Szukaj na tym blogu

czwartek, 24 listopada 2022

Żona rzeźnika - Li Ang

 

Lektura nie łatwa, choć potężny ładunek okrutności i obrzydliwego zła został rozpisany na 160 stronach niewielkiej gabarytowo książki. Rozpoczyna się mocnym akordem jak głosiła informacja z wycinku prasowego: Lin Shih (główna bohaterka) zamordowała swojego męża. Wycinek ten to suchy przekaz, który przedstawia sam fakt popełnienia zbrodni, jej następstwa a także domniemywanie co było powodem tej zbrodni? Autorka do opisanej historii wykorzystała prawdziwe wydarzenia z lat trzydziestych dwudziestego wieku. Sama autorka chciała zrozumieć jak doszło do tej zbrodni, dlatego wróciła do korzeni głównej bohaterki. Pokazała w jakich warunkach spędziła dzieciństwo, jak była traktowana przez rodzinę, i jak postąpiono z nią kiedy już dorosła, jak wydano ją za mąż za rzeźnika. Opisała sceny w domu męża i jego zachowanie względem niej, pasma upokorzeń jakich doznawała każdego dnia. To wszystko miało ogromne znaczenie dla rozwoju wypadków. Autorka nakreśliła także obraz otoczenia, (sąsiadów bliższych i dalszych), które było opresyjne, zwłaszcza kobiety nie miały dla siebie litości, ich podłość i przewrotność była wręcz porażająca i paraliżująca.

"Żona rzeźnika" to opowieść napisana surowym językiem z naturalistycznymi opisami brutalnego zachowania człowieka lub ludzi względem innych. To odarta z ozdobników proza, która ma pokazać, jakie piekło gotujemy sobie sami w życiu. Autorka pokazała sceny domowe nasycone obrzydliwymi i urągającymi zachowaniami dodatkowo" koloryzując" je wydarzeniami z pracy męża głównej bohaterki. Otoczka podlana dziwacznymi tradycjami, wierzeniami, brakiem totalnej intymności, wulgarnego wścibstwa, zawiści i podłości. Wszystko to tworzyło krwisty kawał brutalnie rzeczywistej opowieści o życiu, które bajką bynajmniej nie było.

Książka dzwon, który przypomina brutalną prawdę o ludzkiej naturze.



sobota, 19 listopada 2022

Porodzina - Natalia Fiedorczuk

 

Książka Natalii Fiedorczuk wciągnęła mnie w swoje klimaty, była nieoczywista i zaskakująca. Z pozoru małomiasteczkowe senne klimaty z biegiem akcji stają się bardzo niepokojące. Ciekawi i nieidealni bohaterowie, ze swoimi tajemnicami, powiązaniami, rozterkami przydawali tej opowieści naturalności. Stworzona przez autorkę historia bardzo przypadła mi do gustu, chciałam żeby trwała jak najdłużej, a jednocześnie z niecierpliwością czekałam na rozwiązanie.

Natalia Fiedorczuk stworzyła dwie skrajności: idealną rodzinę, która w swoich czterech ścianach skrywała ponure relacje; i bardzo nieidealną gdzie kwitnie miłość, ciepło, troska, zrozumienie i akceptacja. Pokazała te skrajności i postrzeganie ich przez otoczenie. Zachwycające wręcz instagramowe obrazki jednej rodziny wzbudzają westchnienia zazdrości i uwielbienia, drugiej zaś dziwacznej, odbiegającej od modelu portali społecznościowych hołoty wywołują irytację, potępienie, niezadowolenie. Ale przecież medale zawsze mają dwie strony, a i nie wszystko złoto co się świeci; autorka użyła tych zabiegów żeby uderzyć starymi prawdami, o których ciągle zapominamy, aby ponownie pokazać, że nie warto oceniać po pozorach, że uroda nie idzie w parze z dobrocią.

Główni bohaterowie piękni trzydziestoletni, zamożni, idealnie ustawieni życiowo, dwoje dzieci, on dyrektor, ona pani domu, świetne auta, basen, itd... Sielanka! Obok mieszkają ci pogardzani przez współmieszkańców, biedni, brudni, nieurodziwi, on stary, ona młoda, bałagan na podwórku, on ciągle bez stałej pracy, ona w domu z dziećmi. Jedni unikają ludzi, drudzy ich łakną, jedni kochają porządek, drudzy twórczy bałagan, jedni żyją w ciszy, drudzy ciągle w jakimś rozedrganiu. Którzy są szczęśliwi, a którym brakuje podstawowych uczuć, boją się, są niepewni jutra?

Autorka napisała, że chciała stworzyć negatywnego bohatera, dlatego zapisywała sobie historie różnych postaci z prawdziwego świata Na ich podstawie udało się jej odmalować typa niepokojącego, przyglądając się jego działaniom przechodził dreszcz po plecach. Akcja ciekawa, wielopostaciowa, z całą plejadą nieidealnych bohaterów, którzy okazują się prawdziwi, niezłomni, prawi, mimo swoich ułomności emocjonalnych i ci najważniejsi, zbyt piękni, żeby to było prawdziwe. Ciekawe historie poboczne, powiązania pomiędzy bohaterami, zaszłości, zależności sprzed lat dodawały książce smaku. Zdecydowanie dobra lektura.

piątek, 18 listopada 2022

Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna - Filip Zawada

 

" Ludzie nie mogą zapomnieć, co to raj, chociaż nigdy w nim nie byli. Za to próbują wymazać z pamięci przeżyte przez siebie piekło. Tylko, że ono nigdy o nich nie zapomina." (str. 232)

Chciałam sięgnąć po książki tego autora i oto trafiła mi się pierwsza przy okazji Dyskusyjnego Klubu Książki. Przeczytałam bardzo szybo, ale nie wiem co o tej książce napisać, żeby nie zatracić jej głębi, żeby nie napisać krzywdzącej opinii.

Mam natłok myśli, bo nie wiem czy to tylko smutna opowieść o wypaczonych/ patologicznych rodzinnych relacjach? Czy to opis dojrzewania, któremu przyszło wzrastać w towarzystwie dziadka, który jest przemocowcem, agresorem, alfonsem i kim tam jeszcze? Czy należałoby to dorastanie poszerzyć o sadystyczną panią Anielę z przedszkola, matkę, która sobie nie poradziła ze swoimi emocjami, ojcem który obraził się na dziadka i wycofał z życia syna. A może to jest spojrzenie na różne typy mężczyzn bardzo odległych od siebie pod każdym względem? Może to rozliczenie międzypokoleniowych wypaczeń, traum i urojonego bohaterstwa, które zrzucane na barki kolejnego pokolenia przyniosło wiele żalu, smutku i upokorzenia, chowania się w cień. "Patrząc na Szczepana, zastanawiałem się, czy po wojnie nie powinno się skazywać na śmierć zarówno przegranych, jak i wygranych. Nigdy nie powiedziałem tego na głos, żeby nie wyjść na okrutnika, ale żywiłem przekonanie, ze każdy konflikt niszczy obie strony i nigdy nie da się nikogo wyleczyć z poniesionych ran." (str. 22)

Miałam wrażenie, że niektóre wątki są wręcz przerysowane, może po to żeby uśmiechnąć się, zirytować, zdziwić. W życiu przecież można natknąć się na tak wiele zachowań niewiarygodnych, zagadkowych, niebywałych, że jeszcze nie jedno może nas zaskoczyć. Autor przez postać dziadka pokazał różnorodność, wieloaspektowość, wielopostaciowość jednej osoby. Skupił w tym bohaterze szeroki wachlarz negatywnych, agresywnych zachowań, emocji, cech charakteru. "Być może więzi rodzinne są piękne, ale u innych. Ja widziałem w nich zagrożenie. Ród był jak betonowe chodaki, ściągające na dno jeziora. Nie wolno mi było tego czy tamtego. Nie wolno było zachowywać się niestosownie. Nie wolno obrażać się na starszych. Nie wolno pracować w cyrku czy burdelu. Bo co by ludzie powiedzieli." (str. 101) Szczepan to wilk, który czasami przebierał się w babcię, aby pożreć czerwonego kapturka, niestety w tym przypadku zabrakło myśliwego, dopiero śmierć wybawiła kapturka przed ciągłym strachem i bezradnością. Ale nawet ona nie przyniosła wyswobodzenia, bo macki potwora były już głęboko zakorzenione, zasiały duże spustoszenie. "Człowiek potrafi wiele zniszczyć w życiu, żeby przetrwać." (str. 71) "Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna" nie daje nadziei na otrząśnięcie się po trudnym dzieciństwie. A z drugiej strony każde pokolenie kiedyś odchodzi na drugą stronę, dając pole do działania następnym i nadzieję, że będzie mądrzej, spokojniej, sprawiedliwiej i bez szalonej, niczym nieuzasadnionej przemocy. Bo przecież  "Młodość jest jak bomba zegarowa. Nie wiadomo, jak się w niej rozgościć, bo ani nie posiada się mądrości osób starszych, ani nie jest się naiwnym jak dziecko. Walka pomiędzy  młodością a dojrzałością sprawiała, że czuliśmy się zakłopotani tym, że żyjemy." (str. 128)




środa, 16 listopada 2022

Życie Violette - Valerie Perrin

 

"... przeszłość zatruwa teraźniejszość. Ciągłe wracanie do niej prowadzi powoli do śmierci." (str. 366)  

Kiedy już dałam się wciągnąć w atmosferę tej książki to nie chciałam się odrywać, choć początek przyznaję był nieco chaotyczny. Z biegiem czasu polubiłam główną bohaterkę, jej dojrzewanie, etapy godzenia się z największym bólem jaki matka może "dostać" od życia, jej przeobrażenia, postrzeganie innych osób. Podobało mi się to czym się zajmowała poza pracą, ale i sama praca była dla mnie interesująca i jakże nietuzinkowa. Cała otoczka i ludzie wokół tworzyli jakąś niezwykłą mieszaninę pozytywnych osobliwości. Chociaż patrząc już z perspektywy przeczytanej książki to nawet niektórzy z tych antypatycznych bohaterów, po opisaniu ich w szerszym kontekście zyskiwali moje zrozumienie. 

Violette, to pięćdziesięciolatka, która opowiada czytelnikom swoje życie, a nie było ono bajkowe, niemniej te radosne chwile, które jej się zdarzały tym mocniej celebrowała. Dziecko sierota, kiedy miała naście lat wybrał ją najprzystojniejszy facet w okolicy, wyszła za niego za mąż, urodziła córkę. Była pogodną osobą, choć widziała wokół siebie podłości i obojętność męża, starała się je chować skrzętnie w zakamarki duszy. Córka była jej radością, szczęściem, celem w życiu, dawała siłę do działania. Każdą pracę wykonywała sumiennie, miała dużo samozaparcia w nauce czytania i uczeniu się nowych rzeczy.

Przyszedł jednak taki moment, że Violette nie mogła się podnieść, cios zadany przez los przygniótł ją bardzo mocno, była tylko cieniem samej siebie. "Moje ubogie życie schowałam do szuflady niczym parę starych skarpetek. Których nigdy nie wyrzucę, ale też już więcej nie włożę. Nieważne. Nic nie jest ważne wobec śmierci ......... ." (str.242) Są śmierci, które zabierają z życia za dużo, nie ma się chęci i siły, aby żyć dalej. Można się zatracić w bólu, można też przeżyć tą stratę i kiedyś, może już w innej formie emocjonalnej powrócić. Tej bohaterce to się udało, chociaż zostało mnóstwo oznak tych zmian: "Philippe Toussaint sprawił, że się zestarzałam. Być kochanym to zachować młodość." (str.. 241) 

Ale autorka wlewa nadzieję, daje wybór swojej bohaterce i czytelnikom. "Gdy tylko otworzył usta, poczułam, że samotność schodzi ze mnie jak liniejąca skóra. Jego głos podziałał na mnie niczym błyskawica, jak gdyby zapalił nad moją głową lampę." (str.405) Mnie ta książka wzruszyła, rozrzewniła, rozczuliła, polubiłam bohaterów i tą oryginalną atmosferę cmentarza i jego "ludzi". Dobra lektura na długie jesienne wieczory.

wtorek, 1 listopada 2022

Misja Sowy Tosia, Franek i sekrety filozofii - Tomasz Stawiszyński

 

"Pamiętajcie, każda książka to osobny świat, nie ma nic lepszego niż czytanie i myślenie." (str. 116)

Tym razem Tomasz Stawiszyński swoje przemyślenia filozoficzne kieruje do dzieci. To opowieść o przygodzie z misją uratowania nas ludzi przed naszymi nawykami. Świat wykreowany przez Tomasza Stawiszyńskiego to świat, w którym ludzie poddali się "władzy technologii", wpatrzeni w smartfony pozbawili się możliwości bezpośrednich bliskich relacji, myślenia, rozważania i marzeń. "Ludzie przestają czytać książki, a zamiast tego spędzają dnie i noce z nosami w telefonach komórkowych i tabletach." (str. 37) Autorowi nie chodzi o całkowite wyeliminowanie zagrożenia płynącego z technologii, ale o umiar, innymi słowy Arystotelesowski "złoty środek", który pozwoli cieszyć się przede wszystkim światem rzeczywistym, a nie tym wykreowanym przez algorytmy.

Autor pisze też o nadmiarze, którego w krajach rozwiniętych doświadczamy, a tym samym o zaburzeniu równowagi. O pogoni za dobrami, zyskiem, wiecznym braku czasu, który przesącza się na rzeczy błahe, chociażby śledzenie mediów społecznościowych, kanałów internetowych, etc. "Dużo już mówiliśmy o tym, że smartfony i tablety pożerają czas. Ale robią także coś gorszego - wysysają z ludzi sny i marzenia. Sprawiają niepostrzeżenie, że ludzie przestają się interesować wszystkim, co nie znajduje się na wyświetlaczu telefonu. Przestają myśleć, rozumieć i czuć." (str. 65) Czytanie książek to jedna z dróg odzyskania wyobraźni, przywrócenia emocji i świata marzeń. Wyobraźnia, rozum, emocje to najważniejsze co człowiek posiada, dlatego warto z tych darów korzystać i nie dać się sprowadzić do roli zewnątrzsterownej marionetki. Warto zadawać pytania, oczekiwać i poszukiwać odpowiedzi, bo one inspirują, pokazują nowe możliwości, pobudzają do myślenia. "-Pytam więc jestem" (Świat Zofii), poszukuję, otwieram nowe drzwi, wybieram nowe drogi, świat jest niezbadany, dlatego nie warto zamykać się na utarte cudze stwierdzenia. "Sokrates - uważany za jednego z najmądrzejszych ludzi, jacy kiedykolwiek się urodzili - cały czas rozmawiał z innymi i ciągle zadawał im pytania." (str. 78)

Tomasz Stawiszyński opowiada o przymiotach, które jak się okazuje nie są nam dane raz na zawsze, powinniśmy kierować się tym co mamy najcenniejszego, czym wyróżniamy się jako naczelne - rozumem. Tłumaczy także dlaczego warto rozmawiać z innymi w sposób bezpośredni, że wtedy widzi się reakcje i emocje drugiego człowieka, ma się do niego inny stosunek niż do kogoś niewidzialnego. Książkę czytało mi się z przyjemnością, niemniej pozostał jakiś niedosyt, może oczekiwałam więcej, obszerniej, mniej jednostronnie? Niemniej polecam oczywiście.

poniedziałek, 31 października 2022

Gdyby Nina wiedziała - Dawid Grosman

 

Czytałam już kilka książek z podobnym motywem skomplikowanych relacjach kobiet w kilku pokoleniach. Dawid Grosman opowiada nam historię Wery, serbskiej Żydówki, która w latach pięćdziesiątych po pobycie przez 2 lata i 10 miesięcy w obozie resocjalizacyjnym na wyspie Goli Otok wyjechała do Izraela i zamieszkała w kibucu. Jej córki Niny, która nosi w sobie syndrom porzuconego dziecka, bo kiedy matka przebywała w obozie, Nina odsiadywała swoje małe więzienie u ciotki i wuja, którzy nie mieli do niej serca, i znęcali się nad nią psychicznie i fizycznie. I wreszcie Gili, porzucona przez matkę, która nie umiała dawać miłości, ani bliskości, która uciekała przed swoją matką. Gili, nad którą opiekę przejęli Wera i zawsze jej oddany ojciec. To ona jest narratorką tej opowieści, kuratorką wystawy krzywd i niedomówień. 

Generalnie to opowieść o kobietach, które skrzywdzone przez czynniki zewnętrzne skrzywdziły siebie. To też opowieść o niewiarygodnej historii miłości, która to miłość mogła przyczynić się do tragedii dziecka, które kiedy dorosło nie dało sobie rady. To miłość ponadprzeciętna, ponaddźwiękowa, która oparta była na zrozumieniu, rozmowie i ciekawości siebie wzajemnie, więcej w niej intelektualnego i emocjonalnego porozumienia niż cielesności. To miłość, dla której Wera podjęła brzemienne w skutki decyzje, to uczucie, które towarzyszyło do końca jej dni, zawsze i wszędzie. To uczucie, która trafia się raz na jakiś czas i wypala wszystko w okół, nie daje szansy innym uczuciom.

Akcja książki jest nielinearna, opowieść rwie się i rozłącza, aby po jakiejś wstawce wrócić do swojego toru. Poruszamy się po czasoprzestrzeniach i miejscach, podróżujemy po kraju i świecie. Opowieść jest przesycona dialogami pełnymi emocji, wspomnieniami, swoistymi spowiedziami ze swoich nieumiejętności, nieradzeniami sobie z odrzuceniem. Książka może porwać, albo zniechęcić, mnie wciągnęła, dlatego ostatnie sto stron czytałam już nie odrywając się ani na moment, a właśnie na tych stronach odbywa się to co najważniejsze. Choć uważam, że ostatnie zdania to zbyt mocne uproszczenie. Generalnie powieść drży od emocji.

środa, 26 października 2022

Izbica, Izbica - Rafał Hetman

 

"Ojciec ma rację. Ale Tojwi jeszcze nie wie, że nie zdąży nauczyć się modlitwy za zmarłych. Na razie czyta książki, nie wierzy, że ktoś może traktować poważnie rozwieszone na budynku poczty plakaty z hasłem "Żydzi do Palestyny", nie wie, że nawet największe zło zwykle zaczyna się niewinnie,..." (str. 32)

Hitlerowcom chodziło nie tylko o wymordowanie Żydów, ale i zatarcie śladów po jakiejkolwiek ich obecności. Takim dobrym przykładem tego zamierzenia jest opowieść Rafała Hetman o Izbicy, miejscowości we wschodniej Polsce, w której 95% mieszkańców to byli Żydzi, a pogrom wojenny, który miał kulminację w tej miejscowości w roku 1942 zmiótł praktycznie całą populację. Z czterech tysięcy mieszkańców uratowało się w różnych okolicznościach tylko 23 osoby. Jak pokazuje autor w tym pogromie z wielkim zaangażowaniem pomagali Niemcom miejscowi strażacy i milicjanci, Ukraińcy, Łotysze, i Polacy, motywy były zazwyczaj te same, chęć pozbycia się Żydów, zagrabienie ich mienia: złota, domu, ziemi. To bogactwo to często były tylko mity, ale przecież powtarzane po wielokroć stawały się "objawioną prawdą", jak to kłamstwo powtarzane wielokrotnie. Propaganda i podsycana niechęć jak widzimy nawet obecnie działa, niestety doprowadza do niszczenia, zabijania i nienawiści. 

"Izbica, Izbica" to taki jaskrawy przykład niszczenia Żydów, nie trzeba było zasieków, żeby likwidować z łatwością miejscowych i przywożonych z całej Polski a nawet Europy, bo miasteczko stało się gettem tranzytowym! Zaskoczenie, niedowierzanie, brak informacji, brak jakiejkolwiek reakcji z zewnątrz, brak negacji zjawiska były bardzo pomocne do szybkiej akcji "rozprawienia" się z niechcianym kłopotem żydowskim.  "...przychodzi list od syna: Już od przeszło miesiąca w małej wsi Chełmno w specjalnych ciężarówkach całe transporty Żydów duszone są gazem." - To nie możliwe - mówią rodzice. - To bajki! Nawet Niemcy nie byliby zdolni do takich rzeczy żyjemy przecież w dwudziestym wieku!" (str. 48) Jakież to powtarzalne, jeszcze niedawne też słychać było głosy, że to przecież niemożliwe, żeby w dwudziestym pierwszym wieku rozpętać wojnę, a jednak to się dzieje. Ludzie niczego się nie uczą, a jeśli nawet, to rodzi się kolejny tyran i koło zaczyna toczyć się od początku. Znowu po latach ktoś opisze wydarzenia, ktoś inny pochyli głowę i zaduma się, zapyta jak mogło do tego dojść? A to ludzie właśnie, tak było i jest....

Rafał Hetman wydobył z mgły zapomnienia niewygodne fakty, smutne karty z historii Polaków, czerpiąc z wielu różnych źródeł, warto poświęcić im czas.

poniedziałek, 24 października 2022

Tyll - Daniel Kehlmann

 

To książka nieoczywista, akcja nielinearna, a autor miesza czasy, zdarzenia, bohaterów zaś, co rozdział rzuca w różne czasoprzestrzenie, jednocześnie przypisując im różne role. Opowieści Daniela Kehlmanna przypominają miejscami wątki z "Imienia róży" Umberto Eco, czy "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa. Demaskatorstwo, obnażanie i wyśmiewanie głupoty, nakreślenie okropności a zarazem bezzasadności wojny to dla mnie niewątpliwie atuty tej książki. Autor pokazuje w prześmiewczy sposób naiwność ludzką, pazerność, tendencję do kłamstwa w imię nawet najniższych interesów, przewrotność, niską skłonność do udzielenia wsparcia jeśli to nie przynosi korzyści. W bardzo bezpośredni i odrażający sposób odmalowuje bezsensowność, upiorność i marność wojny, jego przerysowane, a może nie, opisy dotyczące obozu króla szwedzkiego wręcz odrzucają, czuć smród zwłok, odchodów, resztek jedzenia, łatwo wyobrazić sobie obrzydliwe taplanie się w tym bagnie podczas konieczności poruszania się, po obozie. 

Tytułowy Tyll to postać wzorowana na Dylu Sowizdrzale, według ludowych opowieści wędrownego rzemieślnika, kuglarza, psotnika, obdarzonego rubasznym poczuciem humoru. Książkowy Tyll jest typem raczej melancholijnym, niosącym na sobie trudne przeżycia z dzieciństwa, kiedy to inkwizycja kościelna skazała na śmierć jego ojca, w oparciu o wymyślone, spreparowane dowody . Opis procesu sądu kościelnego jest bardzo znamienny i przywodzi na myśl każdą władzę autorytarną, która ma zawsze rację i nie dopuszcza innej opcji. "Musisz powiedzieć nam prawdę, musisz opowiedzieć, jak twój ojciec młynarz wzywał diabła, musisz przyznać, że czułeś strach. Dlaczego musisz to powiedzieć? Bo to jest prawda. Bo my to wiemy. A jeśli skłamiesz, to spójrz tam stoi mistrz Tileman, popatrz, co trzyma w ręce, on tego użyje, więc lepiej mów. Twoja matka już zeznała. Najpierw nie chciała, musiała więc poczuć, ale jak już poczuła, to powiedziała; tak jak zawsze wszyscy mówią, kiedy poczują." (str. 295) Tyll ubrany przez autora w różne role mówi najczęściej gorzką prawdę prosto w oczy rozmówcy, jednocześnie kiedy trzeba niczego nie wyjaśniając, karze i chłosta słowem, a kiedy trzeba czynem. Jest bystrym obserwatorem otoczenia, ludzkich zachowań i niedoskonałości, co z bezwzględnością wykorzystuje, aby ciętymi słowy częstować rozmówców. Tyll to głos rozsądku w oceanie rozkładu, morzu niesprawiedliwości, okrucieństwa, smutku i nędzy.

Autor pokazuje jak tworzy się absurdalne teorie na potrzeby zaspokojenia chorych ambicji. Te teorie są tak nielogiczne, że wydawałoby się, że nikt w nie nie uwierzy, a jednak znajdują wielu fanów, orędowników i naśladowców, a powtarzane po wielokroć stają się faktami, te zaś podawane z ust do ust nabierają mocy sprawczej i zbierają swoje bogate, acz straszliwe żniwa.  "-W tej okolicy najwidoczniej nie dowiedziono nigdy istnienia żadnego smoka. Tym samym mam pewność, że przynajmniej jeden musi tu być. -Ale i w wielu innych miejscach nie dowiedziono istnienia smoka. Dlaczego więc tutaj? - Po pierwsze, ponieważ z tego terenu zaraza się cofnęła. to jest mocny znak. Po drugie użyłem wahadła.' (str. 251) Wyssane z palca teorie, nie poparte żadnymi badaniami, ot rzucone gawiedzi na uciechę, choć były wieki temu to wydają się znane i bliskie współcześnie, te same sposoby manipulacji działają obecnie, choć to już nie smoki są tym wabikiem. "To ważne dzieło. Nie najważniejsze spośród tych, które napisałem, lecz niewątpliwie ważne. Wielu możnowładców pragnie zamówić skonstruowane przeze mnie organy wodne. A w Brunszwiku są plany zbudowania kociego klawikordu według mojego pomysłu. Nieco mnie to zadziwia; była to przede wszystkim gra myśli i wątpię by rezultaty mogły zadowolić ucho." (str. 253) Obiecanki, marzenia, czcze gadanie: "- A jeśli przyszpilimy smoka? (...) - Jeśli go znajdziemy i schwytamy, to co wtedy? -Utoczymy mu krwi. Tyle ile zmieszczą nasze skórzane rurki. Zawiozę je do Rzymu i wykorzystam (...) do stworzenia leku przeciwko czarnej śmierci, który zostanie zaaplikowany papieżowi i cesarzowi oraz  księżom katolickim. (...) Może w ten sposób będziemy mogli zakończyć tę wojnę." (str. 257)

Co w tej książce było dla mnie namiastką nadziei, zdrowego rozsądku, głosem wołającego o opanowanie? Kobiety, bo tylko one w tym szaleństwie zachowały resztki mądrości, chłodnej oceny sytuacji, logiki i chęci uratowania czegoś, kogoś. Matka Tylla, królowa Elżbieta, czy towarzyszka Tylla to kobiety silne, walczące o zachowanie swoich przekonań, podnoszące się nawet po silnym upadku, krzywdzie czy upokorzeniu. To kobiety, które przetrwały i dały nadzieję na odrodzenie, na trwanie, na podniesienie się z bagna.

To ciekawa książka, która w dość pokrętny sposób pokazuje okrucieństwo ludzi wobec siebie, która obnaża bezsens urojonych wojen, opartych na nikczemnych podwalinach. Wojny na tle religijnym obnażają jak niewiele warte są te religie, wszak kierują nimi ludzie i tylko ludzie, którzy są słabi, zazdrośni, rządni tak wielu rzeczy, że nawet wciągają w to siły wyższe. Cierpią maluczcy, najsłabsi, za to ci, którzy rozpętują wojny kryją się w swoich pałacach, namiotach, daczach otoczeni kordonem mundurowych. I tak od wieków, ludzie nigdy nie wyciągają wniosków, bo zawsze rodzą się kolejni satrapii, a nawet jeśli mają wybór (współczesne demokracje) to zazwyczaj ciągnie ich do złudnych, przerysowanych opowieści, którym dają przyzwolenie na władze, decydowanie o losach innych, itd... wydaje się niewiarygodne, a jednak!

Nie zawsze było łatwo, ale książka mnie wciągnęła i dała do myślenia. Opisy, obrazy, styl godne uwagi.

niedziela, 23 października 2022

Skąd się biorą Holendrzy? - Ben Coates

 

To kolejna książka o Holandii, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że chciałabym tam pojechać. A propos podróży, to właśnie Ben Coates zabiera czytelnika w bardzo skrupulatną podróż po tym kraju. Płyniemy, jedziemy, idziemy, zwiedzamy miejsca i miasta, oglądamy krajobrazy i wszędobylską w tym kraju wodę. Autor jest imigrantem z Anglii, zatem sam jeszcze niedawno poznawał ten kraj, a na lamach książki opowiedział o nim innym, urzeczony, zadowolony z dokonanego wyboru, ale też świadomy jego różnych oblicz.

Autor pokazując teraźniejszość, nawiązuje do wydarzeń z czasów dawnych Holandii, opowiada o historii, która przyniosła takie a nie inne rozwiązania, swoiste pomniki przeszłości widać na każdym kroku, m.in. wiatraki i kanały, chodaki i rowery. W tym kraju nic nie dzieje się przypadkiem, wszystko podporządkowane jest naturze, przede wszystkim wodzie, która wywarła i nadal wywiera największy wpływ na kraj, ale także klimatowi i położeniu geograficznemu. Autor objaśnia, ale też wciąż się uczy i odkrywa ciekawostki o Holandii i jego mieszkańcach. To człowiek, który znalazł dla siebie kawałek świata, w którym najlepiej się czuje i tłumaczy dlaczego. Jego wyjaśnienia są przekonywujące, prostolinijne i zrozumiałe dla mnie. Coates porównuje sztywne i zamknięte zachowanie Anglików oraz szczere i naturalne Holendrów, którzy jeśli coś mają do powiedzenia robią to wprost, bez kluczenia i owijania w bawełnę. Odpowiada autorowi ich towarzyskość i bezpośredni sposób bycia, otwartość na różnorodność drugiego człowieka. Psuje mu to, że Holendrzy umieją cieszyć się z drobnych rzeczy, są bardzo tolerancyjni, nie należą do pracoholików, a mimo wszystko ich kraj jest bogaty i bezpieczny. Mimo tego sielankowego obrazu, Holandia ma też swoje ciemne strony, słabe punkty, nierozwiązane problemy, czy zauroczenia populistyczne, które autor także opisuje w swojej książce. Podsumowując autor pokazuje nam kraj, w którym ogromną wartość stanowi wolność wyboru, swoboda słowa i zachowania, a także brak zaściankowości i bufonady. Holendrzy są dumni z tego co kraj osiąga i nie trzeba im przypominać o ich istotności w Europie, mają na tyle wysokie poczucie własnej wartości, że w znaczącej większości nie dają się wciągać w jakieś podburzanie przeciwko innym, cenią sobie spokój i porządek.

To bardzo przyjemna lektura o otwartym na ludzi kraju, o ludziach pozytywnie nastawionych do siebie i przyjezdnych, o ciekawych symbolach, krajobrazach i rozwiązaniach, które związane są ściśle z naturą.

sobota, 22 października 2022

Ojczyzna jabłek - Robert Nowakowski

 

"Rabikowie nie dziwili się, że ludzie są różni. Przyzwyczaili się i traktowali innowierców jak jeszcze jeden rodzaj biesa, którego trzeba ugościć, a nawet mu przytakiwać - ale potem robić swoje, żyć swoją miarą i wedle swoich potrzeb." (str. 24)

Robert Nowakowski w swojej smutnej opowieści przybliżył losy ludzi, którzy mieszkali na południowo-wschodnich terenach Beskidu Niskiego i Sądeckiego. Łemkowie i Bojkowie, ze względu na swoją inność byli solą w oku wielu, z jakiś względów wadzili i przeszkadzali każdej władzy, zaś lata powojenne, które właśnie są tłem wydarzeń w tej książce, pokazały, że wojna na tych terenach trwała jeszcze długo, nawet po jej oficjalnym zakończeniu. "Fedor rozumiał ponurą alternatywę. Za wyjazd: sznur. Za przeniesienie metryki do parafii katolickiej: sznur. Za pozostanie na miejscu: pepesza, granat, ogień. Za życie wszystkich ludzi tutaj, cokolwiek by zrobili, nawet jeżeli nie robili nic - tylko śmierć." (str. 65) Ci ludzie żyli w jakiejś matni, z której jedyne istniejące wyjścia niosły zgubę, upokorzenie lub zaciskanie zębów. "Przecież wojna to zaraza, a władza to diabelski sposób wodzenia ludzi na zatratę." (str. 64) To zdanie z książki doskonale oddaje sytuację Łemków i Bojków, którzy żyli sobie w swoim zaścianku uczciwie pracując, wierząc w Boga i chcąc spokojnie być, ale zostają wplątani w jakieś niezrozumiałe dla nich rozgrywki polityczne, w urojone wojny, chore ambicje, zwady i zadry. Stają się ofiarami, cierpią za nieswoje, tracą swoją ojczyznę w imię niezrozumiałych dla nich interesów. Zdani na upodlającą tułaczkę, urągające warunki do życia, ostracyzm zostają rzuceni w nieznane im odmęty wielkiej ojczyzny. Władza rozprasza ich, utrudnia im życie na każdym kroku, sąsiedzi traktują jak zdrajców, zabójców, Świerczewskiego, jak to głosi oficjalna propaganda. Nie mogą i nie umieją się przestawić na "nowe", wielu daje radę, bo czas leczy rany, są ambitni, więc zaciskają zęby, ale niektórzy nie mają tyle siły, tęsknią, nie służy im powietrze, klimat, płaski krajobraz. 

Autor w opowieść o Łemkach i Bojkach wplótł też życie Żyda, który "zapodział" się Niemcom z pożogi, przetrwał ostatnie lata wojny w schowku u jednych z książkowych bohaterów, a po ich wywiezieniu nie wiedział co ze sobą zrobić. Autor w mojej ocenie bez patosu doskonale przedstawił beznadziejność tych wszystkich pożóg, unicestwień, nienawiści, podłości człowieka dla człowieka. Pokazał do czego prowadzą nagromadzone i nie wyjaśnione lęki, szukał odpowiedzi na pytanie czego mogli bać się ludzie, kiedy wydawali np. Żydów na śmierć, co mogli im zrobić, brudni, zmęczeni, zalęknieni, szukający pomocy? Nawet już po kapitulacji Niemiec ludzie zabijali, wydawali, nienawidzili, bali się, albo wstydzili, może nie chcieli, żeby ktoś był świadkiem ich słabości, zazdrości, dlatego mordowali sami, albo rękami innych oprawców. "Wszyscy nienawidziliśmy Żydów. Rusnaki, Mazury, Szwaby, Moskale, Rusini i kto tam jeszcze. Był ktoś kto ich nie nienawidził? To teraz powinno przyjść do wszystkich szczęście. Żydów już nie ma. I co?" (str. 78) I nic szczęścia jak nie było tak nie ma, ale to nie ukoiło duszy, jak pokazuje historia lepiej poszukać innego wymyślonego wroga, na którego można zrzucić własne problemy, złość, zazdrość i nienawiść do świata.

Autor pokazał dramat grupy ludzi, ale też wyodrębnionych niektórych bohaterów. Pokazał wyraźnie jak cierpieli, jak nie umieli się odnaleźć, jakie traumy im towarzyszyły i jak sobie z nimi radzili lub nie. Jedna z bohaterek skrzywdzona podczas wywózki znienawidziła mężczyzn: "Znienawidził ten dotyk. Poczuła bydlęcy smród potu spod żołnierskiej kurtki tego człowieka. Brzydziła się tego zapachu. Spoglądał na nią z góry, wysoki, wyższy niż którykolwiek Łemko, czy Bojko." (str. 131) Inny ukarany za nie swoje winy nie umie już żyć "normalnie", kolejny straumatyzowany na wojnie daje na siebie pluć i "wylewać" pomyje. Innym nie chce się wychodzić z domu, jest im obojętne co dzieje się wokół. Trudne to doświadczenia, bo wojna to nie bajka, to nie zmitologizowana chwała, to krew, ból, śmierć i strata. 

Autor napisał bardzo smutną książkę, w której w dużej mierze bohaterką jest przemoc zadawana przez obcych i swoich. Niesie ona zniszczenie, zwątpienie, zabija duszę, czasem jednak stawia do pionu, to takie najprostsze "lekarstwo" na odzyskanie siebie, ale to też trucizna, która zanieczyszcza organizm. Jest nieoczywista, ale niszczy i odbiera nadzieję.

poniedziałek, 17 października 2022

Podhale. Wszystko na sprzedaż - Aleksander Gurgull

 "Na Podhalu rzadko słyszałem, że coś nie jest na sprzedaż. Jednym z miejsc, w których tak właśnie zareagowano, był dom Antoniego Rząsy." (str.203)

W owym muzeum nie ma cen, co bardzo autora poruszyło, dlatego, że prace tego artysty osiągają w desach wysokie oferty zakupu. 

Autor poświęcił swoją książkę wielu bolączkom, niewybrednym działaniom, czy wręcz patologiom, które mają miejsce w stolicy Tatr. To miejsce, które z klimatycznego kiedyś, przekształcone zostało obecnie w mieszaninę wszystkiego, co niechlubne,  niebezpieczne, niepasujące, wręcz brzydkie, drogie, nieprzyjazne naturze, zwierzętom i nawet wbrew pozorom turystom. Zakopane to zdaniem autora miejsce, w którym skumulowały się ludzkie "ciemne" żądze władzy i pieniędzy. To zaścianek pazerności kosztem bezpieczeństwa, estetyki, logiki i dbałości o otoczenie. Komercjalizacja praktycznie wszystkiego wokół, patodeweloperka i budowanie wielu niebezpiecznych tymczasówek bez zezwolenia, brak dbałości o dobro wspólne regionu, o dobrostan zwierząt. Aleksander Gurgull opisał w swojej książce problematykę przemocy domowej w tym regionie, powiązanej z nadużywaniem alkoholu oraz z silnymi powiązaniami z kościołem i obecną władzą. Opisał najgłośniejszy w ostatnich latach przypadek wyładowań atmosferycznych na Giewoncie i całą akcje ratunkową.

Powyższe i inne bolączki tego rejonu Polski opisane przez autora można samemu poznać, doświadczyć i potwierdzić lub nie. Można się z nim zgodzić lub nie, niemniej książka jest w mojej opinii napisana w trosce o ten kawałek Polski, może nawet z lekką nuta tęsknoty za dawnym skromniejszym Zakopanem, ale bardziej klimatycznym, przyjaznym pod każdym względem. Przeczytałam z zaciekawieniem.

 

sobota, 15 października 2022

Sędzia Di i złote morderstwa - Robert Van Gulik

 

To moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Książkę czyta się dość przyjemnie i z zaciekawieniem, bo też i czasy i miejsca są z kategorii "egzotycznych". Miejscami pozwala się uśmiechnąć, miejscami zadumać, generalnie dobra książka do autobusu, zwłaszcza dla zwolenników kryminałów. Sięgając po nią nie wiedziałam, że ma kolejne tomy i choć teraz już mam taką świadomość to na razie nie sięgnę po nie, właśnie ze względu na jej obszar tematyczny. Autor stara się bardzo tłumaczyć wiele kwestii, a także zgrabnie prowadzić wątek, który zostaje wyjaśniony i to na dodatek z umotywowaniem.

Generalnie miła lektura, a jeśli dodatkowo ktoś lubi ciąg dalszy to ta lektura  może przypaść mu do gustu.

 

 


wtorek, 27 września 2022

Czarne lato. Australia płonie - Szymon Drobniak


"Jestem zła. Zła na nas ludzi. Tak ogólnie. Na to, jak traktujemy środowisko. I na totalny brak aktywności, brak działania. Bierne czekanie, aż "ktoś" coś zrobi." (str. 133)

Niewiedza i niechęć do jej niwelowania przynosi opłakane skutki. Autor skupił się na pokazywaniu i rozmawianiu o katastrofie klimatycznej. Przedstawiał twarde dowody na ocieplanie się ziemi, któremu jesteśmy jako ludzie winni, bo w sposób nienaturalny w szybkim tempie uwolniliśmy ogromne pokłady CO2 do atmosfery. Gdyby nie człowiek i jego zachłanność oraz ciągłe dążenie do tego "więcej" paliwa kopalne starczyłyby "na kolejne miliony lat". Obecnie mamy emisję tego gazu na poziomie nienotowanym "od trzech milionów lat". (str.29) W globalnym ociepleniu oprócz CO2 największego wroga ludzkości, biorą udział także: para wodna zatrzymująca ciepło przy powierzchni Ziemi, albedo (pokrywy śnieżne) Ziemi i jej zdolność odbijania światła słonecznego, rozmarzanie wiecznej zmarzliny, która uwalnia nadmierne ilości metanu do atmosfery, nie wspominając o produkcji gazów z typowo ludzkiej działalności, np. wycinanie dżungli, hodowla bydła, używanie pojazdów. 

"Klimatyczna katastrofa wykiełkowała tuż obok nas właśnie dlatego, że jesteśmy tak beznadziejnie krótkowzroczni. Maraton dziesiątek lat przewidywania naprzód okazuje się równie abstrakcyjny dla naszego umysłu jak skala wszechświata czy fizyka kwantowa. Świetnie sprawdzamy się w krótkich dystansach... Tak więc toczymy się przez powolutku podgotowującą się rzeczywistość Ziemi,..." (str. 177) Autor zastanawia się także co jest w stanie uratować naszą Ziemię, czy to może być wstyd, edukacja, siła ustawodawców i rządzących. Co trzeba byłoby pokazać/zrobić, aby ludzie zrozumieli skalę zagrożenia, aby zechcieli zostawić planetę w stanie używalnym kolejnym pokoleniom.

Żeby przybliżyć problem zmian zachodzących w klimacie i powagę sytuacji opisał pożary w Australii. Australia to zdaniem autora jaskrawy przykład nie troszczenia się o przyszłość Ziemi, wzorzec nie myślenia o dobrostanie przyszłych pokoleń. Począwszy od populistycznych rządzących i głoszonych przez nich pełnych hipokryzji haseł, naśmiewających się z "problemów" klimatologów i innych ekspertów badających zmiany zachodzące w przyrodzie, poprzez brak edukacji, do braku społecznej i publicznej odpowiedzialności za używanie (a raczej nadużywanie) energii. Australia jest pożeraczem energii, to kraj "permanentnej klimatyzacji", używania wszelakiej maści sprzętu generującego ogromne zapotrzebowanie na energię, która jest produkowana głównie z australijskiego węgla, którego ponoć jest na tym kontynencie pod dostatkiem. Nadużywanie energii prowadzi do ogrzewania powietrza, które w Australii przekroczyło już poziom 2 stopni w porównaniu z erą przedindustrialną, dlatego kontynent płonie. Pożary pochłaniają całe ekosystemy, podczas pożarów lata 2019/2020 życie straciło 3 miliardy zwierząt, w okrutnych męczarniach ginęły gatunki endemiczne i zwierzęta występujące w innych szerokościach geograficznych. Płonęły połacie lasów i sawann, zagrody i domostwa ludzkie. Te pożary pokazały paletę ludzkich zachowań względem kataklizmu stulecia. Od hipokryzji, obojętności, strachu, jednoczenia sił w walce z żywiołem po ucieczkę z miejsca katastrofy. 

Ale pożary to nie jedyny skutek ocieplania się powietrza, co autor starał się pokazać na przykładzie blaknięcia koralowców, które tracą swoją naturę pod wpływem nadmiernego ogrzewania się wody. Rafy to jeszcze poważniejszy problem niż pożary, bo stanowią one "dom dla 25% wszystkich oceanicznych gatunków zwierząt" (str 157) Te same skutki dotyczą morskich łąk i wielu innych ekosystemów oceanicznych. Niestety z racji odległości od siedzib ludzkich i nadmiaru innych spraw, problem raf interesuje tylko nielicznych.

Autor powrócił do przeszłości Australii, kiedy to Aborygeni zasiedlali te ziemie, żyjąc w zgodzie z naturą, szanując ją w każdym przejawie, nawet ogień miał inny wymiar i swoje ważne zadanie. Niestety przybycie w osiemnastym wieku białych zdeptało ten rytm. Naukowcy wykazują, że przed pojawieniem się białych kolonizatorów Australia była zielonym kontynentem, teraz jest żarzącym się węglem, który potrzebuje tylko większego podmuchu, aby siać spustoszenie. Pierwsi mieszkańcy podnoszą głosy rozwagi w sprawie matki Australii, ale jeszcze nie są słuchani z należytym szacunkiem i uwagą, tak jak to się dzieje w Nowej Zelandii, gdzie kultura maoryska jest częścią Nowozelandczyków.

W mojej opinii to ważna książka w obszarze klimatycznej katastrofy. Oczywiście nie pierwsza i nie ostatnia, która ostrzega, napomina, udowadnia zgubne działanie człowieka na los swojego gatunku i milionów innych istnień. Autor głosami ekspertów, wydarzeniami w Australii boje na alarm, ale jak pokazują przykłady ludzkość jest głucha na wszystkie sygnały, dowody, ekspertyzy, wyniki badań. Jedna z naukowczyń z którymi autor rozmawiał, Adriana Verges z żalem mówi, że "Nie chcę ludzi terroryzować. Choć jesteśmy w takim momencie naszej historii, że terror może być ostatnim narzędziem, jakie nam pozostanie. Bo jest naprawdę bardzo, bardzo źle." (str 170) Co robić zatem, aby nie skupiać się na swoich doraźnych potrzebach, wygodnictwie, lenistwie, przyzwyczajeniach i wysłać myśli w przyszłość, zacząć martwić się co będzie i jak. Aby tu i teraz nie było najważniejsze, ale to co czeka nas w niedalekiej przyszłości..

niedziela, 25 września 2022

Agla - Radek Rak

 

Jestem fanką "Baśni o wężowym sercu..." dlatego sięgnęłam po kolejną książkę tego autora. I pomimo, że czyta się ją dość lekko, to po dwustu stronach mnie zmogła. Jak dla mnie za dużo teksu, mnóstwo "przedłużanych" niewiele wnoszących słów, zdarzeń, zachowań. Być może nie był to dobry czas na nią, albo jeszcze coś innego, uogólniając nie zagrało tym razem tak jak tego oczekiwałam,

Historia zaczyna się ciekawie, bo opowiada o zbuntowanej młodej dziewczynie Sofii, która prowadzi nas przez swoje dojrzewanie i kolejne etapy w dorosłość. Jest niezależna co mi się podoba, zbuntowana, przez co miewa kłopoty, stara się być zaradna, choć czasem bywa jej trudno. Ta opowieść to symbol zmian, które są najbardziej stałym elementem w życiu człowieka.

Autor stworzył świat, w którym przeplata się mnóstwo różnych, nierzadko dziwacznie powiązanych ze sobą rzeczy. Mamy współczesność z magami, carem, ubecją, jakimiś stworzeniami ze starych wierzeń. Mamy samochody, pociągi, a jednocześnie jakieś tajemnicze uliczki ze sklepami tylko dla wtajemniczonych. Miałam wrażenie, że czasami jestem w opowieści o Harrym Potterze, czasem w "Sklepach cynamonowych", a czasami jeszcze w innych opowieściach. Prawdziwy miks, tygiel i wszystkiego po trochu. Radek Rak stworzył ciekawe relacje, mistrz-uczeń, mentorka-słuchaczka, przyjaciele-przyjaciółka. Autor użył swojej wyobraźni, pięknego języka, odmalował barwny kilim a mnie niestety czegoś mimo wszystko zabrakło, może cierpliwości.

Wrony - Petra Dvořáková

 

Przemoc ma różne oblicza, a Petra Dvorakova w swojej książce pokazuje najbardziej zwyczajną, taką rodzinną, z "normalnym domem" w tle. Autorka zabiera czytelnika do domu, w którym mieszka matka, ojciec i dwie córki Kasieńka i Baśka. Pokazuje nam ten świat z dwóch perspektyw Baśki i matki. Mamy też swoisty przerywnik pomiędzy rozdziałami w postaci wpisu-obserwacji Baśki sytuacji za oknem. Otóż wrona tworzy gniazdo, zakłada rodzinę, wychowuje swoje małe, etc. To analogia do tego co widzimy w statystycznej rodzinie ludzkiej, ale tylko analogia.

Ale zacznijmy od początku, tak ogólnie, schematycznie. Dwoje ludzi postanawia założyć rodzinę. Pytanie - dlaczego i po co? Bo tak trzeba, bo tak robią inni, bo co inni powiedzą, etc. Niemniej łączą się ze sobą i już. Nie mają pojęcia czy nadają się na rodziców, ale postanawiają mieć dzieci, nie wiedzą, że to nie jest już tylko przyjemność, to także ciężka robota i nie zawsze miłe doświadczenia, zwłaszcza jeśli dzieci chorują (ponad standardowo). Jedno z rodziców, w tym przypadku matka, bierze na siebie więcej obowiązków, które nadmiernie ją obciążają, drugie zaczyna się wycofywać czy to z powodu wygody, czy odepchnięte. Spirala zaczyna się nakręcać, u niej pojawiają się frustracje, on ucieka w jakieś swoje wewnętrzne zacisza - telewizor, gazeta, późniejsze powroty. Niezadowolenie u niej rośnie, emocje sięgają zenitu, potrzebują ujścia, więc wylewa się lawina żali i pretensji najpierw na męża, a potem na dziecko. To tylko początek, bo przecież nie ma konstruktywnej rozmowy w tym związku, nie ma już miłości, są tylko niemiłe obowiązki i rutyna. Brakuje bliskości, seksu, zwyczajnych rozmów o dniu codziennym. Rośnie góra niezadowolenia, pretensji, obwiniania, wyrzucania z siebie emocji, które odbijają się na kimś innym. Sprężyna jest coraz bardziej zwinięta, wystarczy szarpnięcie, nadmierne dokręcenie i wystrzeli, uderzając w kogoś boleśnie.

Autorka ten schemat ubrała postaciami, w mojej opinii bardzo udanie, bo poruszyła moje wrażliwe struny. Jej rodzina nie jest patologiczna, matka i ojciec pracują, zapewniają jedzenie, właściwe ubranie zależne od pory roku, itp. Ani matka, ani ojciec nie mają problemu z alkoholem. Ze słów matki wynika, że nawet kocha swoje dzieci, ale... mają wypełniać skrupulatnie jej polecenia, nakazy, zakazy, nie wymyślać głupot, słuchać co do nich mówi, utrzymywać porządek, być zdyscyplinowane, nie marudzić przy jedzeniu, być skromne, itp. Każda z córek ma inną wrażliwość i inny charakter, każda z wymaganiami matki radzi sobie na różne sposoby, każda jednak ponosi konsekwencje, albo wewnętrzne, albo zewnętrzne. W tej relacji nie ma wygranych, są tylko sfrustrowani i przegrani. Ojciec jest, ale wycofany, uciekający w swój świat, chyba, że zostaje doprowadzony do ściany i skraju swoich słabości wtedy zamienia się w kata. Ofiara przyjmuje ciosy ze wszystkich stron, od rodziców i dodatkowo od siostry, która też jest kłębkiem nerwów i strachów, zresztą rodzice dają przykład, z którego ona czerpie. Ta "normalna rodzina" nie zdała egzaminu, nie umiała i nie chciała słuchać i patrzeć na siebie krytycznie, nie kochała siebie, nie troszczyła się o swój dobrostan. Niestety nie dała też sobie pomóc, nie chciała słuchać głosów obiektywnych z zewnątrz. 

Autorka nie poszła utartym torem wybierając rodzinę z problemami, w swojej opowieści opisała  banalnie zwyczajną rodzinę i to właśnie w tym wyborze była moc. Bo nie wiadomo czego się spodziewać, aż tu nagle dostajemy obuchem w głowę. Dla mnie to historia z ważnym podtekstem i mocnymi emocjami.

poniedziałek, 19 września 2022

Wilcza rzeka - Wioletta Grzegorzewska

 

To trzecia książka tej autorki, którą przeczytałam. Każda z nich była inna, ta to zapiski z życia autorki w Wielkiej Brytanii, ale też swoista autobiografia. Wioletta Grzegorzewska wpuszcza czytelnika do swojego świata, pokazuje wydarzenia od wybuchu pandemii w 2020 roku, które przeplata wspomnieniami z pobytu na emigracji w różnych miejscach Anglii, nierzadko powraca także do dzieciństwa. Autorka opisuje swoje burzliwe małżeństwo, macierzyństwo, rozterki związane z pracą, tworzeniem, nową miłością. Opisuje przemieszczanie się i funkcjonowanie podczas lockdownu, swoje zmienne mieszkania i współlokatorów, a także system opieki nad pokrzywdzonymi przez kogoś z członków rodziny Wspomina swoje chwile załamań, próby samobójcze, poczucie samotności, po których jakoś powstawała, prostowała się i stawała twarzą w twarz z kolejnymi wyzwaniami. Mimo upadków, podnosiła się, chciała być odpowiedzialną, chroniącą swoją córkę matką. Bohaterka to też kobieta poszukująca miłości, namiętna, niezmiernie rozbudzona i niezaspokojona, potrzebująca czułości, ciepła i bratniej duszy. W jej opowieściach goszczą: smutek, żal, troska, lęk, strach, ale też nadzieja. 

Narratorka pokazuje szeroką paletę ludzkich zachowań, ich zmienności i przeżywanych problemów. Opisuje losy emigrantów, ich zmagania z językiem, kulturą, brakiem pieniędzy, tęsknotą, często podłymi warunkami zamieszkania, lękiem przed porażką, samotnością, itd. Jej portrety napotykanych osób, opisy krajobrazów i miejsc tworzą osobliwy kalejdoskop, przybierający swoje wymyślne kształty.

Przy jej opowieści powróciły moje własne wspomnienia z pobytów w Anglii, mieszkanie z Polakami, którzy wyjechali do pracy, głównie przy wykończeniówce, albo z ludźmi z całego świata i ich spojrzenie na angielskie otoczenie. Moje wspomnienia mieszały się, falowały wraz z przekładanymi kartami książki autorki. Autorka dała spojrzenie na człowieka, który miota się pomiędzy żywiołami, swoimi emocjami, lękami i odpowiedzialnością. To dobra lektura, choć zapewne nie każdy będzie miał ochotę na takie szczere i intymne uzewnętrznianie się.

sobota, 17 września 2022

Polowanie na małego szczupaka - Juhani Karila

 
"- Nie takie rzeczy na świecie bywajom."
(str. 56) to dla mnie dobre wprowadzenie do książki Juhani Karila, która okazała się zaskakująco wciągającą lekturą o krańcach Europy północnej, które często mogą kojarzyć się tylko ze śniegiem, mrozem i niedostępnymi obszarami. Autor pokazał przeciwieństwo tego wyobrażenia, w tej książce Laponia kipi życiem i walką o nie, potrafi być nieznośnie gorąco, a dodatkowo połączone z watahą nienakarmionych insektów bywa trudne do wytrzymania. W mojej opinii autorowi udało się oddać uroki natury, klimat miejsca, specyfikę zachowań ludzkich. Jego opisy uruchamiały u mnie odbiór dźwięków, zapachów, obrazów, bo używał tak wielorakich opisów fauny i flory, które pobudzały do reakcji. Podobały mi się także wplecione przez autora elementy fantasy, związane z ludowymi wierzeniami, w których pojawiają się wodniki, warwasy, chyłki i inne przedziwne stwory, które wyglądały tak, że nawet trudno było mi sobie wyobrazić. Byłam aktywnym obserwatorem opowieści snutej przez autora. Dałam się ponieść tej fali różnych zdarzeń, nie zadawałam pytań, ale podążałam za jego obrazami, za tajemnicą, za niespełnionymi marzeniami. Zachowałam się jak jedna z bohaterek książki, która nie szukała odpowiedzi, przyjmowała to co się dzieje jako coś najbardziej naturalnego w tej szerokości geograficznej. "Wiedziała, co ludzie potrafią zrobić sobie nawzajem. Jak szalone i dalekosiężne plany potrafią układać, gdy chcą zniszczyć bliźniego. Przekonała się również, co sama jest w stanie zrobić drugiemu człowiekowi, i kto wie, czy nie to właśnie zdumiewało ją najbardziej ze wszystkiego. Dlaczego więc nie mogłoby istnieć coś takiego. Taki chyłek. (str. 115)

Bohaterowie tej opowieści tworzą społeczność, która zna i pamięta losy sąsiadów od pokoleń, to postacie bardzo wyraziste, może dlatego, że nie ma ich zbyt wielu, niemniej każdy ma swoje znaczenie i mocno zarysowaną rolę. Niektórych można odbierać jako dziwaków innych jako "urwanych z choinki", ale wszyscy są w jakiś sposób ponadprzeciętni, wyróżniają się z "tłumu". Świat ludzki i stworów dzieje się równocześnie, nikt niczego nie kwestionuje i niczemu się nie dziwi.

Autor zawarł w tekście także wiele elementów około środowiskowych, wtrącał informacje o zakłóceniach w przyrodzie spowodowanych przez głupie działania człowieka, pochylał się nad losem przyszłości planety. "Powiedział jej, że środowisko przypomina teraz zepsutą sygnalizację świetlną na skrzyżowaniu, światła przełączają się jak popadnie i nikt nie potrafi ich naprawić. Wszyscy się modlą, żeby ustrojstwo całkiem nie padło." (str. 201) "Człowiek wycina zwierzęta w pień z taką samą łatwością, z jaką robi zakupy. Taka jest prawda. Wiecie co oznacza wycięcie gatunku w pień (...) - Wymarcie Nieodwracalne zniknięcie gatunku z powierzchni ziemi. Nieodwracalne lecz nie całkowite, gdyż zostaje po nim pamiątka. Bolesna rana. Wiecie o czym mówię. O szkieletach. O zdjęciach." (str. 199) Czyżby dlatego człowiek w swojej głupocie i egoizmie powołał do istnienia muzea historii naturalnej, w których woli przechowywać pamiątki po żyjących kiedyś, niż dbać o te które jeszcze żyją?!

Podsumowując podobała mi się ta książka, była ożywcza, inna, świeża, zabawna, dowcipna i zaskakująca. Wspaniałe tłumaczenie i wyjaśnienia tłumacza przybliżają do klimatu opowieści. Jest w niej miłość, tajemnica, tęsknota, nieumiejętność tworzenia bliskich relacji, mozolne odkrywanie siebie z drugiej strony lustra, szaleństwo, rytuały, jest w niej wreszcie niezwykłe życie pełne nieoczywistości. W tej książce wielu czytelników może znaleźć coś dla siebie.

środa, 31 sierpnia 2022

Kosmos jest super! 101 faktów, o których trzeba wiedzieć - Alice Harman

 

Ogromnie ciekawa książka, która ze swadą przybliża młodym czytelnikom, choć starszym także, bardzo dużo informacji z szeroko pojętego kosmosu. Książka zachęca do poznawania świata ciekawymi, skondensowanymi informacjami i ilustracyjną formą ich zaprezentowania. Choć autorka pozostawia swobodny sposób jej odbioru, wiele informacji wiąże się ze sobą, albo wynika i nawiązuje do siebie, swoisty zespół naczyń połączonych. 

Z najważniejszych tematów mamy wszystko co związane jest z najbliższym otoczeniem Ziemi, z Układem Słonecznym, omówione zostały najważniejsze ciała niebieskie, możliwości życia pozaziemskiego, zmiany jakie zachodzą w organizmie człowieka w przestrzeni pozaziemskiej i innych aspektów ludzkiego funkcjonowania poza ziemią. Kosmici, gwiazdy, planetoidy, statki i stacje kosmiczne, „śmieci” pozostawione w kosmosie i wiele, wiele innych treści.

Książka skutecznie wciągnęła nas w swoje wnętrza dlatego uważam, że zdecydowanie warto po nią sięgnąć.