Na potrzeby Dyskusyjnego Klubu Książki.
Z pewnością z własnej woli nie sięgnęłabym po nią, ale siła wyższa.
Dla mnie ta pozycja była niezwykle trudna do czytania i pojmowania. Niestety nie zainteresowała mnie też pod względem filozoficzno - poznawczym, tym bardziej jest mi przykro, że jak to głosi napis na okładce, zainspirowała ona rzesze czytelników do zmiany swojego życia. Widocznie za wysoki poziom na moje możliwości percepcji.
To książka autobiograficzna o szerokim spektrum tematycznym, przede wszystkim zaś o relacji ojca z synem, o podróży przez Stany Zjednoczone Ameryki po drogach mało uczęszczanych, o środku transportu czyli motocyklu i o znajomych-towarzyszach podróży. O filozofii, pojęciu Jakości, o chorobie głównego bohatera, czyli schizofrenii i o drugiej tożsamości zwanej Fajdrosem.
Uważny i zainteresowany czytelnik pozna sztukę przygotowywania do podróży motocyklem, począwszy od dokładnego pakowania niezbędnych rzeczy, poprzez poznanie obsługi pojazdu i zaplanowanie trasy. Usłyszy także o różnorodnym podejściu do powyższego przez innych uczestników wyprawy.
Skorzysta ze szczegółowych opisów mijanych miejsc, widoków i spotkanych ludzi.
Może skorzysta też z rozważań filozoficznych o naturze człowieka, specyfice edukacji i jej ułomnościach, o połączeniach sztuki z techniką, przyswoi szeroko rozumianą wartość Jakości w życiu.
Cierpliwy czytelnik dowie się jak ułożyły się relacje ojca i syna i co owa podróż przyniosła każdemu z nich. Być może dotrwa do zakończenia, co może okazać się ciekawe.
To książka dla uważnych, cierpliwych, poszukujących, filozofujących, słowem pojmujących tok rozumowania autora.
To niełatwa książka o niełatwych losach człowieka, niemniej może być interesująca.
Tak na koniec, osobiście zastanawiało mnie, czy autor, chory na bardzo poważną chorobę, nie miał obaw przed podróżowaniem z dzieckiem. Kim była kobieta, która pozwoliła na taką podróż syna i jego nieobliczalnego ojca.
Książki to dla mnie marzenia, źródło wiedzy, pasja i moc. Książki to oczekiwanie na niewiadomą, na tajemnicę, na romans bez pokuty. Wierne, dostępne i otwarte na nowe doznania. To uzależnienie, bez skutków ubocznych, zbędnych emocji i pretensji. Książki to dla mnie ciągle napełniające się źródło, nie wysychające, wystarczy tylko chcieć czerpać, a na razie mam ogromną ochotę.......
Szukaj na tym blogu
sobota, 11 listopada 2017
środa, 1 listopada 2017
Mruk. Opowiadania o kotkach, kotach i kociskach - Renata Piątkowska
Z biblioteki.
Po książce o koniach przyszedł czas na koty, a że te uwielbiamy bardzo to i historie opisane przez autorkę czytaliśmy z rozrzewnieniem.
Dziesięć różnych historii o kotach, pięknych, mądrych, przytulaśnych i przyjacielskich. Każdy niepowtarzalny i niebanalny jak na kota przystało.
Opowieści z różnych zakątków ziemi, pouczające i wzruszające, wszystkie bez wyjątku pokazujące jak niebywałe jest to zwierze.
Pierwsza historia jest o kotce, która pływała na okręcie wojennym, trudniła się tam łapaniem mysz i dawaniem radości strudzonym marynarzom. Każdy chętnie głaskał miłą kotkę a ona mruczała i łasiła się z wdziękiem. Na statku powiła też pięcioro maluchów, co wcale nie przeszkodziło jej w pełnieniu obowiązków. Pewnego razu, kiedy okręt został ostrzelany przeżyła naprawdę trudne chwile, zwłaszcza, że kociątka były małe i wymagały jej troski i pomocy... Ale i z tym sobie poradziła.
Druga opowieść dotyczy pewnego ciekawego hotelu, gdzie pracują koty. Każdy gość po zameldowaniu w recepcji dostaje do pokoju kota. Jakże miło mieć mruczącego i ciepłego zwierzaka daleko od domu. Od razu sobie wyobraziłam, że też jestem gościem tego hotelu. Mrrr.
Trzecia historia pokazuje, że kot jest dobry na wszystko nawet na obłaskawienie naburmuszonego chłopca.
Czwarte opowiadanie mrozi krew w żyłach, bo kot ratuje swoich opiekunów od katastrofy. Bardzo wzruszająca historia o mądrości i miłości kociej.
Piąta opowieść jest o kocie, który był policjantem ochotnikiem. Mieszkał na komisariacie i rozpoznawał przestępców w oka mgnieniu. Był niezawodny w swoim wyczuciu.
W szóstej historii mamy niezwykłą przyjaźń pomiędzy kotem a niewidomym psem. Niezwykła opowieść o empatii, wyczuciu i wsparciu.
Siódme opowiadanie jest zabawne i ciekawe, bo dowiadujemy się w nim, że w pewnym mieście na Alasce kot jest burmistrzem, który z powodzeniem piastuje swój urząd od szesnastu lat.
Ósma opowieść jest o kotce przyjaciółce i opiekunce trójki rodzeństwa.
Dziewiąta traktuje o bardzo przebiegłej i mądralińskiej kotce.
Dziesiąta to opowieść o wielce dostojnym kocie, który miał ostateczny głos w doborze chłopaków swojej opiekunki. A nosa w tych sprawach miał doskonałego.
Bardzo ciepłe i przemiłe opowieści, polecam.
Po książce o koniach przyszedł czas na koty, a że te uwielbiamy bardzo to i historie opisane przez autorkę czytaliśmy z rozrzewnieniem.
Dziesięć różnych historii o kotach, pięknych, mądrych, przytulaśnych i przyjacielskich. Każdy niepowtarzalny i niebanalny jak na kota przystało.
Opowieści z różnych zakątków ziemi, pouczające i wzruszające, wszystkie bez wyjątku pokazujące jak niebywałe jest to zwierze.
Pierwsza historia jest o kotce, która pływała na okręcie wojennym, trudniła się tam łapaniem mysz i dawaniem radości strudzonym marynarzom. Każdy chętnie głaskał miłą kotkę a ona mruczała i łasiła się z wdziękiem. Na statku powiła też pięcioro maluchów, co wcale nie przeszkodziło jej w pełnieniu obowiązków. Pewnego razu, kiedy okręt został ostrzelany przeżyła naprawdę trudne chwile, zwłaszcza, że kociątka były małe i wymagały jej troski i pomocy... Ale i z tym sobie poradziła.
Druga opowieść dotyczy pewnego ciekawego hotelu, gdzie pracują koty. Każdy gość po zameldowaniu w recepcji dostaje do pokoju kota. Jakże miło mieć mruczącego i ciepłego zwierzaka daleko od domu. Od razu sobie wyobraziłam, że też jestem gościem tego hotelu. Mrrr.
Trzecia historia pokazuje, że kot jest dobry na wszystko nawet na obłaskawienie naburmuszonego chłopca.
Czwarte opowiadanie mrozi krew w żyłach, bo kot ratuje swoich opiekunów od katastrofy. Bardzo wzruszająca historia o mądrości i miłości kociej.
Piąta opowieść jest o kocie, który był policjantem ochotnikiem. Mieszkał na komisariacie i rozpoznawał przestępców w oka mgnieniu. Był niezawodny w swoim wyczuciu.
W szóstej historii mamy niezwykłą przyjaźń pomiędzy kotem a niewidomym psem. Niezwykła opowieść o empatii, wyczuciu i wsparciu.
Siódme opowiadanie jest zabawne i ciekawe, bo dowiadujemy się w nim, że w pewnym mieście na Alasce kot jest burmistrzem, który z powodzeniem piastuje swój urząd od szesnastu lat.
Ósma opowieść jest o kotce przyjaciółce i opiekunce trójki rodzeństwa.
Dziewiąta traktuje o bardzo przebiegłej i mądralińskiej kotce.
Dziesiąta to opowieść o wielce dostojnym kocie, który miał ostateczny głos w doborze chłopaków swojej opiekunki. A nosa w tych sprawach miał doskonałego.
Bardzo ciepłe i przemiłe opowieści, polecam.
piątek, 27 października 2017
Ptaki śpiewają w Kigali - Wizyta w kinie
"Ptaki śpiewają w Kigali" to kolejny film małżeństwa Krauze, który obejrzałam. Szczególny i inny z wielu powodów: tematyki, tragedii rodzinnej twórców filmu podczas realizacji, samozaparcia w doprowadzeniu projektu do końca.
Bohaterkami filmu są kobiety: Anna, polska ornitolog i Claudine, Rwandyjka, córka współpracownika Anny. Polka bada w Rwandzie ginącą populację sępów. Badania przerywa wybuch masakrycznej wojny domowej, zdarzenia tragicznego w skutkach dla około miliona osób pochodzenia Tutsi. Wydarzenia dotykają bezpośrednio rodzinę Claudine, ona przeżyła jako jedyna ukryta w bagażu naukowym uciekającej z ociekającego krwią kraju ornitolog. Anna jest świadkiem bestialskiego zamordowania ojca Claudine. Niemniej, to nie wojna jest clou filmu a przeżycia głównych bohaterek, ich zmaganie się z traumą, niemoc odnalezienia się w zwyczajnym życiu. Trudności emocjonalne w relacjach pomiędzy nimi i innymi ludźmi. Strach, przerażenie, ucieczka w głąb siebie, odizolowanie od ludzi, zamknięcie w samotniach wewnętrznych i zewnętrznych.
To obraz nie dla każdego, bo trudna tematyka, bo klatki filmu przewijają się powoli, dając czas na przemyślenie, bo głównym postaciom towarzyszy ból, potworne wspomnienia i trudności z odnalezieniem się po przeżytej traumie. Obrazy są wyraziste do bólu a wrażliwcy mogą poczuć niesmak fizyczny. Film poprzetykany jest symboliką najczęściej pochodzącą z natury, niełatwą i przejmującą, czasem wręcz trudną do przyswojenia. Dało się to odczuć podczas seansu, bo kilka osób wyszło, sporo ludzi ziewało a niektórzy kręcili się z głośnymi sapnięciami. Ja po filmie zaniemówiłam i długo zbierałam się do zebrania jakiś słów, które opisałyby moje emocje i przemyślenia.
W filmie dużo jest kadrów pokazujących intensywne reakcje bohaterek. Ich wzajemne gwałtowne relacje są często trudne albo niezrozumiałe dla widza. Część zdarzeń dzieje się poza kadrem, dając pole do własnych interpretacji i dopowiedzeń. Ten film uczy patrzenia na przeżycia innych, zmusza do spojrzenia na sprawy trudne, uświadamia, krzyczy w ciszy.
Miałam wrażenie, że reżyserka filmu przekazała w filmie swoje przeżycia osobiste po śmierci męża. Tak jak w Tataraku, Krystyna Janda wylała swój ból słowami, tak Joanna Kos-Krauze pokazała go obrazami.
Bohaterkami filmu są kobiety: Anna, polska ornitolog i Claudine, Rwandyjka, córka współpracownika Anny. Polka bada w Rwandzie ginącą populację sępów. Badania przerywa wybuch masakrycznej wojny domowej, zdarzenia tragicznego w skutkach dla około miliona osób pochodzenia Tutsi. Wydarzenia dotykają bezpośrednio rodzinę Claudine, ona przeżyła jako jedyna ukryta w bagażu naukowym uciekającej z ociekającego krwią kraju ornitolog. Anna jest świadkiem bestialskiego zamordowania ojca Claudine. Niemniej, to nie wojna jest clou filmu a przeżycia głównych bohaterek, ich zmaganie się z traumą, niemoc odnalezienia się w zwyczajnym życiu. Trudności emocjonalne w relacjach pomiędzy nimi i innymi ludźmi. Strach, przerażenie, ucieczka w głąb siebie, odizolowanie od ludzi, zamknięcie w samotniach wewnętrznych i zewnętrznych.
To obraz nie dla każdego, bo trudna tematyka, bo klatki filmu przewijają się powoli, dając czas na przemyślenie, bo głównym postaciom towarzyszy ból, potworne wspomnienia i trudności z odnalezieniem się po przeżytej traumie. Obrazy są wyraziste do bólu a wrażliwcy mogą poczuć niesmak fizyczny. Film poprzetykany jest symboliką najczęściej pochodzącą z natury, niełatwą i przejmującą, czasem wręcz trudną do przyswojenia. Dało się to odczuć podczas seansu, bo kilka osób wyszło, sporo ludzi ziewało a niektórzy kręcili się z głośnymi sapnięciami. Ja po filmie zaniemówiłam i długo zbierałam się do zebrania jakiś słów, które opisałyby moje emocje i przemyślenia.
W filmie dużo jest kadrów pokazujących intensywne reakcje bohaterek. Ich wzajemne gwałtowne relacje są często trudne albo niezrozumiałe dla widza. Część zdarzeń dzieje się poza kadrem, dając pole do własnych interpretacji i dopowiedzeń. Ten film uczy patrzenia na przeżycia innych, zmusza do spojrzenia na sprawy trudne, uświadamia, krzyczy w ciszy.
Miałam wrażenie, że reżyserka filmu przekazała w filmie swoje przeżycia osobiste po śmierci męża. Tak jak w Tataraku, Krystyna Janda wylała swój ból słowami, tak Joanna Kos-Krauze pokazała go obrazami.
wtorek, 24 października 2017
Petit maluje wieżę Eiffla i inne opowiadania - Aniela Cholewińska – Szkolik
Wypożyczony z biblioteki.
Miś, niedźwiadek - kto z nas ich nie lubi albo nie miał ulubionego (pewnie takich osób jest niewiele). Miś to najpopularniejsza zabawka dziecięca od lat, to pierwszy przyjaciel i "wspieracz". Miś to przytulanka na tyle ważna, że ma nawet swoje święto w kalendarzu ( w tym roku przypada 25 Listopada).
Autorka napisała swoją książkę o misiach, którzy mają swoje przygody i to dziejące się w różnych krajach. Podróżujemy dzięki nim do Paryża, Rosji, Tanzanii, Grecji i Nowej Zelandii.
Misie: malują, szukają zagubionej rzeczy albo drogi do domu, rozwiązują problemy innych, starają się znaleźć wyjście z niełatwych sytuacji. Misie są prawdziwe i pluszowe, ale przede wszystkim są mądre, mówią, bawią, uczą i kochają. Każda przygoda ciekawa i opowiedziana ciepłym, łagodnym językiem.
To historie, które nas zaintrygowały i zmotywowały do sięgnięcia po kolejne opowieści o misiach, bo tak jest jedną z serii. Hura:)
Miś, niedźwiadek - kto z nas ich nie lubi albo nie miał ulubionego (pewnie takich osób jest niewiele). Miś to najpopularniejsza zabawka dziecięca od lat, to pierwszy przyjaciel i "wspieracz". Miś to przytulanka na tyle ważna, że ma nawet swoje święto w kalendarzu ( w tym roku przypada 25 Listopada).
Autorka napisała swoją książkę o misiach, którzy mają swoje przygody i to dziejące się w różnych krajach. Podróżujemy dzięki nim do Paryża, Rosji, Tanzanii, Grecji i Nowej Zelandii.
Misie: malują, szukają zagubionej rzeczy albo drogi do domu, rozwiązują problemy innych, starają się znaleźć wyjście z niełatwych sytuacji. Misie są prawdziwe i pluszowe, ale przede wszystkim są mądre, mówią, bawią, uczą i kochają. Każda przygoda ciekawa i opowiedziana ciepłym, łagodnym językiem.
To historie, które nas zaintrygowały i zmotywowały do sięgnięcia po kolejne opowieści o misiach, bo tak jest jedną z serii. Hura:)
Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? - Justyna Kopińska
Wyczekana w bibliotece.
Co powiedzieć skoro słów brakuje, co napisać skoro trudno w to uwierzyć, jak uwierzyć skoro to XXI wiek.
Autorka w oparciu o akta sądowe i sprawdzone źródła opisała los wychowanków domu dziecka u Sióstr Boromeuszek. ""Takich rzeczy jak nam tu siostry robią, to nawet w filmach akcji nie ma" - zeznał jeden z wychowanków. To była instytucja totalna, zamknięta dla ludzi z zewnątrz i zamykająca w swoim wnętrzu wszystkich i wszystko. Nie istniało życie prywatne ani praca, nie było wyjścia z tej sytuacji. Wszyscy skazani na siebie 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu, święty by zwariował, a co dopiero ludzie i to z problemami zakonno - patologicznymi. Wszyscy byli sobą przerażeni i zmęczeni. Siostry porwały się z motyką na słońce, niemniej pozostawiając ogromne szkody i wyrwy nie do zasypania.
Wychowankowie tej instytucji wymagały specjalistycznego wsparcia i opieki, na którą zakonnice nie były przygotowane ani wykształceniem, ani wsparciem ani samorozwojem. Było ich za mało do takiej ciężkiej psychicznie pracy, ale w ramach bezrozumnego posłuszeństwa zgadzały się na kolejne sieroty. Jedynym środkiem do panowania nad trudnymi dziećmi był system kar cielesnych i udręczanie psychiczne. Przykład szedł z góry, nie wolno się było z niego wyłamać, każde odstępstwo od narzuconej normy było karane okrutnie i przykładnie, a jak dalej nie dawano sobie rady to dodawano kolejne pomysły i osoby, czyli spirala się nakręcała a fala przemocy rozlewała się. Siostry czuły się bezkarne, bo nikt ich nie sprawdzał, ani instytucje świeckie ani kościelne. Nikt nie reagował, ani wychowawcy z zewnątrz, widzący przecież smutnych, posiniaczonych i obdartych wychowanków sierocińca, ani przełożeni zakonni czy księża.
Wszyscy ślepi i głusi, z podkulonymi ogonami, zamknięci na krzywdę innych.
Instytucje państwowe, publiczne, świeckie były ślepo podporządkowane hierarchii kościelnej, dlatego nie reagowały, przymykały oczy, nie słuchały, zasypywały otrzymywane informacje. Ludzie po prostu nie wierzyli, że siostry zakonne są zdolne do przemocy jakiejkolwiek. Znowu zapomniano, że to tylko ludzie pochodzący z jakiś rodzin, często trudnych, alkoholowych, z środowisk, z miejsc. Osoby z krwi i kości, z emocjami i charakterami. Nie należy o tym zapominać nigdy, zwłaszcza, jeśli oddaje im się w opiekę inne osoby.
Najsmutniejsze jest to, że naczelna siostra, nie uważała, że czyniła źle a wybrane przez nią metody "wychowawcze" są niegodne i naruszają godność drugiego człowieka. Uważała, że to dzieci się zmówiły, bo ona za swoją pracę dostawała poparcie władz i nagrody. Nie składała więc żalu za przewiny, umykała wszelkimi sposobami przed poniesieniem konsekwencji, nie widziała potrzeby pokuty za grzechy.
Nie mniej smutne jest to, że za tym stoją inne zakonnice a podtrzymuje to system, czyli cały zakon, który w obliczu faktów zaprzeczał - zaparł się. Wszyscy się wkręcali w tą spiralę zła i podłości.
Zawsze powtarzam, że "każdy święty ma swoje wykręty", bo był albo jest tylko człowiekiem.
Dobrze, że jednak znalazły się pojedyncze osoby, które mocno i dokładnie zainteresowały się sprawą i dopilnowały do końca jej wyjaśnienie. Otworzyły wrota, aby zło wyszło na światło dzienne, a bezbronne dzieci znalazły właściwszą opiekę.
Mogłabym pisać wiele o tej historii, ale pewnie jeszcze usłyszę nie jedną podobną, bo ludzie szybko zapominają i kolejni czynią zło, czasem nawet podobne. Warto sięgać po takie książki aby nie żyć w nieświadomości.
Co powiedzieć skoro słów brakuje, co napisać skoro trudno w to uwierzyć, jak uwierzyć skoro to XXI wiek.
"Piekło to inni" J.P.Sartre
Czytając tą książkę czułam niepokój i niedowierzanie, litość i wściekłość, furię i gorycz. Przypomniały mi się obrazy z filmu Siostry Magdalenki (choć i one przy tej historii były "delikatne") i inne filmy pokazujące lub przypominające o niegodziwościach duchownych, np. Spotlight, Tajemnica Filomeny. Powróciły też inne książki o podobnych występkach, oczywiście "Drewniany różaniec" i te o działaniach ludzi duchownych w Afryce i Ameryce Południowej min. Ruandzie.
To koszmar na ziemi, który zgotowali ludzie ludziom, dorośli dzieciom, kobiety potrzebującym miłości i opieki.
To koszmar, bo w cywilizowanym kraju w XX i XXI wieku, gdzie jest mnogość państwowych instytucji powołanych do różnych celów i funkcji, wszystkie zawiodły.
To koszmar, bo ludzie, którzy z racji swoich zawodów i wykształcenia powinni dbać o dobro dzieci nie zwracali uwagi, nie przyglądali się uważnie, nie wysnuwali wniosków albo udawali że niczego nie widzą. Co to za wychowawcy, nauczyciele, kuratorzy, itp., itd. którzy patrzą a nie widzą, słyszą a nie działają, czują a nie pomagają.
To koszmar, bo w mieście Zabrzu ludzie uwierzyli tylko jednej instytucji, kościelnej władzy w państwie świeckim. To straszne, że mentalnie Ci ludzie pozostali w Średniowieczu, gdzie kościół miał nieograniczoną władzę. To potworne, że ludzie zamiast chronić nie szanują tych najmłodszych i najsłabszych.
Przemoc fizyczna...
Przemoc psychiczna...
Przemoc seksualna...
Przemoc zbiorowa...
Autorka w oparciu o akta sądowe i sprawdzone źródła opisała los wychowanków domu dziecka u Sióstr Boromeuszek. ""Takich rzeczy jak nam tu siostry robią, to nawet w filmach akcji nie ma" - zeznał jeden z wychowanków. To była instytucja totalna, zamknięta dla ludzi z zewnątrz i zamykająca w swoim wnętrzu wszystkich i wszystko. Nie istniało życie prywatne ani praca, nie było wyjścia z tej sytuacji. Wszyscy skazani na siebie 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu, święty by zwariował, a co dopiero ludzie i to z problemami zakonno - patologicznymi. Wszyscy byli sobą przerażeni i zmęczeni. Siostry porwały się z motyką na słońce, niemniej pozostawiając ogromne szkody i wyrwy nie do zasypania.
Wychowankowie tej instytucji wymagały specjalistycznego wsparcia i opieki, na którą zakonnice nie były przygotowane ani wykształceniem, ani wsparciem ani samorozwojem. Było ich za mało do takiej ciężkiej psychicznie pracy, ale w ramach bezrozumnego posłuszeństwa zgadzały się na kolejne sieroty. Jedynym środkiem do panowania nad trudnymi dziećmi był system kar cielesnych i udręczanie psychiczne. Przykład szedł z góry, nie wolno się było z niego wyłamać, każde odstępstwo od narzuconej normy było karane okrutnie i przykładnie, a jak dalej nie dawano sobie rady to dodawano kolejne pomysły i osoby, czyli spirala się nakręcała a fala przemocy rozlewała się. Siostry czuły się bezkarne, bo nikt ich nie sprawdzał, ani instytucje świeckie ani kościelne. Nikt nie reagował, ani wychowawcy z zewnątrz, widzący przecież smutnych, posiniaczonych i obdartych wychowanków sierocińca, ani przełożeni zakonni czy księża.
Wszyscy ślepi i głusi, z podkulonymi ogonami, zamknięci na krzywdę innych.
Instytucje państwowe, publiczne, świeckie były ślepo podporządkowane hierarchii kościelnej, dlatego nie reagowały, przymykały oczy, nie słuchały, zasypywały otrzymywane informacje. Ludzie po prostu nie wierzyli, że siostry zakonne są zdolne do przemocy jakiejkolwiek. Znowu zapomniano, że to tylko ludzie pochodzący z jakiś rodzin, często trudnych, alkoholowych, z środowisk, z miejsc. Osoby z krwi i kości, z emocjami i charakterami. Nie należy o tym zapominać nigdy, zwłaszcza, jeśli oddaje im się w opiekę inne osoby.
Najsmutniejsze jest to, że naczelna siostra, nie uważała, że czyniła źle a wybrane przez nią metody "wychowawcze" są niegodne i naruszają godność drugiego człowieka. Uważała, że to dzieci się zmówiły, bo ona za swoją pracę dostawała poparcie władz i nagrody. Nie składała więc żalu za przewiny, umykała wszelkimi sposobami przed poniesieniem konsekwencji, nie widziała potrzeby pokuty za grzechy.
Nie mniej smutne jest to, że za tym stoją inne zakonnice a podtrzymuje to system, czyli cały zakon, który w obliczu faktów zaprzeczał - zaparł się. Wszyscy się wkręcali w tą spiralę zła i podłości.
Zawsze powtarzam, że "każdy święty ma swoje wykręty", bo był albo jest tylko człowiekiem.
Dobrze, że jednak znalazły się pojedyncze osoby, które mocno i dokładnie zainteresowały się sprawą i dopilnowały do końca jej wyjaśnienie. Otworzyły wrota, aby zło wyszło na światło dzienne, a bezbronne dzieci znalazły właściwszą opiekę.
Mogłabym pisać wiele o tej historii, ale pewnie jeszcze usłyszę nie jedną podobną, bo ludzie szybko zapominają i kolejni czynią zło, czasem nawet podobne. Warto sięgać po takie książki aby nie żyć w nieświadomości.
"Smutno mi Boże" (Juliusz Słowacki, "Hymn o zachodzie słońca na morzu").
Mały ślimak i wielka przygoda - Elżbieta Pałasz
Przechodząc pomiędzy regałami na wystawce pod tytułem "Zakupiono z Budżetu Partycypacyjnego" uwagę mojego dziecka przyciągnęła książeczka Elżbiety Pałasz i Marianny Jagody. Cóż, faktycznie okładka jest intrygująca i kolorowa, rysunki na niej niebanalne i urocze.
Po otwarciu książeczki od razu poczułyśmy zachętę do dalszego podążania za bohaterem, chłopcem o imieniu Jasio. Najpierw trochę poznajemy chłopca, mianowicie dowiadujemy się co Jasio lubi a czego nie. Dalej udajemy się z Jasiem i z jego mamą na plac zabaw, gdzie chłopiec zaczyna jeździć samochodzikiem. O mały włos nie przejeżdża ślimaka, ale w ostatniej chwili zauważa go i ratuje, co w konsekwencji staje się początkiem jego przygody. O przygodzie przeczytajcie sami, bo warto. Powiem tylko tyle, że przypomniałam sobie marzenia z dzieciństwa, żeby podejrzeć świat owadów z ich perspektywy.
Ogólnie warto sięgnąć po książkę, bo jest inna niż pozostałe. Inna, bo w niej można, a nawet trzeba rysować, pisać i robić wzory. To książka interaktywna, bo oprócz treści zawiera mnóstwo zadań dla dzieci - manualnych i logicznych, namawia do wymyślania i pisania, zachęca do zapamiętywania. Dzieci motywowane są do zabawy różnymi poleceniami i mogą wybrać to co im odpowiada. Zawiera piękne ilustracje, trochę dziecięce, bo rysowane prostą kreską za to bardzo barwne. Zewsząd wdzierają się na strony kolorowe kwiaty, owady, skrzaty i inne pomysłowe i inspirujące kształty.
Moje dziecko polubiło ją bardzo, chciało kilkukrotnego czytania i rozwiązywania zadań. Niech to będzie najlepszą zachętą do sięgnięcia po książkę.
Książka zawiera na końcu "Różne ciekawostki ze świata ślimaka" zaskakujące, proste i zachęcające do pogłębienia wiedzy. W książeczce znajdziemy również wierszyki o ślimaku.
To pozycja, którą mogą polubić nawet dzieci szybko zniechęcające się przy samym tylko czytaniu. To książka zachęcająca, pobudzająca i kreująca zainteresowanie.Polecam bardzo.
sobota, 21 października 2017
Tatarka - Renata Kosin
Wypożyczona w bibliotece.
Stało się przeczytałam Tatarkę, nie pamiętam z jakiego powodu sięgnęłam po pozycję. Czytało mi się dość przyjemnie, niemniej na koniec poczułam rozczarowanie. Autorka napisała 477 stron opowieści o kobietach, Tatarach, tajemnicy i uczuciach. Wszystko to całkiem ciekawe i miejscami wciągało, ale gdyby wyciąć 200 stron nie straciłoby na wartości. Autorka niektóre rozmowy przeciągała i wprowadzała jakieś zbędne rozmyślania. Nie mogłam doczekać się końca aby dowiedzieć się wreszcie czegoś konkretnego i choć tak się stało to po odkryciu tajemnicy napotkałam kolejną emocjonalną zasadzkę. Niby bohaterka to ciekawa i przebojowa dziewczyna, ale trafia uczuciowo jak kulą w płot, jej matka ma sporo tajemnic, zaś "babka ciotka" rozśmiesza i złości. W zasadzie bohaterkami są kobiety, bo mężczyźni albo pełnią pomniejsze, irytujące role, albo są jakimiś przesuwającymi się dość szybko i niespodziewanie obłoczkami.
W książce główna bohaterka Ksenia, jeszcze studiującą młoda kobieta przyjeżdża na wakacje do domu w Bujanach, w którym mieszka matka i przyszywana babka. Pewnego dnia Ksenia podsłuchuje ich rozmowę po której zaczyna baczniej przysłuchiwać się i popatrywać na ich działania. Powraca do sekretu rodzinnego związanego z informacją o tatarskim pochodzeniu pradziadka i próbuje go wyjaśnić. Oczywiście przeszkód na drodze nie brakuje, a najbardziej zaskakują te stawiane przez najbliższych. Mnożą się też pytania i postaci z przeszłości.
Przewijają się też wątki sympatii Kseni, które nie spełniają pokładanych w nich nadziei.
Pomimo rozczarowania to powieść, która przybliża krajobrazy Podlasia, kulturę tatarską i pradawne zwyczaje słowiańskie. Myślę, że ma też klimat, atmosferę i smak przyrządzanych potraw oraz niewątpliwie pobudza do poszukiwań śladów rodzinnych.
Stało się przeczytałam Tatarkę, nie pamiętam z jakiego powodu sięgnęłam po pozycję. Czytało mi się dość przyjemnie, niemniej na koniec poczułam rozczarowanie. Autorka napisała 477 stron opowieści o kobietach, Tatarach, tajemnicy i uczuciach. Wszystko to całkiem ciekawe i miejscami wciągało, ale gdyby wyciąć 200 stron nie straciłoby na wartości. Autorka niektóre rozmowy przeciągała i wprowadzała jakieś zbędne rozmyślania. Nie mogłam doczekać się końca aby dowiedzieć się wreszcie czegoś konkretnego i choć tak się stało to po odkryciu tajemnicy napotkałam kolejną emocjonalną zasadzkę. Niby bohaterka to ciekawa i przebojowa dziewczyna, ale trafia uczuciowo jak kulą w płot, jej matka ma sporo tajemnic, zaś "babka ciotka" rozśmiesza i złości. W zasadzie bohaterkami są kobiety, bo mężczyźni albo pełnią pomniejsze, irytujące role, albo są jakimiś przesuwającymi się dość szybko i niespodziewanie obłoczkami.
W książce główna bohaterka Ksenia, jeszcze studiującą młoda kobieta przyjeżdża na wakacje do domu w Bujanach, w którym mieszka matka i przyszywana babka. Pewnego dnia Ksenia podsłuchuje ich rozmowę po której zaczyna baczniej przysłuchiwać się i popatrywać na ich działania. Powraca do sekretu rodzinnego związanego z informacją o tatarskim pochodzeniu pradziadka i próbuje go wyjaśnić. Oczywiście przeszkód na drodze nie brakuje, a najbardziej zaskakują te stawiane przez najbliższych. Mnożą się też pytania i postaci z przeszłości.
Przewijają się też wątki sympatii Kseni, które nie spełniają pokładanych w nich nadziei.
Pomimo rozczarowania to powieść, która przybliża krajobrazy Podlasia, kulturę tatarską i pradawne zwyczaje słowiańskie. Myślę, że ma też klimat, atmosferę i smak przyrządzanych potraw oraz niewątpliwie pobudza do poszukiwań śladów rodzinnych.
Láska nebeská - Mariusz Szczygieł
Z biblioteki.
Do sięgnięcia po książkę Mariusza Szczygła zainspirował mnie on sam najpierw na Targach Książki a potem na spotkaniu autorskim. To człowiek, który przyciąga jakimś wewnętrznym magnetyzmem, kiedy opowiada chce mi się słuchać po wielokroć. Zaczęłam zatem wypożyczać książki rekomendowane i wydawane przez Pana Szczygła.
Zaczęłam od tej niewielkiej książeczki, zbioru felietonów, ciekawostek o Czechach i ich sposobie na życie i śmierć. Zadziwiły i rozczuliły mnie niektóre rozdziały, zwłaszcza ten o "chowaniu"zmarłych, najbardziej optymistycznej książce"Śmierć pięknych saren..." Ota Pavel, o fenomenie mówienia "Dzień dobry" nieznajomym i oczywiście o Jarze Cimermanie – czeskim bohaterze narodowym, który choć został wymyślony fantastycznie egzystuje w Czeskiej rzeczywistości.
Dzięki tym krótkim wypowiedziom, można: zapoznać się z Czeską mentalnością, zobaczyć jak patrzą na siebie i otaczający ich świat, przybliżyć sobie ich bohaterów, twórców, osoby znane i ważne. Autor pokazał ludzi zdystansowanych względem siebie, autoironicznych, mających poczucie humoru, którego np. Polakom brakuje. Z książki wyłania się obraz ugrzecznionego narodu, akceptującego swoje przywary i żyjącego nieśpiesznie. Korzystającego z radości dnia codziennego zgodnie z maksymą "Dopóki żyjesz, jedz i pij, po śmierci już nie będziesz miał żadnej radości".
Osobiście w Czechach podoba mi się ich zapał do czytania książek, ciekawe filmy, nieśpieszne życie, urocze krajobrazy oraz to, że są blisko.
Do sięgnięcia po książkę Mariusza Szczygła zainspirował mnie on sam najpierw na Targach Książki a potem na spotkaniu autorskim. To człowiek, który przyciąga jakimś wewnętrznym magnetyzmem, kiedy opowiada chce mi się słuchać po wielokroć. Zaczęłam zatem wypożyczać książki rekomendowane i wydawane przez Pana Szczygła.
Zaczęłam od tej niewielkiej książeczki, zbioru felietonów, ciekawostek o Czechach i ich sposobie na życie i śmierć. Zadziwiły i rozczuliły mnie niektóre rozdziały, zwłaszcza ten o "chowaniu"zmarłych, najbardziej optymistycznej książce"Śmierć pięknych saren..." Ota Pavel, o fenomenie mówienia "Dzień dobry" nieznajomym i oczywiście o Jarze Cimermanie – czeskim bohaterze narodowym, który choć został wymyślony fantastycznie egzystuje w Czeskiej rzeczywistości.
Dzięki tym krótkim wypowiedziom, można: zapoznać się z Czeską mentalnością, zobaczyć jak patrzą na siebie i otaczający ich świat, przybliżyć sobie ich bohaterów, twórców, osoby znane i ważne. Autor pokazał ludzi zdystansowanych względem siebie, autoironicznych, mających poczucie humoru, którego np. Polakom brakuje. Z książki wyłania się obraz ugrzecznionego narodu, akceptującego swoje przywary i żyjącego nieśpiesznie. Korzystającego z radości dnia codziennego zgodnie z maksymą "Dopóki żyjesz, jedz i pij, po śmierci już nie będziesz miał żadnej radości".
Osobiście w Czechach podoba mi się ich zapał do czytania książek, ciekawe filmy, nieśpieszne życie, urocze krajobrazy oraz to, że są blisko.
środa, 11 października 2017
Maudie - Wizyta w kinie
Przeuroczy, wzruszający, czasami zabawny, pełen prostoty obraz o życiu skromnej, delikatnej, życzliwej i ciepłej kobiety. Kobiety niezwykłej przez swoją prostolinijność, skromność i talent, żyjącej w ubogiej wiejskiej chatce na odludziu z mężem o specyficznym usposobieniu. Kobiety, która mimo trudnych i smutnych przeżyć z dzieciństwa i wczesnej młodości nie straciła pogody ducha, mimo choroby i trudności z poruszaniem się nie straciła chęci do uprawiania swojej pasji - malowania.
Film jest skromny w wyrazie, ukazuje tak jak i malarstwo głównej bohaterki, to co widzi się w zasięgu wzroku, to co znane, co otacza każdego dnia. Mogłoby się to wydawać nudne, nieciekawe i niewiele znaczące, niemniej nie dla Maudie, dla której wszystko ma znaczenie, jest interesujące i warte zobaczenia i pokazania. Wszystko co wychwytuje z otoczenia jest barwne, wesołe, nieco naiwne, ale przez to zrozumiałe i bliskie. Potrafiła z prostej, nieciekawej rzeczy zrobić barwną i oryginalną, z ubogiej i brudnej chatynki stworzyć dzieło, które przetrwało lata a obecnie jest zabytkiem w Galerii Sztuki w Nowej Szkocji. Widz śledzi na ekranie kadry z najbliższej okolicy i otoczenia bohaterki, jest tego niewiele, bo też miasteczko maleńkie, a jej chatka daleko od miasteczka wśród traw, jezior i lasów. Te skromne i proste obrazy skupiają się jednak na pokazaniu ich barw, zmienności, naturalności i zwykłym pięknie. Ukazują rośliny i zwierzęta, zmienność pogody i pór roku, przypominają o cyklach życia, prostocie natury, życiu i śmierci, miłości i potrzebie bliskości drugiej osoby. To wszystko właśnie Maud maluje i pokazuje w swoich obrazkach. Maluje je wszędzie i na wszystkim: ścianach, sprzętach domowych, szybie, drzwiach, schodach, kartkach papieru, deseczkach. Jej styl jest trochę prymitywny, naiwny, dziecięcy, niemniej barwny, radosny, pozytywny, płynący z duszy. Każdy obraz to jej wizja świata, to jej dziecko, to jej radość, miłość i pasja.
Jestem pod ogromnym wrażeniem tego filmu, gry aktorskiej, zdjęć i oczywiście historii życia malarki. To bardzo rozczulająca opowieść o skromności życia, radości i satysfakcji, spełnieniu i miłości, chwytania każdego dnia i czerpania z niego jak największej radości. To film, który nie tylko porusza serca widzów, ale też jury w wielu krajach. Gra Sally Hawkins i Ethana Hawke zasługuje na gratulacje.
Maudie” opowiada o życiu kanadyjskiej malarki Maud Lewis, która mimo śmierci rodziców, postępującej choroby, odrzuceniu przez resztę "najbliższej" rodziny, nie poddała się i cieszyła się każdym dniem, jaki los jej przydzielił. Żyła bardzo skromnie wraz ze swoim mężem Everett'em w Nowej Szkocji malując obrazy na wszystkim co wpadło jej w ręce. Wiadomości o jej talencie roznosiły się po coraz dalszej "okolicy", coraz więcej ludzi chciało mieć obrazek lub kartkę Maudie Lewis, jednym z zamawiających był nawet prezydent Nixon.
Film jest skromny w wyrazie, ukazuje tak jak i malarstwo głównej bohaterki, to co widzi się w zasięgu wzroku, to co znane, co otacza każdego dnia. Mogłoby się to wydawać nudne, nieciekawe i niewiele znaczące, niemniej nie dla Maudie, dla której wszystko ma znaczenie, jest interesujące i warte zobaczenia i pokazania. Wszystko co wychwytuje z otoczenia jest barwne, wesołe, nieco naiwne, ale przez to zrozumiałe i bliskie. Potrafiła z prostej, nieciekawej rzeczy zrobić barwną i oryginalną, z ubogiej i brudnej chatynki stworzyć dzieło, które przetrwało lata a obecnie jest zabytkiem w Galerii Sztuki w Nowej Szkocji. Widz śledzi na ekranie kadry z najbliższej okolicy i otoczenia bohaterki, jest tego niewiele, bo też miasteczko maleńkie, a jej chatka daleko od miasteczka wśród traw, jezior i lasów. Te skromne i proste obrazy skupiają się jednak na pokazaniu ich barw, zmienności, naturalności i zwykłym pięknie. Ukazują rośliny i zwierzęta, zmienność pogody i pór roku, przypominają o cyklach życia, prostocie natury, życiu i śmierci, miłości i potrzebie bliskości drugiej osoby. To wszystko właśnie Maud maluje i pokazuje w swoich obrazkach. Maluje je wszędzie i na wszystkim: ścianach, sprzętach domowych, szybie, drzwiach, schodach, kartkach papieru, deseczkach. Jej styl jest trochę prymitywny, naiwny, dziecięcy, niemniej barwny, radosny, pozytywny, płynący z duszy. Każdy obraz to jej wizja świata, to jej dziecko, to jej radość, miłość i pasja.
Jestem pod ogromnym wrażeniem tego filmu, gry aktorskiej, zdjęć i oczywiście historii życia malarki. To bardzo rozczulająca opowieść o skromności życia, radości i satysfakcji, spełnieniu i miłości, chwytania każdego dnia i czerpania z niego jak największej radości. To film, który nie tylko porusza serca widzów, ale też jury w wielu krajach. Gra Sally Hawkins i Ethana Hawke zasługuje na gratulacje.
Maudie” opowiada o życiu kanadyjskiej malarki Maud Lewis, która mimo śmierci rodziców, postępującej choroby, odrzuceniu przez resztę "najbliższej" rodziny, nie poddała się i cieszyła się każdym dniem, jaki los jej przydzielił. Żyła bardzo skromnie wraz ze swoim mężem Everett'em w Nowej Szkocji malując obrazy na wszystkim co wpadło jej w ręce. Wiadomości o jej talencie roznosiły się po coraz dalszej "okolicy", coraz więcej ludzi chciało mieć obrazek lub kartkę Maudie Lewis, jednym z zamawiających był nawet prezydent Nixon.
poniedziałek, 9 października 2017
Powiernik królowej - Wizyta w kinie
Poszłam na ten film ze względu na Judi Dench (jedna z moich ulubionych aktorek). Wiedziałam na jaką historię idę, więc obserwowałam fabułę bez napięcia, za to uważnie skupiłam się na królowej Wiktorii.
W początkowej fazie filmu widziałam starą zmęczoną życiem kobietę. Męczyło ją wszystko: wstawanie, toaleta, ubieranie, posiłki, przemieszczanie się, każdy obowiązek był torturą. Strasznie męczyły ją dworskie ceremoniały i zachowania otoczenia. Była znudzona i zgorzkniała, samotna i sama. Ukochany Albert zmarł wiele lat temu, pożegnała też Johna Browna, dzieci porozjeżdżały się po całej Europie, wiele z nich to pasmo rozczarowań, zwłaszcza następca tronu. Wokół nieprzebrane rzesze interesownych dworzan.Wydawałoby się, że nic ciekawego nie zdarzy się w życiu tej starszej Pani.
Nic bardziej mylnego, bo życie jest pełne ciekawostek, niespodzianek, zaskakujących zwrotów akcji. I oto pewnego dnia na dworze pojawia się z absurdalną misją Abdul Karim, indyjski muzułmanin. Młody, miły w obyciu, uroczy, nieco naiwny, prostolinijny, zauroczony zbytkiem i królową młodzian. Po poznaniu go królowa ożywia się, chce jej się powrócić do życia, znajduje uciechy w nauce języka, poznawaniu historii, "szaleństwach" typu spacer po wrzosowiskach czy wyprawa do domku nad jeziorem, itp.
Oczywiście ta relacja, coraz bardziej pogłębiająca się duchowo i emocjonalnie, nie jest w smak dworzanom, służbie a najbardziej najbliższej rodzinie. Dochodzi do buntu, ogromnego niezadowolenia na niskich i wysokich szczeblach. Nienawiść w stosunku do Abdula jest widoczna i odczuwalna na każdym kroku, zresztą on sam korzysta z łaski i nie boi się tego pokazywać, prowokuje swoją innością i apanażami.
Wedle źródeł w oparciu o które reżyser nakręcił film zażyłość trwała około 15 lat, czego niestety nie udało się uchwycić w tym obrazie, są tylko migawki i wybrane historie. Może to przeszkadzać, jeśli ktoś przywiązuje wagę do płynności, dat i faktów, jeśli traktuje historię luźno to nie będzie to przeszkodą.
Powiernik królowej to nie jest wyjątkowe czy ambitne dzieło, ale przyjemne i zabawne filmidło. Aby popatrzeć na bogatych, pośmiać się z ich przywar i abstrakcyjnych problemów. Pochylić głowę nad starszą królową, która mimo władzy i pieniędzy jest samotna i chora, tęskni za czymś zwykłym, normalnym i serdecznym, za ciepłem i miłością, odrobiną słońca w duszy.
Nie zawiodłam się na grze Judi Dench, wielka aktorka i dama nic nie tracąca ze swojego czaru.
W początkowej fazie filmu widziałam starą zmęczoną życiem kobietę. Męczyło ją wszystko: wstawanie, toaleta, ubieranie, posiłki, przemieszczanie się, każdy obowiązek był torturą. Strasznie męczyły ją dworskie ceremoniały i zachowania otoczenia. Była znudzona i zgorzkniała, samotna i sama. Ukochany Albert zmarł wiele lat temu, pożegnała też Johna Browna, dzieci porozjeżdżały się po całej Europie, wiele z nich to pasmo rozczarowań, zwłaszcza następca tronu. Wokół nieprzebrane rzesze interesownych dworzan.Wydawałoby się, że nic ciekawego nie zdarzy się w życiu tej starszej Pani.
Nic bardziej mylnego, bo życie jest pełne ciekawostek, niespodzianek, zaskakujących zwrotów akcji. I oto pewnego dnia na dworze pojawia się z absurdalną misją Abdul Karim, indyjski muzułmanin. Młody, miły w obyciu, uroczy, nieco naiwny, prostolinijny, zauroczony zbytkiem i królową młodzian. Po poznaniu go królowa ożywia się, chce jej się powrócić do życia, znajduje uciechy w nauce języka, poznawaniu historii, "szaleństwach" typu spacer po wrzosowiskach czy wyprawa do domku nad jeziorem, itp.
Oczywiście ta relacja, coraz bardziej pogłębiająca się duchowo i emocjonalnie, nie jest w smak dworzanom, służbie a najbardziej najbliższej rodzinie. Dochodzi do buntu, ogromnego niezadowolenia na niskich i wysokich szczeblach. Nienawiść w stosunku do Abdula jest widoczna i odczuwalna na każdym kroku, zresztą on sam korzysta z łaski i nie boi się tego pokazywać, prowokuje swoją innością i apanażami.
Wedle źródeł w oparciu o które reżyser nakręcił film zażyłość trwała około 15 lat, czego niestety nie udało się uchwycić w tym obrazie, są tylko migawki i wybrane historie. Może to przeszkadzać, jeśli ktoś przywiązuje wagę do płynności, dat i faktów, jeśli traktuje historię luźno to nie będzie to przeszkodą.
Powiernik królowej to nie jest wyjątkowe czy ambitne dzieło, ale przyjemne i zabawne filmidło. Aby popatrzeć na bogatych, pośmiać się z ich przywar i abstrakcyjnych problemów. Pochylić głowę nad starszą królową, która mimo władzy i pieniędzy jest samotna i chora, tęskni za czymś zwykłym, normalnym i serdecznym, za ciepłem i miłością, odrobiną słońca w duszy.
Nie zawiodłam się na grze Judi Dench, wielka aktorka i dama nic nie tracąca ze swojego czaru.
piątek, 6 października 2017
Polskie morderczynie - Katarzyna Bonda

Książka Katarzyny Bondy, to wytrawny dokument, doskonale opracowany językowo i artystycznie. Rzetelny, nie oceniający, pokazujący różne oblicza ludzkich postępowań. Książka to wynik jej kilkuletniej pracy, w tym rozmów z bohaterkami, specjalistami i funkcjonariuszami więziennictwa. To relacje, które podczas czytania budzą różne emocje, wzruszają, bolą, zastanawiają albo budzą wściekłość, niemniej nie pozostawiają obojętnymi.
Autorka podjęła wyzwanie przedstawienia czytelnikom historii kilku kobiet, które popełniły najtragiczniejsze przestępstwo - zabiły człowieka.
Starała się przedstawić swoje bohaterki bez manipulacji, fikcji i własnych dodatków, co odniosło moim zdaniem doskonały skutek. Dało rzeczowy i rzeczywisty materiał, z którym to czytelnik może dowolnie postąpić. Każdy rozdział to jedna historia, jedna kobieta, jedna zabójczyni. Najpierw to bohaterka przedstawiała siebie, opowiadała o rodzinie, przeżyciach, podjętych decyzjach i wyborach. Po tych opowieściach autorka zamieściła metryczkę skazanej a następnie dopowiedziała losy kobiet i opisała dokonany czyn zgodnie z aktami sądowymi, opiniami biegłych i specjalistów. W podsumowaniu dodała historie z "aktualnego życia". Katarzyna Bonda pozwoliła swoim bohaterkom na swobodne wypowiedzi i opowieści, pozostawiając czytelnikowi pole do przemyśleń i wydania własnej opinii.
Bohaterki, a jest ich 14, łączy jedno, otóż wszystkie zostały skazane na podstawie jednego paragrafu - 148 KK, po za tym różni je wszystko, pochodzą z różnych domów, środowisk, mają różne charaktery, wykształcenie, sytuację rodzinną. Mamy tu kobiety, które zabiły, bo przelała się czara goryczy, bo nie wytrzymały wieloletniego bicia, upokarzania, gwałcenia, ale mamy też takie, które zabiły z pobudek zazdrości lub niemocy. Znajdziemy również takie które zrobiły to dla "korzyści" materialnych i wreszcie takie, które zabiły z kompletnie niezrozumiałych przesłanek, bestialsko i bezdusznie. 13 bohaterek popełniło zbrodnie raz, część z nich żałuje i wstydzi się tego, część nie przyznaje do czynu, część niewiele sobie z tego robi. Większość jednak starała się odnaleźć w życiowej sytuacji wynajdując dla siebie jakieś misje, zajęcia, prace, pomoc i opiekę nad innymi, itd.
Te osoby, a raczej ich czyny budzą zapytania o praprzyczyny, źródła i motywy. Łatwiej jest zrozumieć postępowanie kobiety pochodzącej z patologicznej rodziny, która z przemocą żyła na co dzień, zdecydowanie trudniej tej wychowanej w kochającej się rodzinie. Zastanawiało mnie co spowodowało, że kobieta, która wykształciła się na lekarkę zabiła kobietę, matkę dziecka? Albo kochająca żona i matka traci głowę i zabija stołkiem starszą panią dla korzyści materialnej. Najbardziej bestialska była dla mnie zbrodnia dokonana na maturzyście w Lasku Młocińskim. Niepojęte na starszych paniach, które pomagały i okazały serce.Te historie pokazują po raz kolejny, że ludzie to nie są proste, jednowymiarowe mechanizmy, ale skomplikowane i niezrozumiałe. Każdy przypadek jest indywidualny i wymaga dokładnego przyjrzenia się i rozłożenia na czynniki pierwsze.
Ciekawa dla mnie była rozmowa z dyrektor Zakładu Karnego dla kobiet w Lublińcu. Ta doświadczona kobieta obcująca na co dzień od wielu lat z zabójczyniami stara się pokazać i scharakteryzować przemoc w postaci kobiecej. Przybliża czytelnikowi pewne mechanizmy, wspólne cechy, motywacje i narzędzia charakterystyczne dla morderczyń. Daje wyjaśnienia dla pojawiających się w trakcie lektury niektórych pytań, pomaga "zrozumieć".
Książka zapadająca w pamięć, dająca duże możliwości do rozmyślań.
niedziela, 1 października 2017
Frantz - wizyta w kinie
Najnowszy film Françoisa Ozona okazał się dla mnie pełen nostalgii, wspomnień, tęsknoty, oczekiwania i marzeń. Przeniósł mnie w czasy tuż po I Wojnie Światowej do roku 1919. W jednym z wielu niewielkich niemieckich miasteczek panuje atmosfera powojennych smutków i żali, poczucia strat i tęsknot za najbliższymi, którzy oddali życie za ojczyznę. Młoda dziewczyna chodzi codziennie na grób swojego narzeczonego, który poległ gdzieś we Francji. Pewnego dnia spotyka na cmentarzu młodego chłopaka, jak się niebawem okazuje Francuza Adriena Rivoire'a, długo rozsiewającego wokół siebie atmosferę tajemniczości. Odkrywa przed dziewczyną i jej opiekunami, że jest francuskim przyjacielem zabitego podczas wojny Frantza Hoffmeistera, narzeczonego i syna. Nieznajomy zyskuje zaufanie pogrążonych w żałobie, opowiada im historie, które wspólnie przeżył z Frantzem, wiernym przyjacielem. Matka i ojciec są mu wdzięczni, odzyskują chęć do powrotu do siebie i życia, Anna jakby obudzona na nowo zakochuje się w nim. Porywy serca, rozczarowania, niespełnienia, oczekiwania i nadzieja dają poczucie nowej miłości, ale nic bardziej złudnego.
Z małego miasteczka jedziemy z Anną do Francji. Przy okazji pozyskujemy garść informacji jak Francuzi przeżywają smutek powojenny, nieutulony żal do agresorów. Analogiczne zachowania, chęć odwetu za poniesione krzywdy.
Wędrujemy po Paryżu, analizujemy i rozważamy razem z głównymi bohaterami.
Gnębiciele i zwycięzcy, pogromcy i pokonani, ale zarówno po jednej jak i po drugiej stronie młodzi ludzie. Wysłani przez ojców ukochani synowie, którzy z honorem mieli bronić ojczyzny, ale przed czym, po co, dlaczego, przecież to nie oni wywołali tą wojnę, (zresztą nie pierwszą i nie ostatnią). Jak to zazwyczaj bywa: wielcy i ważni rozpętują, mali i nieważni muszą ją podtrzymywać a w końcu gasić. Wysłani często wbrew sobie i swoim przekonaniom. Nie pogodzeni, giną na progu swojego życia i ślad po nich zanika. Jak to w takich sytuacjach pokonani nie cierpią wygranych, zaś wygrani mają żal do pokonanych, że zniszczyli ich ojczyznę, zabili im synów.
Film nieoczywisty, bo widz nie wie co za chwilę się wydarzy, zaskakujący do końca, pozostawiający miejsce na własne pomysły i dopowiedzenia. Ozon nie posłużył się utartymi schematami, emocjonalnymi podchodami czy popularnymi sloganami. Trzymał widza w niepewności do samego końca, karmił każdym następnym kadrem.
Frantz w zasadzie utrzymany jest w konwencji czarno-białej a kolory ukazują się widzowi w sytuacjach o wyjątkowym znaczeniu dla bohaterów. Oglądając film miałam wrażenie realności obrazu, bo twórcy filmu stworzyli arcyciekawą atmosferę, scenografię, kostiumy, a także charakteryzację postaci. Otulili całość w doskonałą muzykę i podali widzowi, aby się nacieszył i posmucił. Postaci tego dramatu nie są tuzinkowe, pałają prawdziwymi emocjami, które udzielają się widzowi. Niektórzy bohaterowie z rozgoryczonych przechodzą przemianę i wybaczają. Młoda dziewczyna po okresie żałoby zakochuje się na nowo, matka powraca we wspomnieniach do wspaniałych chwil spędzonych w przeszłości z synem. Młody chłopak poszukuje rodziny równolatka, z którym los zetknął go na wojnie. Bohaterowie w tym filmie są prawdziwi, majestatyczni, zagadkowi, ciepli i otwarci na los.
Ozonowi udało się zebrać wspaniałą obsadę, każda postać była autentyczna i przekonywująca. Paula Beer jako Anna pełna smutku, wspomnień i oczekiwania na coś na co nie ma już szansy. Majestatyczna, z mnóstwem gracji i wdzięku, delikatna, zaskakująca częstymi zwrotami zachowania. Otoczona kochającymi ją rodzicami zmarłego narzeczonego granymi przez Marie Gruber i Ernsta Stötzner'a, szczerymi, wrażliwymi i kochającymi się ludźmi. Główna rola męska przypadła Pierre’owi Niney z którym tak jak i z pozostałymi aktorami zetknęłam się pierwszy raz. Stworzona przez niego postać jest pełna tragizmu, żalu i bólu z powodu traum wojennych. Ten delikatny arystokrata nie był przygotowany na wydarzenia i szarą rzeczywistość na polu bitwy.
Reżyser zajął się w filmie zagadnieniem kłamstwa, które w zasadzie jest negatywnym postępowaniem, niemniej czasami okazuje się usprawiedliwione i znieczulające. Ozon pokazał, że nie ma oczywistości i każda sytuacja wymaga indywidualnego podejścia, u niego kłamstwo jest ratunkiem w trudnych sytuacjach, a nieumiejętnie wypowiedziana prawda ostrym sztyletem. W filmie mnóstwo jest ulotnych zdarzeń, nieuchwytnych emocji, powiewów smutku i żalu.
To prawdziwa uczta duchowa i emocjonalna, pozostawiająca dużo miejsca na przemyślenia i szukanie rozwiązań. Polecam z całą mocą, bo to film na naprawdę wysokim poziomie intelektualnym.
sobota, 30 września 2017
Singielka i Otello. Na zakręcie - Hanna Bakuła
I znowu, gdyby nie DKK przegapiłabym ciekawą pozycję. Ciekawa była dla mnie pod kątem poznawczym, językowym i kulturowym. Czytałam ją najpierw spokojnie, następnie ze śmiechem na ustach a pod koniec ze współczuciem.
Czasami otwierałam oczy ze zdumienia, bo nie mogłam uwierzyć, że urodzona singielka robi sobie takie numery. Pakuje się w takie zaspy, z których trudno się wydostać i odnosi całkiem duże obrażenia.
Nie mogłam się też oprzeć wrażeniu, że książka oparta jest o doświadczenia życiowe pisarki, bardzo wiele szczegółów występujących w książce odnalazłam w życiu autorki. Niemniej jest to pozycja zabawna, ironiczna, napisana bardzo żywym językiem z manierą warszawsko-artystyczną. Czytając pozycję Pani Bakuły zagłębiłam się w klimaty Saskiej Kępy, towarzystwa wolnego od trosk finansowych, bywających w kraju i za granicą, mających ciekawe życie kulturalne i intelektualne. Autorka pokazała czytelnikom, co można robić gdy człowiek nie wprowadza w swoje życie ograniczeń lub odwrotnie. Jak można spędzać czas samemu i na dodatek cieszyć się tym.
Bohaterka Molly wewnętrzna i zadeklarowana singielka, malarka, artystka, niezależna, dobrze sytuowana, z wieloma znajomościami w kraju i za granicą. Po kilku małżeństwach, bezdzietna, nie obarczona pozostałościami po związkach.
W fazie początkowej książki zaczyna odczuwać potrzebę bycia z kimś na dłużej i bardziej stadnie. O dziwo jej wybór pada na starszego od niej i zaniedbanego docenta UW. Całe jej grono przyjaciół dziwi się jej wyborowi, ale ona nie zrażona tworzy tego kochanka od podstaw, kreuje go na swoją modlę i potrzebę. Miałam wrażenie, że wzoruje się na książce "Kiedy byłem dziełem sztuki" autorstwa Erica-Emmanuela Schmitta. Ubiera swoją sztukę, pokazuje w środowisku, wozi po świecie, uczy i wykorzystuje do seksu. Te zabiegi wytrącają ją z jej słusznie obranej drogi singielki, działają na jej niekorzyść, zakłócają spokój zewnętrzny i wewnętrzny, w końcu przychodzi przebudzenie i rozczarowanie.
W książce autorka umieściła też wątek prywatny dotyczący operacji plastycznej, nieudanej zresztą, z bolesnymi powikłaniami.
Miło było poczytać o swobodzie życia Molly, która żyje niezależnie finansowo, łatwo realizuje swoje potrzeby, ma przyjaciół i znajomych w wielu krajach. Ma talent z którego żyje dostatnio i może robić sobie wiele cudownych przyjemności.
Podróżowałam z bohaterką do Nowego Jorku, Francji, Krakowa, poruszałam się za autorką po moim ulubionym mieście Warszawie ze swobodą i znajomością miejsc i ulic.
Historia Hanny Bakuły pokazuje, że nawet doświadczona singielka wpada czasem w czarną dziurę, że daje się wciągnąć w sieć mocno utkaną przez "Szelobę" z której potem trudno się wyrwać. Uwolniona po takim związku ma ochotę na detoksykację i wielką swobodę.
Taka konkluzja mnie naszła, że mężczyźni i kobiety to istoty tak bardzo różne, ale które o dziwo lgną do siebie, czasem nawet na przekór wszystkiemu.
Autorka ozdobiła swoją książkę własnymi rysunkami.
poniedziałek, 25 września 2017
Burka miłości - Reyes Monforte
Z biblioteki.
Przyznam, że sięgnęłam po tą książkę tylko dlatego, że po tytule oczekiwałam trochę innej treści. Czytanie podobnych schematycznie książek zarzuciłam kilka lat temu, dlatego na początku byłam niezadowolona, ale w tej schemat postępowania bohaterów był nieco inny, dlatego pozostałam przy niej i doczytałam. Czyta się ją szybko, bo napisana jest bardzo oczywiście.
Ogólnie schemat podobny tylko postępowanie głównych bohaterów odróżnia ją od pozostałych. Mamy zatem miłość młodej europejki do muzułmanina, wyjazd do jego kraju pochodzenia, narodziny dziecka, kłopoty z powrotem, upokorzenia ze strony teściowej, itd... Z tą różnicą, można by rzec zasadniczą, że ten wybranek kocha ją i szanuje i tak samo jak ona pragnie wyrwania się ze swojego rodzinnego kraju.
Młoda, zbuntowana Maria ucieka z Majorki do Anglii, zostawiając oszołomioną rodzinę. Próbuje szczęścia jako pracownica fabryki przetwórstwa wieprzowiny, firmy handlującej słodyczami a wreszcie w zakładzie pakującym zegarki do sprzedaży bezcłowej na pokładach samolotów. Pewnego razu w urzędzie pracy poznaje 15 lat starszego Nasrada, Afgańczyka, w którym zakochuje się na zabój. Po wzajemnym miesięcznym poznaniu postanawiają zamieszkać razem, ona coraz bardziej zafascynowana kulturą i religią ukochanego odcina się od nielicznych własnych znajomych i nie kontaktuje się z rodziną. Całym jej światem staje się mąż. Fakt, że ten związek jest pełen miłości i poszanowania swoich praw i potrzeb. Maria związała się z mężczyzną, który dbał o nią, dawał jej poczucie bezpieczeństwa i możliwość wolnych wyborów. Ona za to wszystko konsultowała z mężem, był dla niej przewodnikiem, mentorem, przyjacielem, mężem i ojcem ukochanych dzieci. Nie wyobrażała sobie chwil bez niego. Dlatego wybrała się z nim w daleką i niebezpieczną podróż do kraju, którego nie znała, o którym nie wiele wiedziała, a już na pewno nie była przygotowana na to co tam zastanie.
Potem wpada się w około schematyczne historie....
Maria doświadcza w Afganistanie trudów zwykłego i ubogiego życia, przemoc psychiczną ze strony teściowej, ból porodów i powikłanie, brak praw dla kobiet i całą gamę niebezpieczeństw czyhających na każdym kroku ze strony talibów.
Żeby tego było mało boryka się z niemożnością uzyskania pomocy w ambasadzie Hiszpańskiej.
Brak pieniędzy, pracy, praw, jedzenia i strach towarzyszył jej i jej rodzinie każdego dnia. To bardzo trudne i smutne doświadczenie, kiedy matka i dzieci żyją głównie w czterech ścianach.
Historia kończy się w zasadzie happy endem.
Autorka wplotła w treść wiele informacji o sytuacji w Afganistanie pod panowaniem talibów. Treści o ogromie bezprawia, ograniczeniu praw kobiet do zera, nieistotności dzieci, karaniu mężczyzn nawet za drobne uchybienia. Podaje przykłady drastyczne i bolesne, które oblewają czytelnika zimnym albo gorącym strumieniem. W książce pokazała również jak Talibowie skomplikowali najprostsze elementy życia, do już codziennej biedy i trudów dodali cofnięcie kulturowe, zabrali elementarne prawa do życia drugiej części społeczeństwa, zasiali strach i śmierć. Karali bez uzasadnień, sądów, okradali, głodzili, zakazali edukacji i dostępu do wiadomości. Urządzali w miejscach publicznych pokazowe wyroki: kamienowanie, linczowanie, zabijanie z broni palnej
Nie oceniam bohaterki ani jej postępowania, niemniej nie pozyskała mojej sympatii, czasami mnie irytowała swoim uzależnieniem i chęcią bycia super miłą dla rodziny Nasrada. Nie była może kobietą bluszczem, ale to jej zapatrzenie i oddanie mężowi trąciło jakimś uzależnieniem. Zostawiła bez żalu swoją rodzinę, kochającą i tęskniącą, w której zawsze dostawała wsparcie i pomoc. Była zła na siostrę kiedy ta z troski pytała ją czy mąż ją dobrze traktuje a jednocześnie wołała do siostry o pomoc w wyrwaniu jej z kraju ukochanego.
To książka łatwa w odbiorze i przekazie, dla szerokiego kręgu czytelniczego, bo taki jest styl pisarski Reyes Monforte. Niemniej niesie sporo informacji i ostrzeżeń dla niedoinformowanych Europejczyków, zwłaszcza niestety Europejek.
Przyznam, że sięgnęłam po tą książkę tylko dlatego, że po tytule oczekiwałam trochę innej treści. Czytanie podobnych schematycznie książek zarzuciłam kilka lat temu, dlatego na początku byłam niezadowolona, ale w tej schemat postępowania bohaterów był nieco inny, dlatego pozostałam przy niej i doczytałam. Czyta się ją szybko, bo napisana jest bardzo oczywiście.
Ogólnie schemat podobny tylko postępowanie głównych bohaterów odróżnia ją od pozostałych. Mamy zatem miłość młodej europejki do muzułmanina, wyjazd do jego kraju pochodzenia, narodziny dziecka, kłopoty z powrotem, upokorzenia ze strony teściowej, itd... Z tą różnicą, można by rzec zasadniczą, że ten wybranek kocha ją i szanuje i tak samo jak ona pragnie wyrwania się ze swojego rodzinnego kraju.
Młoda, zbuntowana Maria ucieka z Majorki do Anglii, zostawiając oszołomioną rodzinę. Próbuje szczęścia jako pracownica fabryki przetwórstwa wieprzowiny, firmy handlującej słodyczami a wreszcie w zakładzie pakującym zegarki do sprzedaży bezcłowej na pokładach samolotów. Pewnego razu w urzędzie pracy poznaje 15 lat starszego Nasrada, Afgańczyka, w którym zakochuje się na zabój. Po wzajemnym miesięcznym poznaniu postanawiają zamieszkać razem, ona coraz bardziej zafascynowana kulturą i religią ukochanego odcina się od nielicznych własnych znajomych i nie kontaktuje się z rodziną. Całym jej światem staje się mąż. Fakt, że ten związek jest pełen miłości i poszanowania swoich praw i potrzeb. Maria związała się z mężczyzną, który dbał o nią, dawał jej poczucie bezpieczeństwa i możliwość wolnych wyborów. Ona za to wszystko konsultowała z mężem, był dla niej przewodnikiem, mentorem, przyjacielem, mężem i ojcem ukochanych dzieci. Nie wyobrażała sobie chwil bez niego. Dlatego wybrała się z nim w daleką i niebezpieczną podróż do kraju, którego nie znała, o którym nie wiele wiedziała, a już na pewno nie była przygotowana na to co tam zastanie.
Potem wpada się w około schematyczne historie....
Maria doświadcza w Afganistanie trudów zwykłego i ubogiego życia, przemoc psychiczną ze strony teściowej, ból porodów i powikłanie, brak praw dla kobiet i całą gamę niebezpieczeństw czyhających na każdym kroku ze strony talibów.
Żeby tego było mało boryka się z niemożnością uzyskania pomocy w ambasadzie Hiszpańskiej.
Brak pieniędzy, pracy, praw, jedzenia i strach towarzyszył jej i jej rodzinie każdego dnia. To bardzo trudne i smutne doświadczenie, kiedy matka i dzieci żyją głównie w czterech ścianach.
Historia kończy się w zasadzie happy endem.
Autorka wplotła w treść wiele informacji o sytuacji w Afganistanie pod panowaniem talibów. Treści o ogromie bezprawia, ograniczeniu praw kobiet do zera, nieistotności dzieci, karaniu mężczyzn nawet za drobne uchybienia. Podaje przykłady drastyczne i bolesne, które oblewają czytelnika zimnym albo gorącym strumieniem. W książce pokazała również jak Talibowie skomplikowali najprostsze elementy życia, do już codziennej biedy i trudów dodali cofnięcie kulturowe, zabrali elementarne prawa do życia drugiej części społeczeństwa, zasiali strach i śmierć. Karali bez uzasadnień, sądów, okradali, głodzili, zakazali edukacji i dostępu do wiadomości. Urządzali w miejscach publicznych pokazowe wyroki: kamienowanie, linczowanie, zabijanie z broni palnej
Nie oceniam bohaterki ani jej postępowania, niemniej nie pozyskała mojej sympatii, czasami mnie irytowała swoim uzależnieniem i chęcią bycia super miłą dla rodziny Nasrada. Nie była może kobietą bluszczem, ale to jej zapatrzenie i oddanie mężowi trąciło jakimś uzależnieniem. Zostawiła bez żalu swoją rodzinę, kochającą i tęskniącą, w której zawsze dostawała wsparcie i pomoc. Była zła na siostrę kiedy ta z troski pytała ją czy mąż ją dobrze traktuje a jednocześnie wołała do siostry o pomoc w wyrwaniu jej z kraju ukochanego.
To książka łatwa w odbiorze i przekazie, dla szerokiego kręgu czytelniczego, bo taki jest styl pisarski Reyes Monforte. Niemniej niesie sporo informacji i ostrzeżeń dla niedoinformowanych Europejczyków, zwłaszcza niestety Europejek.
czwartek, 21 września 2017
Grunt pod nogami - Jan Kaczkowski
To książka do rozmyślań, kontemplacji i zrozumienia często trudnych spraw. Warto ją czytać nieśpiesznie, powracać i rozważać.
Wyjątkowo sięgam po słowa tego księdza, bo dla mnie to po prostu charyzmatyczny człowiek, pełen wrażliwości i otwartości na drugiego. To człowiek, dla którego pomoc innym była celem nadrzędnym i robił to z potrzeby serca a nie z wyrachowania.
Warto wsłuchiwać się w głos rozsądku tej instytucji, która naucza innych a sama błądzi. Ks. Jan Kaczkowski był mocnym głosem, serdecznym i odważnym a jednocześnie stabilnym i transparentnym.
Sama książka to zbiór wybranych kazań głoszonych przez księdza Jana Kaczkowskiego pomiędzy styczniem 2013 a lipcem 2015. Czasami są to rozważania podyktowane wprost fragmentami Ewangelii, ale w większości to słowa wygłaszane przez "żebraka", aby pomóc innym ubogim i chorym, w różnych kościołach w Polsce i za granicą.
W książce powtarza się też apel autora o wsparcie dla jego dzieła - Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio. To on wielkim wysiłkiem fizycznym i emocjonalnym powołał je do życia i któremu przewodził przez 10 lat.
Kiedy czytałam te wersy to wyobrażałam sobie człowieka, który mógłby być mentorem, wsparciem duchowym, bo sam wiele przeszedł, doświadczył i zobaczył. Był przekonany do swojego powołania i misji, ale miał też swoje potknięcia, znaki zapytania i ludzkie dylematy. Przyznawał się do słabości, kompleksów, pychy, irracjonalnych rzeczy. Bał się swojej choroby, a jednocześnie uczyniła go silniejszym, bardziej wolnym od przyziemnych strachów i ludzkich zachowań.
Podobały mi się słowa księdza, aby nie bać się, bo życia nie da się przewidzieć, że nigdy nie wiemy co się może zdarzyć, że nie potrzebnie zamartwiamy się drobiazgami.
Przytoczę też niezwykle trafne słowa, które znalazłam na stronie 47: "Korzystajmy z daru wolności, póki go mamy. To jest oczywista zachęta do pójścia na wybory samorządowe,... .Dlatego bardzo Was proszę - w imię odpowiedzialności za siebie i za to, co nam zostało dane w tej chyba jedynej reformie, która się naprawdę udała, samorządowej - zagłosujmy." To jego podejście do spraw ogólnospołecznych jest dla mnie czystą formą odpowiedzialności. Nie wtrącał się, ale zwracał uwagę na to co ważne i nawoływał do korzystania z praw i obowiązków obywatelskich
Chylę czoła i wspominam.
wtorek, 12 września 2017
Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian - Ziemowit Szczerek
Z biblioteki.
Po co Polacy jeżdżą na Wschód, do sąsiadów Ukraińców. Co chcą zobaczyć, jakie atrakcje ich przyciągają, jakie emocje nimi kierują. Czy jadąc mają jakąś wiedzę o tym kraju. Jakiego rodzaju ciekawość nimi kieruje. Czy chcą poznać nieodkryte i rzadziej odwiedzane rejony, czy nasycić swoje ego i poczuć się lepszymi. Oczywiście jak to ze wszystkim tak i w tych motywacjach różne występują warianty.
Ziemowit Szczerek w swojej książce uwypuklił przesłanki wynikające z polskiego ego. Pokazał siebie jak i innych podróżników po tym rozległym kraju w nie najciekawszym świetle. Otóż opisani Polacy pojechali tam aby napić się wódki, zajarać, doświadczyć spotkań z bandytami, "zażyć"mocnych emocji i wstrząsów fizycznych. Miałam wrażenie że część z nich nie wiedziała po co tam pojechała i czego się spodziewała. Część z nich karmiła swoje poczucie wyższości nad wschodem i niższości wobec zachodu. Szukała "egzotyki", prymitywizmu, biedy, nie radzenia sobie ze współczesnością. Pojechali, żeby tanio się zabawić cudzym kosztem. Popatrzeć, że komuś jest gorzej, że jest daleko w tyle (ale właściwie za kim; i po co tak gnać), że wymaga wsparcia i troski!?
To książka, która odrzuca, szpeci, odziera, oburza i odurza zarazem. Ziemowit Szczerek przedstawił obraz podróżujących na wschód trochę prześmiewczo, trochę szyderczo, ironicznie a czasem nawet groteskowo. Jego opis jest twardy, brutalny, bez owijania w bawełnę. Nie zamalowywał wulgarności, jeśli tam była, nie pomijał brzydoty jeśli ją widział. Nie odmawiał czytelnikowi dosłowności i bezpośredniości. Używał w swojej opowieści takiego języka jakiego już dawno nie słyszałam i z którym czasami było mi trudno. Niemniej czasami warto zderzyć się z takimi spostrzeżeniami, bo przecież świat jest różnorodny.
Mnie też pociąga wschód, z jego historią, kuchnią, kulturą, powiązaniami, podobieństwami i różnicami, ale postrzegam go inaczej, odbieram go inaczej i w inne miejsca jeżdżę.
Po co Polacy jeżdżą na Wschód, do sąsiadów Ukraińców. Co chcą zobaczyć, jakie atrakcje ich przyciągają, jakie emocje nimi kierują. Czy jadąc mają jakąś wiedzę o tym kraju. Jakiego rodzaju ciekawość nimi kieruje. Czy chcą poznać nieodkryte i rzadziej odwiedzane rejony, czy nasycić swoje ego i poczuć się lepszymi. Oczywiście jak to ze wszystkim tak i w tych motywacjach różne występują warianty.
Ziemowit Szczerek w swojej książce uwypuklił przesłanki wynikające z polskiego ego. Pokazał siebie jak i innych podróżników po tym rozległym kraju w nie najciekawszym świetle. Otóż opisani Polacy pojechali tam aby napić się wódki, zajarać, doświadczyć spotkań z bandytami, "zażyć"mocnych emocji i wstrząsów fizycznych. Miałam wrażenie że część z nich nie wiedziała po co tam pojechała i czego się spodziewała. Część z nich karmiła swoje poczucie wyższości nad wschodem i niższości wobec zachodu. Szukała "egzotyki", prymitywizmu, biedy, nie radzenia sobie ze współczesnością. Pojechali, żeby tanio się zabawić cudzym kosztem. Popatrzeć, że komuś jest gorzej, że jest daleko w tyle (ale właściwie za kim; i po co tak gnać), że wymaga wsparcia i troski!?
To książka, która odrzuca, szpeci, odziera, oburza i odurza zarazem. Ziemowit Szczerek przedstawił obraz podróżujących na wschód trochę prześmiewczo, trochę szyderczo, ironicznie a czasem nawet groteskowo. Jego opis jest twardy, brutalny, bez owijania w bawełnę. Nie zamalowywał wulgarności, jeśli tam była, nie pomijał brzydoty jeśli ją widział. Nie odmawiał czytelnikowi dosłowności i bezpośredniości. Używał w swojej opowieści takiego języka jakiego już dawno nie słyszałam i z którym czasami było mi trudno. Niemniej czasami warto zderzyć się z takimi spostrzeżeniami, bo przecież świat jest różnorodny.
Mnie też pociąga wschód, z jego historią, kuchnią, kulturą, powiązaniami, podobieństwami i różnicami, ale postrzegam go inaczej, odbieram go inaczej i w inne miejsca jeżdżę.
niedziela, 10 września 2017
Galopem na przełaj - Maria Ginter
Sięgnęłam po tą książkę po rekomendacji jakie dostaję na pewnym portalu czytelniczym. To była świetna propozycja, bo zawierała wiele elementów, które cenię w książkach.
Po pierwsze to wspomnienia o kobiecie, porywającej swoją energią i pasją życia. Po drugie opisujące oprócz prywatnych wspomnień też arcyważne i ciekawe wydarzenia mające miejsca w Polsce w czasach 1935-1949. Po trzecie napisana została wytrawnym językiem.
Czytając wspomnienia autorki przenosiłam się w jej opowieści. Niezwykła kobieta, przeżywała swoje życie pełną piersią, czego z lubością jej zazdrościłam. Cudownie świadoma swoich potrzeb, pragnień i możliwości. Pomimo, że była panienką z dobrego i bogatego domu, nie zbywało jej na zaradności i umiejętności. Inteligentna dziewczyna, która radziła sobie w różnych sytuacjach i z różnymi ludźmi. Otwarta na różnorakie działania, przebojowa, gotowa na nowe wyzwania i zadania. Szczera, prostolinijna i prawdziwa.
Maria Ginter to odważna, dzielna, pełna energii, samozaparcia i hartu ducha kobieta. Wojna była dla niej wyzwaniem: "...a więc przeżyję to, o czym czytałam w książkach, o czym słuchałam w opowiadaniach. Przeżyję kawałek historii. Sama wezmę w tym udział. Świadomość, że mam teraz taki wspaniały cel istnienia, dodała mi ducha." Niezwykle bojowa i bohaterska, o czym świadczyła służba Warszawie i jej mieszkańcom podczas wojny.
To silna wewnętrznie i zewnętrznie osoba, która nawet w obliczu straty najbliższych podnosiła się, bo życie toczyło się dalej a w nim wiele zadań i odpowiedzialności.
To kobieta, która nie bała się żadnej pracy, którą przyciągały i pociągały zawody "zarezerwowane" w tamtych czasach dla mężczyzn. Lubiła samochody, tenis, grafikę, malarstwo. Kochała zwierzęta, a wśród nich najbardziej konie.
Bohaterka i autorka książki kochała też mężczyzn swojego pierwszego męża Jana, synka Dzika, drugiego męża Wacka, ale kochała też wolność i niezależność. Trudno jej było wytrzymać długo w stanie nic nie robienia, miała szerokie zainteresowania i silną osobowość, nie znosiła narzucania woli, bo rodził się w niej silny bunt przeciwko temu.
Takie osoby, jak Maria Ginter dodają wiary i mocy we własnych dążeniach i marzeniach. Gorąco polecam lekturę tej pozycji.
Na koniec coś z Pani Marii Ginter:
"Bóg stworzył piękny świat i wspaniałą przyrodę. Poczciwe zwierzęta nas karmią, odziewają i pracują za nas. Ptaki śpiewają, kwiaty pachną, gwiazdy mrugają, strumyki szemrzą. Wszystko byłoby jak w bajce, gdyby nie ludzie, którzy z tego raju robią piekło.
Zamiast kochać, radować się życiem, budować i tworzyć, nienawidzą, zazdroszczą, napadają, palą, gwałcą i mordują!"
Jakie to mi bliskie.
poniedziałek, 4 września 2017
Ukryte działania - Margot Lee Shetterly
Na potrzeby DKK.
Nie sięgnęłabym po tą książkę, gdyby nie propozycja z DKK. Czytałam ją bardzo długo, nie wiem czy to ze względu na temat, czy moją kondycję fizyczną. Niemniej jest to książka ciekawa i zawierająca duży ładunek wiedzy. Autorka włożyła w nią wiele mrówczej pracy, dociekliwości i zaangażowania. Treść jest bardzo spójna i logiczna, zawiera mnóstwo udokumentowanych faktów, informacji i zdjęć. Sumując, jest bardzo rzetelna. Oprócz wiedzy historycznej zawiera też wątki biograficzne kilku kobiet pracujących dla NACA (później NASA). Autorka z dobrym skutkiem pokazała też tło społeczne USA tamtych czasów, powolne zmiany wprowadzane pod wpływem sił z zewnątrz.
Uświadomiła czytelnikowi, że jeszcze tak niedawno (60 lat temu) w "bastionie" demokracji kwitła segregacja rasowa, a praca kobiet była opłacana gorzej niż mężczyzn, jeśli w ogóle pracę dostawały. Jeszcze nie tak dawno piewcy i obrońcy demokracji zaciekle walczyli o wyższość rasy białej nad czarną, a kobietom przypisywano rolę "strażniczek ogniska domowego". Jak to nieodległe, przecież to pokolenie "segregowane" żyje jeszcze. Ciekawe co myśli o działaniach "demokratycznych" swojego kraju na polu międzynarodowym, o wprowadzaniu na Wschodzie i Afryce prawideł amerykańskiej demokracji.
Autorka nakreśliła pewne ważne zdarzenia dziejące się poza jej krajem, które miały ogromny wpływ na konieczność zmian ustawodawczych oraz na powolne zmiany społeczne. To nie świadomość wewnętrzna zniosła segregację i dopuściła kobiety do pracy zazwyczaj zarezerwowanej dla mężczyzn, ale II Wojna Światowa i jej skutki po niej, min. "zimna wojna". To II Wojna Światowa wciągnęła mężczyzn w swoją machinę, siłą rzeczy uwalniając miejsca pracy dla kobiet. Potem działania zimnowojenne pozwoliły tęgim umysłom działać na rzecz kraju, nie ważne czy należały do kobiet czy mężczyzn. Wysłanie przez ZSRR Sputnika na orbitę spowodowało działania prezydenta USA prowadzące do silnego nacisku na rozwój aeronautyki, przygotowanie zaplecza naukowego, technologicznego. Konsekwencją rywalizacji był też dekret o desegregacji. I tak dalej...
Kiedy w Związku radzieckim odnoszono sukcesy technologiczne USA walczyły z przejawami niesubordynacji społeczności afroamerykańskiej, nie dofinansowywały szkół dla nich, nie dopuszczały do wyższego szkolnictwa i lepszych możliwości pracy. Z założenia czarny - gorszy, niech się cieszy, że w ogóle 'coś' dostaje.
Autorka wyraźnie pokazała też, jak silne i zdeterminowane były kobiety, ile emocji i wysiłku fizycznego kosztowało ich spełnianie swoich pasji i marzeń. Jak wiele przeciwności musiały znieść, aby móc godnie żyć, zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość. Jakie warunki musiały spełnić, aby móc służyć swojej ojczyźnie.
Wspomniała, że w owym czasie Związek Radziecki był postępowy w kwestii edukacji kobiet w porównaniu z USA. "Podczas gdy-...- "sowieckie politechniki pełne są kobiet" - ponoć jedną trzecią absolwentów stanowiły studentki - Stany Zjednoczone nadal nie umiały na swoim podwórku odpowiedzieć na pytanie, jakie miejsce kobiety i Afroamerykanie powinni zajmować w świecie nauki, a także w społeczeństwie jako całości." (tamże, strona 265)
Autorka opowiedziała bardziej szczegółowo historie Dorothy Vaughan, Mary Jackson, Christine Darden oraz Katherine Johnson, czarnoskórych, nadzwyczaj utalentowanych matematyczkach zatrudnionych w NASA. Były maszynami do obliczeń wysoko skomplikowanych i precyzyjnych. Kobiety, które miały realny, najczęściej niedoceniany, wpływ na postęp w technologii podboju kosmosu. Były genialne, dokładne, otwarte na wiedzę, pracowite i gorzej opłacane niż biali, zwłaszcza mężczyźni. Często musiały znosić upokorzenia, niegodne traktowanie, niewygody, brak intymności. Niemniej miały w sobie tyle energii, zapału i wiary, że udało im się osiągnąć bardzo wiele.
Po przeczytaniu książki obejrzałam film, z wielkim zainteresowaniem, sympatią i szacunkiem dla samo zaparcia i pędu do wiedzy bohaterek.
To książka nietuzinkowa, pozwalająca na zamyślenie się nad prawem jednego człowieka do równego traktowania przez drugiego człowieka, nie ważne kim jest, dzieckiem, kobietą, mężczyzną, białym, żółtym, czarnym. Wszyscy jesteśmy ludźmi, istotne jest to jakimi.
Nie sięgnęłabym po tą książkę, gdyby nie propozycja z DKK. Czytałam ją bardzo długo, nie wiem czy to ze względu na temat, czy moją kondycję fizyczną. Niemniej jest to książka ciekawa i zawierająca duży ładunek wiedzy. Autorka włożyła w nią wiele mrówczej pracy, dociekliwości i zaangażowania. Treść jest bardzo spójna i logiczna, zawiera mnóstwo udokumentowanych faktów, informacji i zdjęć. Sumując, jest bardzo rzetelna. Oprócz wiedzy historycznej zawiera też wątki biograficzne kilku kobiet pracujących dla NACA (później NASA). Autorka z dobrym skutkiem pokazała też tło społeczne USA tamtych czasów, powolne zmiany wprowadzane pod wpływem sił z zewnątrz.
Uświadomiła czytelnikowi, że jeszcze tak niedawno (60 lat temu) w "bastionie" demokracji kwitła segregacja rasowa, a praca kobiet była opłacana gorzej niż mężczyzn, jeśli w ogóle pracę dostawały. Jeszcze nie tak dawno piewcy i obrońcy demokracji zaciekle walczyli o wyższość rasy białej nad czarną, a kobietom przypisywano rolę "strażniczek ogniska domowego". Jak to nieodległe, przecież to pokolenie "segregowane" żyje jeszcze. Ciekawe co myśli o działaniach "demokratycznych" swojego kraju na polu międzynarodowym, o wprowadzaniu na Wschodzie i Afryce prawideł amerykańskiej demokracji.
Autorka nakreśliła pewne ważne zdarzenia dziejące się poza jej krajem, które miały ogromny wpływ na konieczność zmian ustawodawczych oraz na powolne zmiany społeczne. To nie świadomość wewnętrzna zniosła segregację i dopuściła kobiety do pracy zazwyczaj zarezerwowanej dla mężczyzn, ale II Wojna Światowa i jej skutki po niej, min. "zimna wojna". To II Wojna Światowa wciągnęła mężczyzn w swoją machinę, siłą rzeczy uwalniając miejsca pracy dla kobiet. Potem działania zimnowojenne pozwoliły tęgim umysłom działać na rzecz kraju, nie ważne czy należały do kobiet czy mężczyzn. Wysłanie przez ZSRR Sputnika na orbitę spowodowało działania prezydenta USA prowadzące do silnego nacisku na rozwój aeronautyki, przygotowanie zaplecza naukowego, technologicznego. Konsekwencją rywalizacji był też dekret o desegregacji. I tak dalej...
Kiedy w Związku radzieckim odnoszono sukcesy technologiczne USA walczyły z przejawami niesubordynacji społeczności afroamerykańskiej, nie dofinansowywały szkół dla nich, nie dopuszczały do wyższego szkolnictwa i lepszych możliwości pracy. Z założenia czarny - gorszy, niech się cieszy, że w ogóle 'coś' dostaje.
Autorka wyraźnie pokazała też, jak silne i zdeterminowane były kobiety, ile emocji i wysiłku fizycznego kosztowało ich spełnianie swoich pasji i marzeń. Jak wiele przeciwności musiały znieść, aby móc godnie żyć, zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość. Jakie warunki musiały spełnić, aby móc służyć swojej ojczyźnie.
Wspomniała, że w owym czasie Związek Radziecki był postępowy w kwestii edukacji kobiet w porównaniu z USA. "Podczas gdy-...- "sowieckie politechniki pełne są kobiet" - ponoć jedną trzecią absolwentów stanowiły studentki - Stany Zjednoczone nadal nie umiały na swoim podwórku odpowiedzieć na pytanie, jakie miejsce kobiety i Afroamerykanie powinni zajmować w świecie nauki, a także w społeczeństwie jako całości." (tamże, strona 265)
Autorka opowiedziała bardziej szczegółowo historie Dorothy Vaughan, Mary Jackson, Christine Darden oraz Katherine Johnson, czarnoskórych, nadzwyczaj utalentowanych matematyczkach zatrudnionych w NASA. Były maszynami do obliczeń wysoko skomplikowanych i precyzyjnych. Kobiety, które miały realny, najczęściej niedoceniany, wpływ na postęp w technologii podboju kosmosu. Były genialne, dokładne, otwarte na wiedzę, pracowite i gorzej opłacane niż biali, zwłaszcza mężczyźni. Często musiały znosić upokorzenia, niegodne traktowanie, niewygody, brak intymności. Niemniej miały w sobie tyle energii, zapału i wiary, że udało im się osiągnąć bardzo wiele.
Po przeczytaniu książki obejrzałam film, z wielkim zainteresowaniem, sympatią i szacunkiem dla samo zaparcia i pędu do wiedzy bohaterek.
To książka nietuzinkowa, pozwalająca na zamyślenie się nad prawem jednego człowieka do równego traktowania przez drugiego człowieka, nie ważne kim jest, dzieckiem, kobietą, mężczyzną, białym, żółtym, czarnym. Wszyscy jesteśmy ludźmi, istotne jest to jakimi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















