Szukaj na tym blogu

piątek, 22 marca 2024

Przeprowadzę cię na drugi brzeg - Justyna Dąbrowska

 

"Już mówiłam wcześniej, traumy nie da się wymazać. Niemówienie nie oznacza, że to zniknie, raczej wróci przy okazji jakiejś słabości." (str. 201)

To jest książka dla każdego i każdej, bo opowiada o najintymniejszym momencie życia człowieka, czyli kiedy przychodzi na ten świat i oczywiście kobiecie, która go na ten świat przeprowadza. Najczęściej wyczekiwany, wymarzony moment w naszej rzeczywistości szpitalnej może okazać się koszmarem, który odwróci oczy od radości narodzin, stłamsi szczęście z wyczekiwanego potomka. Pani Justyna Dąbrowska nie odkryła jakiejś nowości, ale zebrała te zdarzenia, doświadczenia i historie i unaoczniła, dodatkowo opowiedziała o tym w mediach. Pokazał, że ten koszmarek cały czas ma się dobrze.

To w mojej opinii bardzo ważna książka, bo pokazuje jak człowiek, człowiekowi, kobieta, kobiecie w najtrudniejszym momencie życie nie chce pomóc, wesprzeć, okazać odrobiny szacunku, życzliwości i otuchy. Autorka porusza w pierwszej części te problemy, które były i moimi doświadczeniami; skazanie na samotność, atak, brak szacunku w chwili najważniejszej w życiu kobiety, albo pary oczekującej dziecka. Pokazuje sytuacje, które potem zostają na lata, albo nawet do końca życia. 

Zagłębiając się w opowieści kobiet byłam poruszona, bo były to też moje wspomnienia. Dźwięczało cały czas pytanie, dlaczego sobie to robimy, my kobiety? W książce parę razy padło, że to hierarchiczność, potrzeba władzy są temu winne, a ja myślę, że to wrodzony i kulturowy brak szacunku i empatii do drugiego człowieka. "Trzeba mieć poczucie wpływu, przekonanie, że coś możemy. A nasze szpitale to jest emanacja relacji folwarcznych. To się na szczęście zmienia. Ale za wolno." (str. 205) Potrzeba górowania nad kimś, nie ważne w jakiej sytuacji, aby zwiększać poczucie ważności i wartości, szkoda, że nie zostaje po tym niesmak, poczucie pustki a nawet wstyd. Chociaż nie wiem? Bardzo to przykre i smutne, ale też straszne, że to się nie za bardzo zmienia, było dwadzieścia lat temu, dziesięć i to samo słyszę, że dwa lata temu jest tak samo. Książka pokazuje zależność jednostki od wszechmocnej władzy kilku osób z instytucji. "Katarzyna ujmuje sedno tego zjawiska, gdy mówi: "Gdy jest się w sytuacji takiej zależności jak w porodzie, to łatwo kupić od przedstawicielki instytucji opowieść: "tak musi być", "co ja tam wiem". Wtedy rzeczywiście nic się nie wie na pewno, właśnie dlatego, że się jest tak bardzo zależną od innych." (str. 152) Poczucie upokorzenia, niepewności i zależności jest okropne w sytuacji okołoporodowej i to, że znikąd pomocy.

Autorka pokazała też, co istotne i ważne, inne systemy, w innych europejskich krajach, w których też pracują polskie położne, dla których podejście do rodzącej jak do partnerki jednego wydarzenia lub wspólnego przedsięwzięcia jest daleko różne niż w polskich szpitalach. To się czyta jak bajkę, jak wymarzoną sytuację. Można tylko mieć nadzieję, że tak będzie i u nas, kiedyś, gdzieś...

Dla mnie bardzo ważna książka i polecam każdemu. To się dzieje tu i teraz, na naszych oczach, w naszej mocy.

sobota, 16 marca 2024

Nasi przyjaciele na wsi - Gary Shteyngart

 

Zaczęła się wciągająco i dobrnęłam do końca wciąż mając nadzieję na coś! Właśnie na coś, co pozwoli mi pojąć po co aż tyle ktoś napisał o czymś co mogło zmieścić się w opowiadaniu? Przeczytałam, ale nie jest to książka, która zostanie ze mną na dłużej, zabrakło w niej jakiejś głębszej refleksji. Jak dla mnie za dużo w niej dłużyzn, niezrozumiałych wątków, niewiele wnoszących zdarzeń. Miałam wrażenie, że oglądam banalny film, podobny do kilku innych, które już ktoś wymyślił i opisał, ale w o wiele ciekawszy sposób i przede wszystkim oryginalny. Upstrzona, przegadana, nafaszerowana seksem i na siłę upchanymi nawiązaniami do czegoś lub do kogoś. Zabarwiona kompleksami imigrantów, którzy choć dorobili się pewnego poziomu życia, sławy, ciągle nie czują się rodowitymi amerykanami, ciągle czują braki mentalne, wracają do swoich przeżyć z przeszłości. Chociaż mogliby cieszyć się tym co mają, wracają do jakiś "upokorzeń", mniej lub bardziej skrywanych słabości do "bajki o amerykańskim sukcesie", który według nich nie spełnił się. Ciągle czegoś oczekują, na coś tęsknie spoglądają, czegoś pożądając jako wciąż niedopełnieni i nienasyceni.

Grupa kilku osób w obliczu pandemii Covid-19 zaszywa się na wsi u właściciela małej osady domków. Właścicielem domków jest autor scenariuszy i książek, a podejmuje ich w imię dawnych lub obecnych powiązań emocjonalnych. Wśród bohaterów mamy osoby pochodzenia hinduskiego, koreańskiego i chińskiego, zaś gospodarze są rosyjsko-żydowskiego. Ludzie zapatrzeni w siebie, skupieni na swoich sukcesach lub w ciągłej pogoni za nimi. Poszukujący sławy, uznania, i ciągłego potwierdzenia swojej sławy. W głębi zaś samotni, bez trwalszych powiązań i związków emocjonalnych. Przywiązani do swoich agentów w strachu, że przestaną dzwonić. Zamykają się w tej oazie spokoju z dobrym jedzeniem, swobodnym życiem w sielskim krajobrazie, odcięci od świata, którym wstrząsają problemy pandemii. Nie docierają do nich wiadomości, bo brakuje zasięgu, żyją jak "u Pana Boga za piecem", nie pomni na kryzysy, kłopoty, strach przed tym co będzie, zażywają przyjemności w każdej możliwej postaci. Słuchają muzyki, snują opowieści, uprawiają seks, wspominają, rozważają. Nie interesuje ich to co obok, bo mają wszystko czego potrzebują, niektórzy są nawet szczęśliwsi niż byli dotąd. Itd...

Książka reklamowana jako opis wydarzeń powiązanych z niedawną pandemią, ale dla mnie tam o niej było najmniej. Niemniej mimo, że ogólnie nie wiele wniosła w moje czytelnicze życie do dyskusji w klubie okazała się doskonała, może właśnie dlatego, że dała się krytykować?!

środa, 13 marca 2024

Irlandia wstaje z kolan - Marta Abramowicz

 

Czytam książki Marty Abramowicz, słucham z nią wywiady, zatem cierpliwie czekałam na swoją kolejkę w bibliotece na tą książkę "Irlandia wstaje z kolan". I było warto, bo to książka petarda, potrzebna, aby unaocznić, otrzeźwić, zwrócić szczególną uwagę. To książka, która powstała z frustracji, niezgody, buntu i poczucia głębokiej niesprawiedliwości w związku z krzywdami jakie dotykały zwykłych ludzi, a powodowane były przez tych wyniesionych do "posługi Bogu", powołanych do" prowadzenia lud do światłości".

Marta Abramowicz pisząc o Irlandii, która uzyskała niepodległość w 1922, chciała pokazać co się z nią stało pod władzą i totalną zależnością od kościoła katolickiego, aby przestrzec przed błędami, społeczeństwa, władzy i samego kościoła. To książka, która na kanwie historii o uzyskaniu absolutnej władzy nad mieszkańcami kraju pokazuje jak ta władza psuje i czuje się bezkarna, jak dopuszcza się zła i nie ponosi konsekwencji, jak się rozzuchwala i idzie po więcej: władzy, pieniędzy, bezkarności, niszczenia życia innym. To swoiste krok po kroku do całkowitego poddania się władzy poprzez proces wychodzenia spod jej buta, aż po okres buntu i odwrócenia większości.

"Kościół wmówił nam, że bez niego nie ma religii. Jeśli z niego odchodzisz, to albo na stronę protestantów, i wtedy zdradzasz swój naród, albo na stronę ateistów, i wtedy tracisz duchowość. (..) religia nie musi być patriarchalna, oparta na nadnaturalnych siłach, na dążeniu do zbawienia". (str. 333)

Autorka opisała jaki zakres władzy nad ludźmi został oddany w ręce kościoła katolickiego w Irlandii, jak zostało to usankcjonowane w prawie i jak to realnie przenosiło się na codzienność wiernych i oddanych/poddanych. Kościół wnikał w każdą sferę człowieka, tkanki społecznej i struktur państwa. Władza kościoła została wpisana do konstytucji, jej prerogatywy dotyczyły wszystkich najważniejszych obszarów dla człowieka: prywatności, zdrowia, edukacji, pożycia małżeńskiego, swobód obywatelskich, niezależności, intymności, wychowywania dzieci. WSZYSTKIEGO! Jednostka nie istniała bez kościoła i jego wytycznych w każdym aspekcie jej życia. Niesubordynowani, niechciani, niewpisani w schemat byli wyrzucani na margines, spychani poza nawias, zamykani w specjalnych placówkach. Każdy miał się dopasować do jedynej słusznej linii zachowań i wzorców, jeśli nie, był srogo karany. Kościół dyktował poddanym wszystko, jak mają łączyć się w pary, jak i po co współżyć, jak wychowywać dzieci, jak je edukować, co wolno, a czego nie w życiu codziennym, kto może dostać się do lekarza, kto co i jak robić, itd. itd... To kościół dyktował, a społeczeństwo się poddawało temu dyktatowi, co robić z nieślubnymi dziećmi, z kobietami, które te dzieci urodziły (nie ważne w jakich okolicznościach zostały poczęte). Stworzono dla takich wyrzutków specjalne miejsca, domy dla matek i dzieci, domy dziecka, instytucje adopcyjne, szkoły przemysłowe, pralnie magdalenek, ośrodki poprawcze, których zadaniem było zajęcie się tymi upadłymi jednostkami społecznymi. Te instytucja, jak się po latach okazało, były miejscami szczególnej podłości, znęcania się, wykorzystywania w szerokim zakresie, upokarzania, bicia i robienia tego bezkarnie.

W Irlandii obowiązkowe były oddanie się naukom kościoła, kontroli i władzy księży, zakazane: antykoncepcja, aborcja, rozwód, zachowania homoseksualne, niechciane: nieślubne ciąże i z nich dzieci, zachowania wyzwolone i wywrotowe względem nauki hierarchów. Nie było edukacji seksualnej, samo słowo seks było słowem niewypowiadanym, księża domagali się okiełznania ciała, m.in. postem, pokutą, rózgą. Zabronione były tańce, zabawy, śpiewy poza kościołem. Najbardziej w te zakazy i narzucane konieczności uwikłano kobiety. Kościół założył im uzdę, bo "niczym potulne klacze mają chodzić w kieracie, aż padną. Mężczyznom też usiłowano założyć uzdę, ale ogier to co innego, nie da się przecież powstrzymać jego narowistej natury. - Zmuszanie kobiet do rozmnażania się, najpierw poprzez odmawianie im antykoncepcji, a potem przez zakaz aborcji, to najbardziej podstawowa kontrola, jaką można sobie wyobrazić". (str. 283)

Kiedy wreszcie zaczęły pojawiać się pierwsze pęknięcia na tej teflonowej powłoce kościoła, kiedy zaczęły wychodzić wszelkie niegodziwości, podłości, przestępstwa, okrutności, zaczęły się otwierać oczy, budził się bunt, z którego powstała Irlandia z nowym podejściem do niezależności instytucji państwa od kościoła, rozdziału wymiaru fizycznego człowieka od duchowego, podstawowych praw człowieka, równości wobec prawa. Nastał czas rozliczeń instytucji, ludzi i społeczeństwa. Państwo przyjęło równościowy, świecki charakter, przestępcy kościelni trafili przed sądy państwowe. Aborcja stała się częścią opieki społecznej, a nie dyskursem o dobru i złu. Niestety wyrządzonego zła nikt nie cofnie, traum nikt nie ukoi, podłości i upokorzeń nie naprawi.

Każda władza psuje, a władza absolutna psuje absolutnie w każdym aspekcie, w którym się tylko da. Dlatego tak ważne jest nie poddawanie się władzy, przyglądanie się jej uważnie, krytykowanie, zaprzeczanie, wytykanie błędów, podważanie autorytarnych osądów, aby nie postawiła się na piedestał, aby nie stała się wywyższona ponad wszystkimi, bezkarna, krnąbrna i bezlitosna. Aby nie pogardzała innymi, zaś sobie zezwalał na wszystko. Nic nie jest nam dane raz na zawsze, dlatego trzeba być czujnym obserwatorem i reagować, bo zło karmi się milczeniem, a demokracja upada w ciszy.

Co radzą Ci, którzy wygrali z totalną władzą kościoła w Irlandii? "Co zrobić, aby ludzie nie ugrzęźli w kłótniach, co, mam wrażenie jest polską domeną. Recepta Alvy wygląda tak: skupić się na celu, ustalić zasady, a potem ich przestrzegać. Koncentracja i determinacja. Proste, jasne i uczciwe komunikowanie się z ludźmi - wtedy pójdą za tobą." (str. 306)

wtorek, 27 lutego 2024

Moje głupie pomysły - Bernardo Zannoni

 

"Może tego właśnie uczy nas śmierć - tych, którzy wiedzą o jej nadejściu: ta najmroczniejsza chwila jest samotną przeprawą, po meandrach samego siebie, gdzie wszelka rzecz zanika i próbuje się ją odzyskać. To właśnie natura tego świata, jego największa siła: nikt nie prosi się na świat, ale też nikt nie chce go opuścić". (str. 161/162)

To debiut literacki autora, za który otrzymał rodzimą nagrodę Campiello. 

A o czym ów debiut traktuje? Autor opowiada historię, w której główne role przypadły zwierzętom, ale wraz z kolejnymi stronami przekonujemy się, że to raczej symbole, bo tak naprawdę autor pokazuje ludzkie zachowania. Czytając książkę w początkowych jej fragmentach przypomniały mi się obrazy z "Opowieści wiklinowej zatoki", ale książkowa rzeczywistość szybko rozwiała moje wspominki na temat sielankowej opowieści. 

"Moje głupie pomysły" to obraz codzienności zwierząt żyjących w lesie, codzienności często brutalnej w naszym ludzkim odbiorze. Ale to co dla nas jest brutalne w zachowaniu zwierząt w ich świecie jest oczywistością, instynktem, przetrwaniem, przekazaniem genów, odwiecznym rytuałem, który pozwala przedłużyć gatunek, bez szczególnego zastanawiania się nad tym. W tym linearnym świecie nie ma miejsca dla słabszych, a nawet jeśli to niewątpliwie czeka ich trudne życie.

 I tu czas, aby przedstawić głównego bohatera, Archiego, kunę, której ze względu na ułomność nogi "wyrzuciła" z domu matka. Archi był dla rodziny balastem, był tylko gębą do wyżywienia, a w domu samotnej matki się nie przelewało. Został sprzedany lisowi Solomonowi, który jako właściciel lombardu dla zwierząt miał dużo obowiązków i "pracownik" był mu potrzebny. Archy nie mógł pojąć zachowania matki, nie chciał się z tym pogodzić, ale lis "przekonał" go dosadnymi argumentami o braku wyjścia z danej sytuacji. Czas leczył rany Archiego, poza tym zyskał on łaskę lisa, który ukazał przed nim "prawdę objawioną" - lis potrafił czytać i chce nauczyć tego Archiego. Ich książką do nauki będzie księga, którą kiedyś lis znalazł przy człowieku. Kuna opanowuje umiejętność czytania i pisania, dowiaduje się jeszcze z książki, że w świecie ludzi rządzi Bóg, a lis mocno wierzy w tą ideę. Archi nie jest przekonany o wielkim znaczeniu Boga, nie rozumie wytycznych, obowiązków, mądrości, które kłócą się z zachowaniami ludzi, a tym bardziej ze zwierzęcymi.

Dla mnie kwintesencją tej opowieści jest koniec książki, kiedy to Archi jest stary i samotny, zostawiony na łaskę i niełaskę silniejszych. "Nie mogę dłużej zwlekać, nadchodzi ten ostatni lęk, z którym mierzymy się samotnie, od początku do końca". (str. 260) W mojej opinii "Moje głupie pomysły" to nie jest książka dla delikatnych czytelników, bo zawiera zwyczajne opisy z życia zwierząt, czasem brutalne w naszym mniemaniu.

poniedziałek, 19 lutego 2024

Matka dzieci przeklętych. Moja podróż do krainy nadziei - Anja Ringgren Lovén

 

Anja Ringgren Loven opowiada o swoim życiu, kim była i kim się stała, co doprowadziło ją tu gdzie teraz pełni swoja misję.
 
Anja to dziewczyna, która urodziła się w przeciętnej duńskiej rodzinie, bardzo blisko związana ze swoimi siostrami, zwłaszcza z bliźniaczką. Po rozstaniu rodziców zamieszkują we cztery, starają się wspierać i dzielić codzienność. Anja po ukończeniu szkoły średniej próbuje imać się różnych zajęć, trochę podróżuje, pracuje jako stewardesa, sprzątaczka w szpitalu, sprzedawczyni, a potem managerka w sklepie z ubraniami. Kiedy zachorowała jej mama cały swój czas poświęciła opiece nad nią. Ten fragment jej życia jest bardzo poruszający i intymny, wzruszało odchodzenie matki i towarzyszenie w nim przez córkę. Po śmierci matki Anja nie może się pozbierać, nie wie co ma ze sobą począć. Czas oczywiście leczył rany i Anja znalazła swoje powołanie, zdecydowała, że będzie pomagać i to gdzie, w Nigerii, gdzie wciąż oskarża się dzieci o czary, gdzie wyrzucenie ich z domu to najlżejsze co może je spotkać. I to tyle wstępu...

O Anji dowiedziała się społeczność międzynarodowa za sprawą jednego zdjęcia, na którym poi wodą małego, nigeryjskiego, ogromnie wychudzonego chłopczyka. Anja wraz ze swoim partnerem życiowym prowadzi dom dziecka o wszystko mówiącej nazwie "Land of Hope". Stworzyli tam, dzięki wsparciu darczyńców, oazę bezpieczeństwa dla dzieci wyrzuconych z rodzin.

Bardzo prosto i szczero a przy tym wciągająco napisana autobiografia. Autorka opisuje trudy i zawiłości prowadzenia organizacji charytatywnej w takim miejscu jak Nigeria, gdzie trzeba mieć swoich ochroniarzy i podróżować z bronią, gotową w każdej chwili do użycia. Pokazuje "nieromantyczność" zdobywania środków, całej otoczki administracyjnej, profesjonalnego marketingu, itp. Podsumowując dowiedziałam się z książki wielu ciekawych informacji, uważam, że przeczytanie jej było dobrze spędzonym czasem.

niedziela, 18 lutego 2024

Bądź dobra dla zwierząt - Monica Isakstuen


Autorka zapoznaje czytelnika z Karen i jej spełniającym się życiem, jest szczęśliwą mężatką, z własnym domem, oczekującą dziecka. Sielanka, no może oprócz matki Karen, która jest przesycona gderliwością, pretensjami do byłego męża i potrzebą wtrącania się z dobrymi radami. Karen czuje się jednak spokojna w swoich pieleszach, za niczym nie goni, cieszy się dobrym życiem, które sobie zbudowała. Kiedy rodzi się córka przybywa obowiązków, które z czasem stają się rutyną i przykrym obowiązkiem. Karen dopadają wątpliwości, bo zauważa jak dużo rzeczy jest na jej głowie. Wyostrza jej się poczucie nierównego podziału obowiązków w małżeństwie, które coraz bardziej jej doskwiera. Po trzech latach małżeństwa składa pozew o rozwód, który przebiega w bardzo zgodnej atmosferze. Trudnością, której chyba bohaterka się nie spodziewała, stał się równy podział obowiązków rodzicielskich, co jak się okazało przyniósł jej mnóstwo wewnętrznych frustracji. 

Czymże ta książka jest? Z jednej strony niewątpliwie to opowieść kobiety, o tym jak to jest być matką po rozwodzie. Narratorka opowiada o swoich emocjach, które towarzyszą jej po rozdzieleniu obowiązków rodzicielskich. Tygodnie, czy weekendy, które przypadły ojcu dziecka są dla niej jak czarna, ziejąca pustką dziura, z którą nie wie co robić. W takie dni brakuje jej dziecka, a może raczej kontroli nad tym co dziecko robi w czasie kiedy opiekuje się nim ojciec. Karen tworzy domysły, pisze scenariusze, które służą tylko samoudręczeniu. Nie potrafi się skupić na pracy, na znajomych, na innych zajęciach, bo myśli owładnięte są li i wyłączenie dzieckiem, które jest pod opieką ojca, jej byłego męża, w zasadzie porządnego faceta i opiekuńczego ojca. To "oddawanie" córki ojcu jest dla Karen torturą, synonimem porażki, symbolem nie poradzenia sobie w "konkursie" na matkę. 

Z drugiej strony to także wspomnienia Karen z dzieciństwa, jej opowieści o ojcu, siostrze i matce, której obsesją były święta, szczególnie Bożego Narodzenia, w które wręcz przesadnie dekorowała dom, szykowała potrawy, jakby to miało coś uratować, jakby było symbolem czegoś stałego, niezmiennego, zwłaszcza kiedy tak wiele zmieniało się poza jej wpływem. To sztywne trzymanie się rytuałów świątecznych mogło być jedynym na co miała wpływ. Matka Karen to twórczyni skomplikowanych scenariuszy, przewidywań i żali do otoczenia. Chciała decydować dla innych i za innych, co oczywiście nie przyczyniało jej sympatii.

Co warto podkreślić te dwa obrazki z życia matki i córki ukazują też zupełnie inne podejścia do związku, bycia matką, kobietą. Matka Karen to symbol tradycyjnego modelu małżeństwa, w który role zostały rozpisane przez stereotypy i system, Karen zaś to współczesność, w której rola kobiety i matki została zdefiniowana przez nią samą. Jedna została zostawiona przez męża sama z dziećmi, druga sama decyduje o rozstaniu z mężem, po czym on przejmuje połowę obowiązków nad dzieckiem.

Po przeczytaniu tej książki miałam niesprecyzowane poczucie pustki w głowie. Choć starałam się wczuć w rozterki Karen to trudno mi było zrozumieć motywy rozwodu. Nie zrozumiałam także jej zaskoczenia, czy  zdziwienia dotyczącego podziału obowiązków względem dziecka. Chciałam postawić się w jej sytuacji, ale bohaterka kontrowała moją empatię. Miałam wrażenie, że Karen miota się między wieloma myślami, czy wyobrażeniami czegoś co nie istnieje, czyli mitu o idealnej matce. Niemniej bohaterka jest oczywiście tylko symbolem tego co chciała przekazać autorka, czyli tego, że nawet w tak równościowym i sprawiedliwym systemie jak norweski to i tak kobieta jest bardziej obciążona po rozwodzie: emocjami, oczekiwaniami, rolą matki, która ma specjalne obowiązki względem dziecka. 





poniedziałek, 5 lutego 2024

Odwaga bycia nielubianym. Japoński fenomen, który pokazuje jak być wolnym i odmienić własne życie - Ichirō Kishimi, Fumitake Koga

 

"...świat jest prosty, a każdy może być szczęśliwy teraz, od zaraz". (str. V) "Świat nie jest skomplikowany, tylko ty go sobie takim wyobrażasz". (str. VII) "Kwestia nie polega na tym, jaki jest świat, ale na tym, jaki ty jesteś". (str. VIII)

Chociaż to pierwsza rozmowa filozofa z młodzieńcem to przeczytałam ją jako drugą. Niektóre elementy filozofii Adlera uprzedziłam, a niektóre się uzupełniały, generalnie nie przeszkadzała mi kolejność zapoznania się z nimi.

Rozmowa tych dwóch panów bardzo przystępnie przedstawia mechanizmy jakie odpowiadają za nasze poczucie postrzegania i niezadowolenia z siebie. Ich rozmowa, prowadzi czytelnika różnymi ścieżkami, czasem krętymi, ale generalnie prowadzącymi nas do zobaczenia, że sukces, pogodzenie się ze sobą, zaakceptowanie siebie takich jakimi jesteśmy, polubienie siebie, zależy tylko od nas samych. To my mamy wpływ na swoje życie i na to co nas w tym życiu spotyka, zapewne są obszary poza naszym wpływem, ale wtedy dobrze jest się z nimi pogodzić, zrozumieć, uznać swoją bezradność. 

"Odwaga do bycia zwyczajnym". (str. 209) Psychologia Adlera nie szuka w czeluściach naszego życia, nie mówi o dawnych przyczynach, prowadzi do aktualnych celów. W psychologii Adlera odrzuca się istnienie traum, uważa się, że człowiek nie jest uwarunkowany doświadczeniami, ale "znaczeniem jakie im nadaje". (str.11) Adler nie neguje znaczenia traum dla kształtowania osobowości. Uważa jednak, że człowiek nadaje znaczenie temu co przeżył. Każdy żyje z jakimś celem i realizuje go na różne sposoby, jedni wpadają w gniew, inni są nieszczęśliwi, zrzędliwi, wiecznie skwaśniali, ale pod tymi pozami kryją się własne korzyści bardziej lub mniej uświadomione. O czym mówię, np. ktoś udaje biedulka, po to by ktoś inny zajął się nim i jego problemem, poczuje się wtedy ważny, zauważony.

Adler głosi, że wszyscy mogą się zmienić potrzebują tylko wiedzy, odwagi, wolności i życia tu i teraz, bo nie możemy zaplanować życia. "Ważne jest nie to, z czym się ktoś urodził, ale to, jaki z tego robi użytek". (str. 24) Życie generalnie nie ma sensu, "... wszelki sens człowiek musi nadać życiu sam". (str. 225)

Z wypisanych treści:

- Adler wysnuwa wnioski, że ludzie zachowują się tak a nie inaczej z poczucia niższości albo wyższości. 

- Rywalizacja nikomu nie służy, bo każdy jest inny, każdy jest równy i każdy idzie własną drogą. "Wartością jest postęp względem tego, kim jest się teraz". (str. 65)

- Są dwa cele zachowań: być samowystarczalnym i żyć w zgodzie ze społeczeństwem, zaś celem psychologii, która wspiera te zachowania, jest świadomość bycia kompetentnym i tego, że ludzie są towarzyszami.

- Psychologia Adlera neguje potrzebę bycia docenianym przez innych. "Nie żyjemy po to, by spełniać czyjeś oczekiwania". (str. 100) Jeśli ktoś szuka uznania, zauważenia w oczach innych, żyje życiem innych. Należy oddzielać własne zadania od zadań innych. Nikt za nikogo życia nie przeżyje, "możesz doprowadzić konia do wodopoju, ale nie zmusisz go do picia". (str. 106)

- Adler kieruje uwagę z ja na my, z indywidualizmu na wspólnotę. "Ja" to część wspólnoty, która ma nieograniczony zasięg. Psychologia Adlera odrzuca relacje pionowe, proponuje aby wszystkie relacje między ludźmi miały charakter poziomy. Ważne jest nie to co inni mogą zrobić dla mnie, ale co ja mogę zrobić dla innych. Ważne jest nieosądzanie innych.

- Samoakceptacja to klucz, który pomaga nabrać pewności względem innych i działać dla dobra innych.

- Zadania dzielimy na te, które potrafimy zmienić, i te, których nie jesteśmy w stanie zmienić.

środa, 31 stycznia 2024

Na poboczu Ameryk. Pieszo z Panamy do Kanady - Ola Synowiec, Arkadiusz Winiatorski

 

To książka, z którą nie chciałam się rozstać, od której dostałam więcej niż oczekiwałam na początku. To opowieść z drogi, która daje ogromne doświadczenia, ale poszerza horyzonty i utwierdza we własnych fizycznych możliwościach. To książka pełna treści o historii i realiach krajów przez które wędrował Arkadiusz, a następnie on i Ola. To odmalowany obraz problemów, frustracji, zła, które ma swoje korzenie w rabunku złóż, ziemi, dóbr, a nawet godności i oczywiście skrajnej niesprawiedliwości. Opisują traumy, które zostały po czasach kolonizacji Hiszpanów, m.in. ludobójstwo ludu Yaqui w Meksyku, grabieżcze polityki skorumpowanych miejscowych i bogatych Amerykanów, którzy przyjeżdżali robić kokosowe interesy w tym regionie kosztem ludzi i środowiska, tworząc ogromne spustoszenie na wielu płaszczyznach kraju. Czy przejęte przez wielkie korporacje amerykańskie lub kanadyjskie, złoża, np. złota, które przynoszą zyski tylko właścicielom, pustosząc okolicę, m.in. z lasów, wody, pozostawiając trujące związki, wyludniając wsie i miasta, w których już nie da się żyć, pogłębiając rozwarstwienie i nierówności. Opisują polityki miejscowych rządów, które nie patrzą na swój kraj dalej niż na kadencję, dlatego podejmują decyzje dobre tylko w danej chwili, aby zaspokoić obecne potrzeby, mając za nic skutki uboczne takich decyzji dla lokalnych społeczności. Te skutki to m.in. coraz większy brak wody, zabijanie bioróżnorodności biologicznej kosztem monokultur. To oczywiście zabieranie zajęcia i pracy rdzennej ludności a w związku z tym ich ubożenie. To książka o wędrówce, która otwiera oczy, daje siłę i wiarę w człowieka lub odziera ze złudzeń. 

W tej książce, która z okładki jawiła mi się jako kolejny blog o podróżach, kolejna opowieść o zwiedzaniu krajów, znalazłam ogrom informacji o samej wyprawie, o spotkanych ludziach, ich historiach i problemach, o samej drodze, jej różnorodności. Arkadiusz opisał szczegóły praktyczne swojej wyprawy, dzielił się swoimi emocjami, a kiedy dołączyła Ola opisali swoje uczucia także względem siebie. Opisali jak siebie postrzegają w tym wspólnym trudzie podróży, kiedy zmęczenie, ból, wycieńczenie, brak miejsca na higienę, dawały się we znaki. Mieli siebie prawdziwych bez tej otoczki romantyzmu, zamalowania, które są przypisane do romantycznej fazy związku.

Dostajemy też opis pomocy jakiej obydwoje doznali w podróży w krajach Ameryki Południowej i Meksyku, zaś w Ameryce byli często postrzegani jako włóczędzy, ot inne postrzeganie człowieka.

Piękna, wciągająca, ciepła, różnorodna, ważna i esencjonalna książka, napisana pięknym językiem. Arkadiusz i Ola przeszli osobno, a następnie razem 11704 kilometry i zajęło to 21 miesięcy. Polecam lekturę książki i  bibliografii.

Dla pamięci wrzucam subiektywnie wybrane, najciekawsze cytaty z książki:

- "Zróżnicowane uprawy na własny użytek zastąpiły monstrualne plantacje bananów, ananasów i kokosów-mówi Mario. Krajowemu rolnictwu nie wyszło to na dobre".(str. 45) Kostaryka stała się ofiarą tych interesów, bo nie dość, że zabrano im ziemie pod podstawowe uprawy rolnicze, dlatego muszą je importować to jeszcze wielcy potentaci wykorzystują Kostarykanów do pracy, nieuczciwie ich traktując. Dodatkowo wielkie plantacje zaburzyły miejscową bioróżnorodność, zniszczyły gleby i wodę, bo jest w nich mnóstwo pestycydów, mają też szkodliwy wpływ na zdrowie mieszkańców, o których nie słychać w szerokim dyskursie. Powstają lokalne inicjatywy, które są zaangażowane w ochronę środowiska i odzyskanie równowagi. Ale Kostaryka ma też inne problemy, m.in. grabieżcza polityka budowlana, która wykorzystuje nadmierne pokłady żwiru z rzek, w których może zabraknąć wody co będzie miało ogromne reperkusje dla człowieka i przyrody. Co ciekawe rankingi ONZ pokazują, że mieszkańcy Kostaryki plasują się w czołówce szczęśliwych mieszkańców globu.

- "Pobocze drogi jest lustrem, w którym odbijają się przemierzane przeze mnie kraje. Czytam je z wyrzucanych śmieci. Śmieci na poboczu to lepszy miernik nastrojów i gustów społeczeństwa niż sondaże i statystyki sprzedaży. Puste opakowania wskazują mi, co miejscowi jedzą, co piją, czym żyją". (str. 131) To wstęp do Gwatemali, której (choć nie jedynej w tym regionie) potężnym problemem jest brak systemu, infrastruktury i zagospodarowania odpadów. Walają się wszędzie, brak na nie pieniędzy, pomysłu, zatem psują krajobraz i szkodzą. W tym regionie krajów nie stać jest na radzenie sobie ze śmieciami, ani lokalnie, ani wywożąc je za granicę, tak jak to robią Stany Zjednoczone. "W 2018 roku Stany wyeksportowały, w przeliczeniu na kontenerowce, sześćdziesiąt osiem tysięcy statków śmieci. Amerykańskie jednorazówki lądują w najbiedniejszych krajach, takich jak Bangladesz, Laos, Etiopia czy Senegal". Niejako robiąc koło, bo często są tam produkowane, zatruwając te kraje, generując ogromne ilości CO2, itd. Śmieci to ogromny problem w krajach turystycznych, bo jak pokazały badania w Indiach turyści zagraniczni produkują dziesięć razy więcej  odpadów na osobę niż miejscowi.

- "Według badań państwa z dużymi zasobami surowców naturalnych rozwijają się znacznie wolniej niż te, które ich nie mają. Istnieje korelacja między uzależnieniem gospodarki od eksploatacji surowców a wysokim poziomem biedy i wszystkiego, co z nią związane. Niektórzy nazywają to klątwą zasobów naturalnych, bo szkody przewyższają zyski, inni mówią o neokolonializmie, nowej konkwiście i powtórce z historii". (str. 288)

- Przechodząc już do Ameryki, znalazłam poruszający opis Big Sur, dzikiego skrawka Ameryki, o który dbają władze ograniczając turystykę do określonych sztywno ram, nie pozwalając na rozbudowę infrastruktury. Ten piękny obszar pozostaje zamieszkany prze nieliczną grupę lokalsów, którzy wiedzą jak dbać o to miejsce. To taki kontrast do krajów Ameryki Południowej, nieskażony grabieżczą polityką, oddany przyrodzie. 

- "Z pobocza drogi drogi widać społeczeństwo znacznie lepiej niż z ekranów telewizorów i stron gazet wydawanych gdzieś tam daleko, w dużych metropoliach". (str. 394)  "Innym ciekawym elementem architektonicznym przydrożnej Ameryki są miasteczka magazynów.... porastają pobocza i obok kasyn są najwyższymi oraz najnowocześniejszymi budowlami w okolicy". (str. 398) Te magazyny to objaw, po pierwsze posiadania nadmiernej ilości rzeczy, po drugie doświadczania życiowych zmian. Powody składowania rzeczy w magazynach mają już swój skrót 4xd (death, divorce, delocation, downsizing). Magazyny w Ameryce urosły zatem do rangi "symboli" z jednej strony nadmiernego konsumpcjonizmu bogatej części obywateli, z drugiej znacznemu ubożeniu ogromnej rzeszy społeczeństwa.

- "Korki to nieodłączna część życia w Los Angeles. (...) Wszędobylność samochodów sprawia, że pod nie buduje się dzisiaj miasta. (...) Parkingi zajmują ogromne połacie miasta, bo jakkolwiek patrzeć każde auto potrzebuje trzech miejsc postojowych: pod domem, pod pracą i pod centrum handlowym". (str. 427) Jednak ten styl wiele osób przytłacza, dlatego starają się wydostać z tego miasta, poszukać spokojniejszego i bardziej przyjaźniejszego do życia miejsca w Ameryce. Czytając takie informacje myślę, że ludzie potrafią zrobić sobie piekiełko na ziemi, nie zdając sobie z tego sprawy.

wtorek, 30 stycznia 2024

Gro. Ilustrowany atlas architektury Grochowa - Magdalena Piwowar, Cezary Polak i inni

 

Czytanie atlasu architektury i historii tej części Warszawy było ciekawe i przyjemne. Po pierwsze, bo byłam kiedyś mieszkanką Grochowa. Po drugie ciekawe, bo choć większość budynków widziałam, znam, pamiętam to ich historie były mi zazwyczaj, niestety nieznane. Niektórych miejsc w ogóle nie widziałam, co tylko pokazuje, że najbliższe okolice mają jeszcze wiele do odkrycia. Atlas ma bardzo ciekawą grafikę i układ informacji, napisany jest w języku polskim i angielskim. Wstęp zawiera szczegółowe wprowadzenie do Grochowa, nakreśla jej historię, znaczenie i wydarzenia na tym terenie. Jest mapa z zaznaczonymi opisywanymi ogólnie i szczegółowo budowlami a następnie każdemu budynkowi czy obiektowi poświęcono jedną stronę zawierającą rysunek i opis. 

Przyjemnie się czyta, dziękuję 'A" za polecenie, przy okazji odkryłam, że tych atlasów jest więcej o kolejnych dzielnicach Warszawy, a nawet Łódź ma swój atlas!

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Odwaga bycia szczęśliwym - Ichiro Kishimi, Fumitake Koga

 

Autorzy stworzyli książkę-rozmowę, którą się dobrze czyta, która zaciekawia, wciąga, choć jest niełatwa w swoich wytycznych, ale prowokuje do ich wykorzystania. To druga rozmowa młodego człowieka z filozofem, (pierwsza część: "Odwaga bycia nielubianym") o psychologii Adlera, zapomnianego nieco giganta tej dziedziny. Dyskutując odkrywają podejście Adlera do zachowań człowieka względem siebie, swoich postaw i jego zadaniach w życiu. Rozmowa jest prowadzona w sposób przystępny i jak najbardziej zrozumiały, choć nie mówię, że łatwy do przyjęcia, niemniej w mojej opinii mogących zmienić podejście do samego siebie, oczywiście przy odpowiedniej dozie samozaparcia i pracy nad sobą.

Chciałabym choć pokrótce tutaj zamieścić ścieżkę jaką filozof i psycholog Adler pokazuje człowiekowi, aby osiągnąć sens swojego życia. Ta ścieżka jest tak oczywista, a jednocześnie tak trudna do przyswojenia. Na co wskazuje psycholog? Adler mówi o naturze człowieka opartej na konstruktywnych przesłankach oraz poszanowaniu dla jednostki ludzkiej. Najważniejsze według niego są miłość, szczęście i ciągła wędrówka po ich ścieżce, bo bez niej utkną, okryją się kurzem by wreszcie zniknąć. "Zrezygnowanie z dalszej podróży i zeskoczenie w połowie drogi z tyczki nazywam religią. W odróżnieniu od niej filozofia polega na nieustannym kroczeniu dalej do przodu". (str. 25)  Filozofia to sposób na życie, to studiowanie mądrości, poszukiwanie i rozwijanie, a nie trwanie w miejscu. "Każda jednostka żyjąca w społeczeństwie musi zmierzyć się z określonymi zadaniami, które Adler nazwał zadaniami życiowymi". (str. 145) Te życiowe zadania to: praca, przyjaźń i miłość.

Rozważania w książce podzielono na pięć części, gdzie zawarto szereg wytycznych na życie:

Część pierwsza: To jego wina! O, ja biedny!

1. Celem wychowania jest samodzielność, bo "Nie żyjesz po to, aby spełniać oczekiwania innych", a i" inni nie żyją po to, by zaspokajać twoje oczekiwania". (str. 27) Ponosimy konsekwencje swoich wyborów, nie innych. Dziecko samo musi nauczyć się samodzielnie funkcjonować w społeczeństwie, trzeba mu tylko zrozumieć pewne kwestie i wspierać je. Cele psychologii Adlera to: być niezależnym i żyć w zgodzie ze społeczeństwem, a wspierają je zachowania: świadomość bycia kompetentnym i tego, że ludzie są moimi towarzyszami. 

2. Poszanowanie to jedyny punkt wyjścia do wychowania. "Jeśli zabraknie szacunku, nie uda się zbudować dobrych relacji z drugim człowiekiem, nie ma szans, aby cię słuchał". (str. 34) "Poszanowanie oznacza zdolność przyjmowania człowieka takim, jaki jest zdawania sobie sprawy z jego niepowtarzalnej indywidualności". (Erich Fromm, psycholog i socjolog) (str. 35)

Czyli mamy już poszanowanie i miłość, do których żaden autorytet nie jest w stanie przymusić. 

3. Interes społeczny/poczucie wspólnoty, czyli troska o innych, która jest budulcem społeczeństwa. W tym aspekcie istotne jest zwracanie uwagi na zainteresowania innych, czyli nic innego jak sztuka empatii.

4. O własnej egzystencji decydujemy sami, którzy żyjemy tu i teraz, ale aby o tym decydować musimy uśmiercić własną przeszłość. "Każdy jest autorem własnej przeszłości, w której sam jest głównym aktorem, i na własną rękę pisze swoją przeszłość na nowo, bu poświadczyć słuszność tego kim jest." (str. 56) "Teraźniejszy ty decydujesz o kształcie przeszłości." (str. 57) Filozof odrzuca upijanie się wódką tragedii, aby zapomnieć o przeszłości malowanej nieszczęściem i aktualnymi niepowodzeniami.

Myślenie człowieka często opiera się na trzech bokach: "To jego wina!", "O, ja biedny." i trzeci "Co teraz zamierzasz zrobić?" Ten trzeci bok może stanowić punkt wyjścia do nowej ścieżki życia.

Część druga: Dlaczego nie należy nagradzać i karać

5. Nie należy nagradzać i karać, bo to rodzi wypaczone zachowania, które można podzielić na pięć etapów niewłaściwego zachowania: potrzeba pochwały, czyli zdobycie uprzywilejowanej pozycji we wspólnocie i robienie tylko tego co prowadzi do chwalenia, bo inaczej czuje brak sensu. Drugi: zwrócenie na siebie uwagi, oczywiście w różny sposób, psocąc, robiąc z siebie nieudacznika, aniołka, itp. Trzecia to próba sił, czyli szukanie zaczepek, przeciąganie liny, afiszowanie się, itp. Czwarta to: zemsta, przeciwko temu, kto nie zaakceptował jego cennej osoby i nie okazał miłości, czyli zwrócenie na siebie uwagi poprzez nienawiść, autodestrukcję, oskarżanie innych. Piata: dowodzenie własnej nieudolności, czyli znienawidzenie siebie, głębokie przeświadczenie, że samemu niczego się nie rozwiąże. Taka osoba szuka wszelkich sposobów, aby udowodnić innym swoją nieudolność najróżniejszymi sposobami, aż po wyrzeczenie się go i zostawienie w świętym spokoju. Przemoc to niekosztowna a zarazem łatwa metoda komunikacji, której nie należy hołdować, bo świadczy o bardzo niedojrzałym postępowaniu łamiącym wszelkie zasady. Nie należy nikogo besztać i strofować, bo to nabijanie lufy, która może wypalić i skrzywdzić. Agresor to osoba niedojrzała, zaś gniew to emocja oddzielająca ludzi od siebie. Chwalenie to ocenianie, którego celem jest manipulacja.

6. Samemu trzeba wybrać swoje życie i mieć odwagę posługiwać się własnym rozumem. Niesamodzielność jest wynikiem wtrącania się dorosłych w życie dzieci, myślenie za nich, nadopiekuńczość i strach przed utratą autorytetu. 

7. Poczucie użyteczności - to wspieranie i szanowanie wyborów innych, pozwalanie na samodzielne decyzje, ale bycie na tyle blisko, aby mogli liczyć na wsparcie. 

Część trzecia: Od zasady rywalizacji ku współpracy

8. Nagradzanie prowadzi do rywalizacji, gdzie konkurent może być postrzegany jako wróg, rywal, który czyha na nagrodę innego, "...lecz nikt nie ma prawa rywalizować, bo nie ma ku temu najmniejszej potrzeby". (str. 115) Rywalizacja to choroba dla wspólnoty, tylko współpraca przynosi godziwe rezultaty, daje poczucie sprawiedliwości i uczy, że drugi człowiek jest towarzyszem. Usuwając rywalizację oczyszcza się społeczność z konkurowania i krytycznego stanu. Adler namawia do relacji poziomych, a jego psychologia osadza się na demokracji osadzonej na relacji poziomej.

9. Psychologia Adlera nie uznaje potrzeby akceptacji, bo człowiek ma żyć dla siebie, a nie na życzenie innych, "... nie można żyć po to, by spełniać cudze oczekiwania." (str. 121) Rodzimy się w poczuciu niższości, zależności od silniejszych, na tyle słabi, że aby przetrwać dążymy do tworzenia wspólnoty i żyjemy w ramach opartej na współpracy relacji z innymi. Poczucie przynależności jest fundamentalną potrzebą człowieka. Niemniej samodzielne decydowanie o własnej wartości to konieczna niezależność, dostrzeżenie wartości samego siebie, a nie rozpatrywanie czym różnię się od innych. Ne warto ratować innych tylko dla podbudowania swojej wartości, bo to uprawianie mesjanizmu, a w psychologii Adlera chodzi o samoakceptację, bez wspomagaczy" z zewnątrz.

Część czwarta: Dawajcie a będzie wam dane

10. "Wszystkie problemy są problemami interpersonalnymi". (str.146) Radość czerpiemy z relacji z innymi, samotność istnieje tylko i wyłącznie w relacji z drugą osobą, również praca jest zadaniem opartym na relacji interpersonalnej, jeśli tylko są wokół nas ludzie możemy mieć w relacjach z nimi, problemy, cierpienia, ale też miłość i przyjaźń. Niemniej bez ludzi wokół nie byłoby zachowań interpersonalnych i całego wachlarza uczuć.

11. Zaufanie to wiara w innych z uwzględnieniem pewnych warunków, pewność to postępowanie, w którym wierzymy w innych bez zastrzeżeń. "Wierząc w drugiego człowieka, wierzymy w siebie.(...), osoba pewna siebie jest tym samym pewna innych". (str. 151) Dobrym przykładem obu warunków jest praca i przyjaźń, w tej pierwszej dominuje zaufanie w drugiej pewność. Przyjaźń to relacja, w której nie ma powodu, dla którego trzeba się przyjaźnić z kimś, to związek bezinteresowny, podtrzymywany uczuciem sympatii. Praca zaś stanowi podstawowy element strategii przetrwania człowieka, a dokładnie jej podział prowadzi do zaspokojenia życiowych potrzeb, a jednostki powinny pracować, współdziałać z innymi i wnosić swój wkład we wspólnotę, bez której by nie przetrwali. Dlatego każdy stanowi wartość i jest użyteczny dla innych, to naczynia powiązane.

12. Ważne jest nie to co się dostało, ale jak się to spożytkowało, nieważne też kim jest druga osoba, i tak można ją szanować i mieć do niej zaufanie, niemniej to wszystko zależy od własnego postanowienia.

13. "Wiara jest mechanizmem twórczym bez względu na okoliczności". (str.173) Potrzebujemy wierzyć, co nie oznacza zgody na wszystko, czy zmuszanie innych do tego samego. Bezwarunkowość wiary w drugiego człowieka bierze się z wiary w samego siebie, bo tylko wierząc w siebie możemy wierzyć w innych, kochając siebie wiemy co to miłość do innych. Akceptacja siebie, zainteresowanie innymi, wypływa z pewności siebie i swoich uczuć do siebie. 

14. Adler wierzył w człowieka i to konstruktywnie, bo wierzył, że istota ludzka ma możliwość rozwoju. Wskazywał też stanowczo, że "Aby żyć w pokojowym świecie, w pierwszej kolejności musisz sam się uwolnić od konfliktu". (str.181) i ktoś ten proces musi zacząć, najlepiej zacząć oczywiście od siebie. "Prawdziwą próbą dla nas są zwykłe dni, kiedy każde tu i teraz wymaga podjęcia, jak postąpić". (str.182) 

Część piąta: Wybierz życie w miłości

15. Miłość to nie żadne zakochanie, czy zesłanie losu to jedno z najtrudniejszych zadać, bo "...wymaga ona budowania w miejscu, gdzie nic nie istniej, siłą własnej intencji". (str.191) A jest to tym trudniejsze, że nie umiemy tego robić. Problem tkwi w tym, że pragniemy, pożądamy, a kiedy już coś dostaniemy to nie dbamy o to. Ważne jest nie to pragnienie, ale to co po nim następuje. Ważne jest też to, żeby kochać, a nie tylko być kochanym, a efekt można osiągnąć tylko we dwoje.

16. "Szczęście jest poczuciem użyteczności". (str. 200) Zaś zyskać poczucie własnej wartości można tylko wtedy kiedy kiedy jest się komuś przydatnym, czyli gdy ma się poczucie użyteczności. Niemniej to też nie jest takie oczywiste, bo żeby osiągnąć szczęście budować wspólne szczęście pomijając "moje" i "twoje" szczęście, a przechodząc na poziom" nasze", czyli podmiot "ja" zmienia się na "my" pomocna będzie w tym uwolnieniu miłość. I co ważne może rozrosnąć się do większych rozmiarów.

17. Słabość jest bardzo potężną, a przez to niebezpieczną bronią, bo prowadzi do manipulacji i nadużyć, skupia uwagę, przyciąga zainteresowanych "pomocą". Niestety to cecha dyktatorów, którzy płaczem, krzykiem zwracają na siebie uwagę innych. Chcą być pępkiem otaczającego świata, ale to bardzo niedojrzała postawa.

18. Samowystarczalność jest lekiem na słabość i uwolnieniem się od bycia pępkiem świata. Wybierając miłość stajemy się samowystarczalni i stajemy się dorośli, ale to wymaga od nas pracy. Musimy odrzucić potrzebę miłości interesownej, akceptacji i czekania na obdarzenie tymi uczuciami przez innych. Trzeba samemu budować przeznaczenie i chwytać "rękę" osoby stojącej obok.

19. "Świat jest prosty i życie jest proste", ale "trudność tkwi w trwaniu w prostocie". (str. 233) Prawdziwym wyzwaniem jest odwaga stawiania kolejnych kroków. "Żyj gorliwie tu i teraz", nie patrz wstecz, nie myśl o przyszłości.

Jaki mamy cel zachowując się tak a nie inaczej. Poszukajmy odpowiedzi w wypunktowanych wytycznych, a nóż dotrzemy do rozwiązań na nowe życie?! Proste, nasze i tu i teraz.





 

sobota, 27 stycznia 2024

Przegryw: mężczyźni w pułapce gniewu i samotności - Aleksandra Herzyk, Patrycja Wieczorkiewicz

"Przegryw" to książka, której czytanie mnie bardzo frustrowało i bynajmniej nie dlatego, że jest nieciekawa, wręcz odwrotnie, pokazuje obszary mi nieznane, ukrywane, albo wręcz niedostępne czy niewyobrażalne. Niemniej otwiera zakamarki dla tych, którzy nie potrafią się odnaleźć w społeczeństwie, a jedynym polem gdzie czują się bezpiecznie i /lub bezkarnie jest sieć. Niektórzy z opisanych przez autorki mężczyzn, bo o nich w tej książce jest głównie mowa (kobiety to akurat tło, które rodzi zagrożenie, niezrozumienie, albo obiekt agresji i wylewania plwocin) to osoby o niskiej samoocenie, według własnej opinii nieatrakcyjni dla płci przeciwnej, ale duża część z nich to osoby o wielu problemach emocjonalnych albo wręcz psychicznych i wymagających leczenia. Niektórzy z opisanych to osoby bardzo niebezpieczne, które gdyby przy jakiś sprzyjających okolicznościach wyszły poza sieć mogłyby stać się zagrożeniem dla społeczeństwa.

W książce jest tak wiele nowych słów, określeń, skrótów internetowych, że można poczuć się przygniecionym. Niemniej tym co mnie sfrustrowało była skala użalania się tych mężczyzn. Często, gęsto to faceci o świetnym wyglądzie fizycznym, o wysokiej elokwencji, ale z jakimiś w ich mniemaniu "urojonymi" niedociągnięciami urody, męskości, wykształcenia czy zarobkowania. To ludzie, którzy bardzo często szukają winnych swoich niepowodzeń i niedostatków na zewnątrz, obarczając rodziców, rodzinę, a w szczególności kobiety. Tutaj kobiety są nazywane tak ohydnymi epitetami, że trudni mi było niektóre znieść. Problemy opisanych mężczyzn mogły brać się z lenistwa, wygody, wyidealizowania, szukania niedoścignionego, itp. Nie chcę absolutnie generalizować, bo wiele osób ma różne problemy, braki urody, choroby, niedowartościowanie, i powody żeby czuć się gorzej, ale wielu próbuje radzić sobie z tym szukać pomocy, wspierać się innymi ludźmi i specjalistami. Wokół jest mnóstwo osób, które są niepełnosprawne, niezbyt urodziwe, o różnym poziomie wykształcenia, ale mają partnerki, rodziny, pracują, działają, podejmują wyzwania mimo autentycznych przeciwności losu. Nie chcę tu wymieniać znanych z mediów osób, które spełniają powyższe "kryteria", niemniej pewnie każdy zna kogoś takiego. 
W historiach z książki bohaterowie nie szukają wyjścia z sytuacji tylko od razu skazują siebie na porażkę, albo obarczają innych swoimi porażkami, a co ważne jedynym wyznacznikiem spełnienia są stosunki seksualne z kobietą, bo bycie prawiczkiem to ogromna ujma i powód do frustracji, niespełnienia, do bycia niepełnowartościowym mężczyzną. Co ciekawe, ci bohaterowie cały czas wskazują, że to kobiety mają najlepiej na tym świecie, bo mogą decydować i wybierać partnerów seksualnych. A przecież tyle jest samotnych kobiet wokół, ale jakoś one nie użalają się tylko najczęściej szukają, próbują, gderają, ale działają, albo godzą się z sytuacją, bo co robić? Jakoś trzeba żyć.

"Przegryw" to sfera, a właściwie manosfera, która jest mało znana, ale dla mnie przerażająca a nawet niebezpieczna. Mnóstwo w niej strachu, słabości, złości, nienawiści, agresji, poczucia wykluczenia i wiele innych krętych ścieżek ludzkiej duszy, które mogą prowadzić do rzeczywistej agresji i wyrządzenia komuś krzywdy.

Autorki podziwiam za zmierzenie się z niełatwym tematem, osobami i sytuacjami. Udało się im pokazać poważny problem jakiejś części społeczeństwa, którym powinni zająć się specjaliści, bo pozostawiony samemu sobie może być niebezpieczny, albo powodować niebezpieczne sytuacje i rozlać się do rozmiarów, które trudno będzie ogarnąć.

Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych - Kalina Błażejowska

 

Kalina Błażejowska podjęła się przekopała się przez archiwa, zjeździła Polskę w poszukiwaniu śladów i świadków, o których już bardzo trudno, aby opisać podejście polityki Rzeszy do osób, delikatnie rzecz ujmując nieprzydatnych ekonomicznie. Podnoszona do kultu eugenika, która głosiła hasła ulepszania genetycznie człowieka, selekcjonowania tylko najlepszych egzemplarzy ludzkich, przekreślała jednostki niezdolne do samodzielnej egzystencji. Hitler wraz ze swoją administracją opracował plan eksterminacji ludzi, a wręcz grup społecznych, którzy nie byli zgodni z wyidealizowanym schematem wizji III Rzeszy. Eksterminacja jednostek niezdolnych do samodzielnego przeżycia miała przynieść odradzającemu się po kryzysie krajowi znaczne oszczędności. Plan eliminacji słabych i nieprzydatnych krajowi jednostek administracja hitlerowska wdrożyła na terenie Niemiec już w latach trzydziestych XX wieku. Kiedy Hitler rozpoczął wojnę w Europie swoje chore idee "wyczyszczenia" społeczeństwa ze zbędnych jednostek wdrożył na terenach okupowanych.

I tu wracamy do autorki, która zajęła się polityką unicestwiania chorych psychicznie w polskich szpitalach psychiatrycznych dla dorosłych w Gostyninie i dla dzieci w Lublińcu. Składając, z porozrzucanych po różnych archiwach dokumentów, całe historie ukazuje wstrząsający obraz losów bezimiennej, zapomnianej przez historyków "masy" ludzkiej zamkniętej z różnych powodów w ośrodkach dla umysłowo chorych, których bezduszna machina hitlerowska eliminuje na różne metody.

Ta książka to rodzaj hołdu złożonego tym, o których zapomnieli nawet historycy, albo o losach których niewielu, prócz rodzin wiedziało. To pomnik wystawiony tym najsłabszym, niezdolnym do samodzielnej egzystencji, chorych psychicznie, albo emocjonalnie, bezimiennym, często traktowanych jako przypadki eksperymentów medycznych. To też nieliczne losy tych odnalezionych z imienia i nazwiska, ale też poruszająca historia braciszka, którego historia skleja się i odżywa nie tylko na kartach tej książki.

Autorka porusza też ważny wątek o tych, którzy byli ślepymi wykonawcami ideologii, sprawcami, eksperymentatorami wątpliwej jakości, odkrywcami na cudzej krzywdzie, generalnie ludzi, którzy albo w niewielkim stopniu albo w ogóle nie ponieśli kary za swoje okropne zbrodnie, albo za bycie świadkami tych działań i niemymi współuczestnikami..

 To w mojej opinii ważna książka, bo odkurza to czego nie chciano się tknąć, co było mało porywające, ciekawe, medialne? Tak wiele jest książek o zbrodniach hitlerowskich, a wciąż niektóre wątki pozostają przemilczane. Tym razem Kalina Błażejowska odkryła przed czytelnikami tą część, o której już ponoć nigdzie nie było materiałów, a jednak udało jej się stworzyć bardzo gęstą i poruszającą opowieść.

środa, 24 stycznia 2024

Dostatek - Jakob Guanzon

 

Książka działała na moją wyobraźnię, dzięki nietuzinkowym porównaniom i wrażliwości autora w odmalowywaniu biedy. Bieda towarzyszy nam przez większość książki, ma różne oblicza i wiele poziomów, prowadzi do nawarstwiania się problemów, a czasem do ściany, momentu kiedy już nie ma wyjścia, a przynajmniej żadnego pozytywnego. Bieda Guanzona to jazda w coraz większą otchłań niekorzystnych zdarzeń, to zjazd po równi pochyłej.

Książka ma dwa tory, przeszły i teraźniejszy, które choć nie przetną się, ale mają na siebie silne oddziaływanie. Przeszłość daje podkład pod teraźniejsze zachowania głównego bohatera, ale dzięki niej możemy zobaczyć szerszy kontekst biedy, która narasta i rozlewa się, zatacza coraz szersze kręgi i wciąga coraz więcej osób. Bieda jest spiralą, która nakłada tylko kolejne warstewki by rozszerzyć swój zasięg. Zachowania z przeszłości dobitnie pokazują, jak dogłębne konsekwencje dotkną bohatera, a także dosięgną jego syna, którego los będzie kwintesencją beznadziei, wykluczenia i wyrzucenia na bezdroża społeczności i systemu.

Właściwość tej książki tkwi w drobiazgowym, ale bardzo esencjonalnym opisie życia, zachowania i wyborów bohatera, zbiegów okoliczności, braku silnej woli, braku motywacji, braku wytrwałości i poczucia bezpieczeństwa. Te cechy prowadzą głównego bohatera na dno, odbierają mu resztki poczucia wartości, a nawet i godności. Autor pokazuje nam dysfunkcyjność, niedojrzałość, problem uzależnień, przemoc i deficyty emocjonalne. "Dostatek" to opowieść o dziedziczeniu bolesnych doświadczeń, odrzucenia, niespełnienia, deficytów męskości i bezradności. Znajdziemy w niej drugie, a nawet trzecie dno, bo problemy, które Guanzon zawarł w swojej historii są wielopłaszczyznowe.

To mocna opowieść o biedzie i jej sidłach, o jej dziedziczeniu, o braku perspektyw, a często beznadziei. To obraz mężczyzn, którzy zawiedli siebie i swoich najbliższych, którzy nie potrafią się porozumieć między sobą. To wspomnienie kobiet, które są niewidoczne z różnych względów i pozostawiają tych mężczyzn na łasce ich bezradności. To wartościowa książka, nie tylko ze względu na opisanie pęczniejącego problemu Ameryki, jakim jest ogromne rozwarstwienie społeczeństwa, narastająca bieda, wykluczenie, znieczulica i przemoc, ale także na sposób jej przedstawienia i język autora. Książka wciąga i pozostawia ślad w pamięci.

niedziela, 31 grudnia 2023

Poławiaczki pereł. Pierwsze Polki na krańcach świata - Ula Ryciak

 

Autorka wydobyła na światło dzienne historie czterech odważnych kobiet, którym niestraszne były trudy podróży, odległości, zmienne klimaty, pasożyty, niebezpieczeństwa, niedogodności w miejscach pobytu. Chciały realizować swoje pasje, odkrywać nowe obszary, zjawiska, sprawdzać swoją wytrzymałość i przeżyć życie tak, aby mieć poczucie wypełnienia swoich dni jak najlepiej się da. Ich wypraw z początku XX wieku nijak nie da się porównać z tymi obecnie, nie tylko ze względu na obyczajowość, w której rola kobiet była jednoznacznie osadzona w domu, ale na dodatek na dostępne środki transportu, jakość dróg, itp., itd. Można by rzec, że udało im się spełnić swoje marzenia o podróżach, bo miały szczęście trafić na mężczyzn, którzy nie dość, że nie ograniczali im ich pasji to jeszcze w dwóch przypadkach finansowali i wspierali ich zapędy. Miały ambicje pokazywać nieodkryte i różnorodne krainy. Podróże pokazały im, że poza Europą kobiety nie mają zbyt wielu praw, muszą ciężko pracować i służyć mężczyznom, że wyrzucane są na margines społeczeństwa, jeśli przypisana im rola wygasła (wdowy w Indiach). Niestety w niektórych krajach sytuacja wygląda podobnie jak sto lat temu.

Pierwsza opowieść dotyczyła Michaliny Issakowej, entomolożki, która po zostaniu wdową postanawia zrealizować marzenie męża o podróży do Ameryki Południowej w celu odkrywania nowych gatunków motyli i owadów generalnie. Jej samozaparcie i niestrudzone gnanie do przodu mimo trudnych warunków bytowych i klimatycznych było godne podziwu. Podziwiała świat przyrody, uczyła się rozpoznawać sygnały z niej płynące, chłonęła unikalność barw, zapachów i dźwięków. Miała świadomość zagrożeń płynących z tego nieznanego kawałka ziemi, ale dzielnie go eksplorowała.

W drugiej opowieści spotykamy Jadwigę Toepliz-Mrozowską, odkrywczyni, geografki, która przed wojną próbowała swoich siła na scenie teatrów, z różnym skutkiem, ale grała, próbowała śpiewać, ale dopiero podróże okazały się spełnieniem jej nieokiełznanej natury. Odwiedzała kraje Afryki, Azji, Europy. Była jedną z pierwszych eksploratorek Tybetu. Na jej cześć nazwano przełęcz w paśmie górskim Kurtaku na Pamirze, w pobliżu jeziora Zorkul, który eksplorowała w 1929 roku. Nosiło ją dosłownie, nie mogła wytrzymać w sztywnych gorsetach salonów, uczestnicząc w nic nie wnoszących pogaduszkach, spotkaniach i herbatkach. Podróże przynosiły wyzwolenie od konieczności "bywania", dawały wiedzę, poszerzały horyzonty, uderzały innością. Jadwiga została przyjęta do Włoskiego Towarzystwa Geograficznego, była zapraszana na odczyty i opowieści o swoich podróżach. Była tez zapalona ogrodniczką.

Trzecia opowieść dotyczy Ewy Dzieduszyckiej, doktor antropologii, która jako pierwsza kobieta w swojej miejscowości na Kresach zaczęła jeździć rowerem, czym wzbudzała zdziwienie, a nawet zgorszenie. Zapalona do wspinaczek, wszelkiej aktywności fizycznej nie żałowała sobie doświadczania i sprawdzania w czym może się jeszcze sprawdzić. Gnała pchana jakąś siłą, która nie pozwala jej się zatrzymać, jakby przeczuwała, że wszystko można stracić, oprócz wspomnień i doświadczeń, tego nie wydrze nic. Wchodziła na Mont Blanc, Mont Everest. Karpaty obeszła wzdłuż i wrzesz, Tatry odwiedzała przy różnych okazjach. Nawet wojny nie były w stanie jej zniechęcić i pozbawić energii do podróżowania i opisywania tej różnorodności świata.

Czwarta to Maria Czaplicka, antropolożka, która z niezwykłym samozaparciem, pomimo przeciwności zdrowotnych i braku finansów własnych postanowiła badać zwyczaje plemion syberyjskich. Jej podróż na te tereny była dla mnie ogromnym wyzwaniem wymagającym niezwykłego hartu ducha, ale jak postanowiła tak zrealizowała. Jej wyprawa była trudna pod względem trudności w dotarciu na miejsce, przemieszczanie się tam, a także nieufność i niechęć autochtonów do pokazywania swojego świata. Mimo tych przeciwności udało jej się.

Wszystkie kobiety pozostawiły po sobie spuściznę w postaci napisanych książek, korespondencji i artykułów naukowych.

Cieszę się, że Ula Ryciak wzięła na warsztat życiorysy tych kobiet i podała je na swój sposób, czyli nieoczywistej biografii, czy prostych opowieści, ale pełnych emocji, barwnych jak motyle Michaliny Issakowej, przepełnione piaskiem pustyni przez który przedzierała się Jadwiga Toeplitz-Morozowska, zapachy i barwy Indii, które odkrywały Jadwiga Toeplitz-Morozowska i Ewa Dzieduszycka i wreszcie surowość Syberii odkrywanej przez Marie Czaplicką.

czwartek, 28 grudnia 2023

Futerał. O urządzaniu mieszkań w PRL-u - Agata Szydłowska

 

Autorka zabrała czytelników w podróż do przeszłości Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i jej "uroków" lokalowych. Niemniej nie ograniczyła się tylko do tego okresu, ponieważ dała także pogląd sytuacji przed wojną i tuż po niej na warunki mieszkaniowe obywateli Rzeczpospolitej. 

"Futerał. O urządzaniu mieszkań w PRL-u" to nie tylko rzecz o urządzaniu to szeroki opis sytuacji mieszkaniowej na rynku, to trochę uszczegółowienie książek Grzegorza Piątka i Filipa Springera, ale głównie szerokie światło na możliwości i trendy urządzania mieszkań w czasach kryzysu, ogromnych potrzeb i oczekiwań. To też obraz sytuacji społecznej w Polsce utrudzonej wojną i zachodzącymi przemianami gospodarczymi, społecznymi w nowym ustroju politycznym. "Futerał...." to też opowieść o tym jak władza zasobem mieszkaniowym wpływała na swoich obywateli, jak chciała zawładnąć ich każdym aspektem życia, jak wchodziła ludziom nawet w tą najintymniejszą sferę, jak chciała kształtować "nowoczesnego" człowieka, który czas poświęca pracy i jak jej się to nie udało. Umiejętnie odmalowała dążenie człowieka do indywidualności, urządzenia sobie miejsca, w którym znajdzie spokój i poczucie intymności.

Agata Szydłowka potraktowała obszar swoich badań, bo tak też można powiedzieć o tym obszernym opracowaniu tematu, bardzo dogłębnie i szeroko. Przypomniała lub naświetliła wiele interesujących spraw, czasem zapomnianych, albo nieodkrytych. Przypomniała trendy i style modowe w różnych latach XX wieku, obowiązujące w katalogach i rzeczywistość, która nijak nie nadążała za potrzebami i możliwościami. Odkurzyła pamięć o ówczesnych projektantach, czasopismach wnętrzarskich, fabrykach meblarskich, ówczesnych trendseterach, ewolucji niektórych mebli i ich zastosowań. Przypomniała, a młodszym czytelnikom uświadomiła, że zakup wyposażenia wnętrza to był duży wysiłek dla rodziny, finansowy, czasowy i logistyczny, wymagający czasami znajomości i zręczności.

Autorka wykonała niezwykłą pracę poszukiwaczki, badaczki, archiwistki, historyczki, aby pokazać tak rozlegle swój temat. W mojej opinii ten ogrom pracy się opłacił, bo nie dość, że książka obfituje w ciekawe informacje, obserwacje, ważne kulturowo i społecznie problemy, to jeszcze zawiera bardzo dużo zdjęć, które podkreślają narrację autorki. Książka ma też walor edukacyjny, historyczny i etnograficzny. Gratuluję autorce wytrwałości w poszukiwaniu materiałów i zachęcam do ciekawej lektury, bo mimo swoich rozmiarów bardzo dobrze się ją czytało, a nawet kontemplowało:)

Stoner - John Wiliams

 

„Niezbyt się tym przejął, że książka jest zapomniana i nikomu niepotrzebna; pytanie o jej przydatność zawsze byłoby prostackie. (...) Otworzył książkę, a ona w tej samej chwili zaczęła żyć swoim życiem, niezależnym od autora. Gdy przerzucał kartki, jakby głaszcząc żywe ciało, palce go mrowiły. (...) Jego palce się rozplotły, a książka, którą trzymały, zaczęła się zsuwać, wpierw powoli, potem nagle, po martwym już ciele, padając w cichość pokoju." (str. 334)

Powieść, która przez dekady była niezauważana ostatnimi laty cieszy się popularnością i to za sprawą europejskich tłumaczeń. Dlaczego dopiero dekadę temu i dlaczego w Europie książka zaczęła żyć w czytelnikach? Może dopiero dojrzeliśmy do zderzenia się z przyziemnymi potrzebami, decyzjami, pragnieniami? Dlaczego zwykły człowiek, bez jakichś nadzwyczajnych osiągnięć, stosunków, majątku dopiero dzisiaj staje się ciekawym bohaterem? Może dlatego, że nie boimy już przejrzeć się w nim jak w lustrze swojego życia, które mija bez jakiś specjalnych fajerwerków, ale za to spokojnie, dostojnie, zacisznie...

Autor opowiadając o życiu Williama Stonera pokazuje szeroki kontekst historii Ameryki poprzedniego stulecia, jej kulturę, wartości, wychowanie, oczekiwania, konwenanse, relacje między ludźmi, a także stosunek i echa w amerykańskim społeczeństwie odnośnie wojny w Europie. Tytułowy bohater to jedyny syn ubogich rolników, którzy wielkim wysiłkiem opłacają pobyt syna na studiach rolniczych w murach Uniwersytetu Missouryjskiego. William jednak kończy studia filologiczne, ze specjalizacją w literaturze angielskiej. Zaprzyjaźnia się z dwoma rówieśnikami, z których jeden zginie podczas I Wojny Światowej. Stoner zostaje na uniwersytecie jako doktorant, wykładając swoje ulubione tematy. Jego praca doktorska zostaje pozytywnie przyjęta, po kilku latach stanie się też kanwą do jego pierwszej książki. 

Stoner żeni się z kobietą która jest dla niego zagadką, choć oziębła i nim niezainteresowana przyjmuje jego oświadczyny. Ich związek za sprawą żony jest bardzo niezrównoważony, żeby nie powiedzieć niestabilny czy burzliwy, ale nie tak zwyczajnie, raczej podskórnie, domowo, bo na zewnątrz wybranka zakłada maskę przykładnej żony i gospodyni. Stara się postępować tak jak wymaga od niej norma społeczna, choć widać, że jest nieszczęśliwa w tym gorsecie ówczesnej obyczajowości, miota się, obija swoim niezadowoleniem męża, który ucieka w pracę. Dom w ich wypadku to nie oaza spokoju, to miejsce wyrzucania negatywnych emocji, upuszczania żółci, napadów histerii, szaleństwa, niezgody na schematyczność. W pewnym okresie małżeństwa rodzi im się córka, która dla Williama staję się pełnią szczęścia i radości, niestety żona utrąca to szczęście wszelkimi wyrafinowanymi manipulacjami. Oczywiście wszelkie te toksyczne zachowania odbijają się na zdrowiu i emocjach całej rodziny. Itd., itd....

Czytając książkę a potem opowieść tłumacza o jej autorze odnalazłam wiele odniesień z jego życia w opowieści i jej bohaterach, co jeszcze dodało książce mocy i wartości. Dla mnie "Stoner" okazał się wciągającą opowieścią, od której nie mogłam i nie chciałam się oderwać. To zwykłe życie pochłonęło mnie, bo odbijały się w nim życia tak wielu znanych mi osób, w mniejszych lub większych fragmentach. Ta opowieść o zwyczajnym życiu, które płynie bez większych zawirowań miała dla mnie niezwyczajną moc, byłam nią zaskoczona i wytrącona z równowagi.

środa, 27 grudnia 2023

Córeczka - Tamara Duda

 

Początek "Córeczki" zapowiada w zasadzie niewiele, ale nie dajcie się zwieść, bo w pewnym momencie zaczyna się dziać. I to czasami tak, że dech zapiera, a w finale łzy wyciska.

Tamara Duda zawarła w "Córeczce" inteligentny humor, sprawny, miejscami cięty język, jednocześnie bardzo emocjonalny przekaz powiązany z wyobraźnią i umiejętnością oddawania rzeczywistych opisów miejsc i zdarzeń.

Historia, która dzieje się w Donbasie pokazuje bezsensowność brutalnej wojny, w której chodzi o ambicje jednostek, za które giną setki lub tysiące. Ludzie w tym rejonie mówili po rosyjsku, zaś z Ukrainą związani byli głównie na papierze, bo mentalnie, chcieli po prostu żyć. Nie interesowała ich wielka polityka, bo mieli na co dzień bardzo przyziemne i prozaiczne problemy, trudna praca w kopalni, zmaganie się z biedą, szaroburością otoczenia, brakiem wielu wygód, perspektyw, nadziei, itp. itd. Wojna spadła na nich jak dosłowny grom z jasnego, albo raczej zaczadzonego nieba, niszcząc ich codzienność, domy i życia. 

Tytułowa "Córeczka" to niepozorna i drobna kobieta, która miota się w swoim życiu, nie wiedząc co począć, ima się różnych prac, aż wreszcie zaczyna tworzyć obrazy i witraże na szkle. Jej pomysł w tym miejscu to z pozoru szaleństwo, ale nie w tej części świata. Odpowiednio wypromowany w mediach społecznościowych zaczyna przynosić obfite rezultaty. Córeczka nie jest w stanie sama realizować zamówień, z pomocą przychodzą jej ludzie z pozoru podejrzani, tajemniczy, ale zdolni i pracowici. Ma szczęście w swoim nowym biznesie, ale nie może go zanadto reklamować, bo mafia nie śpi. Prowadzenie dochodowych interesów w Ukrainie to nie jest bajka, to wyzwanie i spełnianie wymagań względem rozlicznych powiązań. Jednak interes udaje się zachowywać w "podziemiu", czy to za sprawą sprawnego szeptanego marketingu, czy cichej "ochrony", niemniej przychodzi czas wojny i odmienia wszystkich i wszystko. Dochody firmy idą odtąd na pomaganie wojownikom ukraińskim, bo Córeczka za pomocą tych samych mediów społecznościowych zakłada nieformalną grupę pomocową dla ukraińskiej partyzantki, która ma trudności ze wszystkim co w walce niezbędne.

Tamara Duda za pomocą często nieoczywistych zwrotów, umiejętnie uformowanych zlepków słownych pokazuje jak wyglądała ta dziwna wojna-niewojna, Ukraińców z Rosjanami, tymi miejscowymi i tymi przybyłymi. Książka ukazuje szeroki wachlarz skutków wojny, nie ma  niej piękna, jest tragedia cywilów, ohyda partyzanckiego życia, realia nierównej wojny i różnorodność postaw ludzkich. Niektóre akcje Córeczki są i śmieszne i straszne, z przewagą tych drugich. Czytając opowieść ma się wrażenie nierealności, oderwania, czy przerysowania, ale może to być zabiegiem, który pomaga znieść okropne zdarzenia.

"Córeczka" to opowieść o sile kobiet, które w obliczu wojny stoją bohatersko w drugiej linii wsparcia, bez którego ta pierwsza szybko by padła z głodu i braku wielu niezbędników. To pokaz zaradności, mobilizacji, organizacji tych, które w patriarchalnym społeczeństwie spychane są na dalszy plan i zwyczajowo mają być dla mężczyzn wszystkim czego ci potrzebują w danej chwili. Poruszające, kiedy te kobiety przejmują organizację i stery we własne ręce i kiedy świetnie radzą sobie z tyloma potrzebami wojowników i cywili.

W książce udało się autorce odmalować wiele ciekawych i wyrazistych postaci zarówno kobiecych, męskich, młodych, starszych.

To był dla mnie wielce udany i satysfakcjonujący debiut, który poruszył wiele wewnętrznych strun. Tłumaczenie i wyjaśnienia  Marcina Gaczkowskiego są wartością dodaną i niewątpliwie doszlifowują ten diamencik.

Schronisko które przetrwało - Sławek Gortych

 

"Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana... bo jeżeli nie, to się nawet nie obejrzycie, jak na was, jak na waszych potomków, "jakieś Auschwitz" nagle spadnie z nieba". (Marian Turski) (str. 427)

Stało się, druga część "Karkonoskiej serii kryminalnej" już za mną. Opowieść Sławka Gortycha wciągnęła mnie od pierwszych stron i nie wypuściła do ostatnich. Bardzo ciekawa, z kilkoma ważnymi wątkami, oddającymi pamięć ofiarom wydarzeń, które miały miejsce podczas II Wojny Światowej na terenach Karkonoszy. 

Akcja dzieje się w dwóch czasoprzestrzeniach, zaczynamy książkę w latach czterdziestych dwudziestego wieku, kiedy to schronisko Odrodzenie stało się miejscem szkolenia i wypoczynku adeptów formacji Hitlerjugend. Przeskoczymy też do roku 1947 kiedy to miała miejsce katastrofa w ruchu kolejowym na tym terenie. A następnie znajdziemy się we wrześniu 2006 roku, kiedy to szefowa schroniska Odrodzenie, Justyna wybiera się na tygodniowy urlop do matki mieszkającej w Jeleniej Górze. To tylko filary, w które autor wbudował bardzo dynamicznie rozwijającą się dość szeroko zakrojoną akcję kryminalną, która zaczęła się w latach wojennych, ale jej echa odbijały się współcześnie. Jak autor napisał w posłowiu, życie napisało scenariusz, ale niewątpliwe umiejętności autora pozwoliły na powiązanie i ubarwienie tego scenariusza, tworząc bardzo ciekawą opowieść. Przy okazji wartkiej fabuły, trzymających w napięciu zdarzeń i sensacji autor przekazał w książce wiele ważnych acz trudnych faktów dotyczących mieszkańców i więźniów tych terenów. Nie zapomniał oczywiście o Duchu Gór, który jest niezbywalnym dziedzicem tych ziem. Wracamy też do muzeum Gerharta Hauptmanna i jego kustosza Jacka Węglorza. Autor uchyla ciężkiej kotary, za którą jest wspomnienie okrucieństw obozu Gross-Rosen. Dotyka także historii polsko-czechosłowackich konfliktów. Jednym słowem książka oprócz waloru opowieści ma też walor historyczno-edukacyjny z ważnym przesłaniem: człowieku te okropności mogą powrócić, wystarczy być obojętnym i nieczułym na innych.

Książka fantastycznie trzymała mnie w garści i nie pozwalała się oderwać, ale ciekawe i ważne były dla mnie końcowe przemyślenia autora, który przygotowując się do jej napisania, przeanalizował wiele tekstów historycznych, m.in. Mein Kamf, a także wytycznych Partii Młodoniemieckiej: Dla każdego, kto chce nosić miano prawdziwego Niemca. Z lektury tych tekstów wyłania się smutny przekaz, bo niektóre z nich są cały czas aktualne: "Przeraziło mnie zaś najbardziej to, że im głębiej studiowałem nazistowskie teksty, tym więcej widziałem powiązań z charakterem języka, jakiego używają współcześnie niektórzy hierarchowie kościelni i politycy w naszym kraju. Oswajanie społeczeństwa z segregacją, dzieleniem na prawdziwych i nieprawdziwych, lepszych i gorszych, wypowiedzi odwołujące się do wartości genetycznej danej grupy osób, porównywanie do zarazy, ośmieszanie i stygmatyzowanie mniejszości seksualnych  albo wskazywanie winnych roznoszenia chorób jest podłością, obok której nie mogę przejść obojętnie. Ani jako autor, ani jako lekarz, ani - przede wszystkim - człowiek. Dlatego też zdecydowałem się ująć w swojej twórczości problem języka, który krzywdzi, wyklucza i ostatecznie zabija." (str. 427)

Oczywiście dzięki autorowi przeniosłam się w Karkonosze, wędrowałam, oglądałam, wspominałam i marzyłam. Z niecierpliwością czekam na trzecią część.