Na potrzeby Dyskusyjnego Klubu Książki
Przez moje ręce przeszła druga książka tego autora po "W Azji" i druga bardzo wartościowa. Tiziano Terzani to taki autor, który pisze o rzeczach wielkich ważnych i bliskich człowiekowi. Jego książki są czytane i polecane innym, zastanawiają i zatrzymują w codzienności. Warto się zadumać i czerpać dla siebie.
Tiziano Terzani podróżował do miejsc, w których coś się działo, a najbardziej interesowały go wydarzenia w Azji. Jak mało kto znal ten region i jego problemy, był blisko nawet dosłownie, bo kilka lat mieszkał w Chinach. Przyglądał się, zapisywał i przekazywał odbiorcom. Spod jego rąk wychodziły bardzo wartościowe i ważne dowody na różnoraką działalność człowieka. Opisał walkę, zniewolenie, niedolę, ucieczkę, wygnanie, otwartość, dobroć i nadzieję człowieka. Skupiał się na człowieku i wydarzeniach wokół niego. Ostatnia książka też skupia się na człowieku, najbliższym autorowi - Tiziano Terzanim. To zapis jego podróży w różne zakątki świata i w głąb siebie, to podróż fizyczna i duchowa, to podróż zmaganie, poszukiwanie i ukojenie. Ostatnia w jego życiu, ale prowadząca najdalej, do świata nieodkrytego, do terra incognita duchowości i tej drugiej strony.
„Nic nie zdarza się przypadkiem” to książka głęboko osobista, poszukująca metody uzdrowienia ciała i duszy a wszystko po to by zrozumieć chorobę, przyjrzeć się jej sensowi, pogodzić się z nią i zaakceptować.
Autor poddaje się różnym terapiom konwencjonalnym i niekonwencjonalnym. Rozpoczyna w nowojorskiej klinice chemioterapią, którą opisuje dokładnie, ale z umiejętnością i wyczuciem wrażliwego obserwatora. Potem radioterapia z jej plusami i minusami. Przy okazji opisuje też podejście lekarzy do pacjentów, choć profesjonalne to instrumentalne bez krzty życzliwości. Następnie kroki swoje kieruje do specjalisty od homeopatii, która go intryguje i pociąga. Chce jej zaufać i wierzyć, bo ma w sobie coś racjonalnego i nienachalnego. Przemierza ścieżki jogi, ajurwedy, medytacji, ćwiczeń oddechowych, samotności i ciszy. Próbuje płukania jelit, ziół, dziwnych mikstur, cudownych grzybów. Chce sprawdzić wszystko i nie nie jest to bynajmniej desperacja, raczej poszukiwanie, chęć sprawdzenia. Kieruje się doświadczeniami Dalajlamy, który antybiotyki popijał niezwykłą miksturą. Czasami pokazuje naiwność chorych i naciąganie nawiedzonych uzdrowicieli.
Przygląda się znaczeniu mózgu i emocji, przygląda się chorobie i podąża jej tropem, szuka źródła powstania i ujścia. Szuka miejsc, ludzi i środków. Wszystkiego dotyka, wszystko chce sprawdzić, dać wszystkiemu szansę, bo nie zawsze lekarz wyleczy a szaman uśmierci.
Dzięki autorowi podróżujemy przez kraje i kontynenty, przez medycynę konwencjonalną i alternatywną, przez doświadczanie i oddawanie się sprawdzonym metodom. To podróż niezwykła, wielowymiarowa, pokazująca całe bogactwo i wachlarz możliwości leczenia ciała i ducha. Autor nie odrzuca niczego, nie pomija, nie klasyfikuje, przecież jednemu pomaga to a innemu coś innego. Przekonuje, że z chorobą nie warto walczyć, że warto się nią zaopiekować, zająć z troską, pogodzić.
Tiziano Terzani pokazuje świat nauki i świat wierzeń, świat na wskroś cielesny i na wskroś duchowy. Zawierza emocjom, sobie samemu i filozofii ludzkości. Łączy magię Wschodu z racjonalnością Zachodu stawiając je na równi z ich przekazem i wiarą. Czytelnikowi zostawia mapę możliwości a już od jego chęci i pojmowania świata zależy co z tym zrobi. Opuszcza ten świat spokojny i pogodzony. Do końca niezwykle ciekawie opowiadający o podróżowaniu i człowieku.
Książki to dla mnie marzenia, źródło wiedzy, pasja i moc. Książki to oczekiwanie na niewiadomą, na tajemnicę, na romans bez pokuty. Wierne, dostępne i otwarte na nowe doznania. To uzależnienie, bez skutków ubocznych, zbędnych emocji i pretensji. Książki to dla mnie ciągle napełniające się źródło, nie wysychające, wystarczy tylko chcieć czerpać, a na razie mam ogromną ochotę.......
Szukaj na tym blogu
czwartek, 21 grudnia 2017
Wszystkie dzieci Louisa - Kamil Bałuk
Wyczekana w bibliotece.
Na tą książkę była i jest kolejka w bibliotece. To była ciekawa lektura dla mnie, choć nie wiem co myśleć ogólnie o tematyce, może to, że jeśli człowiek zbyt butnie ingeruje w naturę to wychodzą nadużycia i niebezpieczeństwa dla niego samego, jak nie w tym to w przyszłym pokoleniu. Człowiek jest ciekawy, ale czasami ta ciekawość może zaprowadzić go w niebezpieczne rejony a tam nawet unicestwić. I tego bym się obawiała tak w tym jak i innych obszarach, np. eksploatacji i złego traktowania wszelkich dóbr jakie z ziemi pochodzą. Niestety wielu ludziom brakuje szacunku dla drugiego człowieka i otoczenia.
Kamil Bałuk opisuje w swojej książce tematykę stworzenia człowieka metodami innymi niż naturalne. Mamy więc banki spermy, kliniki inseminacyjne, dzieci z dawców i tych którzy tą spermą się "dzielili"- śpieszyli z pomocą. Oczywiście jak w wielu dziedzinach tak i tu człowiek zachwiał ideą, nadwerężył przekaz, zmienił tory i nadużył władzy. Opisuje tym samym realny i dotkliwy problem jakim jest niemożność spłodzenia potomka. To nie odległe czasy, w których za niemożność spłodzenia dziecka obwiniano kobietę, naukowcy dawno wykazali odpowiedzialności kobiety i mężczyzny w tym dziele. Teraz mamy czasy, kiedy coraz więcej kobiet i mężczyzn ma kłopoty z urodzeniem dziecka. W książce są akcentowane problemy mężczyzn. Mamy więc tych, którzy nie mogą i tych niewielu, którzy chcą wspomóc, tych drugich jest zdecydowanie mniej stąd też bój o nich.
I tu zaczyna się cała rzecz. W początkach lat osiemdziesiątych kiedy powstawały kliniki oferujące inseminacje nie było wytycznych, norm, regulacji i kontroli. Wszystko szło na żywioł i na "czuja".
Najważniejsze, żeby kobieta była zadowolona, czyli zapłodniona i urodziła dziecko. Niby dawcom gwarantowana była anonimowość i obowiązywały przepisy o ograniczonej liczbie inseminacji z nasienia konkretnego dawcy. Niby można było też wybrać sobie pożądane cechy typu wzrost, kolor oczy, wykształcenie, ale z drugiej strony nie badano szczegółowo dawców, nie znano wielu chorób i zespołów chorobowych. Nie przestrzegano limitów pobierania nasienia od jednego dawcy. Nie było bazy komputerowej, więc trudno było sprawdzić, gdzie dawca jest aktywny, itp. Nie zapisywano dokładnie dawców, więc ta sama kobieta rodziła dzieci z różnych dawców, czasem mieszano nasienie, itp.
Suma summarum wyszedł taki dopust, o którym pisze Kamil Bałuk. Mężczyzna Louis oddawał nasienie w trzech klinikach przez 20 lat. Przy prawdopodobieństwie zapłodnienia oszacowano, że mógł powołać do życia około 200 dzieci. Autor znalazł "bohatera" tego "wyczynu", opisał szczegółowo jego osobowość i motywy: zostawić po sobie kogoś, przekazać geny i nazwisko, nie umrzeć samotnie.
Udało się z nawiązką. W dobie komputerów i internetu te dzieci, dziś trzydziestu kilkulatkowie poszukują, spisują, potwierdzają, tworzą grupy pół sióstr i pół braci, spotykają się, chcą zrozumieć, szukają nitek i tworzą pajęczynę zwaną rodziną. Trywialne i pospolite okazuje się znowu najważniejsze - rodzina i tożsamość.
Autor skupił się na Holandii, ale czy podobne działania nie zdarzyły się w innych miejscach? Niemniej, moim zdaniem Kamil Bałuk napracował się przy tej książce. Rozmawiał z dziećmi, specjalistami i ojcem. Przyglądał się mechanizmom, motywacjom dawców, kobiet i lekarzy, starał się zrozumieć dorosłe dzieci poszukujące odpowiedzi na pytanie skąd pochodzą, dlaczego wyglądają tak a nie inaczej. Jeździł, szukał, czytał i pisał. Rzecz napisana przystępnie, zrozumiale, bez epatowania sensacjami, bez oceniania. Autor ocenę i przemyślenia pozostawił czytelnikom. Takie reportaże lubię czytać najbardziej.
Na tą książkę była i jest kolejka w bibliotece. To była ciekawa lektura dla mnie, choć nie wiem co myśleć ogólnie o tematyce, może to, że jeśli człowiek zbyt butnie ingeruje w naturę to wychodzą nadużycia i niebezpieczeństwa dla niego samego, jak nie w tym to w przyszłym pokoleniu. Człowiek jest ciekawy, ale czasami ta ciekawość może zaprowadzić go w niebezpieczne rejony a tam nawet unicestwić. I tego bym się obawiała tak w tym jak i innych obszarach, np. eksploatacji i złego traktowania wszelkich dóbr jakie z ziemi pochodzą. Niestety wielu ludziom brakuje szacunku dla drugiego człowieka i otoczenia.
Kamil Bałuk opisuje w swojej książce tematykę stworzenia człowieka metodami innymi niż naturalne. Mamy więc banki spermy, kliniki inseminacyjne, dzieci z dawców i tych którzy tą spermą się "dzielili"- śpieszyli z pomocą. Oczywiście jak w wielu dziedzinach tak i tu człowiek zachwiał ideą, nadwerężył przekaz, zmienił tory i nadużył władzy. Opisuje tym samym realny i dotkliwy problem jakim jest niemożność spłodzenia potomka. To nie odległe czasy, w których za niemożność spłodzenia dziecka obwiniano kobietę, naukowcy dawno wykazali odpowiedzialności kobiety i mężczyzny w tym dziele. Teraz mamy czasy, kiedy coraz więcej kobiet i mężczyzn ma kłopoty z urodzeniem dziecka. W książce są akcentowane problemy mężczyzn. Mamy więc tych, którzy nie mogą i tych niewielu, którzy chcą wspomóc, tych drugich jest zdecydowanie mniej stąd też bój o nich.
I tu zaczyna się cała rzecz. W początkach lat osiemdziesiątych kiedy powstawały kliniki oferujące inseminacje nie było wytycznych, norm, regulacji i kontroli. Wszystko szło na żywioł i na "czuja".
Najważniejsze, żeby kobieta była zadowolona, czyli zapłodniona i urodziła dziecko. Niby dawcom gwarantowana była anonimowość i obowiązywały przepisy o ograniczonej liczbie inseminacji z nasienia konkretnego dawcy. Niby można było też wybrać sobie pożądane cechy typu wzrost, kolor oczy, wykształcenie, ale z drugiej strony nie badano szczegółowo dawców, nie znano wielu chorób i zespołów chorobowych. Nie przestrzegano limitów pobierania nasienia od jednego dawcy. Nie było bazy komputerowej, więc trudno było sprawdzić, gdzie dawca jest aktywny, itp. Nie zapisywano dokładnie dawców, więc ta sama kobieta rodziła dzieci z różnych dawców, czasem mieszano nasienie, itp.
Suma summarum wyszedł taki dopust, o którym pisze Kamil Bałuk. Mężczyzna Louis oddawał nasienie w trzech klinikach przez 20 lat. Przy prawdopodobieństwie zapłodnienia oszacowano, że mógł powołać do życia około 200 dzieci. Autor znalazł "bohatera" tego "wyczynu", opisał szczegółowo jego osobowość i motywy: zostawić po sobie kogoś, przekazać geny i nazwisko, nie umrzeć samotnie.
Udało się z nawiązką. W dobie komputerów i internetu te dzieci, dziś trzydziestu kilkulatkowie poszukują, spisują, potwierdzają, tworzą grupy pół sióstr i pół braci, spotykają się, chcą zrozumieć, szukają nitek i tworzą pajęczynę zwaną rodziną. Trywialne i pospolite okazuje się znowu najważniejsze - rodzina i tożsamość.
Autor skupił się na Holandii, ale czy podobne działania nie zdarzyły się w innych miejscach? Niemniej, moim zdaniem Kamil Bałuk napracował się przy tej książce. Rozmawiał z dziećmi, specjalistami i ojcem. Przyglądał się mechanizmom, motywacjom dawców, kobiet i lekarzy, starał się zrozumieć dorosłe dzieci poszukujące odpowiedzi na pytanie skąd pochodzą, dlaczego wyglądają tak a nie inaczej. Jeździł, szukał, czytał i pisał. Rzecz napisana przystępnie, zrozumiale, bez epatowania sensacjami, bez oceniania. Autor ocenę i przemyślenia pozostawił czytelnikom. Takie reportaże lubię czytać najbardziej.
poniedziałek, 18 grudnia 2017
Mysi Domek: Sam i Julia w Lunaparku Karina Schaapman
Wypożyczona w bibliotece.
To książka z serii "Mysi domek. Sam i Julia..."
Ilustracje oparte na niebywałej makiecie, prawdziwym mieście myszek. Można puścić wodze wyobraźni i rozmarzyć się. Wędrować po tej krainie, bywać i odwiedzać, jest to tym łatwiejsze, że można wziąć do ręki książkę i czytać, czytać, czytać. Niezwykłe obrazy przyciągają i motywują do przewracania kolejnych stron. Można przyglądać się, podziwiać i zazdrościć pomysłu, talentu i samozaparcia. Historia z treści też wartościowa.
W części o lunaparku Sam i Julia chcieliby wybrać się do wesołego miasteczka, tym bardziej, że zawitało tuż pod ich domem. Mali bohaterowie mają tylko jeden problem - brak pieniędzy. Jednak kreatywne myszki nie tracą rezonu i po poradę udają się do pana szmaciarza. Ten faktycznie pokazuje im możliwości realizacji marzenia. Krok po kroku wypełniają plan a wraz z nim spełniają potrzebę. Przeżywaliśmy wraz z nimi docieranie do celu a potem radość z realizowania marzenia. Ta historia pokazuje, że warto na coś zapracować samemu, bo satysfakcja jest ogromna i niezapomniana, dająca pożytki na przyszłość.
Dziecku łatwo śledzić historię, bo autorka podzieliła ją na krótkie logiczne rozdziały. To ciepła, ciekawa i łagodna opowieść. Książka z przesłaniem dla czytelników. Warto po nią sięgnąć z czystej przyjemności obcowania z czymś pięknym i ciekawym.
To książka z serii "Mysi domek. Sam i Julia..."
Ilustracje oparte na niebywałej makiecie, prawdziwym mieście myszek. Można puścić wodze wyobraźni i rozmarzyć się. Wędrować po tej krainie, bywać i odwiedzać, jest to tym łatwiejsze, że można wziąć do ręki książkę i czytać, czytać, czytać. Niezwykłe obrazy przyciągają i motywują do przewracania kolejnych stron. Można przyglądać się, podziwiać i zazdrościć pomysłu, talentu i samozaparcia. Historia z treści też wartościowa.
W części o lunaparku Sam i Julia chcieliby wybrać się do wesołego miasteczka, tym bardziej, że zawitało tuż pod ich domem. Mali bohaterowie mają tylko jeden problem - brak pieniędzy. Jednak kreatywne myszki nie tracą rezonu i po poradę udają się do pana szmaciarza. Ten faktycznie pokazuje im możliwości realizacji marzenia. Krok po kroku wypełniają plan a wraz z nim spełniają potrzebę. Przeżywaliśmy wraz z nimi docieranie do celu a potem radość z realizowania marzenia. Ta historia pokazuje, że warto na coś zapracować samemu, bo satysfakcja jest ogromna i niezapomniana, dająca pożytki na przyszłość.
Dziecku łatwo śledzić historię, bo autorka podzieliła ją na krótkie logiczne rozdziały. To ciepła, ciekawa i łagodna opowieść. Książka z przesłaniem dla czytelników. Warto po nią sięgnąć z czystej przyjemności obcowania z czymś pięknym i ciekawym.
Basia i piłka nożna - Zofia Stanecka
Z biblioteki.
Parę lat temu przeczytaliśmy wiele książek o Basi i jej przeżyciach. Teraz wracamy do nich ponownie dla innej czytelniczki, sięgamy zwłaszcza po te, których jeszcze nie czytaliśmy. Ta seria jest nam bliska, bo z naszego polskiego podwórka. Można się łatwo odnaleźć w którejś historii albo i w wielu.
Ta szczególnie przypadła nam do gustu, nie dlatego że jesteśmy fankami, bo tak nie jest, ale dlatego, że świetnie pokazuje zachowanie w rodzinie podczas konfliktu, sytuacji wymagającej wyjaśnienia i reakcji.
Temat podjęty przez autorkę jest bardzo współczesny i bliski, bo jest w niej zauroczenie piłką nożną i zbieranie kart z piłkarzami. Obserwowaliśmy temat albumów z piłkarzami u znajomych, związaną z tym rywalizację, wyścig, wymiany, negocjacje, kłótnie, itp. Cały szereg zachowań, łatwiejszych i trudnych.
W książce Basia też toczy kłótnie z bratem, jest i zazdrość i rywalizacja. To prowadzi do posunięcia dalekosiężnego w skutkach zarówno dla dziewczynki jak i jej brata.
Mamy tutaj prawdziwy pokaz emocji i reakcji rodziców. Mamy także wspaniałe sposoby mamy na rozwiązanie konfliktu i zjednoczenie dzieci.
Pani Zofia Stanecka pokazała w tej opowieści jak można reagować na nieporozumienia pomiędzy dziećmi, jak dobrze być spokojnym, opanowanym a jednocześnie przebiegłym. Jak wkręcić dzieci w spiralę korzystnych działań, prowadzących do współpracy. Pokazuje jak wzmocnić dzieci w trudnych sytuacjach.
Parę lat temu przeczytaliśmy wiele książek o Basi i jej przeżyciach. Teraz wracamy do nich ponownie dla innej czytelniczki, sięgamy zwłaszcza po te, których jeszcze nie czytaliśmy. Ta seria jest nam bliska, bo z naszego polskiego podwórka. Można się łatwo odnaleźć w którejś historii albo i w wielu.
Ta szczególnie przypadła nam do gustu, nie dlatego że jesteśmy fankami, bo tak nie jest, ale dlatego, że świetnie pokazuje zachowanie w rodzinie podczas konfliktu, sytuacji wymagającej wyjaśnienia i reakcji.
Temat podjęty przez autorkę jest bardzo współczesny i bliski, bo jest w niej zauroczenie piłką nożną i zbieranie kart z piłkarzami. Obserwowaliśmy temat albumów z piłkarzami u znajomych, związaną z tym rywalizację, wyścig, wymiany, negocjacje, kłótnie, itp. Cały szereg zachowań, łatwiejszych i trudnych.
W książce Basia też toczy kłótnie z bratem, jest i zazdrość i rywalizacja. To prowadzi do posunięcia dalekosiężnego w skutkach zarówno dla dziewczynki jak i jej brata.
Mamy tutaj prawdziwy pokaz emocji i reakcji rodziców. Mamy także wspaniałe sposoby mamy na rozwiązanie konfliktu i zjednoczenie dzieci.
Pani Zofia Stanecka pokazała w tej opowieści jak można reagować na nieporozumienia pomiędzy dziećmi, jak dobrze być spokojnym, opanowanym a jednocześnie przebiegłym. Jak wkręcić dzieci w spiralę korzystnych działań, prowadzących do współpracy. Pokazuje jak wzmocnić dzieci w trudnych sytuacjach.
Herbatka u Promyka i inne opowiadania - Aniela Cholewińska – Szkolik
Wypożyczona w bibliotece.
To druga przyjemna książka o misiach. Wraz z misiami znowu podróżujemy po świecie.
Autorka zabiera nas do Londynu, gdzie miś Promyk trochę się nudził, bo jego przyjaciółka Katty musiała wyjść. Postanowił popatrzeć przez okno, gdzie z nieba spadały płatki śniegu. Rozmyślał o miłych spotkaniach przy herbacie, ale na razie był samotny. Otworzył szeroko okno, po czym usłyszał rozmowę dwóch wróbli. Ptaki skarżyły się na zimno i na to, że są głodne. Miś tak się przejął, że szybko przyrządził dla ptaków poczęstunek. Wróble okazały się znakomitymi towarzyszami. Wraz z Katty zaprosił ptaki na następny dzień. Tata dziewczynki zrobił karmnik aby przyjaciołom było wygodnie i przyjemnie.
Następna opowieść jest o misiu z Japonii. Jego przyjaciel Kizuki nie mógł go zabrać na zajęcia karate. Miś poczuł się smutny, nawet trochę zły. Postanowił wybrać się do ogrodów przy pałacu cesarskim i objadać się niezdrowym jedzeniem, zaczął od lodów. Ponieważ poczuł niedosyt poszedł do cukierni a tam wiadomo... Potem spotkał znajomego misia i zjadł z nim frytki, hamburgera w sosie majonezowym, wypił słodki napój. Po pożegnaniu poczuł, że czas do domu, ale rozbolał go brzuch. Na szczęście na poszukiwanie misia wybrał się Kizuki. Miś przyznał się do zjedzenia ogromnej ilości niezdrowego jedzenia. Przyjaciel nie gniewał się na niego, a miś od tej "przygody" nie sięgał po wysoko przetworzoną żywność.
Kolejna opowieść jest o misiu z Meksyku, który aby zadbać o przyjaciela postanawia zrobić dla niego tortillę. Miś wiedział, że jego przyjaciel Tonio ma spory apetyt toteż i placków musiało być dużo. Przygoda skończyła się wielkim sprzątaniem kuchni i ogromnymi zapasami tortilli na kolejne dni.
Maju Dżi to kolejny bohater opowieści. Pochodzi z Indii. To wielbiciel dywanów i odwieczny marzyciel o podróży na tym nietypowym pojeździe. Jego przyjaciel Kamubu zabiera go w urodziny do sklepu z dywanami, w którym ma wybrać sobie jeden. Miś nie posiada się ze szczęścia. W domu siadają na nim i zamykając oczy odbywają najwspanialszą podróż po niezwykłych zakątkach Indii.
Kamubu pokazuje Maji Dżi jak można realizować nawet trudne marzenia, czasem wystarczy wyobraźnia.
Ostatnia opowieść przenosi nas do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie miś Blue i jego przyjaciółka Becky przygotowują się na święto Halloween. Są i dynie i duchy i ciekawe przebrania. Odwiedzanie domów z prośbą o słodycze. Jest też strasznie jak to w ten dzień bywa. Miś boi się nie na żarty, ale następnego dnia już rozumie, że to głownie jego wyobraźnia.
Międzynarodowe, ciekawe opowieści, z nuta edukacyjną, przesycone ciepłem i życzliwością.
To druga przyjemna książka o misiach. Wraz z misiami znowu podróżujemy po świecie.
Autorka zabiera nas do Londynu, gdzie miś Promyk trochę się nudził, bo jego przyjaciółka Katty musiała wyjść. Postanowił popatrzeć przez okno, gdzie z nieba spadały płatki śniegu. Rozmyślał o miłych spotkaniach przy herbacie, ale na razie był samotny. Otworzył szeroko okno, po czym usłyszał rozmowę dwóch wróbli. Ptaki skarżyły się na zimno i na to, że są głodne. Miś tak się przejął, że szybko przyrządził dla ptaków poczęstunek. Wróble okazały się znakomitymi towarzyszami. Wraz z Katty zaprosił ptaki na następny dzień. Tata dziewczynki zrobił karmnik aby przyjaciołom było wygodnie i przyjemnie.
Następna opowieść jest o misiu z Japonii. Jego przyjaciel Kizuki nie mógł go zabrać na zajęcia karate. Miś poczuł się smutny, nawet trochę zły. Postanowił wybrać się do ogrodów przy pałacu cesarskim i objadać się niezdrowym jedzeniem, zaczął od lodów. Ponieważ poczuł niedosyt poszedł do cukierni a tam wiadomo... Potem spotkał znajomego misia i zjadł z nim frytki, hamburgera w sosie majonezowym, wypił słodki napój. Po pożegnaniu poczuł, że czas do domu, ale rozbolał go brzuch. Na szczęście na poszukiwanie misia wybrał się Kizuki. Miś przyznał się do zjedzenia ogromnej ilości niezdrowego jedzenia. Przyjaciel nie gniewał się na niego, a miś od tej "przygody" nie sięgał po wysoko przetworzoną żywność.
Kolejna opowieść jest o misiu z Meksyku, który aby zadbać o przyjaciela postanawia zrobić dla niego tortillę. Miś wiedział, że jego przyjaciel Tonio ma spory apetyt toteż i placków musiało być dużo. Przygoda skończyła się wielkim sprzątaniem kuchni i ogromnymi zapasami tortilli na kolejne dni.
Maju Dżi to kolejny bohater opowieści. Pochodzi z Indii. To wielbiciel dywanów i odwieczny marzyciel o podróży na tym nietypowym pojeździe. Jego przyjaciel Kamubu zabiera go w urodziny do sklepu z dywanami, w którym ma wybrać sobie jeden. Miś nie posiada się ze szczęścia. W domu siadają na nim i zamykając oczy odbywają najwspanialszą podróż po niezwykłych zakątkach Indii.
Kamubu pokazuje Maji Dżi jak można realizować nawet trudne marzenia, czasem wystarczy wyobraźnia.
Ostatnia opowieść przenosi nas do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie miś Blue i jego przyjaciółka Becky przygotowują się na święto Halloween. Są i dynie i duchy i ciekawe przebrania. Odwiedzanie domów z prośbą o słodycze. Jest też strasznie jak to w ten dzień bywa. Miś boi się nie na żarty, ale następnego dnia już rozumie, że to głownie jego wyobraźnia.
Międzynarodowe, ciekawe opowieści, z nuta edukacyjną, przesycone ciepłem i życzliwością.
Kuba pomaga tacie - Liesbet Slegers
Z bibioteki.
Dla mnie ta książka była kolejną do czytania, ale mojej młodszej córeczce przypadła mocno do serca. Czytałyśmy ją kilka razy dziennie.
A o czym rzecz. Nic nadzwyczajnego, mały chłopiec spędza czas z tatą, wszystko robią razem, tworzą, naprawiają, brudzą, sprzątają i gotują. Razem. I chyba w tym tkwi urok tej opowiastki, że tata i syn działają wspólnie.
Kuba jest szczęśliwy, że może być z tatą i robić wszystko to co on. Mogą być partnerami. Tata uczy syna jak zamontować haczyki do wieszania ubrań, jak umyć samochód, jak świetnie się bawić i jak przygotować obiad.
Po południu synek z radością i dumą chwali się mamie czego dokonał razem z tatą w ciągu dnia.
Wspaniałe, naprawdę godne polecenia. Ilustracje i opisy historii są łatwe do przyswojenia nawet przez młodsze dzieci. Może w tym tkwi siła tej książeczki.
Wydawnictwo Adamada kojarzy nam się z ciekawą literaturą dla dzieci, kolorową, nieskomplikowaną, ale zawsze przyciągającą i zachęcającą do czytania.
Dla mnie ta książka była kolejną do czytania, ale mojej młodszej córeczce przypadła mocno do serca. Czytałyśmy ją kilka razy dziennie.
A o czym rzecz. Nic nadzwyczajnego, mały chłopiec spędza czas z tatą, wszystko robią razem, tworzą, naprawiają, brudzą, sprzątają i gotują. Razem. I chyba w tym tkwi urok tej opowiastki, że tata i syn działają wspólnie.
Kuba jest szczęśliwy, że może być z tatą i robić wszystko to co on. Mogą być partnerami. Tata uczy syna jak zamontować haczyki do wieszania ubrań, jak umyć samochód, jak świetnie się bawić i jak przygotować obiad.
Po południu synek z radością i dumą chwali się mamie czego dokonał razem z tatą w ciągu dnia.
Wspaniałe, naprawdę godne polecenia. Ilustracje i opisy historii są łatwe do przyswojenia nawet przez młodsze dzieci. Może w tym tkwi siła tej książeczki.
Wydawnictwo Adamada kojarzy nam się z ciekawą literaturą dla dzieci, kolorową, nieskomplikowaną, ale zawsze przyciągającą i zachęcającą do czytania.
Mały rudzik i wielka przygoda - Elżbieta Pałasz
Z biblioteki.
Doczekałyśmy się na drugą książkę Elżbiety Pałasz, tym razem bohaterami są Basia i rudzik.
Książka jest barwna, wielozadaniowa i bardzo przyjemna w odbiorze estetycznym. Pobudza dzieci do działania, poszukiwania, odpowiadania i reagowania. Można w niej porysować i popisać, a już na pewno podążać za opowieścią. Na drugim planie towarzyszą Basi dwaj krasnale, którzy komentują i dopowiadają.
Basia po kolacji i toalecie poszła spać. Kiedy już smacznie spała coś ją obudziło, okazało się, że to ptaszek urządził sobie koncert za jej oknem, dziewczynka rozmarzyła się - "Też bym chciała mieć skrzydła i latać". Niemniej zasnęła ponownie.
Rano niczego nie pamiętała. Po śniadaniu mama poprosiła ją o przyniesienie koperku z ogródka. Czegóż tam nie było, oprócz kwiatów i roślin mnóstwo pędraków i drzewo, w którym ptaki uwiły swoje gniazda. Z jednego wypadło pisklę, Basia po analizie sytuacji delikatnie usadowiła malucha we właściwym gnieździe. Rodzice pisklaka byli tak wdzięczni za pomoc, że zgotowali Basi koncert, przepiękny, znany jej już z nocy.
A potem wydarzyło się coś niezwykłego, ptaszek upuścił na Basię piórko, po czym odepchnęła się od ziemi i pofrunęła. Niezwykłe marzenie spełniło się. Basia obserwowała świat z góry, mogła śpiewać, zjadać robaki, ale też... O tym poczytajcie sami, warto.
Ta opowieść pokazuje plusy i minusy marzeń, daje pole do własnych interpretacji i twórczości. Jest łagodna i ciepła. Polecamy mniejszym i większym dzieciom.
Doczekałyśmy się na drugą książkę Elżbiety Pałasz, tym razem bohaterami są Basia i rudzik.
Książka jest barwna, wielozadaniowa i bardzo przyjemna w odbiorze estetycznym. Pobudza dzieci do działania, poszukiwania, odpowiadania i reagowania. Można w niej porysować i popisać, a już na pewno podążać za opowieścią. Na drugim planie towarzyszą Basi dwaj krasnale, którzy komentują i dopowiadają.
Basia po kolacji i toalecie poszła spać. Kiedy już smacznie spała coś ją obudziło, okazało się, że to ptaszek urządził sobie koncert za jej oknem, dziewczynka rozmarzyła się - "Też bym chciała mieć skrzydła i latać". Niemniej zasnęła ponownie.
Rano niczego nie pamiętała. Po śniadaniu mama poprosiła ją o przyniesienie koperku z ogródka. Czegóż tam nie było, oprócz kwiatów i roślin mnóstwo pędraków i drzewo, w którym ptaki uwiły swoje gniazda. Z jednego wypadło pisklę, Basia po analizie sytuacji delikatnie usadowiła malucha we właściwym gnieździe. Rodzice pisklaka byli tak wdzięczni za pomoc, że zgotowali Basi koncert, przepiękny, znany jej już z nocy.
A potem wydarzyło się coś niezwykłego, ptaszek upuścił na Basię piórko, po czym odepchnęła się od ziemi i pofrunęła. Niezwykłe marzenie spełniło się. Basia obserwowała świat z góry, mogła śpiewać, zjadać robaki, ale też... O tym poczytajcie sami, warto.
Ta opowieść pokazuje plusy i minusy marzeń, daje pole do własnych interpretacji i twórczości. Jest łagodna i ciepła. Polecamy mniejszym i większym dzieciom.
wtorek, 12 grudnia 2017
Capa. Szampan i krew - Alex Kershaw
Wypożyczyłam w bibliotece.
Sięgnęłam po tą książkę zainspirowana wystawą w Muzeum Narodowym "Tak widzą. Panorama fotografii węgierskiej". Zainteresowała mnie postać Roberta Capy a raczej Adreasa Fridemmana i odwaga z jaką robił zdjęcia. Zdjęcia, które przyniosły mu rozgłos pochodzą z konfliktów zbrojnych: wojny domowej w Hiszpani, Drugiej Wojny Światowej na wielu frontach, wojny w Wietnamie i wiele innych. To postać nietuzinkowa, wielowymiarowa i skomplikowana. Dał się poznać jako mistrz, szaleniec, biedak, dandys, wielbiciel kobiet, pełen niepokoju i brawury podróżnik Z książki dowiedziałam się szczegółów o życiu człowieka, który nie rozstawał się z aparatem fotograficznym. Człowiek, który sfotografował wojny toczone w ówczesnym czasie w Europie, stał się niebawem ikoną fotoreportera wojennego.
Capa to wieczny podróżnik, niespokojny duch, który ciągle coś robił, gdzieś bywał, coś tworzył.
Jego osobiste losy były trudne, bo to i bieda i półsieroctwo, śmierć brata, emigracja, tułaczka, wojna. Ale ta ostatnia właśnie dała mu rozgłos i pieniądze na przeżycie. Nie zatrzymywał się jednak na długo, gnał ciągle do przodu, napędzany chęcią życia, zrobienia ważnych zdjęć, zobaczenia miejsc ważnych politycznie i historycznie. Był w środku wojen, ale też wewnątrz powstawania państwa Izraelskiego, udokumentował powojenną Polskę, Czechosłowację i Węgry. Pojechał do Japonii, aby oderwać się od wojny i zrobić zdjęcia dzieciom, jednak nie na długo, bo "matka wojna" upomniała się o niego. Pojechał do Indochin, gdzie rozpoczął się konflikt zbrojny, niestety była to jego ostatnia wyprawa. Zginął z aparatem w ręku.
Warto wspomnieć, że Robert Capa był współzałożycielem agencji fotograficznej Magnum, aby ta dbała finansowo o fotografów. Otrzymał odznaczenie Medal Wolności, napisał książki, nakręcił film i zrobił ogromną ilość zdjęć.
Dla mnie dodatkowym atutem tej książki były czasy i ludzie z, którymi fotograf szybko się zaprzyjaźniał. Do jego przyjaciół i znajomych należeli Ernest Hemingway, Gary Cooper, John Huston, Irwin Show, John Steinbeck, Ingrid Bergman.
Czytając tą książkę zanurzyłam się w wir ważnych wydarzeń historycznych a działo się bardzo.
Capa to wieczny podróżnik, niespokojny duch, który ciągle coś robił, gdzieś bywał, coś tworzył.
Jego osobiste losy były trudne, bo to i bieda i półsieroctwo, śmierć brata, emigracja, tułaczka, wojna. Ale ta ostatnia właśnie dała mu rozgłos i pieniądze na przeżycie. Nie zatrzymywał się jednak na długo, gnał ciągle do przodu, napędzany chęcią życia, zrobienia ważnych zdjęć, zobaczenia miejsc ważnych politycznie i historycznie. Był w środku wojen, ale też wewnątrz powstawania państwa Izraelskiego, udokumentował powojenną Polskę, Czechosłowację i Węgry. Pojechał do Japonii, aby oderwać się od wojny i zrobić zdjęcia dzieciom, jednak nie na długo, bo "matka wojna" upomniała się o niego. Pojechał do Indochin, gdzie rozpoczął się konflikt zbrojny, niestety była to jego ostatnia wyprawa. Zginął z aparatem w ręku.
Warto wspomnieć, że Robert Capa był współzałożycielem agencji fotograficznej Magnum, aby ta dbała finansowo o fotografów. Otrzymał odznaczenie Medal Wolności, napisał książki, nakręcił film i zrobił ogromną ilość zdjęć.
Dla mnie dodatkowym atutem tej książki były czasy i ludzie z, którymi fotograf szybko się zaprzyjaźniał. Do jego przyjaciół i znajomych należeli Ernest Hemingway, Gary Cooper, John Huston, Irwin Show, John Steinbeck, Ingrid Bergman.
Czytając tą książkę zanurzyłam się w wir ważnych wydarzeń historycznych a działo się bardzo.
niedziela, 10 grudnia 2017
Migotnik - Roberto Piumini
Nie wiem co mnie zachęciło do przeczytania tej książki, ale nie był to czas stracony. To przyjemna lektura, napisana pięknym językiem i ozdobiona obrazami. Napisana tak, że nawet bez tych ilustracji czytając chce się malować. Jest w niej zawarta historia mężczyzny i chłopca, którzy tworzą zachwycające dzieła na ścianach komnat. Wyobraźnia moja działała na wysokich obrotach podążając za malarzem i twórcą.
To historia smutna, ale też pełna pozytywnych emocji i uczuć. Jasna, przepełniona miłością, przyjaźnią i miłymi relacjami głównych bohaterów. W książce zawarte są wzniosłe ideały, pozytywne przesłanki i siła dobrej ludzkiej energii. Ten smutny watek został tak opisany, że mimo łez zostaje w sercu ciepło i dobre wspomnienie.
Migotnik to historia Sakumata, mężczyzny o niezwykłym talencie malarskim, który nie narzekał na brak wyobraźni, natchnienia i zamówień. Malował zarówno dla biednych jak i bogatych, a jego sława docierała w coraz dalsze zakątki kraju. Starał się nie odmawiać nikomu i dawać z siebie jak najwięcej, dlatego kiedy przybył do niego posłaniec z odległej krainy, udał sie doń, aby spełnić prośbę władcy. Miał wypełnić pokoje chorego syna owego bogacza pejzażami. Obrazy miały być radością i przyjemnością dla przykutego do tych ścian chłopca.
Przez wiele miesięcy Skumat i chłopiec planują, tworzą w wyobraźni a następnie przenoszą na ściany krajobrazy górskie, nizinne, morza i oceany. Historie na nich zaczynają się zmieniać, tak jak zmienia się ich znajomość. Obaj panowie potrzebują siebie coraz bardziej, spędzają ze sobą każde chwile w dzień i w nocy. Prowadzą bardzo ciekawe i pouczające rozmowy. Obdarzają się uczuciem przyjaźni i zaufania.
To książka o wrażliwości, uważności i serdeczności względem drugiego człowieka. Pisana, ale jakby malowana. Książka pobudzająca wyobraźnię i zmysły.
środa, 29 listopada 2017
Twój Vincent - Wizyta w kinie
Dla mnie to zachwycający film. Siedziałam oszołomiona cudem techniki i ludzkimi możliwościami. To jak oglądanie obrazów, które nagle ożywają. Niebywałe, malownicze i kolorowe.
Głównym motywem fabuły jest podróż Armanda Roulina, syna listonosza, przyjaciela Vincenta van Gogha, z ostatnim napisanym przed śmiercią listem Vincenta do brata. W klimacie kryminału Roulin odwiedza osobę po osobie zbierając kawałki układanki. Chce rozwiązać zagadkę śmierci malarza, choć czasami odnosiłam wrażenie, że akcja była mało dynamiczna, zbyt spokojna i niczym nie zaskakująca. Trochę zabrakło mi równowagi pomiędzy warstwą wizualną i treścią. Niemniej całość jest spójna i autentyczna, twórcy wykorzystali obrazy, miejsca i osoby z życia wielkiego malarza.
Mocnym elementem filmu jest także muzyka, która potęguję odbiór obrazów, wyraża ich emocje i nastrój.
To film dla miłośników twórczości malarza, uznających nowoczesne formy prezentacji sztuki.
Wyszłam z filmu usatysfakcjonowana i ukołysana barwami i muzyką.
Polak sprzeda zmysły - Konrad Oprzędek
Z biblioteki.
Ta pozycja jest dowodem na to, że czytanie ogłoszeń może być inspiracją a już na pewno może dać materiał do tworzenia. Autor nie był prekursorem, bo 53 lata temu (1964) zrobił to Krzysztof Kąkolewski w książce "Trzy złote za słowo". Obserwacje Konrada Oprzędka ukazują jednak już inny obraz społeczeństwa. Z książki wyłania się efekt zmian zachodzących w pokoleniach na przełomie XX i XXI wieku. Zmiany dotyczą oczywiście wielu obszarów życia, min. podejścia do seksu i miłości, realizowania swoich powinności lub potrzeb, świadomości i sposobów leczenia traum po "kulturze" bicia przez rodziców oraz kultywowanej martyrologii.
Aby pozyskać ów materiał autor przeglądał źródło wiedzy wszelakiej czyli internet. Nawiązywał łączność z autorami ogłoszeń, czasem była to tylko krótka wymiana zdań, innym razem dłuższy kontakt, czasem nawet spotykał się bezpośrednio. Okazało się, że internet to źródło wszelkiej mocy i nieograniczonych możliwości. Ludzie realizują siebie i swoje potrzeby poprzez najróżniejsze chwyty. W książce poczytamy o przemianach jakie w ludziach zachodzą, o czarach, które zwabiają rzesze poszukiwaczy, o miksturach szczęścia, szeptach, głosach, ocieplaczach. Oczywiście będzie też o ułudach, chwilowości, absurdalności, niewiarygodności. Czytelnik skonfrontuje swoje obserwacje zachowań społeczeństwa, być może nie będzie mu to obce, ale może go coś zaskoczy.
Po przeczytaniu tego reportażu poczułam zmieszanie, zadziwienie, trochę smutek, współczucie i własną naiwność. Okazuje się, że nie śledząc pewnych obszarów internetu, nie posiadam świadomości i wiedzy jak wiele w tym kraju dzieje się niepojętych rzeczy, jak bardzo ludzie gonią za rzeczami, za pieniędzmi, czasem za drugą osobą. Okazuje się, że płodzą swoje pragnienia i niespełnienia jednocześnie rozpaczając za tym czego nie mogą mieć. Nie widzą tego co mają, nie doceniają, ale chwytają się wszelkich sposobów, aby zaspokoić swoje często wydumane "marzenia".
To chyba taka otoczka tych czasów: gonić, łapać, mieć i tak w kółko. A nie warto byłoby zatrzymać się i pomyśleć po co?
Ta pozycja jest dowodem na to, że czytanie ogłoszeń może być inspiracją a już na pewno może dać materiał do tworzenia. Autor nie był prekursorem, bo 53 lata temu (1964) zrobił to Krzysztof Kąkolewski w książce "Trzy złote za słowo". Obserwacje Konrada Oprzędka ukazują jednak już inny obraz społeczeństwa. Z książki wyłania się efekt zmian zachodzących w pokoleniach na przełomie XX i XXI wieku. Zmiany dotyczą oczywiście wielu obszarów życia, min. podejścia do seksu i miłości, realizowania swoich powinności lub potrzeb, świadomości i sposobów leczenia traum po "kulturze" bicia przez rodziców oraz kultywowanej martyrologii.
Aby pozyskać ów materiał autor przeglądał źródło wiedzy wszelakiej czyli internet. Nawiązywał łączność z autorami ogłoszeń, czasem była to tylko krótka wymiana zdań, innym razem dłuższy kontakt, czasem nawet spotykał się bezpośrednio. Okazało się, że internet to źródło wszelkiej mocy i nieograniczonych możliwości. Ludzie realizują siebie i swoje potrzeby poprzez najróżniejsze chwyty. W książce poczytamy o przemianach jakie w ludziach zachodzą, o czarach, które zwabiają rzesze poszukiwaczy, o miksturach szczęścia, szeptach, głosach, ocieplaczach. Oczywiście będzie też o ułudach, chwilowości, absurdalności, niewiarygodności. Czytelnik skonfrontuje swoje obserwacje zachowań społeczeństwa, być może nie będzie mu to obce, ale może go coś zaskoczy.
Po przeczytaniu tego reportażu poczułam zmieszanie, zadziwienie, trochę smutek, współczucie i własną naiwność. Okazuje się, że nie śledząc pewnych obszarów internetu, nie posiadam świadomości i wiedzy jak wiele w tym kraju dzieje się niepojętych rzeczy, jak bardzo ludzie gonią za rzeczami, za pieniędzmi, czasem za drugą osobą. Okazuje się, że płodzą swoje pragnienia i niespełnienia jednocześnie rozpaczając za tym czego nie mogą mieć. Nie widzą tego co mają, nie doceniają, ale chwytają się wszelkich sposobów, aby zaspokoić swoje często wydumane "marzenia".
To chyba taka otoczka tych czasów: gonić, łapać, mieć i tak w kółko. A nie warto byłoby zatrzymać się i pomyśleć po co?
sobota, 25 listopada 2017
Małe życie - Hanya Yanagihara
Wypożyczona w bibliotece.
To książka, która mnie niestety "zmogła" i po około 200 stronach nie dałam rady czytać strona po stronie. Nie miałam siły się przepychać i przedzierać przez jej gęste i kolczaste zarośla. To długie "wprowadzenie" zniechęciło mnie do wnikliwej lektury a pobieżne czytanie dalszych fragmentów utwierdziło mnie w tej niechęci.
Nie chciałam przeżywać traum wymyślonych bohaterów, bo prawdziwych nie brakuje. Nie przemówiło do mnie nazywanie przyjaźnią relacji czasami wręcz toksycznych i zakłamanych. Mocno sztuczny wydawał mi się sposób wyrażania uczuć i emocji przez męskich bohaterów książki. Tajemnice, kruczki, nieszczęścia, a przy tym sukcesy, pieniądze, dostatnie życie i zmanierowanie wydawały mi się zbyt plastikowe i kiczowate. Pozbierane z różnych amerykańskich zaułków albo przestrzeni. Wydumane i przedłużone do granic.
Chcę jednak pogratulować autorce możliwości pisarskich pozwalających jej na stworzenie tak obszernej książki. Niemniej mnie nie wciągnęła i nie przekonała swoimi zabiegami.
To książka, która mnie niestety "zmogła" i po około 200 stronach nie dałam rady czytać strona po stronie. Nie miałam siły się przepychać i przedzierać przez jej gęste i kolczaste zarośla. To długie "wprowadzenie" zniechęciło mnie do wnikliwej lektury a pobieżne czytanie dalszych fragmentów utwierdziło mnie w tej niechęci.
Nie chciałam przeżywać traum wymyślonych bohaterów, bo prawdziwych nie brakuje. Nie przemówiło do mnie nazywanie przyjaźnią relacji czasami wręcz toksycznych i zakłamanych. Mocno sztuczny wydawał mi się sposób wyrażania uczuć i emocji przez męskich bohaterów książki. Tajemnice, kruczki, nieszczęścia, a przy tym sukcesy, pieniądze, dostatnie życie i zmanierowanie wydawały mi się zbyt plastikowe i kiczowate. Pozbierane z różnych amerykańskich zaułków albo przestrzeni. Wydumane i przedłużone do granic.
Chcę jednak pogratulować autorce możliwości pisarskich pozwalających jej na stworzenie tak obszernej książki. Niemniej mnie nie wciągnęła i nie przekonała swoimi zabiegami.
Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo - Grzegorz Gortat
Wypożyczona
Jak żyć w kraju, w którym od lat toczy się haniebna wojna, podyktowana chorym ego uzurpatora i interesami wąskiej grupki najgorszego rodzaju ludzi.
Jak żyć mimo ciągłego zagrożenia od ludzi i maszyn, z powierza i lądu.
Jak żyć skoro tak niewiele zostało do życia.
Jak żyć, kiedy człowiek człowiekowi jest tylko zagrożeniem i to w imię ponoć tej "samej religii".
Jak podają media i literatura - ogromnie trudno i strasznie jest żyć tam gdzie jest woja a tak toczy się od kilku lat w Syrii a właściwie w jej zgliszczach.
Pomimo to dzieciństwo pozostaje dzieciństwem i ma swoje przywileje, nawet w tak ograniczonych okolicznościach. Dzieci chcą się bawić i śmiać, biegać, skakać, dokazywać, grać w piłkę, spacerować. Niestety rzadko mają ku temu okazję i niestety często te potrzeby dzieciństwa kończą się śmiercią. Smutne to przerażająco, bo to nie one wywołały wojnę i nie one są odpowiedzialne za brak spokojnego dzieciństwa. Niestety zwykłych obywateli nie pyta się o zdanie i bierze się pod uwagę zwłaszcza jeśli żyją w kraju rządzonym przez zachłannych despotów.
Książka jest poruszająca i smutna, bo jakaż mogłaby być w takich okolicznościach. Niemniej są krótkie fragmenty w których przebija nadzieja i radość z maleńkich rzeczy. I to one, chyba, są zarzewiem i nadzieją na lepszą przyszłość. Ale czy te dzieci, których dzieciństwo przypadło na czas wojny, głodu i bezduszności będą umiały się odnaleźć w czasach spokoju? Zapewne tak, jak pokazują przykłady z historii, ale z jakim obciążeniem. Czy pozbawione podstawowych praw - wolności, bezpieczeństwa, możliwości nauki i rozwoju będą umiały zadbać o siebie i swój kraj - miejmy nadzieję.
W książce "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo" bohaterka, ośmioletnia Jasmina opisuje czytelnikowi swoją codzienność. Jej życie mimo trudów wojny jest szczęśliwe, bo ma kochanych i mądrych rodziców i rodzeństwo. Pokazuje, że mimo braku całego szeregu rzeczy można się bawić i być radosnym, oczywiście często w ograniczonym obszarze i zakresie. Można się uczyć i wzajemnie motywować do pozytywnych działań. Można a nawet trzeba się wspierać, chronić i dzielić.
Dzieci adaptują się do takich warunków w jakich przyszło im żyć. Bawią się w chowanego w gruzach swojego miasta, budują domy gdzie chcą i z czego chcą, robią sobie piaskownice w resztkach budynków. Niestety ma to swoją straszną cenę, bo często podczas takich zabaw giną od miny albo zostają bez ręki lub nogi. Czasami giną, bo chcą bawić się w szkołę a ktoś dorosły niestety skonstruował minę długopis. Chcą się bawić w żołnierzy a dorosły daje im do ręki prawdziwy karabin i każe strzelać do innych.
Smutne i straszne, że są takie miejsca w których dzieci nie mają spokojnego dzieciństwa. Kiedy giną członkowie ich rodzin, nie mają dachu nad głową, brakuje im jedzenia i prądu, stykają się z podłością dorosłych nawet bez przyczyny. Jak pomóc? Można wesprzeć swoimi możliwościami, choćby nabyciem tej książki, bo oprócz treści zgodnej z aktualnymi wydarzeniami ma też konkretny cel - zebrany dochód ze sprzedaży PAH chce przekazać na pomoc Syrii.To kropla w morzu potrzeb, ale to może być ta kropla, która drąży skałę i przelewa czarę goryczy. Bo ile można?
Jak żyć w kraju, w którym od lat toczy się haniebna wojna, podyktowana chorym ego uzurpatora i interesami wąskiej grupki najgorszego rodzaju ludzi.
Jak żyć mimo ciągłego zagrożenia od ludzi i maszyn, z powierza i lądu.
Jak żyć skoro tak niewiele zostało do życia.
Jak żyć, kiedy człowiek człowiekowi jest tylko zagrożeniem i to w imię ponoć tej "samej religii".
Jak podają media i literatura - ogromnie trudno i strasznie jest żyć tam gdzie jest woja a tak toczy się od kilku lat w Syrii a właściwie w jej zgliszczach.
Pomimo to dzieciństwo pozostaje dzieciństwem i ma swoje przywileje, nawet w tak ograniczonych okolicznościach. Dzieci chcą się bawić i śmiać, biegać, skakać, dokazywać, grać w piłkę, spacerować. Niestety rzadko mają ku temu okazję i niestety często te potrzeby dzieciństwa kończą się śmiercią. Smutne to przerażająco, bo to nie one wywołały wojnę i nie one są odpowiedzialne za brak spokojnego dzieciństwa. Niestety zwykłych obywateli nie pyta się o zdanie i bierze się pod uwagę zwłaszcza jeśli żyją w kraju rządzonym przez zachłannych despotów.
Książka jest poruszająca i smutna, bo jakaż mogłaby być w takich okolicznościach. Niemniej są krótkie fragmenty w których przebija nadzieja i radość z maleńkich rzeczy. I to one, chyba, są zarzewiem i nadzieją na lepszą przyszłość. Ale czy te dzieci, których dzieciństwo przypadło na czas wojny, głodu i bezduszności będą umiały się odnaleźć w czasach spokoju? Zapewne tak, jak pokazują przykłady z historii, ale z jakim obciążeniem. Czy pozbawione podstawowych praw - wolności, bezpieczeństwa, możliwości nauki i rozwoju będą umiały zadbać o siebie i swój kraj - miejmy nadzieję.
W książce "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo" bohaterka, ośmioletnia Jasmina opisuje czytelnikowi swoją codzienność. Jej życie mimo trudów wojny jest szczęśliwe, bo ma kochanych i mądrych rodziców i rodzeństwo. Pokazuje, że mimo braku całego szeregu rzeczy można się bawić i być radosnym, oczywiście często w ograniczonym obszarze i zakresie. Można się uczyć i wzajemnie motywować do pozytywnych działań. Można a nawet trzeba się wspierać, chronić i dzielić.
Dzieci adaptują się do takich warunków w jakich przyszło im żyć. Bawią się w chowanego w gruzach swojego miasta, budują domy gdzie chcą i z czego chcą, robią sobie piaskownice w resztkach budynków. Niestety ma to swoją straszną cenę, bo często podczas takich zabaw giną od miny albo zostają bez ręki lub nogi. Czasami giną, bo chcą bawić się w szkołę a ktoś dorosły niestety skonstruował minę długopis. Chcą się bawić w żołnierzy a dorosły daje im do ręki prawdziwy karabin i każe strzelać do innych.
Smutne i straszne, że są takie miejsca w których dzieci nie mają spokojnego dzieciństwa. Kiedy giną członkowie ich rodzin, nie mają dachu nad głową, brakuje im jedzenia i prądu, stykają się z podłością dorosłych nawet bez przyczyny. Jak pomóc? Można wesprzeć swoimi możliwościami, choćby nabyciem tej książki, bo oprócz treści zgodnej z aktualnymi wydarzeniami ma też konkretny cel - zebrany dochód ze sprzedaży PAH chce przekazać na pomoc Syrii.To kropla w morzu potrzeb, ale to może być ta kropla, która drąży skałę i przelewa czarę goryczy. Bo ile można?
czwartek, 23 listopada 2017
Zapiski z Rakki. Ucieczka z Państwa Islamskiego - Samir
Z biblioteki.
Wyobraź sobie,
- że nie możesz kontaktować się za pomocą internetu, telefonii
komórkowej, stacjonarnej, itd.
- że nie możesz uzyskiwać informacji ze świata żadną drogą,
- że nie możesz z nikim porozmawiać, nikomu się poskarżyć, od nikogo
oczekiwać pomocy,
- że za kontakt z zachodnimi mediami grozi ścięcie,
- że nie możesz poruszać się swobodnie po okolicy,
- że nie możesz spotykać się z kim chcesz,
- że nie możesz jeść ani ubierać tego co chcesz,
- że nie możesz pracować i nie możesz dać jeść swoim dzieciom,
- że nie możesz się uczyć, bo masz nie umieć,
- że nie masz prądu, ogrzewania, domu, łóżka,
- że nie czujesz się bezpiecznie.
Wyobraź sobie, jeśli jesteś w stanie,
- że widzisz ukrzyżowanego syna przed resztką swojego domu,
- że widzisz przyjaciela wiszącego bez głowy,
- że widzisz dziesiątki ciał po ostrzale samolotu,
- że widzisz kamienowanych publicznie ludzi,
- że widzisz publiczne chłosty i egzekucje,
- że widzisz jak dziecko ma zabić starszego mężczyznę.
Czy możesz wyobrazić sobie:
głód, strach, zimno, brak domu, rodziny, brak nadziei.
Jeśli możesz to sobie wyobrazić to jesteś w dobrej sytuacji, bo nie musisz tego przeżywać każdego dnia od kilku lat.
Życie w miejscu gdzie nie trzeba sobie nic z tych rzeczy wyobrażać, bo to się dzieje na prawdę, jest częścią terytorium "Państwa Islamskiego". Obrazy okrucieństwa bólu i strachu tworzone są na nowo każdego dnia. Człowiek nic nie znaczy, to tylko narzędzie do działań chorych z agresji i arogancji ludzi. Niegdyś miasteczko w północnej Syrii - Rakka, zostało zamienione w zgliszcza i zaanektowane na potrzeby agresora.
Ta książka to opowieść Samira, działacza grupy wolnościowej Asz- Szarkija 24, który spisywał swoje przeżycia w Rakkce i wysyłał jako szyfrowane wiadomości sms do Turcji, skąd trafiały do telewizji BBC. Ta ostatnia zaś wydała ją w wyjątkowej formie i z nadzwyczajnymi ilustracjami, oddającymi w pełni treść wydarzeń. Niezwykłe w obrazach i kolorach, wyrażające emocje i działające na zmysły, ogromnie poruszające.
To ważna relacja młodego człowieka, naocznego świadka strasznych wydarzeń, zwykłego mieszkańca, syna, brata, przyjaciela. Człowieka, który miał marzenia, plany, studia, rodzinę, dziewczynę. Niestety przyszło mu żyć w zniewolonym i coraz bardziej zniszczonym kraju. Przyszło mu patrzeć na to co robi Daisz z prawdziwym islamem, jak dalece go wypacza i wykorzystuje do swoich zbrodniczych celów. Przyszło mu żyć tylko resztkami nadziei, że świat dojrzy krzywdę Syrii i wspomoże jego mieszkańców, zwykłych ludzi, znoszących każdego dnia ogromną przemoc.
Wyobraź sobie,
- że nie możesz kontaktować się za pomocą internetu, telefonii
komórkowej, stacjonarnej, itd.
- że nie możesz uzyskiwać informacji ze świata żadną drogą,
- że nie możesz z nikim porozmawiać, nikomu się poskarżyć, od nikogo
oczekiwać pomocy,
- że za kontakt z zachodnimi mediami grozi ścięcie,
- że nie możesz poruszać się swobodnie po okolicy,
- że nie możesz spotykać się z kim chcesz,
- że nie możesz jeść ani ubierać tego co chcesz,
- że nie możesz pracować i nie możesz dać jeść swoim dzieciom,
- że nie możesz się uczyć, bo masz nie umieć,
- że nie masz prądu, ogrzewania, domu, łóżka,
- że nie czujesz się bezpiecznie.
Wyobraź sobie, jeśli jesteś w stanie,
- że widzisz ukrzyżowanego syna przed resztką swojego domu,
- że widzisz przyjaciela wiszącego bez głowy,
- że widzisz dziesiątki ciał po ostrzale samolotu,
- że widzisz kamienowanych publicznie ludzi,
- że widzisz publiczne chłosty i egzekucje,
- że widzisz jak dziecko ma zabić starszego mężczyznę.
Czy możesz wyobrazić sobie:
głód, strach, zimno, brak domu, rodziny, brak nadziei.
Jeśli możesz to sobie wyobrazić to jesteś w dobrej sytuacji, bo nie musisz tego przeżywać każdego dnia od kilku lat.
Życie w miejscu gdzie nie trzeba sobie nic z tych rzeczy wyobrażać, bo to się dzieje na prawdę, jest częścią terytorium "Państwa Islamskiego". Obrazy okrucieństwa bólu i strachu tworzone są na nowo każdego dnia. Człowiek nic nie znaczy, to tylko narzędzie do działań chorych z agresji i arogancji ludzi. Niegdyś miasteczko w północnej Syrii - Rakka, zostało zamienione w zgliszcza i zaanektowane na potrzeby agresora.
Ta książka to opowieść Samira, działacza grupy wolnościowej Asz- Szarkija 24, który spisywał swoje przeżycia w Rakkce i wysyłał jako szyfrowane wiadomości sms do Turcji, skąd trafiały do telewizji BBC. Ta ostatnia zaś wydała ją w wyjątkowej formie i z nadzwyczajnymi ilustracjami, oddającymi w pełni treść wydarzeń. Niezwykłe w obrazach i kolorach, wyrażające emocje i działające na zmysły, ogromnie poruszające.
To ważna relacja młodego człowieka, naocznego świadka strasznych wydarzeń, zwykłego mieszkańca, syna, brata, przyjaciela. Człowieka, który miał marzenia, plany, studia, rodzinę, dziewczynę. Niestety przyszło mu żyć w zniewolonym i coraz bardziej zniszczonym kraju. Przyszło mu patrzeć na to co robi Daisz z prawdziwym islamem, jak dalece go wypacza i wykorzystuje do swoich zbrodniczych celów. Przyszło mu żyć tylko resztkami nadziei, że świat dojrzy krzywdę Syrii i wspomoże jego mieszkańców, zwykłych ludzi, znoszących każdego dnia ogromną przemoc.
"Nie sądziliśmy tylko, że społeczność międzynarodowa będzie stała z założonymi rękami, przyglądając się bezczynnie, jak dokonuje się zbrodni na bezbronnych ludziach, domagających się praw, które im się słusznie należą." (str. 46)
środa, 22 listopada 2017
Zaklęcie na „W” - Michał Rusinek, Joanna Rusinek
Seria: Wojny dorosłych - historie dzieci.
Ta książka o wojnie widzianej oczami dziecka. Napisana tak, aby dziecko mogło je zrozumieć a rodzic mógł dopowiedzieć i pociągnąć temat. Bohaterem jest ośmiolatek, zatem i lektura powinna być zrozumiała dla dzieci w podobnym wieku.
To książka niezwykła w treści i w obrazach. Autor Michał Rusinek oparł swoją opowieść na autentycznych wspomnieniach pana Włodzimierza Dusiewicza. Dla mnie niezwykłym walorem jest jej szata graficzna wykonana przez Joannę Rusinek. Ilustracje to nie obrazki, ale rozlane po stronach wymowne projekcje opowiadanej historii. Czarno-białe w czasach wojny i kolorowe poza jej okresem. Czasem szare, bo przecież nie wszyscy i wszystko było oczywiste, czasem to Biali byli źli a Czarni dobrzy. Dla mnie te obrazy to absolutny majstersztyk.
Niemniej wracając do opowieści; to mądra, prosta i wciągająca historia chłopca, który zamiast do szkoły ruszył 1 września 1939 roku do "walki" z "Czarnymi Panami", oczywiście nie od razu i nie dosłownie. Został łącznikiem, pomagał obrońcom ojczyzny, często nie mając o tym wiedzy. Przewoził rowerem zaproszenia ślubne, odbierał nowe znaczki na poczcie jako filatelista, nie wiedząc o tym, że to tylko "przykrywki" i mają drugie tajne dno. Ze względów bezpieczeństwa Włodek o ważności tych działań dowiedział się dopiero po wojnie, w trakcie uważał swoje zadania za nudne.
Tak naprawdę to Włodek nie rozumiał tej wojny a już na pewno jej nie chciał, zwłaszcza że zabrała mu tatę i szansę na spełnienie wielu obietnic. Wszystko straciło sens, radość i kolory. Targany emocjami postanowił pomagać i wstąpił do Szarych Szeregów, by wesprzeć działalność "Białych Panów". Włodek próbował działań na własną rękę, ale okazało się, że są one niebezpieczne dla niego osobiście i dla całej organizacji.
Wojna nauczyła go, że nawet najdzielniejsi chłopcy płaczą, że nie zawsze tylko Czarni Panowie są straszni i źli, bo czasem to Biali Panowie okazywali drugie oblicze i strzelali do swojego. Przekonał się, że wojna niesie ze sobą głód, zimno, rozłąkę i utratę, że "Wojna jest przez to zawsze przegrana, dla obu stron."
To bardzo wartościowa książka, czytelna, zrozumiała i wyjątkowa.
Ta książka o wojnie widzianej oczami dziecka. Napisana tak, aby dziecko mogło je zrozumieć a rodzic mógł dopowiedzieć i pociągnąć temat. Bohaterem jest ośmiolatek, zatem i lektura powinna być zrozumiała dla dzieci w podobnym wieku.
To książka niezwykła w treści i w obrazach. Autor Michał Rusinek oparł swoją opowieść na autentycznych wspomnieniach pana Włodzimierza Dusiewicza. Dla mnie niezwykłym walorem jest jej szata graficzna wykonana przez Joannę Rusinek. Ilustracje to nie obrazki, ale rozlane po stronach wymowne projekcje opowiadanej historii. Czarno-białe w czasach wojny i kolorowe poza jej okresem. Czasem szare, bo przecież nie wszyscy i wszystko było oczywiste, czasem to Biali byli źli a Czarni dobrzy. Dla mnie te obrazy to absolutny majstersztyk.
Niemniej wracając do opowieści; to mądra, prosta i wciągająca historia chłopca, który zamiast do szkoły ruszył 1 września 1939 roku do "walki" z "Czarnymi Panami", oczywiście nie od razu i nie dosłownie. Został łącznikiem, pomagał obrońcom ojczyzny, często nie mając o tym wiedzy. Przewoził rowerem zaproszenia ślubne, odbierał nowe znaczki na poczcie jako filatelista, nie wiedząc o tym, że to tylko "przykrywki" i mają drugie tajne dno. Ze względów bezpieczeństwa Włodek o ważności tych działań dowiedział się dopiero po wojnie, w trakcie uważał swoje zadania za nudne.
Tak naprawdę to Włodek nie rozumiał tej wojny a już na pewno jej nie chciał, zwłaszcza że zabrała mu tatę i szansę na spełnienie wielu obietnic. Wszystko straciło sens, radość i kolory. Targany emocjami postanowił pomagać i wstąpił do Szarych Szeregów, by wesprzeć działalność "Białych Panów". Włodek próbował działań na własną rękę, ale okazało się, że są one niebezpieczne dla niego osobiście i dla całej organizacji.
Wojna nauczyła go, że nawet najdzielniejsi chłopcy płaczą, że nie zawsze tylko Czarni Panowie są straszni i źli, bo czasem to Biali Panowie okazywali drugie oblicze i strzelali do swojego. Przekonał się, że wojna niesie ze sobą głód, zimno, rozłąkę i utratę, że "Wojna jest przez to zawsze przegrana, dla obu stron."
To bardzo wartościowa książka, czytelna, zrozumiała i wyjątkowa.
sobota, 18 listopada 2017
Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania - Katarzyna Bonda
Z biblioteki.
To książka poradnik, ale napisana tak, że trudno się od niej oderwać. Czyta się ją z zainteresowaniem, wciąga w zawarte tajniki, pokazuje drogi i dróżki, przestrzega przed kluczeniem i ciemnymi zaułkami w procesie pisania książki. Autorka proces tworzenia książki, nazywa rodzeniem. Pokazuje jak powołać to nowe dziecko dbając o jego prawidłowy rozwój, jak doglądać jego parametrów, prawidłowo odżywiać, dopieszczać, itd.
Dla mnie ten przewodnik po "rodzeniu książki" jest logiczny, przejrzysty, zrozumiały, prosty i pomocny. Zawiera wszystko co najważniejsze dla twórcy.
Katarzyna Bonda przekonuje swoich czytelników, że pisanie to jest ciężka praca, którą można a nawet trzeba kształtować i rozwijać całe życie. Pokazuje, że pisanie to jest rzemiosło, które właściwie podsycane i uprawiane przyniesie mistrzowskie efekty. Pisanie według Bondy to nie tylko pasja, to mrówcza praca na cały etat. To praca, która wymaga pisania, czytania, słuchania, doświadczania, konsekwencji i systematyczności w tych działaniach.
Autorka krok po kroku przeprowadza czytelnika po dróżkach, które prowadzą do poznania różnych aspektów pisarstwa. Jak alchemik rozkłada na czynniki pierwsze wszystkie mikstury, które dają pożądany efekt. Pokazuje wytyczne prowadzące do spełnienia, czyli napisania książki. Na tym nie koniec, bo pisanie książki to przecież część procesu, potem jest jeszcze przechodzenie przez poletka wydawców, często zarośnięte, przez, które trudno się przedrzeć i dostać do jądra decyzyjnego. Jeśli się uda i wyprawa nie będzie nadaremna to spłodzoną książkę uda się ujrzeć na półce w księgarni.
Autorka pokazuje jasne i ciemne strony płodzenia książki, wzloty i upadki, ciernie i płatki, jasne polany i wysokie góry. Tak, na tej twórczej drodze autor napotka na ogrom różnorodności.
Z pewnością aby odnieść pożądany efekt, napisać, być wydanym i sprzedanym trzeba grać na emocjach, bo to one wiodą prym w tym obszarze. Książki mają poruszać czytelnika, zagnieżdżać się w duszach, "wwiercać" w umysły, nie dać o sobie zapomnieć. Mają działać na czytelnika jasno wedle gatunku, czyli: bawić, wyciskać łzy, przerażać, prowadzić po śladzie, zaciekawiać, współczuć, kochać, fantazjować.
Poradnik autorstwa Katarzyny Bondy jest bardzo racjonalny, logiczny, pomocny, wspierający i systematyzujący. Może jest to spowodowane jej kilkuletnim doświadczeniem jako pisarki.
Można w nim znaleźć ćwiczenia wspomagające szukanie inspiracji, doskonalenie możliwości i opis niezbędników o których trzeba pamiętać przy pisaniu książki.
Książka składa się z ośmiu rozdziałów, takich kolejnych stopni wtajemniczenia, od podstawy czyli świata wewnętrznego pisarza, gatunków literackich, poprzez zagłębienie się w bohatera, pokazanie sposobów na jego przedstawienie, rolę i drogę. Pisze o strukturze, fabule, narracji i dialogu. Przytacza "Dekalog Pisarza", nie zapomina o wygładzaniu czyli poprawianiu, redagowaniu i przekazywaniu w inne ręce.
Książka wypełniona jest narzędziami, tabelami, wykresami metodami pracy autorki, sprawdzonymi i potwierdzonymi.
Autorka podkreśla, że pisanie to ciężka praca, której można się nauczyć, nie trzeba tylko poddawać się zbyt szybko, bo proces twórczy to lata a nie chwile. Należy ćwiczyć, doświadczać i ufać swojej intuicji. Bardzo przypadła mi do gustu.
To książka poradnik, ale napisana tak, że trudno się od niej oderwać. Czyta się ją z zainteresowaniem, wciąga w zawarte tajniki, pokazuje drogi i dróżki, przestrzega przed kluczeniem i ciemnymi zaułkami w procesie pisania książki. Autorka proces tworzenia książki, nazywa rodzeniem. Pokazuje jak powołać to nowe dziecko dbając o jego prawidłowy rozwój, jak doglądać jego parametrów, prawidłowo odżywiać, dopieszczać, itd.
Dla mnie ten przewodnik po "rodzeniu książki" jest logiczny, przejrzysty, zrozumiały, prosty i pomocny. Zawiera wszystko co najważniejsze dla twórcy.
Katarzyna Bonda przekonuje swoich czytelników, że pisanie to jest ciężka praca, którą można a nawet trzeba kształtować i rozwijać całe życie. Pokazuje, że pisanie to jest rzemiosło, które właściwie podsycane i uprawiane przyniesie mistrzowskie efekty. Pisanie według Bondy to nie tylko pasja, to mrówcza praca na cały etat. To praca, która wymaga pisania, czytania, słuchania, doświadczania, konsekwencji i systematyczności w tych działaniach.
Autorka krok po kroku przeprowadza czytelnika po dróżkach, które prowadzą do poznania różnych aspektów pisarstwa. Jak alchemik rozkłada na czynniki pierwsze wszystkie mikstury, które dają pożądany efekt. Pokazuje wytyczne prowadzące do spełnienia, czyli napisania książki. Na tym nie koniec, bo pisanie książki to przecież część procesu, potem jest jeszcze przechodzenie przez poletka wydawców, często zarośnięte, przez, które trudno się przedrzeć i dostać do jądra decyzyjnego. Jeśli się uda i wyprawa nie będzie nadaremna to spłodzoną książkę uda się ujrzeć na półce w księgarni.
Autorka pokazuje jasne i ciemne strony płodzenia książki, wzloty i upadki, ciernie i płatki, jasne polany i wysokie góry. Tak, na tej twórczej drodze autor napotka na ogrom różnorodności.
Z pewnością aby odnieść pożądany efekt, napisać, być wydanym i sprzedanym trzeba grać na emocjach, bo to one wiodą prym w tym obszarze. Książki mają poruszać czytelnika, zagnieżdżać się w duszach, "wwiercać" w umysły, nie dać o sobie zapomnieć. Mają działać na czytelnika jasno wedle gatunku, czyli: bawić, wyciskać łzy, przerażać, prowadzić po śladzie, zaciekawiać, współczuć, kochać, fantazjować.
Poradnik autorstwa Katarzyny Bondy jest bardzo racjonalny, logiczny, pomocny, wspierający i systematyzujący. Może jest to spowodowane jej kilkuletnim doświadczeniem jako pisarki.
Można w nim znaleźć ćwiczenia wspomagające szukanie inspiracji, doskonalenie możliwości i opis niezbędników o których trzeba pamiętać przy pisaniu książki.
Książka składa się z ośmiu rozdziałów, takich kolejnych stopni wtajemniczenia, od podstawy czyli świata wewnętrznego pisarza, gatunków literackich, poprzez zagłębienie się w bohatera, pokazanie sposobów na jego przedstawienie, rolę i drogę. Pisze o strukturze, fabule, narracji i dialogu. Przytacza "Dekalog Pisarza", nie zapomina o wygładzaniu czyli poprawianiu, redagowaniu i przekazywaniu w inne ręce.
Książka wypełniona jest narzędziami, tabelami, wykresami metodami pracy autorki, sprawdzonymi i potwierdzonymi.
Autorka podkreśla, że pisanie to ciężka praca, której można się nauczyć, nie trzeba tylko poddawać się zbyt szybko, bo proces twórczy to lata a nie chwile. Należy ćwiczyć, doświadczać i ufać swojej intuicji. Bardzo przypadła mi do gustu.
piątek, 17 listopada 2017
Kaprysik. Damskie historie - Mariusz Szczygieł
Z biblioteki.
To pozycja maleńka, słodka i o kobietach, z mężczyznami w tle lub obok.
Książka do przeczytania w 1,5-2 godziny, taka na oderwanie się od innych cięższych lektur. "Kaprysik" to taki kwiatek: kolorowy, pachnący i ciekawy.
To tomik reportaży o kobietach, różnorodnych, barwnych, interesujących, zaskakujących. O kobietach, które coś osobliwego stworzyły, w czymś osobliwym brały udział, były dla kogoś albo samej siebie inspiracją.
To zbiór sześciu historii tak różnych jak różne są kobiety. Czasem przeczytamy o codzienności, innym razem o pasji fotografii, jest i o poszukiwaniu kobiet ze zgubionej listy, o miłości, smutku, rozstaniu, przyjaźni.
Mariusz Szczygieł przekazuje opowieści z uśmiechem, czarem, subtelnością, delikatnością i czułością.
W rozdziale pierwszym -Reality- autor opisuje postać kobiety, która całe swoje życie zawarła w ponad 700 zeszytach, opisując jego codzienne drobiazgi, bez emocji i opisów, skupiając się na szczegółach dotyczących domowych obowiązków, wydarzeń z życia rodziny.
W następnym rozdziale „Kaprysik” opowiada o pani stomatolog, która regularnie od dziesięciu lat odwiedza zakład fotograficzny prosząc o zdjęcia w przygotowanych przez siebie kostiumach. Kreacje bywają subtelne lub kuszące, ale zawsze pomysłowe i radosne.
Kolejny - Kartka - intryguje próbą rozpracowania tajemniczej listy znalezionej w kawiarni Nowy Świat. Zawierała nazwiska i imiona kobiet wraz z rokiem, zapisane odręcznie. Autor poszukiwał odpowiedzi na postawione hipotezy aż doszedł do ściany, niemniej...
Czwarty rozdział - Dowód - to historia miłości profesora, rektora AGH w Krakowie do swojej żony Małgorzaty. W dowód tej miłości z własnej potrzeby i finansów postawił posąg oblubienicy w korytarzu uczelni, z zamysłem rozczulania i ocieplania miejsca.
Piąty rozdział - Rozstanie jest ostre jak miecz - to historia miłości i sposobu przeżywania żałoby piosenkarki Tercetu Egzotycznego Izabelli Skrybant -Dziewiątkowskiej po śmierci męża. Trochę tu wspomnień, wyjaśnień, usprawiedliwiania.
Szósty - Serial na dwa długopisy - to niebywała historia dwóch przyjaciółek, które przez ponad 50 lat pisały do siebie listy. Ta zupełnie niewiarygodna determinacja i więź dawała im siłę w trudnych momentach, dzieliła radość, utulała smutek.
To książka dla każdego, relaksująca i pozytywna.
To pozycja maleńka, słodka i o kobietach, z mężczyznami w tle lub obok.
Książka do przeczytania w 1,5-2 godziny, taka na oderwanie się od innych cięższych lektur. "Kaprysik" to taki kwiatek: kolorowy, pachnący i ciekawy.
To tomik reportaży o kobietach, różnorodnych, barwnych, interesujących, zaskakujących. O kobietach, które coś osobliwego stworzyły, w czymś osobliwym brały udział, były dla kogoś albo samej siebie inspiracją.
To zbiór sześciu historii tak różnych jak różne są kobiety. Czasem przeczytamy o codzienności, innym razem o pasji fotografii, jest i o poszukiwaniu kobiet ze zgubionej listy, o miłości, smutku, rozstaniu, przyjaźni.
Mariusz Szczygieł przekazuje opowieści z uśmiechem, czarem, subtelnością, delikatnością i czułością.
W rozdziale pierwszym -Reality- autor opisuje postać kobiety, która całe swoje życie zawarła w ponad 700 zeszytach, opisując jego codzienne drobiazgi, bez emocji i opisów, skupiając się na szczegółach dotyczących domowych obowiązków, wydarzeń z życia rodziny.
W następnym rozdziale „Kaprysik” opowiada o pani stomatolog, która regularnie od dziesięciu lat odwiedza zakład fotograficzny prosząc o zdjęcia w przygotowanych przez siebie kostiumach. Kreacje bywają subtelne lub kuszące, ale zawsze pomysłowe i radosne.
Kolejny - Kartka - intryguje próbą rozpracowania tajemniczej listy znalezionej w kawiarni Nowy Świat. Zawierała nazwiska i imiona kobiet wraz z rokiem, zapisane odręcznie. Autor poszukiwał odpowiedzi na postawione hipotezy aż doszedł do ściany, niemniej...
Czwarty rozdział - Dowód - to historia miłości profesora, rektora AGH w Krakowie do swojej żony Małgorzaty. W dowód tej miłości z własnej potrzeby i finansów postawił posąg oblubienicy w korytarzu uczelni, z zamysłem rozczulania i ocieplania miejsca.
Piąty rozdział - Rozstanie jest ostre jak miecz - to historia miłości i sposobu przeżywania żałoby piosenkarki Tercetu Egzotycznego Izabelli Skrybant -Dziewiątkowskiej po śmierci męża. Trochę tu wspomnień, wyjaśnień, usprawiedliwiania.
Szósty - Serial na dwa długopisy - to niebywała historia dwóch przyjaciółek, które przez ponad 50 lat pisały do siebie listy. Ta zupełnie niewiarygodna determinacja i więź dawała im siłę w trudnych momentach, dzieliła radość, utulała smutek.
To książka dla każdego, relaksująca i pozytywna.
sobota, 11 listopada 2017
Podróżowanie z Beniaminem - Martin Vopěnka
Wypożyczona w bibliotece.
Kolejna książka inspirowana czeskimi opowieściami Mariusza Szczygła.
Pisarz przygotowując się do napisania tej książki, najpierw odbył podróż, którą potem podążył jego bohater. Przemierzył Włochy, Grecję, Rumunię i Bułgarię, aby doświadczyć emocji, które będzie przeżywał książkowy ojciec z synem. W książce umieścił własne dylematy i rozterki moralno - uczuciowe.
Ta książka mnie nie wciągnęła szaleńczo, ale zainteresowała i była w moich myślach za każdym razem kiedy musiałam ją odłożyć. To nie jest książka zawierająca typowy "czeski humor i postrzeganie świata".
Niemniej w wielu aspektach główny bohater-ojciec był dla mnie interesujący, a zwłaszcza jego przemyślenia i obserwacje, w jakiś sposób mi bliskie.
Po tragicznej śmierci żony ojciec postanawia zabrać pogrążonego w żałobie syna w podróż w Nieznane. Nie planuje trasy, nie rezerwuje noclegów, nie sprawdza atrakcji, po prostu jedzie a zatrzymuje się wtedy kiedy coś go zainspiruje, zainteresuje albo ulegnie namowom syna. Co prawda syn nie jest niemym uczestnikiem wyprawy, ale to ojciec został postawiony przez autora jako punkt odniesienia. Najwięcej treści i słów autor dedykuje ojcu, choć co nieco dowiemy się o odczuciach i potrzebach syna.
Książka jest nie tylko o podróży, ale o poszukiwaniu, potrzebach, sensie i strachu przed samotnością.
Zanim wyruszą w podróż odwiedzają opuszczony cmentarz, kontemplacja miejsca ma być krokiem w zrozumieniu śmierci matki i żony. W takich miejscach widać pustkę po śmierci, braku ciągłości i zapomnieniu. Bohater wyraża to takimi słowami: -"Nie znałem miejsca, w którym wyraźniej niż tu można było sobie uświadomić, co to znaczy zostać opuszczonym".(str. 23) Takie myśli i mnie dopadają kiedy widzę opuszczone groby, kiedy wszyscy bliscy i dalecy zapomnieli, wymarli, ślad zaginął. To ma u mnie jeszcze głębszy kontekst, zastanawiam się ile tak naprawdę znaczymy, co po nas zostaje? Czy jesteśmy oczkami w swetrze i wtedy każde ma znaczenie, czy elektronami, które czasem spotykają się, ale pozostają oddzielnymi bytami.
Ta podróż jest ważna dla bohatera książki i bynajmniej nie z powodu żałoby po śmierci ukochanej kobiety, bo nie było w tym związku ani miłości, ani przywiązania, pozostał niezrozumiały nawyk bycia ze względu na syna. David (bo tak ma na imię ojciec) chce uciec od codzienności, szaleńczego zabiegania często za rzeczami błahymi i ulotnymi, których istotność zniknie za chwilę, niezrozumiałego konsumpcjonizmu, miałkości życia. Jego słowa "Przeraża mnie bezmyślna codzienność i to jak wszyscy wmawiają - oto, po co jesteśmy na świecie i w jaki sposób możemy napełnić nasze życie ważką treścią w czasach, kiedy nie jesteśmy skazani na samą tylko walkę o przeżycie - nie dają w ten sposób odpowiedzi i jej dać nie mogą, bo zasadą tej cywilizacji jest, żeby ludzie chcieli więcej i więcej."(str. 34) wyrażają też moje obserwacje współmieszkańców.
David ma świadomość tego, że "... życie musi toczyć się tu i teraz, a jeśli je zmarnuję, to nie dostanę już drugiej szansy." (str. 41) Od lat jestem przywiązana do tej filozofii, staram się ją docenić i wykorzystać (jeśli tylko pozwalają mi na to mój charakter i umiejętności) wszystko co teraźniejszość niesie, nie rozpamiętywać przeszłości i nie rozważać co może się stać w przyszłości. To pozwala mi w pełni skupić się na tym na co mam realny wpływ.
Podróż czasem jest wygodna, czasem trudna, zwłaszcza dla kilkuletniego chłopca, ale jak uważa, jego ojciec, warto doświadczyć różnych realiów egzystencji. Współczesne wygodnictwo mierzi go dlatego tłumaczy synowi i pokazuje, że nie wszędzie ludzie mogą i podchodzą w taki sposób jak w jego otoczeniu. Chce wpoić synowi własne obserwacje o współczesnej egzystencji. "Często myślałem o tym, w jak wygodnych czasach żyjemy, jak my wszyscy wszystko dosłownie przeżremy, że zliżemy samą śmietankę - pławimy się w dobrobycie i korzystamy z wcześniej niedostępnych możliwości, a nawet z dłuższego okresu pokoju, jemy, podróżujemy i zużywamy grubo ponad możliwości naszej planety. Jakby historia postawiła nas na szczycie, nas - nienasyconych, goniących za przyjemnościami, należących zaledwie do kilku pokoleń zanim wszystko zniszczymy, a nasze marzenia z hukiem zwalą się na głowy naszym prawnukom". (str. 52)
Niestety piękne idee i pomysł ucieczki zderza się z realiami, nie da się uniknąć w dzisiejszym świecie nawet w małych miejscowościach świątyń konsumpcjonizmu, miejsc przepełnionych rzeczami, "których w danym roku trzeba wyprodukować i zużyć więcej niż w roku poprzednim, żeby ekonomiści byli zadowoleni i nie wpadali w depresję" (str. 52)
W czasie wyprawy z Nieznane bohater przeżył nie jedno wyzwanie, miewał rozterki, przechodził metamorfozy, zmieniał początkowe pewności w wątpliwości. Wątpił w samego siebie, w słuszność swoich wyborów i działań: "Kim ja właściwie jestem? - pytałem sam siebie. - Wzorowym, kochającym ojcem czy zwariowanym hazardzistą, który jest ścigany listem gończym za porwanie dziecka i który wymyślił sobie, że pojedzie z synem zagubić się w Nieznane, bo nie miał mu co dać?"(str. 199)
Zastanawia się co ma dalej zrobić, jak będzie wyglądała jego przyszłość. "Kiedyś sam sobie wydawałem się potężny - byłem niezależnym graczem na giełdzie, maklerem zdolnym zarabiać na zwyżce i spadku cen akcji. Potem wyruszyłem zagubić się w nieznane - z dzieckiem, które kochałem, ale któremu nie dałem możliwości wyboru. Może nie skłoniła mnie do tego moja troska o niego, tylko moje ego. Zamiast przyznać się sam przed sobą do bezradności i szukać drogi we własnym sercu, byłem arogancki. Teraz znalazłem się na samym dnie. Nie został nawet ślad po potędze ani arogancji." (str. 255)
To pozycja, która poruszyła u mnie kilka istotnych strun emocjonalnych. Ciekawymi były także intymne wyznania Davida, nagłe, realne i gwałtowne potrzeby seksualne, zalewające umysł, które wymagały zaspokojenia aby móc spokojnie funkcjonować i podejmować jasne decyzje. Pierwszy raz spotkałam się z takimi prostymi opisami potrzeb natury męskiej w literaturze. Ich naturalność i brak wyuzdania wzbudzała tylko chęć zrozumienia. Wszystko było opisane ze smakiem i delikatnością, z istotnością dla Davida.
Mimo świadomych przemyśleń, wiedzy i wiary bohater - ojciec popełnił błędy, których nie mógł naprawić, za które nie mógł odpokutować czy zadośćuczynić - nie uda mu się przywrócić życia ojcu, który tak kochał wnuka, że kiedy ich rozdzielono zmarł.
Powodowany oczywistymi niepowetowanymi stratami David, próbuje zadośćuczynić tym którzy jeszcze nie odeszli z tego świata. Szuka ludzi, oddaje im rzeczy, wyjaśnia swoje postępowanie, sprawia przyjemności.
Choć David pozostaje człowiekiem świadomym, to i tak pewne oczywistości docierają do niego dopiero w jesieni życia - "Dopiero po kilku latach częściowo zmieniłem pogląd, że nie powinienem wtrącać się w życie innych ludzi"
To książka w której bohater poszukuje odwiecznych prawd, o człowieku, Bogu i sensie w tym wszystkim co go otacza i czego jest uczestnikiem.
Kolejna książka inspirowana czeskimi opowieściami Mariusza Szczygła.
Pisarz przygotowując się do napisania tej książki, najpierw odbył podróż, którą potem podążył jego bohater. Przemierzył Włochy, Grecję, Rumunię i Bułgarię, aby doświadczyć emocji, które będzie przeżywał książkowy ojciec z synem. W książce umieścił własne dylematy i rozterki moralno - uczuciowe.
Ta książka mnie nie wciągnęła szaleńczo, ale zainteresowała i była w moich myślach za każdym razem kiedy musiałam ją odłożyć. To nie jest książka zawierająca typowy "czeski humor i postrzeganie świata".
Niemniej w wielu aspektach główny bohater-ojciec był dla mnie interesujący, a zwłaszcza jego przemyślenia i obserwacje, w jakiś sposób mi bliskie.
Po tragicznej śmierci żony ojciec postanawia zabrać pogrążonego w żałobie syna w podróż w Nieznane. Nie planuje trasy, nie rezerwuje noclegów, nie sprawdza atrakcji, po prostu jedzie a zatrzymuje się wtedy kiedy coś go zainspiruje, zainteresuje albo ulegnie namowom syna. Co prawda syn nie jest niemym uczestnikiem wyprawy, ale to ojciec został postawiony przez autora jako punkt odniesienia. Najwięcej treści i słów autor dedykuje ojcu, choć co nieco dowiemy się o odczuciach i potrzebach syna.
Książka jest nie tylko o podróży, ale o poszukiwaniu, potrzebach, sensie i strachu przed samotnością.
Zanim wyruszą w podróż odwiedzają opuszczony cmentarz, kontemplacja miejsca ma być krokiem w zrozumieniu śmierci matki i żony. W takich miejscach widać pustkę po śmierci, braku ciągłości i zapomnieniu. Bohater wyraża to takimi słowami: -"Nie znałem miejsca, w którym wyraźniej niż tu można było sobie uświadomić, co to znaczy zostać opuszczonym".(str. 23) Takie myśli i mnie dopadają kiedy widzę opuszczone groby, kiedy wszyscy bliscy i dalecy zapomnieli, wymarli, ślad zaginął. To ma u mnie jeszcze głębszy kontekst, zastanawiam się ile tak naprawdę znaczymy, co po nas zostaje? Czy jesteśmy oczkami w swetrze i wtedy każde ma znaczenie, czy elektronami, które czasem spotykają się, ale pozostają oddzielnymi bytami.
Ta podróż jest ważna dla bohatera książki i bynajmniej nie z powodu żałoby po śmierci ukochanej kobiety, bo nie było w tym związku ani miłości, ani przywiązania, pozostał niezrozumiały nawyk bycia ze względu na syna. David (bo tak ma na imię ojciec) chce uciec od codzienności, szaleńczego zabiegania często za rzeczami błahymi i ulotnymi, których istotność zniknie za chwilę, niezrozumiałego konsumpcjonizmu, miałkości życia. Jego słowa "Przeraża mnie bezmyślna codzienność i to jak wszyscy wmawiają - oto, po co jesteśmy na świecie i w jaki sposób możemy napełnić nasze życie ważką treścią w czasach, kiedy nie jesteśmy skazani na samą tylko walkę o przeżycie - nie dają w ten sposób odpowiedzi i jej dać nie mogą, bo zasadą tej cywilizacji jest, żeby ludzie chcieli więcej i więcej."(str. 34) wyrażają też moje obserwacje współmieszkańców.
David ma świadomość tego, że "... życie musi toczyć się tu i teraz, a jeśli je zmarnuję, to nie dostanę już drugiej szansy." (str. 41) Od lat jestem przywiązana do tej filozofii, staram się ją docenić i wykorzystać (jeśli tylko pozwalają mi na to mój charakter i umiejętności) wszystko co teraźniejszość niesie, nie rozpamiętywać przeszłości i nie rozważać co może się stać w przyszłości. To pozwala mi w pełni skupić się na tym na co mam realny wpływ.
Podróż czasem jest wygodna, czasem trudna, zwłaszcza dla kilkuletniego chłopca, ale jak uważa, jego ojciec, warto doświadczyć różnych realiów egzystencji. Współczesne wygodnictwo mierzi go dlatego tłumaczy synowi i pokazuje, że nie wszędzie ludzie mogą i podchodzą w taki sposób jak w jego otoczeniu. Chce wpoić synowi własne obserwacje o współczesnej egzystencji. "Często myślałem o tym, w jak wygodnych czasach żyjemy, jak my wszyscy wszystko dosłownie przeżremy, że zliżemy samą śmietankę - pławimy się w dobrobycie i korzystamy z wcześniej niedostępnych możliwości, a nawet z dłuższego okresu pokoju, jemy, podróżujemy i zużywamy grubo ponad możliwości naszej planety. Jakby historia postawiła nas na szczycie, nas - nienasyconych, goniących za przyjemnościami, należących zaledwie do kilku pokoleń zanim wszystko zniszczymy, a nasze marzenia z hukiem zwalą się na głowy naszym prawnukom". (str. 52)
Niestety piękne idee i pomysł ucieczki zderza się z realiami, nie da się uniknąć w dzisiejszym świecie nawet w małych miejscowościach świątyń konsumpcjonizmu, miejsc przepełnionych rzeczami, "których w danym roku trzeba wyprodukować i zużyć więcej niż w roku poprzednim, żeby ekonomiści byli zadowoleni i nie wpadali w depresję" (str. 52)
W czasie wyprawy z Nieznane bohater przeżył nie jedno wyzwanie, miewał rozterki, przechodził metamorfozy, zmieniał początkowe pewności w wątpliwości. Wątpił w samego siebie, w słuszność swoich wyborów i działań: "Kim ja właściwie jestem? - pytałem sam siebie. - Wzorowym, kochającym ojcem czy zwariowanym hazardzistą, który jest ścigany listem gończym za porwanie dziecka i który wymyślił sobie, że pojedzie z synem zagubić się w Nieznane, bo nie miał mu co dać?"(str. 199)
Zastanawia się co ma dalej zrobić, jak będzie wyglądała jego przyszłość. "Kiedyś sam sobie wydawałem się potężny - byłem niezależnym graczem na giełdzie, maklerem zdolnym zarabiać na zwyżce i spadku cen akcji. Potem wyruszyłem zagubić się w nieznane - z dzieckiem, które kochałem, ale któremu nie dałem możliwości wyboru. Może nie skłoniła mnie do tego moja troska o niego, tylko moje ego. Zamiast przyznać się sam przed sobą do bezradności i szukać drogi we własnym sercu, byłem arogancki. Teraz znalazłem się na samym dnie. Nie został nawet ślad po potędze ani arogancji." (str. 255)
To pozycja, która poruszyła u mnie kilka istotnych strun emocjonalnych. Ciekawymi były także intymne wyznania Davida, nagłe, realne i gwałtowne potrzeby seksualne, zalewające umysł, które wymagały zaspokojenia aby móc spokojnie funkcjonować i podejmować jasne decyzje. Pierwszy raz spotkałam się z takimi prostymi opisami potrzeb natury męskiej w literaturze. Ich naturalność i brak wyuzdania wzbudzała tylko chęć zrozumienia. Wszystko było opisane ze smakiem i delikatnością, z istotnością dla Davida.
Mimo świadomych przemyśleń, wiedzy i wiary bohater - ojciec popełnił błędy, których nie mógł naprawić, za które nie mógł odpokutować czy zadośćuczynić - nie uda mu się przywrócić życia ojcu, który tak kochał wnuka, że kiedy ich rozdzielono zmarł.
Powodowany oczywistymi niepowetowanymi stratami David, próbuje zadośćuczynić tym którzy jeszcze nie odeszli z tego świata. Szuka ludzi, oddaje im rzeczy, wyjaśnia swoje postępowanie, sprawia przyjemności.
Choć David pozostaje człowiekiem świadomym, to i tak pewne oczywistości docierają do niego dopiero w jesieni życia - "Dopiero po kilku latach częściowo zmieniłem pogląd, że nie powinienem wtrącać się w życie innych ludzi"
To książka w której bohater poszukuje odwiecznych prawd, o człowieku, Bogu i sensie w tym wszystkim co go otacza i czego jest uczestnikiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















