrania, brak miejsca do schronienia się. Najbardziej wzruszające dla mnie były opowieści pań, które były lub właśnie zostały matkami. Zamierałam czasami czytając te fragmenty, strach o siebie jest niczym w porównaniu ze strachem o dziecko. Może dzięki tamtym kobietom i mężczyznom dzisiaj mogę spokojnie i w dobrobycie (porównując tamte warunki) wychowywać dzieci.
Bohaterki opowiadały o swoim dzieciństwie, swoich domach, okupacji niemieckiej, przygotowaniach do godziny W, wydarzeniach z Powstania. Nie ominęły trudnych rozmyślań i wątpliwości na temat sensu wybuchu samej akcji i poniesionych strat wśród ludzi i miasta. Niemal każda z nich nie miała wątpliwości, że stanęłaby znów do walki - do swojego obowiązku podniesienia ojczyzny z kolan. Każda z nich nie kryła rozczarowania wydarzeniami po przejęciu przez Sowietów wpływów nad Polską.
Nie było takiej, która podczas okupacji, Powstania albo niedługo po wojnie nie straciła kogoś.
Z książki wyłania się też obraz wspaniałego życia przed II Wojną Światową. Bohaterki darzyły go sentymentem, atencją, czułością i westchnieniem. Czy to na prawdę były takie sielankowe czasy, czy to młodość, radość i beztroska tak charakterystyczna dla lat młodzieńczych tak namalowała ten obraz?
Książka bliska i rozczulająca, opowieści kruche i delikatne jak życie człowieka, prawdziwe i z polskiej krainy. Z jednej strony wydarzenia wydają się tak odległe a z drugiej niekoniecznie, przecież to tylko 73 lata a naoczni świadkowie żyją i przekazują świadectwo tamtych zdarzeń.
To druga książka tej autorki, po którą zdecydowałam się sięgnąć. Książka napisana jest w tej samej formule. Autorka umieściła w niej 11 opowieści - wspomnień kobiet, które jako dziewczynki lub nastolatki były świadkami lub brały udział w Powstaniu Warszawskim. Wciągająca i nie dająca o sobie zapomnieć.
Opowieści bardzo wzruszające, dające obraz tamtej rzeczywistości, co dla mnie najistotniejsze obraz opisany oczami kobiet, ich emocje, widzenie wydarzeń, postrzeganie samych siebie. Bohaterki opowieści z detalami potrafiły naświetlić wydarzenia tamtego czasu, co wzbudziło mój głęboki podziw i szacunek. Kobiety wspominały doniosłe wydarzenia, spektakularne akcje i heroiczne zachowania. Nie ukrywały też opowieści tragicznych i traumatycznych, które wryły się w pamięć na wiele, wiele lat. Ujęły mnie też opisy takich zwykłych, przyziemnych uczuć i zachowań: troska, strach, wiara, załamanie, poczucie obowiązku wobec ojczyzny, pomoc innym w tych dramatycznych dniach. Opisy trudów dnia codziennego: brak jedzenia i ciągłe uczucie głodu, brak wody i potrzeba pragnienia lub potrzeba zadbania o higienę osobistą, brak odpowiedniego ubrania, brak miejsca do schronienia się. Najbardziej wzruszające dla mnie były opowieści pań, które były lub właśnie zostały matkami. Zamierałam czasami czytając te fragmenty, strach o siebie jest niczym w porównaniu ze strachem o dziecko. Może dzięki tamtym kobietom i mężczyznom dzisiaj mogę spokojnie i w dobrobycie (porównując tamte warunki) wychowywać dzieci.
Bohaterki opowiadały o swoim dzieciństwie, swoich domach, okupacji niemieckiej, przygotowaniach do godziny W, wydarzeniach z Powstania. Nie ominęły trudnych rozmyślań i wątpliwości na temat sensu wybuchu samej akcji i poniesionych strat wśród ludzi i miasta. Niemal każda z nich nie miała wątpliwości, że stanęłaby znów do walki - do swojego obowiązku podniesienia ojczyzny z kolan. Każda z nich nie kryła rozczarowania wydarzeniami po przejęciu przez Sowietów wpływów nad Polską.
Nie było takiej, która podczas okupacji, Powstania albo niedługo po wojnie nie straciła kogoś.
Z książki wyłania się też obraz wspaniałego życia przed II Wojną Światową. Bohaterki darzyły go sentymentem, atencją, czułością i westchnieniem. Czy to na prawdę były takie sielankowe czasy, czy to młodość, radość i beztroska tak charakterystyczna dla lat młodzieńczych tak namalowała ten obraz?
Książka bliska i rozczulająca, opowieści kruche i delikatne jak życie człowieka, prawdziwe i z polskiej krainy. Z jednej strony wydarzenia wydają się tak odległe a z drugiej niekoniecznie, przecież to tylko 73 lata a naoczni świadkowie żyją i przekazują świadectwo tamtych zdarzeń.
poniedziałek, 13 marca 2017
Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie - Jenny Nordberg
Wypożyczona w bibliotece.
To nie pierwsza książka o Afganistanie i jego mieszkańcach i zapewne nie ostatnia.
Interesują mnie zwyczaje, kultura i sytuacja ludzi w innych krajach dlatego reportaże są najbardziej ulubioną przeze mnie kategorią książek. Często odwiedzam witryny wydawnictw reportaży i czytam opisy książek potem szukam ich w bibliotece, czasami kupuję. Ponieważ autorzy szybciej piszą niż ja czytam, to staram się wybierać te najciekawsze dla mnie i zazwyczaj udaje się.
Książka Jenny Nordberg okazała się wciągająca, poruszająca i ukazująca kolejny interesujący wątek o Afganistanie. Autorka nie tylko opisuje sytuację ludzi w tym głównie kobiet, ale także przytacza fakty historyczne, stara się przeanalizować sytuację obecną powracając do źródła. Poruszyła w książce różne problemy z którymi boryka się Afganistan, ale przede wszystkim zawarła proste i logiczne a jednocześnie wyczerpujące wyjaśnienia dotyczące dramatycznej sytuacji kobiet. Główne czynniki mające wpływ na niedolę kobiet w Afganistanie to: kultura i religia, wojna, bieda, strach, przemoc, brak stabilizacji ekonomicznej, ale przede wszystkim silny patriarchat a co za tym idzie postawa mężczyzn. Autorka twierdzi, że to zachowanie mężczyzn może przyczynić się do zmiany sytuacji kobiet w kraju (z czym w zupełności się zgadzam). Myślę też, że mężczyźni mogą wprowadzić zmiany w przyjętych kanonach zachowań, ale tylko wtedy kiedy nie będą się bali i będą stali za swoimi kobietami murem. Zapewne pokój i stabilizacja ekonomiczna ułatwiłyby wprowadzanie zmian, co pokazał krótki okres względnego spokoju podczas "wsparcia radzieckiego", kiedy to kobiety mogły zdobywać wykształcenie i ogólnie swobodniej żyć a mężczyźni dostawali informację, że kobiety powinny być częścią społeczeństwa a nie siedzieć w czterech ścianach. Niestety, Afganistan to kraj, gdzie poza krótkimi okresami względnego spokoju, trwa wojna, gdzie jest bieda, korupcja, brak pracy, perspektyw, szkół, kwitnie fanatyzm religijny, nie istnieje prawo i żaden nam znany system wsparcia społecznego ze strony władz kraju. Gdzie strach mężczyzn przed utratą majątku i władzy każe im zamknąć kobiety w domu. Każe im rodzić dzieci od wczesno dziewczęcych lat aby nie zakłócić wskaźnika urodzeń! A wszystko to ponoć narzuca im BÓG!?
Afganistan, to według autorki wiersza zacytowanego przez Jenny Nordberg najgorszy kraj dla kobiety.
Zazwyczaj, jak to ujęła autorka kobieta jest częścią inwentarza. Wobec takiego określenia nie ma się co spodziewać, że odgrywa jakąś ważną rolę. Kobieta służy do jednego - rodzenia synów, jeśli nie jest do tego zdolna może być uznana za obciążenie dla rodziny i zastąpiona (w różny sposób) kimś innym. A nawet jeśli urodzi to mąż może szybko się z nią rozwieść, co stawia ją w niezwykle trudnej sytuacji (sama wśród wilków). W Afganistanie, jak wynika z tekstu, nikt nie posiadł wiedzy, że płeć dziecka zależy od mężczyzn, nawet lekarze zdają się tego nie przyjmować do wiadomości, a już edukować mężczyzn o tym byłoby naruszeniem wielowiekowej tradycji zrzucania winy na kobiety.
W Afganistanie najważniejsi są mężczyźni dlatego tylko urodzenie syna jest oczekiwane, urodziny dziewczynki, traktowane jest jako zbędne i niepotrzebne. To synowie zazwyczaj zostają z rodzicami, jako ich wsparcie i opieka na starość i stanowią o sile rodu. To i straszne i nieśmieszne, bo kto miałby im rodzić tych synów jeśli kobiety by wymarły? Świat zna takie kraje (Chiny, Indie), gdzie zabijano - w różnych fazach życia - córki, które teraz borykają się z brakiem kobiet, mężczyźni "sprowadzają" lub wręcz porywają je z innych krajów aby rodziły im dzieci. Hm, co za przewrotność, najpierw wyeliminować a potem się uganiać, skoro są takie nie potrzebne to po co się tak fatygować???
Natura lubi równowagę i prędzej czy później człowiek, który ją zaburzył poniesie konsekwencje.
Okazuje się, że dziewczynki stanowią czasem jakieś dobro, bo to dzięki ich wymianie zawiera się sojusze i wzmacnia pozycję rodu a także pozyskuje poczucie bezpieczeństwa, pieniądze, ziemię lub inny inwentarz. Niemniej to i tak mało, bo jest ich tak dużo (płodzone bez opamiętania, w oczekiwaniu na syna), że ojciec najczęściej robi wszystko aby pozbyć się ich z domu. Muszą wyjść za mąż aby nie plamić honoru rodziny, muszą być dziewicami, muszą być aseksualne, obdarzać rodzinę męża synami. Muszą to dobre słowo, bo brakuje im jednego najważniejszego - wolności a co za tym idzie możliwości decydowania o sobie.
Tylko nieliczne mają szczęście mieć mądrego i światłego ojca, który pozwala im się kształcić, rozwijać intelektualnie, ale to rzadkość. Często światły ojciec zgadza się aby któraś z jego córek lub kilka mogły udawać chłopca, co jest kulturowo akceptowalne zwłaszcza do pewnego wieku dziewczynek. I właśnie temu zjawisku zwanym bacza pusz autorka przyjrzała się dokładniej. Tradycja dziewczynek wychowywanych, ubieranych i chwilowo odgrywających rolę chłopców sięga w Afganistanie VII wieku.
W książce zawarte zostały historie kobiet z różnych środowisk, niemniej zazwyczaj z domów gdzie ojciec był postępowym, czasami także wykształconym człowiekiem. To przebieranie to rodzaj cichego sprzeciwu kobiet wobec narzuconym im rolom. To jedyna możliwość spróbowania życia poza domem. Dzięki takiemu przebieraniu stają się bardziej energiczne, silniejsze i odważniejsze co popycha je do szukania dla siebie innej drogi i robienia innych rzeczy niż tylko tych narzuconych. Nawet jeśli nie uda im się uniknąć zamążpójścia i rodzenia kolejnych dzieci to i tak dostały więcej niż inne, choć przez jakiś czas mogły żyć w grupie uprzywilejowanej. Jedna z bohaterek książki uważa, że decyzja traktowania córki jak syna pozwoli stworzyć typ kobiety "zdolnej popychać społeczeństwo" w kierunku zmian. Niektóre mówią, że nawet po powrocie do kobiecości myślą jak bacza pusz co dodaje im wiary, że mogą więcej. Ale są też takie, które mimo że poznały smak wolności męskiej, hołdują konserwatywnym przekonaniom co do ubioru i roli.
Są też takie, które szczęśliwie weszły w wiek poza rozrodczy i mogą pod mianem mardoni chizlat - podobna mężczyźnie, żyć spokojniej.
Dla mnie najsmutniejsze i najboleśniejsze jest to że kobiety w swojej niedoli nie potrafią się wspierać, wręcz przeciwnie są swoimi zajadłymi wrogami. Autorka przytacza przykłady ogromnej nietolerancji kobiet zwłaszcza teściowych wobec nieposłusznych synowych a zwłaszcza przekraczających normy społeczne. Zawsze przemoc rodzi przemoc, bite jako synowe biją jako teściowe, pozbawione pewnej władzy nad synem odbijają to sobie na synowych. Zamknięte w domach odcięte od ważnych decyzji doprowadzają czasami drobiazgi do najwyższej rangi. W zamknięciu nawet zwierzętom udomowionym żyje się gorzej, a tym bardziej ludziom.
Historia i nauka pokazują, że kobiety rodzą dzieci - dają życie a mężczyźni sieją niepokoje i wojny. Im więcej mężczyzn i im silniejsza ich pozycja tym kraj bardziej zaburzony. Dopóki mężczyźni zrzucają na kobiety wszelkie swoje problemy: nieokiełznaną żądzę, lenistwo, analfabetyzm, wygodnictwo, itd., dopóty będzie jak jest. Kraj w którym połowa społeczeństwa a tym samym połowa potencjału ludzkiego została zamknięta w domu bez prawa do egzystencji poza nim nie może być stabilny i zdrowy do życia.
Zawsze staram się wyobrazić siebie w jakieś sytuacji o której czytam w tym przypadku kobiet zamkniętych w domach, podporządkowanych woli i łaskawości ich właściciela, rodzące w osamotnieniu najczęściej wiele dzieci, to ciesze się że żyję w takim wolnym kraju. Oby tak zostało.
Jedyna pociecha, że kraje "zachodnie" dopiero w ubiegłym stuleciu dały na papierze równe prawa kobietom a i te nie gwarantują im równego traktowania w świadomości i codzienności... Może kiedyś i Afganistan osiągnie taki poziom?
To nie pierwsza książka o Afganistanie i jego mieszkańcach i zapewne nie ostatnia.
Interesują mnie zwyczaje, kultura i sytuacja ludzi w innych krajach dlatego reportaże są najbardziej ulubioną przeze mnie kategorią książek. Często odwiedzam witryny wydawnictw reportaży i czytam opisy książek potem szukam ich w bibliotece, czasami kupuję. Ponieważ autorzy szybciej piszą niż ja czytam, to staram się wybierać te najciekawsze dla mnie i zazwyczaj udaje się.
Książka Jenny Nordberg okazała się wciągająca, poruszająca i ukazująca kolejny interesujący wątek o Afganistanie. Autorka nie tylko opisuje sytuację ludzi w tym głównie kobiet, ale także przytacza fakty historyczne, stara się przeanalizować sytuację obecną powracając do źródła. Poruszyła w książce różne problemy z którymi boryka się Afganistan, ale przede wszystkim zawarła proste i logiczne a jednocześnie wyczerpujące wyjaśnienia dotyczące dramatycznej sytuacji kobiet. Główne czynniki mające wpływ na niedolę kobiet w Afganistanie to: kultura i religia, wojna, bieda, strach, przemoc, brak stabilizacji ekonomicznej, ale przede wszystkim silny patriarchat a co za tym idzie postawa mężczyzn. Autorka twierdzi, że to zachowanie mężczyzn może przyczynić się do zmiany sytuacji kobiet w kraju (z czym w zupełności się zgadzam). Myślę też, że mężczyźni mogą wprowadzić zmiany w przyjętych kanonach zachowań, ale tylko wtedy kiedy nie będą się bali i będą stali za swoimi kobietami murem. Zapewne pokój i stabilizacja ekonomiczna ułatwiłyby wprowadzanie zmian, co pokazał krótki okres względnego spokoju podczas "wsparcia radzieckiego", kiedy to kobiety mogły zdobywać wykształcenie i ogólnie swobodniej żyć a mężczyźni dostawali informację, że kobiety powinny być częścią społeczeństwa a nie siedzieć w czterech ścianach. Niestety, Afganistan to kraj, gdzie poza krótkimi okresami względnego spokoju, trwa wojna, gdzie jest bieda, korupcja, brak pracy, perspektyw, szkół, kwitnie fanatyzm religijny, nie istnieje prawo i żaden nam znany system wsparcia społecznego ze strony władz kraju. Gdzie strach mężczyzn przed utratą majątku i władzy każe im zamknąć kobiety w domu. Każe im rodzić dzieci od wczesno dziewczęcych lat aby nie zakłócić wskaźnika urodzeń! A wszystko to ponoć narzuca im BÓG!?
Afganistan, to według autorki wiersza zacytowanego przez Jenny Nordberg najgorszy kraj dla kobiety.
Zazwyczaj, jak to ujęła autorka kobieta jest częścią inwentarza. Wobec takiego określenia nie ma się co spodziewać, że odgrywa jakąś ważną rolę. Kobieta służy do jednego - rodzenia synów, jeśli nie jest do tego zdolna może być uznana za obciążenie dla rodziny i zastąpiona (w różny sposób) kimś innym. A nawet jeśli urodzi to mąż może szybko się z nią rozwieść, co stawia ją w niezwykle trudnej sytuacji (sama wśród wilków). W Afganistanie, jak wynika z tekstu, nikt nie posiadł wiedzy, że płeć dziecka zależy od mężczyzn, nawet lekarze zdają się tego nie przyjmować do wiadomości, a już edukować mężczyzn o tym byłoby naruszeniem wielowiekowej tradycji zrzucania winy na kobiety.
W Afganistanie najważniejsi są mężczyźni dlatego tylko urodzenie syna jest oczekiwane, urodziny dziewczynki, traktowane jest jako zbędne i niepotrzebne. To synowie zazwyczaj zostają z rodzicami, jako ich wsparcie i opieka na starość i stanowią o sile rodu. To i straszne i nieśmieszne, bo kto miałby im rodzić tych synów jeśli kobiety by wymarły? Świat zna takie kraje (Chiny, Indie), gdzie zabijano - w różnych fazach życia - córki, które teraz borykają się z brakiem kobiet, mężczyźni "sprowadzają" lub wręcz porywają je z innych krajów aby rodziły im dzieci. Hm, co za przewrotność, najpierw wyeliminować a potem się uganiać, skoro są takie nie potrzebne to po co się tak fatygować???
Natura lubi równowagę i prędzej czy później człowiek, który ją zaburzył poniesie konsekwencje.
Okazuje się, że dziewczynki stanowią czasem jakieś dobro, bo to dzięki ich wymianie zawiera się sojusze i wzmacnia pozycję rodu a także pozyskuje poczucie bezpieczeństwa, pieniądze, ziemię lub inny inwentarz. Niemniej to i tak mało, bo jest ich tak dużo (płodzone bez opamiętania, w oczekiwaniu na syna), że ojciec najczęściej robi wszystko aby pozbyć się ich z domu. Muszą wyjść za mąż aby nie plamić honoru rodziny, muszą być dziewicami, muszą być aseksualne, obdarzać rodzinę męża synami. Muszą to dobre słowo, bo brakuje im jednego najważniejszego - wolności a co za tym idzie możliwości decydowania o sobie.
Tylko nieliczne mają szczęście mieć mądrego i światłego ojca, który pozwala im się kształcić, rozwijać intelektualnie, ale to rzadkość. Często światły ojciec zgadza się aby któraś z jego córek lub kilka mogły udawać chłopca, co jest kulturowo akceptowalne zwłaszcza do pewnego wieku dziewczynek. I właśnie temu zjawisku zwanym bacza pusz autorka przyjrzała się dokładniej. Tradycja dziewczynek wychowywanych, ubieranych i chwilowo odgrywających rolę chłopców sięga w Afganistanie VII wieku.
W książce zawarte zostały historie kobiet z różnych środowisk, niemniej zazwyczaj z domów gdzie ojciec był postępowym, czasami także wykształconym człowiekiem. To przebieranie to rodzaj cichego sprzeciwu kobiet wobec narzuconym im rolom. To jedyna możliwość spróbowania życia poza domem. Dzięki takiemu przebieraniu stają się bardziej energiczne, silniejsze i odważniejsze co popycha je do szukania dla siebie innej drogi i robienia innych rzeczy niż tylko tych narzuconych. Nawet jeśli nie uda im się uniknąć zamążpójścia i rodzenia kolejnych dzieci to i tak dostały więcej niż inne, choć przez jakiś czas mogły żyć w grupie uprzywilejowanej. Jedna z bohaterek książki uważa, że decyzja traktowania córki jak syna pozwoli stworzyć typ kobiety "zdolnej popychać społeczeństwo" w kierunku zmian. Niektóre mówią, że nawet po powrocie do kobiecości myślą jak bacza pusz co dodaje im wiary, że mogą więcej. Ale są też takie, które mimo że poznały smak wolności męskiej, hołdują konserwatywnym przekonaniom co do ubioru i roli.
Są też takie, które szczęśliwie weszły w wiek poza rozrodczy i mogą pod mianem mardoni chizlat - podobna mężczyźnie, żyć spokojniej.
Dla mnie najsmutniejsze i najboleśniejsze jest to że kobiety w swojej niedoli nie potrafią się wspierać, wręcz przeciwnie są swoimi zajadłymi wrogami. Autorka przytacza przykłady ogromnej nietolerancji kobiet zwłaszcza teściowych wobec nieposłusznych synowych a zwłaszcza przekraczających normy społeczne. Zawsze przemoc rodzi przemoc, bite jako synowe biją jako teściowe, pozbawione pewnej władzy nad synem odbijają to sobie na synowych. Zamknięte w domach odcięte od ważnych decyzji doprowadzają czasami drobiazgi do najwyższej rangi. W zamknięciu nawet zwierzętom udomowionym żyje się gorzej, a tym bardziej ludziom.
Historia i nauka pokazują, że kobiety rodzą dzieci - dają życie a mężczyźni sieją niepokoje i wojny. Im więcej mężczyzn i im silniejsza ich pozycja tym kraj bardziej zaburzony. Dopóki mężczyźni zrzucają na kobiety wszelkie swoje problemy: nieokiełznaną żądzę, lenistwo, analfabetyzm, wygodnictwo, itd., dopóty będzie jak jest. Kraj w którym połowa społeczeństwa a tym samym połowa potencjału ludzkiego została zamknięta w domu bez prawa do egzystencji poza nim nie może być stabilny i zdrowy do życia.
Zawsze staram się wyobrazić siebie w jakieś sytuacji o której czytam w tym przypadku kobiet zamkniętych w domach, podporządkowanych woli i łaskawości ich właściciela, rodzące w osamotnieniu najczęściej wiele dzieci, to ciesze się że żyję w takim wolnym kraju. Oby tak zostało.
Jedyna pociecha, że kraje "zachodnie" dopiero w ubiegłym stuleciu dały na papierze równe prawa kobietom a i te nie gwarantują im równego traktowania w świadomości i codzienności... Może kiedyś i Afganistan osiągnie taki poziom?
piątek, 10 marca 2017
Piaskowy wilk - Åsa Lind, Kristina Digman
Wypożyczona z biblioteki.
Postanowiłam po kilku 3 latach powrócić do Karusi i Piaskowego Wilka.
Autorka napisała książkę z pozoru bardzo prostą zarówno co do treści i jej układu. Historie podzielone są na kilkustronicowe rozdziały do kilku minut czytania, dlatego łatwo moderować ilością czytanej treści nie urywając opowieści.
Każdy rozdział to inna historia Karusi i Piaskowego wilka, inne wyzwania i tematy do poruszenia. Te tematy mogą wydawać się nieraz błahe (dla nas dorosłych), ale są bliskie dziecku, a dzięki językowi je opisującemu zrozumiałe - "takie swoje".
Karusia czuła się czasami samotna - mieszkała nad morzem z tatą i mamą, a oni nie zawsze mieli dla niej czas, albo nie aż tyle ile chciała lub potrzebowała. Na swoje szczęście pewnego dnia wykopała na plaży wilka. To był Piaskowy wilk, nadzwyczajny, wielce mądry, który stał się jej przyjacielem, powiernikiem, źródłem odpowiedzi na wszystkie jej pytania. Zawsze miał dla niej czas, był cierpliwy, pomysłowy, mądry. Karusia lubiła jego opowieści o niezwykle zaskakujących lub nieznanych jej sprawach. Z nim mogła doświadczać działań, których przy rodzicach nie mogła podjąć, np zjazd rowerem z wysokiej góry wprost na plażę. On nazywał oczywiste rzeczy niezwyczajnie, na nowo ukazując ich znaczenie.
Jej nowy towarzysz to taki ktoś o kim można marzyć, kogo by się chciało zatrzymać, z kim można rozmawiać bez końca, z kim zawsze coś się dzieje, albo nie robi się nic.
Kiedy czytam te spotkania Karusi i Piaskowego Wilka to im zazdroszczę, też bym chciała spotkać kogoś, kto miałby czas dla mnie, odpowiadał na moje pytania, zabierał mnie w swoje opowieści. Trudno, niemniej dobrze, że chociaż można trafić na takie książki i takich autorów.
Postanowiłam po kilku 3 latach powrócić do Karusi i Piaskowego Wilka.
Autorka napisała książkę z pozoru bardzo prostą zarówno co do treści i jej układu. Historie podzielone są na kilkustronicowe rozdziały do kilku minut czytania, dlatego łatwo moderować ilością czytanej treści nie urywając opowieści.
Każdy rozdział to inna historia Karusi i Piaskowego wilka, inne wyzwania i tematy do poruszenia. Te tematy mogą wydawać się nieraz błahe (dla nas dorosłych), ale są bliskie dziecku, a dzięki językowi je opisującemu zrozumiałe - "takie swoje".
Karusia czuła się czasami samotna - mieszkała nad morzem z tatą i mamą, a oni nie zawsze mieli dla niej czas, albo nie aż tyle ile chciała lub potrzebowała. Na swoje szczęście pewnego dnia wykopała na plaży wilka. To był Piaskowy wilk, nadzwyczajny, wielce mądry, który stał się jej przyjacielem, powiernikiem, źródłem odpowiedzi na wszystkie jej pytania. Zawsze miał dla niej czas, był cierpliwy, pomysłowy, mądry. Karusia lubiła jego opowieści o niezwykle zaskakujących lub nieznanych jej sprawach. Z nim mogła doświadczać działań, których przy rodzicach nie mogła podjąć, np zjazd rowerem z wysokiej góry wprost na plażę. On nazywał oczywiste rzeczy niezwyczajnie, na nowo ukazując ich znaczenie.
Jej nowy towarzysz to taki ktoś o kim można marzyć, kogo by się chciało zatrzymać, z kim można rozmawiać bez końca, z kim zawsze coś się dzieje, albo nie robi się nic.
Kiedy czytam te spotkania Karusi i Piaskowego Wilka to im zazdroszczę, też bym chciała spotkać kogoś, kto miałby czas dla mnie, odpowiadał na moje pytania, zabierał mnie w swoje opowieści. Trudno, niemniej dobrze, że chociaż można trafić na takie książki i takich autorów.
poniedziałek, 6 marca 2017
Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym - Maciej Czarnecki
Wypożyczona z biblioteki.
Książka Macieja Czarneckiego może poruszyć różne emocje. To solidny reportaż, pokazujący zagadnienie Barnevernet czyli Norweskiego Urzędu Ochrony Praw Dziecka, instytucji, która czuwa nad prawami dzieci wieloaspektowo.
Autor zawarł w książce dane liczbowe, fakty, rozmowy i informacje; historie ludzi, którzy mieli złe doświadczenia z tą instytucją, ale i takie którym pomogła. Obiektywizm to moim zdaniem mocna strona tej książki i tego autora. To nie zbiór sensacji, czystych emocji, okrzyków i oburzenia, to zweryfikowane informacje mające swoje źródła.
Książka zawiera też podstawowe i istotne informacje o Norwegii, o prawach, ludziach, emocjach, wychowaniu, obowiązkach, ale też stereotypach, zacofaniu, historii. Autor opisał w niej opowieści prawdziwe, skupił się głównie na rodzinach polskich lub mieszanych, chociaż wspomniał też o głośnym przypadku małżonków Bodnariu (para rumuńsko-norweska).
Autor informuje czytelnika, że “Barnevernet miał wkraczać na wczesnym etapie, za to działać przede wszystkim w domu, bez rozdzielania rodziny. Miał być instytucją głównie pomocową, nie interwencyjną. Bardziej nianią niż policjantem.” - tyle teoria. Życie, a raczej ludzie pokazali, że może być inaczej, że emocje nie idą w parze z przepisami prawa. Swoimi historiami pokazał, że z jednej strony można wesprzeć rodzinę w jakimś trudnym momencie ich życia. Z drugiej strony swoimi pochopnymi decyzjami potrafi zniszczyć nieodwracalnie rodziny. Z trzeciej widać wiele zaniedbania w sprawdzaniu wszystkich ważnych aspektów danej sprawy, pomijaniu i niezauważaniu niewygodnych informacji, uleganiu stereotypom, brak obiektywizmu. Z czwartej strony częste lekceważenie problemów rodziny, które mogą doprowadzić do tragedii (historia Andersa Breivika, rodziny Jolanty i Einara).
Każda historia jest inna jak inna jest rodzina i jej członkowie. Niektóre historie zapoczątkowali ludzie z zewnątrz rodziny: nauczyciele, pedagodzy, sąsiedzi, inne były inicjowane przez dzieci lub dorosłych członków, bardziej lub mniej świadomie. Najbardziej smutne i dramatyczne byłe te wynikające z różnic kulturowych, językowych lub czystej złośliwości albo zatwardziałości urzędników.
Autor spotykał się z różnymi ludźmi, z rodzinami, urzędnikami, politykami, intelektualistami, ambasadorem RP aby porozmawiać, o instytucji, która sieje strach wśród emigrantów polskich. Chciał wyjaśnić dlaczego instytucja opiekuńcza wzbudza takie niemiłe emocje, dowiedzieć się jakie czyny urzędników Barnevernet-u są ich źródłem.
Czy autorowi udało się wyjaśnić, pokazać i uświadomić odbiorcę, to pozostawiam do rozważań własnych.
Dla mnie ta książka była kolejną ciekawą pozycją wydawnictwa, które najbardziej cenię i zazwyczaj nie mam rozczarowań...
Podsumowując zacytuję tekst z rozmowy z Panią Witoszek (Polką mieszkającą w Norwegii od lat 80-tych, profesorką, pisarką, którą w 2006 jako jedną z dziesięciu na liście w tym dwu kobiet, uznano za najwybitniejszych intelektualistów w Norwegii). "- W Norwegii nie wolno dawać dzieciom klapsa i basta.... W komunikacji z Polakami i Norwegowie popełniają masę błędów, ale jest też we wzajemnej interakcji dużo polskiego lenistwa i niechęci w poznawaniu kultury kraju, w którym się pracuje..."
Książka Macieja Czarneckiego może poruszyć różne emocje. To solidny reportaż, pokazujący zagadnienie Barnevernet czyli Norweskiego Urzędu Ochrony Praw Dziecka, instytucji, która czuwa nad prawami dzieci wieloaspektowo.
Autor zawarł w książce dane liczbowe, fakty, rozmowy i informacje; historie ludzi, którzy mieli złe doświadczenia z tą instytucją, ale i takie którym pomogła. Obiektywizm to moim zdaniem mocna strona tej książki i tego autora. To nie zbiór sensacji, czystych emocji, okrzyków i oburzenia, to zweryfikowane informacje mające swoje źródła.
Książka zawiera też podstawowe i istotne informacje o Norwegii, o prawach, ludziach, emocjach, wychowaniu, obowiązkach, ale też stereotypach, zacofaniu, historii. Autor opisał w niej opowieści prawdziwe, skupił się głównie na rodzinach polskich lub mieszanych, chociaż wspomniał też o głośnym przypadku małżonków Bodnariu (para rumuńsko-norweska).
Autor informuje czytelnika, że “Barnevernet miał wkraczać na wczesnym etapie, za to działać przede wszystkim w domu, bez rozdzielania rodziny. Miał być instytucją głównie pomocową, nie interwencyjną. Bardziej nianią niż policjantem.” - tyle teoria. Życie, a raczej ludzie pokazali, że może być inaczej, że emocje nie idą w parze z przepisami prawa. Swoimi historiami pokazał, że z jednej strony można wesprzeć rodzinę w jakimś trudnym momencie ich życia. Z drugiej strony swoimi pochopnymi decyzjami potrafi zniszczyć nieodwracalnie rodziny. Z trzeciej widać wiele zaniedbania w sprawdzaniu wszystkich ważnych aspektów danej sprawy, pomijaniu i niezauważaniu niewygodnych informacji, uleganiu stereotypom, brak obiektywizmu. Z czwartej strony częste lekceważenie problemów rodziny, które mogą doprowadzić do tragedii (historia Andersa Breivika, rodziny Jolanty i Einara).
Każda historia jest inna jak inna jest rodzina i jej członkowie. Niektóre historie zapoczątkowali ludzie z zewnątrz rodziny: nauczyciele, pedagodzy, sąsiedzi, inne były inicjowane przez dzieci lub dorosłych członków, bardziej lub mniej świadomie. Najbardziej smutne i dramatyczne byłe te wynikające z różnic kulturowych, językowych lub czystej złośliwości albo zatwardziałości urzędników.
Autor spotykał się z różnymi ludźmi, z rodzinami, urzędnikami, politykami, intelektualistami, ambasadorem RP aby porozmawiać, o instytucji, która sieje strach wśród emigrantów polskich. Chciał wyjaśnić dlaczego instytucja opiekuńcza wzbudza takie niemiłe emocje, dowiedzieć się jakie czyny urzędników Barnevernet-u są ich źródłem.
Czy autorowi udało się wyjaśnić, pokazać i uświadomić odbiorcę, to pozostawiam do rozważań własnych.
Dla mnie ta książka była kolejną ciekawą pozycją wydawnictwa, które najbardziej cenię i zazwyczaj nie mam rozczarowań...
Podsumowując zacytuję tekst z rozmowy z Panią Witoszek (Polką mieszkającą w Norwegii od lat 80-tych, profesorką, pisarką, którą w 2006 jako jedną z dziesięciu na liście w tym dwu kobiet, uznano za najwybitniejszych intelektualistów w Norwegii). "- W Norwegii nie wolno dawać dzieciom klapsa i basta.... W komunikacji z Polakami i Norwegowie popełniają masę błędów, ale jest też we wzajemnej interakcji dużo polskiego lenistwa i niechęci w poznawaniu kultury kraju, w którym się pracuje..."
wtorek, 28 lutego 2017
Kotka Wiktoria i magia uważności - Agnieszka Pawłowska
Z biblioteki.
To czwarta książka z serii Kraina Uważności, którą przeczytaliśmy.
Tym razem mamy do czynienia z bardzo twórczą i pomysłową Kotką Wiktorią, która godzinami potrafi robić tzw. rzeczy plastyczne. Marzycielka, której wyobraźnia nie zna granic. Kreuje postaci, odkrywa w wyobraźni nowe lądy, zachwyca się każdą nową rzeczą. Jej przyjaciele uwielbiali się z nią bawić, bo nigdy nie brakowało wtedy pomysłów na zabawy.
Pewnego dnia osaczyła ją myśl, że te wszystkie marzenia są nieosiągalne, bo ona tkwi w nieciekawym miejscu a co gorsza nie może się z niego wyrwać. Zaczęła popadać w apatię, opuściła ją wena, a ona sama zaczęła unikać rodziców i przyjaciół, Ci zaś tęsknili i martwili się o nią. Szukała dla siebie miejsca w wyobraźni, a nie umiała być tu i teraz. Uciekała w iluzję, w niewiadomą...
Kiedyś, będąc na placu zabaw usłyszała, że lew Staszek mówi swoim kolegom o czymś co nosiło nazwę: Uważność.
Zawstydzona, wycofana nie dopytała o co tak naprawdę chodzi. Była jednak na tyle zaintrygowana, że postanowiła porozmawiać o tym z mamą. Mama wielce się uradowała z pytania córki i zajęła się wyjaśnianiem istoty uważności na przykładzie kwiatów w wazonie. Te "zwyczajne", stojące w wazonie po bliższym przyjrzeniu, okazały się czymś nadzwyczajnym, wielce ciekawym, odkrywczym. Po tym doświadczeniu postanowiła podążać dalej, stanęła pod drzewem, które tak często mijała. Tym razem spojrzała na niego po nowemu i zobaczyła mnóstwo ciekawych szczegółów. Była urzeczona swoimi odkryciami. Jakież kolorowe, niezwykłe może być najbliższe otoczenie, jeśli tylko zechcemy zwrócić na niego więcej uwagi.
W tej książce pojawia się też kolejna zapominana lub wypierana a jakże ważna, cenna i zdrowa maksyma: "Życie tu i teraz..."
Tak często ludzie rozpamiętują przeszłość, chociaż ona już minęła i nie wróci, choć można z niej czerpać doświadczenia i nauki na przyszłość. Snują scenariusze na przyszłość, chociaż nie wiadomo, czy będą one miały racje bytu i możliwości spełnienia.
Mamy wpływ na życie tylko w danej chwili, przed i po to kwestia przebrzmiała albo nie wiadoma. Warto spróbować żyć tu i teraz, bo tylko wtedy mamy wpływ na kształtowanie tego co robimy.
Jeśli podchodzimy do życia (spraw, ludzi, ) bez rutyny, z ciekawością, z chęcią dokładnego przyjrzenia się, usłyszenia to wówczas może się większość tychże okazać o wiele ciekawsza.
Uważność, a nie zakładanie własnych, subiektywnych scenariuszy może przynieść nową jakość życia codziennego. Warto żyć marzeniami i wzniosłościami, pamiętając o codzienności o którą warto się troszczyć bo zdarza się najczęściej:)
To czwarta książka z serii Kraina Uważności, którą przeczytaliśmy.
Tym razem mamy do czynienia z bardzo twórczą i pomysłową Kotką Wiktorią, która godzinami potrafi robić tzw. rzeczy plastyczne. Marzycielka, której wyobraźnia nie zna granic. Kreuje postaci, odkrywa w wyobraźni nowe lądy, zachwyca się każdą nową rzeczą. Jej przyjaciele uwielbiali się z nią bawić, bo nigdy nie brakowało wtedy pomysłów na zabawy.
Pewnego dnia osaczyła ją myśl, że te wszystkie marzenia są nieosiągalne, bo ona tkwi w nieciekawym miejscu a co gorsza nie może się z niego wyrwać. Zaczęła popadać w apatię, opuściła ją wena, a ona sama zaczęła unikać rodziców i przyjaciół, Ci zaś tęsknili i martwili się o nią. Szukała dla siebie miejsca w wyobraźni, a nie umiała być tu i teraz. Uciekała w iluzję, w niewiadomą...
Kiedyś, będąc na placu zabaw usłyszała, że lew Staszek mówi swoim kolegom o czymś co nosiło nazwę: Uważność.
Zawstydzona, wycofana nie dopytała o co tak naprawdę chodzi. Była jednak na tyle zaintrygowana, że postanowiła porozmawiać o tym z mamą. Mama wielce się uradowała z pytania córki i zajęła się wyjaśnianiem istoty uważności na przykładzie kwiatów w wazonie. Te "zwyczajne", stojące w wazonie po bliższym przyjrzeniu, okazały się czymś nadzwyczajnym, wielce ciekawym, odkrywczym. Po tym doświadczeniu postanowiła podążać dalej, stanęła pod drzewem, które tak często mijała. Tym razem spojrzała na niego po nowemu i zobaczyła mnóstwo ciekawych szczegółów. Była urzeczona swoimi odkryciami. Jakież kolorowe, niezwykłe może być najbliższe otoczenie, jeśli tylko zechcemy zwrócić na niego więcej uwagi.
W tej książce pojawia się też kolejna zapominana lub wypierana a jakże ważna, cenna i zdrowa maksyma: "Życie tu i teraz..."
Tak często ludzie rozpamiętują przeszłość, chociaż ona już minęła i nie wróci, choć można z niej czerpać doświadczenia i nauki na przyszłość. Snują scenariusze na przyszłość, chociaż nie wiadomo, czy będą one miały racje bytu i możliwości spełnienia.
Mamy wpływ na życie tylko w danej chwili, przed i po to kwestia przebrzmiała albo nie wiadoma. Warto spróbować żyć tu i teraz, bo tylko wtedy mamy wpływ na kształtowanie tego co robimy.
Jeśli podchodzimy do życia (spraw, ludzi, ) bez rutyny, z ciekawością, z chęcią dokładnego przyjrzenia się, usłyszenia to wówczas może się większość tychże okazać o wiele ciekawsza.
Uważność, a nie zakładanie własnych, subiektywnych scenariuszy może przynieść nową jakość życia codziennego. Warto żyć marzeniami i wzniosłościami, pamiętając o codzienności o którą warto się troszczyć bo zdarza się najczęściej:)
niedziela, 26 lutego 2017
Czasy secondhand - Swietłana Aleksiejewicz
Wypożyczona z biblioteki.
To druga książka tej autorki, która trafiła w moje ręce. Nie mogłam jej czytać jednym tchem, bo to książka "pocisk emocjonalny", który musiałam choć na trochę odkładać aby nie wybuchnąć. Choć tyle historii radzieckich już za mną kolejne wciąż poruszają mnie bardzo, bo każda z nich inna, inaczej ujęta, o kimś innym, dotyczy nowej i innej tragicznej historii. Znalazłam w niej obraz smutny, smętny, bez nadziei. Przychodziły do mnie całe zastępy myśli, czasem odległe od książki, ale bezwzględnie związane z jej tematem. Dlatego pisałam i pisałam, aż upuściłam całe napięcie, które mi towarzyszyło podczas lektury.
Swietłana Aleksiejewicz oddała głos ludziom, zebrała ich wypowiedzi i zapisała w grubej księdze. Opowieści smutne, straszne, przerażające, przygniatające, czarne, przygnębiające, poruszające, warte pochylenia, współczucia. Rozmówcy różni: wiekiem, płcią, wykształceniem, świadomością, przeżyciami, spojrzeniem na świat i siebie. Tak jak w poprzedniej książce i tu autorka nie ocenia rozmówców, pozwala wypowiedzieć się każdemu tak jak potrafi i czuje.
Pogrupowałam jej opowieści tematycznie w kilka akapitów. Mam nadzieję, że moje przemyślenia kogoś zainteresują.
Aleksiejewicz opowiada o człowieku po upadku komunizmu. I już na początku, znowu dopada mnie refleksja; za czym tak tęsknią, czego im tak brakuje? Dotąd żyli ideałami, marzeniami, książkami, poezją, budowaniem wspólnej szczęśliwości i sprawiedliwości dla każdego, 'wielkiego i potężnego' kraju. Te wszystkie wartości roztrzaskały się o rzeczy błahe, o których niedawno niegodnym było myśleć, nie wiedziano nawet, że są potrzebne do życia. Nie byli przygotowani na dzikie prawa "kapitalizmu rosyjskiego", na bezprawie jakie zapanowało, na brak pieniędzy, pracy i zainteresowania. Ale najbardziej bolało wyśmiewanie ich życia, ich celów, duchowości, wiary we wspólną sprawę, zrzucenie z piedestału tego w co tak wierzyli - człowieka i jego roli.
Rozmówcy autorki to ludzie czerwoni, którzy nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Poczuli się odrzuceni, nie chciani, podarci, niemodni, wyrzuceni poza nawias, jak rzeczy z secondhandu. Bieda, żebractwo, beznadzieja, niezrozumienie, szarość, niesprawiedliwość podsycają ich tęsknotę za czasami radzieckimi. Tam się śmiali, rozmawiali, wspierali, donosili, cierpieli ale razem, teraz wszyscy się poodgradzali, podzielili na różne nacje, narodowości a brakuje po prostu ludzi. Może gdyby przejście z komunizmu/socjalizmu do kapitalizmu odbyło się spokojnie, sprawiedliwie, gdyby pomyślano o wszystkich, nastroje byłyby inne. Człowiek radziecki zniósłby trudy życia, bo był do tego przyzwyczajany od tylu dziesięcioleci, ale nie zniósł podeptania ideałów i odebranego człowieczeństwa, nie zniósł odebranej godności.
Może lżej jest tym, którzy nie byli tak ślepo przywiązani do swoich wspomnień, którzy zrozumieli, że człowiek to brzmi różnie a nie dumnie. Że wszystko w życiu można i da się zmienić, nawet radziecki stan. Niektórzy wyemigrowali i odnaleźli się, bo zobaczyli, że można żyć inaczej i inaczej być traktowanym. Uciekali, aby chronić swoje dzieci, aby nie dać się zabić, aby móc jeść i mieć gdzie mieszkać. Niektórzy z nich przyjęli się na nowym gruncie, niektórych targa tęsknota, niektórzy dalej narzekają i wspominają czasy radzieckie.
Nie wszystkie jednak historie to tęsknota za czasami sowieckimi, niektórzy rozmówcy wspominali okropieństwa, jakim byli poddawani całymi rodzinami, jak to wpłynęło na ich późniejsze życie jakie pozostawiło stygmaty te wewnętrzne i zewnętrzne. Niektórzy wspominali miłość, która była ich udziałem. Mimo że ludzie byli poranieni otwierali się na drugiego człowieka, szukali miłości, bo bez niej cóż warte jest życie. Czasami ta miłość była zdrowa, ciepła, serdeczna, dająca oparcie, ale w większości przypadków, spopielająca, zniewalająca, niszcząca i zła. Dla mnie nierozumna, straszna, głęboko poniżająca (przypadek Jeleny).
Upadek komunizmu, to także upadek mężczyzn, zwłaszcza tych dumnych wojaków, dyrektorów, działaczy, dla których zabrakło miejsca w nowym państwie, wszak zredukowano siły zbrojne, stanęły fabryki, struktury partyjne rozwiązano. "Duma" nie pozwalała im na podejmowanie pracy byle jakiej, poniżej ich godności. Woleli zapijać się, mądrzyć albo zapadać w marazm. Ktoś musiał, bo były dzieci, bo trzeba było utrzymać dom, tego dumnego męża, którego tak potraktowała nowa władza, kto miał to zrobić, oczywiście kobiety. To nie pierwszy taki przypadek, nie pierwszy kraj, gdzie kobiety biorą trudy na swoje barki. Kolejny przypadek pokazujący, że codzienność opiera się na kobietach i to one są silniejsze, nie poddają się, nie popadają w dumę i zadumanie, nie rozpamiętują, bo trzeba zadbać o to co tu i teraz. Może mężczyźni (nie wszyscy oczywiście!) bardziej są od rzeczy wzniosłych, krótkotrwałych, ale to chwilowe i zmienne, a żyć trzeba codziennie.
Upadek komunizmu to nieszczęścia całych narodowości, które z ludzi radzieckich nagle stały się odrębnymi nacjami. Z rodzin, braci, sąsiadów stali się wrogami. Gruzin zabijał Abchaza, Ormianin obdzierał ze skóry Azera, Azer palił całe rodziny Ormiańskie. W całym regionie zawrzało, wojna zmusiła ludzi do ucieczki, a tam gdzie uciekli nie było lepiej, nic na nich nie czekało, stali się obywatelami drugiej i trzeciej kategorii.
Nieszczęścia, które były ich udziałem to odrębna krwawa księga - wykorzystywani, pomiatani, bez prawa do zamieszkania, pracy, zasiłku, zabijani. Często to ludzie wygnani ze swoich domów, którzy ucierpieli, stracili wszystko, a teraz nie wiedzieli co ze sobą począć. Żyją jak niewolnicy w piwnicach, za dnia pracują, nocą chowają się (jeśli wrócą) do swoich skleconych łóżek, ścianek, rodzin. Potrzebni są Rosjanom "czarni", aby mogli czuć się "białymi" i "patrzeć na kogoś z góry". Są tanią siłą roboczą, której nikt nie szanuje, gatunkiem zagrożonym, którego odwrotnie niż u George Wells'a w "Wehikule czasu", nikt się nie boi. Ale może to do czasu, może to z tej żałości i upodlenia powstali młodzi zamachowcy, z byłych republik, którzy wkroczyli do nowej Moskwy i dosypali strachu do tego ciągłego żaru i życia w niepewności jutra. Powołali do życia nową bestię, która rzuca się na szarego człowieka, który chciał tylko żyć, przeżyć, utrzymać się na fali codzienności...
Usłyszeć można, też głosy, że jest w tych ludziach radzieckich jakieś 'nic nie robienie', tylko narzekanie i oczekiwanie, aż przyjdzie rewolucja i zrobi czystkę, posprząta dla następców, choć nie wiadomo kim oni mieliby być i czy kolejni byliby sprawiedliwsi. Rosjanie to "niewolnicza psychika", wolą siedzieć w kuchni i się użalać, zachlewać od rana do wieczora, lać dzieci i kobiety, wspominać swoją "wspaniałą" przeszłość, czekać na przydział żywności i marzyć o wodzu, który twardą ręką wskaże cel.
Związek Radziecki rozpadł się nie za sprawą oddolnych ruchów, tak jak to miało miejsce w "krajach bloku wschodniego", tylko to najwyższa władza rozsadziła państwo. Państwo zaprogramowane w trybie oczekiwania bojowego, nagle miło stanąć w obliczu pokoju. Co z takim niezrozumiałym darem zrobić? Zawsze mieli walczyć, ślepo oddawać swoje życie ojczyźnie, bez zadawania pytań wykonywać rozkaz. W ZSRR bycie żołnierzem to było najwyższe wyróżnienie, aż tu nagle Gorbaczow zerwał z potrzebą rozlewu krwi, zrobił rewolucję, bez wojska, jak mieli zareagować. Gorbi był był inny, odstający, nie z tej ziemi, dał im wolność z którą nie wiedzieli co począć. Nie nadawał się na cara. To nie ten kraj albo nie ten przywódca.
Na szczęście nastał Jelcyn, który pokazał swoją siłę dając rozkaz strzelania do swoich, to rozumieli. Chcieli takiego władcy, to znali, dodatkowo obiecał im, że ich poziom życia się nie obniży i nawet jak stało się inaczej (poziom runął w przepaść z wielkim hukiem), szybko o obietnicach zapomnieli, przecież nie pierwszy to raz.
Żaden uczony lub badacz nie potrafi wytłumaczyć fenomenu komunizmu radzieckiego, bezgranicznego i bezrefleksyjnego oddania partii, ślepej wiary w słuszność działań, w sprawiedliwość w niesprawiedliwości.
W książce zawarto takie słowa "Tylko człowiek radziecki może zrozumieć człowieka radzieckiego", a ja nie jestem tego taka pewna, bo często ten komunizm był dla nich zaskakujący, nieodgadniony, niezrozumiały, brutalny i niesprawiedliwy (co niektórzy zrozumieli po czasie). Dali się porwać pięknym hasłom, szczytnym ideom, uwierzyli w nowe szczęśliwe życie, bez ucisku, ogłupiania, wywyższania się, w równość, dobrobyt wszystkich, w kraj miodem i mlekiem kwitnący. Wierzyli, że "komunizm nastał na zawsze" jaśniejący i wszechmocny. Ich życie było proste, wystarczyło niewiele: jedna para butów, kurtka, spodnie, aby nie było zimno i nago. Choć byli i tacy, którzy mieli przebłyski, że "komunizm jest jak "suche prawo" - pomysł dobry, tylko nie działa". Zdarzali się tacy, którzy potrafili głośniej powiedzieć "...jestem szczęśliwy, że i wy komuniści, siedzicie tu tak samo jak ja i tak samo nic nie rozumiecie." Jak pojąć, może nie chcieli pojmować, szli jak owce za swoim pasterzem, bez instynktu, bez strachu, trzeba robić jak wódz każe.
Jak Stalinowi udawało się utrzymać tą fatamorganę tak długo, dlaczego poddało się jej tak wielu, dlaczego romantyczny naród zdolny był do takich strasznych czynów względem siebie. To pytania retoryczne. Czy rzeczywiście, jak mówi jeden z rozmówców, Rosjanom "Nie wolno ...dawać wolności. Bo wszystko spie....ą!" im "potrzebny jest strach. Bez strachu u nas wszystko w jednej chwili się rozwali". A może idealistów łatwiej omotać siecią wzniosłych ideałów, tych niewidzialnych ważnych celów aby tym łatwiej wmawiać im, że aby być szczęśliwym trzeba cierpieć niewygodę i znosić chwilowe niedogodności. Że aby osiągnąć szczęście trzeba użyć żelaznej ręki, twardych narzędzi, topora.
Rosjanie potrzebowali i potrzebują cara, który trzyma ich w ryzach, wali po głowie, wykorzystuje ich naiwność i siłę fizyczną aby budować jego wymysły. Lubią być masą, za którą ktoś myśli i podejmuje decyzje, oddają dobrowolnie swoje życie w jego opiekuńcze batiuszkowe ręce. "To kraj Wschodu...Feudalny...", tu żadna demokracja nigdy nie miała racji bytu. Państwo nie edukowało i nie edukuje swoich obywateli , nie uczy dbania o siebie, nie dba o ich wychowanie społeczne, bo pewnie nie ma w tym interesu. Niech gnuśnieją w swoim pijaństwie, wspominają przeszłe wiktorie i "wielkość", żyją w majakach i zwidach, w swoim "romantyzmie" i dają się manipulować. Niech dalej się użalają i wychowują w tym duchu kolejne pokolenia, niech się zapijają i dadzą władzy spokój, bo ona ma ważniejsze sprawy na swoich barkach.
Autorka kończy książkę opowieścią młodej dziewczyny, studentki uczestniczki pokojowych demonstracji po wyborach na prezydenta Białorusi. Jej młodzieńcza naiwność, entuzjazm i wiara zostały podkopane po aresztowaniach, które zarządziła władza najwyższa. Jej przeżycia podczas pobytu w więzieniu, przesłuchiwania, metody śledczych, warunki w celach, zachowanie wojskowych przypomniały książki o Stalinie i komunizmie. Uświadomiły, że to wciąż jest żywe i może w każdej chwili wrócić, tym bardziej, że biedy i tęsknoty jest tak dużo.
Taka myśl mnie dopadła po lekturze tej książki, że nie da się czasów, zmiany, życia oddzielić kreską choćby nie wiem jak grubą, żeby nikt nie ucierpiał, bo życie to ciągłość. Przy wszelkich rewolucjach zazwyczaj są ofiary i zwycięzcy, czasami zdarza się łagodniejsza wersja, ale to rzadkość.
Zapadło mi w pamięci zdanie mężczyzny, którego jako chłopczyka wywieziono do obozu i wrzucono do grupy kryminalistów. Po latach powiedział żonie: "To jest jak w teatrze. Z sali widzi się piękną bajkę - posprzątaną scenę, świetnych aktorów, tajemnicze światło, ale kiedy trafia się za kulisy.... leżą kawałki desek, szmaty, niedomalowane, porzucone płótna... butelki po wódce...resztki jedzenia...Nie ma bajki. Jest ciemno...brudno...Mnie właśnie zaprowadzono za kulisy...ROZUMIESZ?".
A jak to wszystko przetrwał, co dało mu siłę i wolę do walki o jeszcze jeden dzień. Uratowała go duża ilość miłości, którą dostał od swoich rodziców, taki "współczynnik bezpieczeństwa", który wspiera w trudnych momentach. Pomyślałam sobie że to musiała być potężna dawka miłości.
"Uwaga zjadaczki chleba" mieszkanki wsi, samotnej listonoszki, podsumowuje trafnie całą tyradę: "A my tutaj, jakeśmy żyli, tak żyjemy. I za socjalizmu, i za kapitalizmu. Dla nas czy "biali" czy "czerwoni"-wszyscy jednacy. Trzeba doczekać wiosny. Posadzić kartofle..." i jakoś żyć, bo i tak żal umierać...
To druga książka tej autorki, która trafiła w moje ręce. Nie mogłam jej czytać jednym tchem, bo to książka "pocisk emocjonalny", który musiałam choć na trochę odkładać aby nie wybuchnąć. Choć tyle historii radzieckich już za mną kolejne wciąż poruszają mnie bardzo, bo każda z nich inna, inaczej ujęta, o kimś innym, dotyczy nowej i innej tragicznej historii. Znalazłam w niej obraz smutny, smętny, bez nadziei. Przychodziły do mnie całe zastępy myśli, czasem odległe od książki, ale bezwzględnie związane z jej tematem. Dlatego pisałam i pisałam, aż upuściłam całe napięcie, które mi towarzyszyło podczas lektury.
Swietłana Aleksiejewicz oddała głos ludziom, zebrała ich wypowiedzi i zapisała w grubej księdze. Opowieści smutne, straszne, przerażające, przygniatające, czarne, przygnębiające, poruszające, warte pochylenia, współczucia. Rozmówcy różni: wiekiem, płcią, wykształceniem, świadomością, przeżyciami, spojrzeniem na świat i siebie. Tak jak w poprzedniej książce i tu autorka nie ocenia rozmówców, pozwala wypowiedzieć się każdemu tak jak potrafi i czuje.
Pogrupowałam jej opowieści tematycznie w kilka akapitów. Mam nadzieję, że moje przemyślenia kogoś zainteresują.
Aleksiejewicz opowiada o człowieku po upadku komunizmu. I już na początku, znowu dopada mnie refleksja; za czym tak tęsknią, czego im tak brakuje? Dotąd żyli ideałami, marzeniami, książkami, poezją, budowaniem wspólnej szczęśliwości i sprawiedliwości dla każdego, 'wielkiego i potężnego' kraju. Te wszystkie wartości roztrzaskały się o rzeczy błahe, o których niedawno niegodnym było myśleć, nie wiedziano nawet, że są potrzebne do życia. Nie byli przygotowani na dzikie prawa "kapitalizmu rosyjskiego", na bezprawie jakie zapanowało, na brak pieniędzy, pracy i zainteresowania. Ale najbardziej bolało wyśmiewanie ich życia, ich celów, duchowości, wiary we wspólną sprawę, zrzucenie z piedestału tego w co tak wierzyli - człowieka i jego roli.
Rozmówcy autorki to ludzie czerwoni, którzy nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Poczuli się odrzuceni, nie chciani, podarci, niemodni, wyrzuceni poza nawias, jak rzeczy z secondhandu. Bieda, żebractwo, beznadzieja, niezrozumienie, szarość, niesprawiedliwość podsycają ich tęsknotę za czasami radzieckimi. Tam się śmiali, rozmawiali, wspierali, donosili, cierpieli ale razem, teraz wszyscy się poodgradzali, podzielili na różne nacje, narodowości a brakuje po prostu ludzi. Może gdyby przejście z komunizmu/socjalizmu do kapitalizmu odbyło się spokojnie, sprawiedliwie, gdyby pomyślano o wszystkich, nastroje byłyby inne. Człowiek radziecki zniósłby trudy życia, bo był do tego przyzwyczajany od tylu dziesięcioleci, ale nie zniósł podeptania ideałów i odebranego człowieczeństwa, nie zniósł odebranej godności.
Może lżej jest tym, którzy nie byli tak ślepo przywiązani do swoich wspomnień, którzy zrozumieli, że człowiek to brzmi różnie a nie dumnie. Że wszystko w życiu można i da się zmienić, nawet radziecki stan. Niektórzy wyemigrowali i odnaleźli się, bo zobaczyli, że można żyć inaczej i inaczej być traktowanym. Uciekali, aby chronić swoje dzieci, aby nie dać się zabić, aby móc jeść i mieć gdzie mieszkać. Niektórzy z nich przyjęli się na nowym gruncie, niektórych targa tęsknota, niektórzy dalej narzekają i wspominają czasy radzieckie.
Nie wszystkie jednak historie to tęsknota za czasami sowieckimi, niektórzy rozmówcy wspominali okropieństwa, jakim byli poddawani całymi rodzinami, jak to wpłynęło na ich późniejsze życie jakie pozostawiło stygmaty te wewnętrzne i zewnętrzne. Niektórzy wspominali miłość, która była ich udziałem. Mimo że ludzie byli poranieni otwierali się na drugiego człowieka, szukali miłości, bo bez niej cóż warte jest życie. Czasami ta miłość była zdrowa, ciepła, serdeczna, dająca oparcie, ale w większości przypadków, spopielająca, zniewalająca, niszcząca i zła. Dla mnie nierozumna, straszna, głęboko poniżająca (przypadek Jeleny).
Upadek komunizmu, to także upadek mężczyzn, zwłaszcza tych dumnych wojaków, dyrektorów, działaczy, dla których zabrakło miejsca w nowym państwie, wszak zredukowano siły zbrojne, stanęły fabryki, struktury partyjne rozwiązano. "Duma" nie pozwalała im na podejmowanie pracy byle jakiej, poniżej ich godności. Woleli zapijać się, mądrzyć albo zapadać w marazm. Ktoś musiał, bo były dzieci, bo trzeba było utrzymać dom, tego dumnego męża, którego tak potraktowała nowa władza, kto miał to zrobić, oczywiście kobiety. To nie pierwszy taki przypadek, nie pierwszy kraj, gdzie kobiety biorą trudy na swoje barki. Kolejny przypadek pokazujący, że codzienność opiera się na kobietach i to one są silniejsze, nie poddają się, nie popadają w dumę i zadumanie, nie rozpamiętują, bo trzeba zadbać o to co tu i teraz. Może mężczyźni (nie wszyscy oczywiście!) bardziej są od rzeczy wzniosłych, krótkotrwałych, ale to chwilowe i zmienne, a żyć trzeba codziennie.
Upadek komunizmu to nieszczęścia całych narodowości, które z ludzi radzieckich nagle stały się odrębnymi nacjami. Z rodzin, braci, sąsiadów stali się wrogami. Gruzin zabijał Abchaza, Ormianin obdzierał ze skóry Azera, Azer palił całe rodziny Ormiańskie. W całym regionie zawrzało, wojna zmusiła ludzi do ucieczki, a tam gdzie uciekli nie było lepiej, nic na nich nie czekało, stali się obywatelami drugiej i trzeciej kategorii.
Nieszczęścia, które były ich udziałem to odrębna krwawa księga - wykorzystywani, pomiatani, bez prawa do zamieszkania, pracy, zasiłku, zabijani. Często to ludzie wygnani ze swoich domów, którzy ucierpieli, stracili wszystko, a teraz nie wiedzieli co ze sobą począć. Żyją jak niewolnicy w piwnicach, za dnia pracują, nocą chowają się (jeśli wrócą) do swoich skleconych łóżek, ścianek, rodzin. Potrzebni są Rosjanom "czarni", aby mogli czuć się "białymi" i "patrzeć na kogoś z góry". Są tanią siłą roboczą, której nikt nie szanuje, gatunkiem zagrożonym, którego odwrotnie niż u George Wells'a w "Wehikule czasu", nikt się nie boi. Ale może to do czasu, może to z tej żałości i upodlenia powstali młodzi zamachowcy, z byłych republik, którzy wkroczyli do nowej Moskwy i dosypali strachu do tego ciągłego żaru i życia w niepewności jutra. Powołali do życia nową bestię, która rzuca się na szarego człowieka, który chciał tylko żyć, przeżyć, utrzymać się na fali codzienności...
Usłyszeć można, też głosy, że jest w tych ludziach radzieckich jakieś 'nic nie robienie', tylko narzekanie i oczekiwanie, aż przyjdzie rewolucja i zrobi czystkę, posprząta dla następców, choć nie wiadomo kim oni mieliby być i czy kolejni byliby sprawiedliwsi. Rosjanie to "niewolnicza psychika", wolą siedzieć w kuchni i się użalać, zachlewać od rana do wieczora, lać dzieci i kobiety, wspominać swoją "wspaniałą" przeszłość, czekać na przydział żywności i marzyć o wodzu, który twardą ręką wskaże cel.
Związek Radziecki rozpadł się nie za sprawą oddolnych ruchów, tak jak to miało miejsce w "krajach bloku wschodniego", tylko to najwyższa władza rozsadziła państwo. Państwo zaprogramowane w trybie oczekiwania bojowego, nagle miło stanąć w obliczu pokoju. Co z takim niezrozumiałym darem zrobić? Zawsze mieli walczyć, ślepo oddawać swoje życie ojczyźnie, bez zadawania pytań wykonywać rozkaz. W ZSRR bycie żołnierzem to było najwyższe wyróżnienie, aż tu nagle Gorbaczow zerwał z potrzebą rozlewu krwi, zrobił rewolucję, bez wojska, jak mieli zareagować. Gorbi był był inny, odstający, nie z tej ziemi, dał im wolność z którą nie wiedzieli co począć. Nie nadawał się na cara. To nie ten kraj albo nie ten przywódca.
Na szczęście nastał Jelcyn, który pokazał swoją siłę dając rozkaz strzelania do swoich, to rozumieli. Chcieli takiego władcy, to znali, dodatkowo obiecał im, że ich poziom życia się nie obniży i nawet jak stało się inaczej (poziom runął w przepaść z wielkim hukiem), szybko o obietnicach zapomnieli, przecież nie pierwszy to raz.
Żaden uczony lub badacz nie potrafi wytłumaczyć fenomenu komunizmu radzieckiego, bezgranicznego i bezrefleksyjnego oddania partii, ślepej wiary w słuszność działań, w sprawiedliwość w niesprawiedliwości.
W książce zawarto takie słowa "Tylko człowiek radziecki może zrozumieć człowieka radzieckiego", a ja nie jestem tego taka pewna, bo często ten komunizm był dla nich zaskakujący, nieodgadniony, niezrozumiały, brutalny i niesprawiedliwy (co niektórzy zrozumieli po czasie). Dali się porwać pięknym hasłom, szczytnym ideom, uwierzyli w nowe szczęśliwe życie, bez ucisku, ogłupiania, wywyższania się, w równość, dobrobyt wszystkich, w kraj miodem i mlekiem kwitnący. Wierzyli, że "komunizm nastał na zawsze" jaśniejący i wszechmocny. Ich życie było proste, wystarczyło niewiele: jedna para butów, kurtka, spodnie, aby nie było zimno i nago. Choć byli i tacy, którzy mieli przebłyski, że "komunizm jest jak "suche prawo" - pomysł dobry, tylko nie działa". Zdarzali się tacy, którzy potrafili głośniej powiedzieć "...jestem szczęśliwy, że i wy komuniści, siedzicie tu tak samo jak ja i tak samo nic nie rozumiecie." Jak pojąć, może nie chcieli pojmować, szli jak owce za swoim pasterzem, bez instynktu, bez strachu, trzeba robić jak wódz każe.
Jak Stalinowi udawało się utrzymać tą fatamorganę tak długo, dlaczego poddało się jej tak wielu, dlaczego romantyczny naród zdolny był do takich strasznych czynów względem siebie. To pytania retoryczne. Czy rzeczywiście, jak mówi jeden z rozmówców, Rosjanom "Nie wolno ...dawać wolności. Bo wszystko spie....ą!" im "potrzebny jest strach. Bez strachu u nas wszystko w jednej chwili się rozwali". A może idealistów łatwiej omotać siecią wzniosłych ideałów, tych niewidzialnych ważnych celów aby tym łatwiej wmawiać im, że aby być szczęśliwym trzeba cierpieć niewygodę i znosić chwilowe niedogodności. Że aby osiągnąć szczęście trzeba użyć żelaznej ręki, twardych narzędzi, topora.
Rosjanie potrzebowali i potrzebują cara, który trzyma ich w ryzach, wali po głowie, wykorzystuje ich naiwność i siłę fizyczną aby budować jego wymysły. Lubią być masą, za którą ktoś myśli i podejmuje decyzje, oddają dobrowolnie swoje życie w jego opiekuńcze batiuszkowe ręce. "To kraj Wschodu...Feudalny...", tu żadna demokracja nigdy nie miała racji bytu. Państwo nie edukowało i nie edukuje swoich obywateli , nie uczy dbania o siebie, nie dba o ich wychowanie społeczne, bo pewnie nie ma w tym interesu. Niech gnuśnieją w swoim pijaństwie, wspominają przeszłe wiktorie i "wielkość", żyją w majakach i zwidach, w swoim "romantyzmie" i dają się manipulować. Niech dalej się użalają i wychowują w tym duchu kolejne pokolenia, niech się zapijają i dadzą władzy spokój, bo ona ma ważniejsze sprawy na swoich barkach.
Autorka kończy książkę opowieścią młodej dziewczyny, studentki uczestniczki pokojowych demonstracji po wyborach na prezydenta Białorusi. Jej młodzieńcza naiwność, entuzjazm i wiara zostały podkopane po aresztowaniach, które zarządziła władza najwyższa. Jej przeżycia podczas pobytu w więzieniu, przesłuchiwania, metody śledczych, warunki w celach, zachowanie wojskowych przypomniały książki o Stalinie i komunizmie. Uświadomiły, że to wciąż jest żywe i może w każdej chwili wrócić, tym bardziej, że biedy i tęsknoty jest tak dużo.
Taka myśl mnie dopadła po lekturze tej książki, że nie da się czasów, zmiany, życia oddzielić kreską choćby nie wiem jak grubą, żeby nikt nie ucierpiał, bo życie to ciągłość. Przy wszelkich rewolucjach zazwyczaj są ofiary i zwycięzcy, czasami zdarza się łagodniejsza wersja, ale to rzadkość.
Zapadło mi w pamięci zdanie mężczyzny, którego jako chłopczyka wywieziono do obozu i wrzucono do grupy kryminalistów. Po latach powiedział żonie: "To jest jak w teatrze. Z sali widzi się piękną bajkę - posprzątaną scenę, świetnych aktorów, tajemnicze światło, ale kiedy trafia się za kulisy.... leżą kawałki desek, szmaty, niedomalowane, porzucone płótna... butelki po wódce...resztki jedzenia...Nie ma bajki. Jest ciemno...brudno...Mnie właśnie zaprowadzono za kulisy...ROZUMIESZ?".
A jak to wszystko przetrwał, co dało mu siłę i wolę do walki o jeszcze jeden dzień. Uratowała go duża ilość miłości, którą dostał od swoich rodziców, taki "współczynnik bezpieczeństwa", który wspiera w trudnych momentach. Pomyślałam sobie że to musiała być potężna dawka miłości.
"Uwaga zjadaczki chleba" mieszkanki wsi, samotnej listonoszki, podsumowuje trafnie całą tyradę: "A my tutaj, jakeśmy żyli, tak żyjemy. I za socjalizmu, i za kapitalizmu. Dla nas czy "biali" czy "czerwoni"-wszyscy jednacy. Trzeba doczekać wiosny. Posadzić kartofle..." i jakoś żyć, bo i tak żal umierać...
środa, 22 lutego 2017
Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach - Filip Springer
To kolejna książka Filipa Springera, która mnie zainteresowała i wciągnęła. Jej bohaterowie wzbudzili paletę uczuć. Treść przyniosła nową, nadzwyczaj ciekawą wiedzę. Czym bliżej byłam końca tym mniej mi się chciało jej czytać, bo miałam świadomość rozstania z nią. Dobrze, że autor napisał już kilka książek a mam nadzieję, że niejedna jeszcze przed nim... zatem z tęsknoty nie uschnę...
Autor wplata wypowiedzi bohaterów, rodziny i znajomych obojga artystów, jeździ w miejsca w których był Oskar Hansen i gdzie zostawił ślad swojej obecności, min. Finlandii, Poznaniu, Lublinie. Zamieszkuje na osiedlu "dziecku" Hansenów w Warszawie czyli Przyczółku Grochowskim.
A teraz o bohaterach - o Zofii i Oskarze Hansenach - którzy byli dla mnie wyjątkowymi ludźmi, twórcami, wizjonerami, o szerokich horyzontach i planach. Kochającymi siebie, bardzo się wspierającymi i oddanymi sobie. Byli nowatorami w architekturze i pionierami w budowaniu świadomości o nowym budownictwie i przestrzeni publicznej.
Zanim się poznali i założyli wspólnotę rodzinną byli ludźmi z różnych światów, on pół Norweg pół Rosjanin obywatel polski, ona Polka z Mazowsza. Oboje ukończyli Wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej. Oboje byli ludźmi oddanymi pracy, marzycielami, niezwykle zdolnymi, otwartymi i ciekawymi świata. Po studiach ona pracowała w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, gdzie pod okiem doskonałych architektów mogła rozwijać swoje zdolności w duchu spółdzielczości. On zaczepił się w Zakładzie osiedli Robotniczych, choć niedługo po tym wyjechał na stypendium do Paryża gdzie poznawał nowe trendy w architekturze, uczył się malarstwa, korzystał z wiedzy mistrzów Formy Otwartej - której był oddany. Po powrocie dzięki protekcji profesora ASP dostaje tam posadę wykładowcy.
Czym tak naprawdę fascynowali się Hansenowie, czym była ta forma otwarta. Podstawą idei formy otwartej jest założenie, "że przestrzeń należy projektować w taki sposób, by widz był jej podmiotem, nawet przez samą w niej obecność, to ludzie wkraczający w formę otwartą, tworzą zdarzenia, dla których artysta przygotował tylko skromne tło". To swoista rama, którą wypełnia człowiek. Hansenowie chcieli, aby przy projektowaniu byli obecni przyszli użytkownicy przestrzeni, aby mieli realny wpływ na swoje najbliższe otoczenie. Tego przykładem były dwa bloki zbudowane na Rakowcu (osiedle w Warszawie). Mieszkania w blokach powinny dawać możliwość zmiany ścian wewnętrznych w zależności od potrzeb mieszkańca. Przeciwstawiali się uproszczeniom, które zabijały podstawowe treści mieszkania, domu czy osiedla. Buntowali się przeciwko przedkładaniu ilości nad jakość.
Wizje i założenia architektów były na tyle nowatorskie, że wręcz niezrozumiałe i choć doceniane to rzadko wdrażane do realizacji. Ich prace i projekty wyprzedzały czasy, możliwości realizacyjne i materiałowe. Padły też na grunt zamknięty albo kraj, który miał już jasno i sztywno wytyczone cele tworzenia budynków i budowli. Byli idealistami, pasjonatami i chyba trochę błędnymi rycerzami, zwłaszcza pobudliwy i apodyktyczny Oskar. Zofia była opanowaną realistką, to ona tonowała i objaśniała niejednokrotnie projekty Oskara, czym je ratowała przed skreśleniem. On cenił jej trzeźwe spojrzenie i zawsze podkreślał jej współudział w pracach.
Dla mnie oboje byli fascynującymi postaciami, niezwyczajnymi ludźmi, światłymi mentorami, skromnymi i oddanymi ideałom patriotami. Pani Zofia po przeczytaniu Żeromskiego całe życie marzyła o szklanych domach, czym była mi bliska, bo ja też o nich marzyłam, niemniej ona mogła te wizje wdrożyć w życie, a ja z braku talentu nie. Była realistką, mądrą i stonowaną kobietą, utalentowaną i ciekawą osobą, oddaną swojej pasji. Też bym tak chciała.
Oskar Hansen to niezwykły człowiek, otwarty umysł, pasjonat, niezrozumiały przez większość otoczenia.
Hansen udzielał się w Skandynawii, zarażał swoją wizją Formy Otwartej, co akurat tam trafiło na grunt i znalazło naśladowców. Ciekawi mnie dlaczego, jakie zmienne zadziałały. Mam wrażenie, że współcześnie idee Hansenów znalazły naśladowców wśród twórców Ikea?
Bardzo mnie zainteresowało ich wizjonerstwo Formy Otwartej, często o niej myślę w różnych aspektach i kontekstach.
niedziela, 19 lutego 2017
Beniamin: Mam Super Mamę - Lazai Stefanie
Trafiła w nasze ręce bardzo specjalna książka, przybliżająca chorobę SM czyli stwardnienie rozsiane dzieciom. Bohaterem jest Beniamin, którego mama choruje na SM.
Beniamin przedstawia swoją rodzinę, opisuje dom w którym mieszka i szczegółowo przybliża chorobę swojej mamy czytelnikowi, robi to w sposób bardzo prosty i zrozumiały także dla młodszych dzieci (od 5-6 lat).
Opisuje swój strach i niepewność w związku z chorobą mamy, swoje spostrzeżenia, wątpliwości i rozterki.
Szczęśliwie dla Beniamina z tymi swoimi uczuciami nie pozostaje sam, bo ma bliskich, którzy całą sytuację związaną z chorobą mamy starają się mu przybliżyć w sposób jasny, spokojny i adekwatny do jego wieku. Jego mama tłumaczy mu co się z nią dzieje, czego potrzebuje, jak można jej pomóc i że jej choroba nie jest niczym nadzwyczajnym, bo przytrafia się też innym ludziom. Także pozostali domownicy i bliscy włączają Beniamina do całości sprawy właściwie do jego dojrzałości, tłumaczą, pokazują i wspierają. Dają mu wyraźnie do zrozumienia, że nie jest z chorobą mamy sam. Także jego mama otoczona jest życzliwą i adekwatną do jej stanu pomocą. Chłopiec uczestniczy w pełni w chorowaniu mamy np. jedzie z nią na badanie. Trudna dla chłopca jest rozmowa o chorobie mamy z osobami spoza rodziny, ale otwartość jego przyjaciela i nauczyciela pokonują i ten lęk. Jest dumny z siebie i ze swojej mamy, która powraca do stanu sprzed nawrotu choroby.
Książka jest warta przeczytania, bo w bardzo przystępny sposób wprowadza w chorobę rodzica. Pokazuje przede wszystkim, że choroba może zdarzyć się w rodzinie i jak warto do niej podejść. Wyjaśnia najważniejsze aspekty choroby. Pokazuje emocje dziecka i jego zachowanie. Atmosferę i zachowanie innych ważnych osób w rodzinie. Najbardziej odpowiadała mi naturalność z jaką autorka opisała trudną chorobę. Ciekawe ilustracje dopełniały historię. Bardzo przypadła nam do serca ta ciepła i ciekawie napisana książka.
sobota, 18 lutego 2017
Sama. Listy z piwnicy - Grzegorz Kasdepke
I jeszcze jedna książeczka z serii Poczytajki/Pomagajki.
Tym razem jakoś trudno nam się czytało, bo też forma - listy do zabawek i zachowanie i opis mamy były nowe dla nas. Dziecko, tak zawsze zainteresowane lekturą, nie chciało już czytania tejże a nawet przestraszyło się.
Temat trudny, bo Kasdepke zajął się rozstaniem rodziców, ich emocjami po rozpadzie związku i sytuacją w domu. Trudna dla wszystkich, nowa, tak inna codzienność przytłacza małą dziewczynkę, rodzi strachy i ucieczkę w świat zabawek. Mama sama nie może jeszcze odnaleźć spokoju po rozwodzie, więc działa chaotycznie i niezrozumiale zwłaszcza dla małej dziewczynki.
Dziewczynka bardzo się boi, a swoje strachy przelewa na listy do swoich starych zabawek, wyrzuconych przez mamę do piwnicy. Tęskni za nimi, bo przypominają jej o rodzinie, która się rozpadła. Tęskni za tatą....
Dobrze, że mama wreszcie dochodzi do siebie na tyle, że dostrzega co dzieje się z jej córeczką, powracają zabawki z piwnicy, tata ma zadzwonić wieczorem a nawet wkrótce przyjechać do niej. Mama znowu staje się bliska i kochana. Dziewczynka ma nadzieję, że stare zachowanie mamy już nie wróci...
Ważny temat, ale chyba forma dla młodego czytelnika zbyt skomplikowana?
Gaduła - Barbara Kosmowska
Z serii Poczytajki/Pomagajki, książeczka o dziewczynce, której buzia się nie zamykała. To historia czasem śmieszna, czasem wzruszająca.
Julka lubi dużo, a nawet bardzo dużo mówić, ma tego świadomość, nie umie nic z tym zrobić, ale chyba nawet to lubi i akceptuje. Ogólnie bohaterka zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, świadoma swojego gadulstwa, nie robi sobie z tego powodu "wyrzutów". Poza tym prócz gadulstwa, które może przeszkadzać tak gadule jak i słuchaczom Julka była zbiorem mnóstwa zachowań i cech miłych, min. empatyczności, zainteresowania innymi, niesienia pomocy słabszym, uważności, życzliwości, inteligencji, sporej wiedzy na tematy różne.
Okazało się, że jej mówienie może pomóc osobom, które odrzucane są przez "silnych" w grupie, tylko dlatego, że są nowe, nieśmiałe, itp. Julka potrafi dostrzec trudne zachowania i relacje i swoją wrodzoną umiejętnością rozgadywania spraw rozładować atmosferę. Ratuje to czasami słabszych, może uczy tych silniejszych. Ale co najbardziej istotne integruje grupę do wspólnych i ciekawych działań, znajduje rozwiązanie problemu i rozładowuje niemiłe emocje...
Mnie ta bohaterka bardzo przypadła do serca, może kogoś mi przypomina, kogoś bliskiego:)
Nieśmiałek - Sylwia Chutnik
Kolejna książeczka z serii Poczytajki/Pomagajki, tym razem Sylwii Chutnik.
Przyjemna książka o nieśmiałości, która może być kłopotliwa dla jej posiadacza, bo go krępuje a czasami nie pozwala rozwijać się.
Bohater tej książeczki to pierwszoklasista, dla którego pójście w nowe, szkolne środowisko było trudnym przeżyciem. Bał się nowych i obcych więc odsunął się od kolegów, na bezpieczną odległość - "do kątka". Skoro nie chciał być zauważanym, to mało kto go zauważał. Dzieci się z nim nie bawiły, słyszał wyśmiewanie a to sprawiało, że czuł się odrzucony i samotny.
Ale Nieśmiałek w bezpiecznym środowisku czuł się bardzo swobodnie, był wręcz gadułą. Był też bardzo dobrym uczniem, zwłaszcza z matematyki, która była jego ulubionym przedmiotem. Pewnego razu, właśnie na matematyce pani poprosiła go do tablicy aby rozwiązał zadanie. Okazało się, że skrępowany tym wywołaniem Nieśmiałek nie może ruszyć nawet ręką i nie rozwiązał zadania. Ale to samo zadanie zapisane na kartce rozwiązał w oka mgnieniu. Na szczęście dla Nieśmiałka zobaczyła to jego pani i pełna zrozumienia zwolniła go z wywoływania do tablicy. Nieśmiałkowi taka informacja dodała skrzydeł, otworzyła przed nim pokłady śmiałości...
Każdy z nas jest inny, niepowtarzalny, jedyny, jakiś, ważne aby znaleźć tego aprobatę, zrozumienie a najważniejsze samoakceptację.
czwartek, 16 lutego 2017
Stryjeńska. Diabli nadali - Angelika Kuźniak

Przeczytana na potrzeby DKK.
Czekałam na książkę w długiej kolejce w bibliotece, aż tu nieoczekiwanie miałam ją przeczytać na potrzeby dyskusji w DKK. Jednym słowem udało mi się...
Autorka zebrała materiał, ubrała w słowa, okrasiła zdjęciami prac i wieloma dokumentami, wplotła zapiski i wypowiedzi bohaterki oraz postaci z najbliższego otoczenia. Pozostawiła ocenę postaci czytelnikowi, oczywiście jeśli takowej będzie chciał dokonać. Książka wciągnęła mnie stylem autorki i zawartą historią Zofii Stryjeńskiej.
Bohaterka książki to dla mnie wielobarwna postać nie tylko ze względu na uprawiany zawód - malarstwo, ale także na życie osobiste. Chociaż ta wielobarwność w życiu osobistym to raczej ciągły niepokój emocjonalny i egzystencjalny, gonitwa za pieniędzmi i za sztuką, rozedrganie uczuciowe matki i córki, niespełnienie w miłości partnerskiej. To kobieta, która tworzyła w sobie i wokół siebie dużo szumu, chaosu i hałasu, nie pozostawiając w odbiorcach obojętności. Była zauważalna i pamiętana, choć jej postać pozostawiała zdecydowane wielorakie uczucia.
Jest przykładem rasowej artystki rozdartej pomiędzy sztukę a życie osobiste. Uczucie do męża było tak silne, że wręcz pętające i przeszkadzające. Karol Stryjeński - miłość jej życia, też artysta, potrzebował uwagi i wsparcia, zaś Zofia która potrzebowała tego od niego, nie mogła spełnić jego oczekiwania. Mąż nie wytrzymał, chciał się uwolnić ze związku, posunął się nawet do umieszczenia jej w szpitalu psychiatrycznym. Małżeństwo się rozpada, co podkopuje sytuację życiową i uczuciową Zofii.
Dzieci albo kochane albo odrzucane, przeszkadzające w tworzeniu a z drugiej strony ciągle rozpamiętywane i bliskie sercu i duszy. Jako artystka nie miała czasu dla dzieci, jako matka bolała, że nie może im zapewnić bytu materialnego i dać im chociaż takiego wsparcia. Potrzebowała "ogrzać się i poczuć człowiekiem pośród ciepłych serc", ale nie mogła oddawać się uczuciom macierzyńskim podczas pracy, bo "wytrącały jej pędzle z ręki". Artystka miota się pomiędzy swoim natchnieniem, zamówieniami, propozycjami, pomysłami a obowiązkami jakie ma wobec najbliższych. Kiedy sypie się rodzina chaos uczuciowy także rośnie. Nie umie odnaleźć spokoju, jest samotna w swoim oddaniu sztuce, niemniej potrzebuje wsparcia i ciepła rodzinnego, miłości męża i dzieci - a tego nie ma...
Czytając książkę przeżywałam paletę emocji. Zofia Stryjeńska pozostawiła po sobie trwały ślad w moim patrzeniu na artystów i artystki. Patrzyłam na jej twórczość z zachwytem i zazdrością, na jej wizje twórcze z oczarowaniem, na jej dylematy i rozdarcie ze zrozumieniem i współczuciem. Na jej tęsknotę za dziećmi z żalem i smutkiem. Na chaotyczne działania z politowaniem i rozdrażnieniem, a czasami z chęcią pomocy i opieki.
Niewątpliwie dla mnie to osoba nietuzinkowa, utalentowana, pracowita i twórcza. Wizjonerka. Stryjeńska to też postać tragiczna, nieporadna życiowo, samotna uczuciowo, rozdarta emocjonalnie. Nie umiała sobie poradzić z zapleczem materialnym, ale też nie chciała innych słuchać i nie chciała pomocy w tej sprawie.
Nie wiem czy zdiagnozowana pod koniec życia schizofrenia towarzyszyła jej przy końcu jej drogi życiowej czy zaczęła się dużo wcześniej. Długotrwała choroba weneryczna też pozostawiła trwały ślad w jej organizmie. Niemniej miałam wrażenie, że artystka jest bardzo samotną, smutną i zaniedbaną emocjonalnie osobą. Ona sama nie umiała dbać o siebie, ale też nie dopuszczała innych aby jej tej pomocy udzielili, często wręcz swoim charakterem i/lub zachowaniem odstraszała ludzi.
Ta historia kolejny raz pokazuje, że nie można mieć wszystkiego, że gdzieś tej materii nie starcza i że to każdy z nas odpowiedzialny jest za swoje życie.
Bardzo ciekawa książka o arcy interesującej artystce i patriotce.
Autorka tą pozycją zachęciła mnie do sięgnięcia po jej inne książki.
Na koniec cytat z książki:
"... dlaczego tak bardzo interesują ją tematy ludowe. Odpowiedziała, że to proste - "tam jedynie znaleźć jeszcze można barwę".
Moje ciało należy do mnie! - praca zbiorowa
Bardzo prosto i logicznie pokazano jak dziecko ma dbać o siebie i swoje ciało. Innymi słowy temat wykorzystywania seksualnego podany w zrozumiały sposób dla małego dziecka.
Jakie zachowanie jest naturalne i dopuszczalne a jakie powinno w dziecku budzić wątpliwość albo wręcz niezgodę. Kto i w jaki sposób może dotykać dziecko. W jakich sytuacjach dziecko powinno być czujne i jak powinno i/lub może informować innych o swoich odczuciach i niezgodzie na dotykanie.
Książka podaje gotowe odpowiedzi jakich może udzielać dziecko jeśli nie zgadza się na bliższy kontakt z inną osobą.
Uświadamia dziecku, że ma prawo nie zgadzać się i szukać pomocy.
A przede wszystkim pokazuje, że dziecko to od początku niezależny byt, który należy szanować fizycznie i psychicznie.
Książkę opracowali specjaliści z Niemieckiego Towarzystwa Planowania Rodziny w trosce o dobro i ochronę dziecka.
Przestańcie sie kłócić!... - Dagmar Geisler
To książka dla dzieci o emocjach a dokładnie o złości, która towarzyszy człowiekowi a nawet jest pomocna. Żeby wiedziały, że wszystkie emocje (pozytywne i negatywne) są naturalne człowiekowi. Oczywiście potrzebne jest też zrozumienie tychże i wypośrodkowanie, ale to już inna kwestia.
Książka pokazuje jak dziecko rozpoznaje emocje (w opisywanym przypadku złość) po mimice twarzy i postawie werbalnej i niewerbalnej rodziców. Jakie wysnuwa przemyślenia, wyraża emocje i zachowania. Opisuje jak rodzice przeżywają uczucie złości i okazują ją sobie wzajemnie.
Autorka pokazała to w sposób bardzo prosty i dostępny. Zachowanie rodziców i ich postawa względem emocji została pokazana czytelnie i pro wychowawczo, dlatego polecam tę książkę. Zapewne książek podobnych można znaleźć sporo na rynku, ale nam akurat ta trafiła w ręce i zyskała naszą akceptację w temacie złości:)
Arcybolek - Joanna Olech
Doczekaliśmy się kolejnych książek z serii Poczytajki - Pomagajki.
Tym razem historia Bolka, przedszkolaka - starszaka, który bardzo potrzebuje akceptacji i przyjaźni. Chłopca, którego tata jest osobą nadużywającą alkoholu, co pisarka podała w bardzo zawoalowany sposób. Autorka użyła języka, który początkowo trudno nam było zrozumieć, ale końcem końców udało się.
Historia pokazała nam ponownie prawdę, że nie wolno nikogo oceniać i nikogo skreślać; warto się poprzyglądać, zapoznać, rozpoznać, wreszcie poznać kogoś aby móc powiedzieć dlaczego zachowuje się tak a nie inaczej...
Bolek często się złości, zachowuje denerwująco, ale to chłopiec który poszukuje akceptacji, potrzebuje zainteresowania zarówno rówieśników jak i dojrzałych dorosłych. Czuje się samotny, opuszczony, nie ważny, a wszystko dlatego, że ma rodzica alkoholika. Już wie, że nie ma wielu rzeczy i nie może ich mieć bo tata by je sprzedał za alkohol. Wie, że nie ma co oczekiwać pochwały i nagrody od swojego rodzica...
Ale ma szczęście, bo jego talent zainteresował tatę koleżanki. Jest to zainteresowanie, które od zawsze marzyło się Bolkowi. Dostaje wsparcie techniczne, emocjonalne i materialne i jest to jak najbardziej szczere. Bolek umie się zaangażować i odwzajemnić uczucia.
Bolek to artysta malarz z wrodzonym talentem, który to dar dostrzega właśnie tata koleżanki. Zachęca Bolka do rozwijania talentu i wspiera go w tym. Namawia do wzięcia udziału w konkursie przedszkolnym...
Historia warta przeczytania i przedyskutowania z dzieckiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















