Szukaj na tym blogu

niedziela, 26 lutego 2023

Detroit. Sekcja zwłok Ameryki - Charlie LeDuff

 

Charlie LeDuff robi sekcję zwłok miasta, w którym się urodził, z którego wyemigrował, a po latach wrócił, lecz to już było zupełnie inne miasto. Popadło w ruinę, obróciło się w perzynę choć było kiedyś dumą USA, przykładem cudu gospodarczego. Autor pokazuje czytelnikowi miasto, które z dawnej świetności nie ma już nic, wszystko, dosłownie wszystko chyli się ku upadkowi, jest w rozkładzie, domy, budynki publiczne miasta, drogi, stacje benzynowe, a i samochody to rzadkość w porównaniu do lat świetności. Owo Detroit to wrak miasta, w którym na każdym kroku czai się zło i niebezpieczeństwo. Czytając jego opowieść, czasami trudno w nią uwierzyć, jak takie miasto tak łatwo i szybko popadło w ruinę?! Ale jak się okazuje w XXI wieku wszystko jest możliwe, niczego nie mamy za sobą, niczego nie nauczyła nas historia. Zdarzyło się. Czytając o rozpadzie Detroit można odnieść wrażenie, że to tylko pewien symbol ogólnych problemów tego wielkiego kraju, w którym jest wiele nierówności. Kraju, w którym pogoń za pieniądzem prowadzi do machlojek i to na dużą skalę, żądza bogactwa jest tak wielka, że nakręca się bańki spekulacyjne, bierze niewiarygodnie wysokie kredyty, tworzy pieniądze, których nie ma, ale natura nie zna próżni, po hossie przychodzi bessa, a im ktoś miał większe ego tym większy upadek jego. Dziesięć lat temu burmistrz Detroit ogłosił upadłość tego miasta, dzisiaj mnoży się w nim przestępczość, bieda i brak nadziei. Nierówności społeczne, niesnaski na tle rasowym, podkręcanie atmosfery nienawiści i strachu prowadzi do upadku, a Detroit jest tego przykładem.

Autor opowiadając o mieście wplata też wątki osobiste, o swojej rodzinie, która też miała swoje wzloty i upadki. Nie jest wylewny w swoich opowieściach, ale może dlatego jego surowe obrazy jeszcze bardziej dają odczuć grozę, upadek i powrót do przeszłości?! Charlie Le Duff jest surowy dla ludzi, którzy mają w tym mieście władze, bo w ich postępowaniu nic się nie zmieniło. Włodarze i najważniejsze osoby miasta nie dbają o tych którzy tam jeszcze zostali, ale o swoje wygody.

Reportaż wart jest przeczytania, bo może zaskoczyć, zszokować, pokazać coś czego sobie nie uświadamiamy, że nic nie jest dane nam na zawsze, że można być wielkim i silnym, a potem można zaliczyć upadek. Przykład Detroit to taki alarm dla innych, ale czy ci inni potrafią jeszcze wyciągać wnioski?

czwartek, 23 lutego 2023

Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym - Alicja Urbanik-Kopeć

 

Książki tej autorki staram się czytać kiedy tylko pojawiają się w bibliotece, bo autorka dokładnie zgłębia archiwa, zbiera materiały i informacje, aby rzetelnie przedstawić temat swoim czytelnikom. Jej książki to opowieści o kobietach XIX i XX wieku w różnych ich rolach społecznych i zawodowych. Tym razem wzięła na tapetę rolę, którą kobiecie "przypisała natura" - zamążpójście.

W książce znajdziemy sposoby kojarzenia małżeństw, poprzez ogłoszenia w gazetach, swatki, rzadziej znajomych. Można to odnieść do obecnych czasów, tyle że teraz używane są inne możliwości, niemniej potrzeba poznania drugiej osoby pozostała niezmienna. Autorka opisała stronę formalną i finansową związków. Finanse jak się okazało były bardzo istotne w zachwalaniu swojej osoby, tak u kobiet jak i wśród mężczyzn, a i z oczekiwaniami o nie też nie kryto się. Często była to część transakcji, kontraktu, zobowiązania, potwierdzona zapisami w umowach małżeńskich. 

Choć Alicja Urbanik-Kopeć pokazała sytuację kobiet w przekroju społecznym, to schemat zależności i oczekiwać społecznych był podobny. Kobiety miały pełnić role małżonki, rodzicielki i gospodyń, ewentualnie pani domu, były zależne finansowo od swoich partnerów, były zdane na ich łaskę i nie łaskę, często były ograbiane ze majątków, które wnosiły do małżeństwa i nie mogły nic z tym zrobić. Ich los zależał od charakteru męża, a one od najmłodszych lat były do tej zależności wychowywane. Nie dawano im okazji do nauki, raczej przysposabiano do pełnienia roli podporządkowanej przyszłemu panu i władcy. Już w domach rodzinnych robiono im krzywdę nie dając podstawowego wykształcenia, które po zamążpójściu byłoby im przydatne, np. nauka o zarządzaniu budżetem domowym, robienie zamówień od tych codziennych po większe, itd. Małżeństwo wiązało się z wieloma obowiązkami, często upokorzeniem, odrzuceniem, niekochaniem, osamotnieniem, itd. Smutne, ale los kobiet, którym nie udało się wejść w związek małżeński do kolorowych także nie należał. Te kobiety często doznawały biedy, zależności, upokorzenia, wyśmiewania, wykorzystywania. Jeśli znalazły kąt u krewnych to miały szczęście, chociaż to też zależało od ich relacji i charakteru, nierzadko jednak lądowały w przytułkach, koronkach, zwłaszcza starsze i nieużyteczne.

Tą książkę, jak i  poprzednie dobrze się czyta i warto zgłębić obyczajowość tamtych czasów względem kobiet. Jednakże czytając tą jak i jej podobne książki myślę sobie, że choć mamy jeszcze wiele do zrobienia na polu równouprawnienia, to na szczęście jakże daleko udało nam się jako kobietom odskoczyć od tego co było. Brr.

 

niedziela, 19 lutego 2023

Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939 - Grzegorz Piątek

 

 "Gdynia obiecana" Grzegorza Piątka to historia powstawania krok po kroku tego miasta. Od wioski rybackiej, poprzez kurort i swoistą ziemię obiecaną dla Polaków do nowoczesnego miasta. Autor w zwykły sobie sposób, korzystając z wielu źródeł, dokumentów, archiwów, opowiada o miejscu, które po I Wojnie Światowej dało Polsce nadzieję na dostęp do morza. Balansując pomiędzy proporcjami dotyczącymi historii, architektury, opowieści, wspomnień znanych i mniej znanych osób ochoczo odwiedzających Gdynię zwłaszcza w początkach jej wyrastania, udało się autorowi pokazać żywą tkankę tego miejsca. Ideę, znaczenie i plany dla miasta, nowego okna na świat dla państwa, które tworzyło się od nowa.

Książka przyjaźnie napisana ze względu na jej konstrukcję graficzną, niedługie rozdziały i zdjęcia. Mnie osobiście ta książka pozwoliła pobyć blisko miejsca, które lubię i które staram się co jakiś czas odwiedzać, bo mam do niego jakiś niedookreślony emocjonalnie sentyment. To miasto, które ma w sobie subtelny urok, jakąś lekkość i nowoczesność i co dla mnie najważniejsze bliskość morza, które zwłaszcza zimą ma dla mnie nieodzowny urok. Warto.

piątek, 10 lutego 2023

Merci, Monsieur Dior - Agnès Gabriel

 

Dzięki tej książce można przenieść się do Paryża, który podnosi się po II Wojnie Światowej. W powojennej stolicy mody jest smutno, szaro, kobiety szyją skromne ubrania z materiałów najłatwiej dostępnych, nie najlepszej jakości. I z tej szarej rzeczywistości wyłania się pokaz mody Christiana Diora, który mimo kryzysu błyszczy, wręcz bluźni przeciwko konieczności oszczędzania. Jego modele są złożone z wielu warstw, używa doskonałej jakości materiałów, na niczym nie oszczędza i mimo, że podnosi się oburzenie, to też pobudza tęsknotę za luksusem i czymś pięknym. Ten pierwszy pokaz staje się podwaliną jego światowej sławy.

Opowieść napisana przez autorkę jest osnuta wokół wielkiego projektanta mody, ale główną bohaterką jest Célestine, dziewczyna około dwudziestoletnia, która opuszcza niewielką miejscowość w Normandii i dość szybko odnajduje się w Paryżu. To taka bajka o "kopciuszku", która jednak szybko zostaje odkryta przez wielkiego projektanta i staje się dla niego kimś niezwykle ważnym. 

Opis życia Célestine, to spełnienie marzeń, zwłaszcza dla młodej dziewczyny, która chce w życiu osiągnąć coś więcej niż wyjść za mąż i porodzić potomstwo. To opis swoistej kariery od kucharki do asystentki wielkiego projektanta, osoby niezastąpionej, która ma mnóstwo dobrych pomysłów, które szef przyjmuje z radością i wdraża w życie. Główna bohaterka jest na wskroś słodka, dobra, urocza, nienagannie wyglądająca i ubrana a także elokwentna. Cudna dziewczyna, choć jest czasami naiwna i daje się oszukać, ale jej urok ratuje jej reputacje. Uff, tyle peanów. 

Jest to przyjemne czytadło, urocze i słodkie, ale ma też w sobie morze naiwności, stereotypów, cudownych zbiegów okoliczności, które nie mają szans na spełnienie w zwyczajnym życiu. Niemniej to książka dobra na podróż, odprężenie, przeniesienie się do krainy wiecznej szczęśliwości i cudownych zakończeń. Taka miła, sympatycznie napisana bajka dla odprężenia od trudnych lektur.

Warto, ale bez oczekiwań wielkiej literatury.

niedziela, 5 lutego 2023

Pogarda. Dlaczego rośnie liczba przestępstw z nienawiści w Polsce - Piotr Niemczyk

 

 "Dużo większy wpływ na decyzję o popełnieniu zbrodni mają: sytuacja społeczna, oparcie w środowisku, przyzwolenie na pewne zachowania. Aspiracje czy potrzeby. A nie wysokość kary. W opinii kryminologów dużo ważniejsza jest nieuchronność kary niż jej wysokość." (str. 401)

 To naszpikowana danymi i ich analizą książka o przestępczości w Polsce ze szczególnym naciskiem na te nacechowane nienawiścią i strachem przed innym, niezrozumiałym, napiętnowanym, często przez opinię społeczną. Opracowanie zawiera wyniki mnóstwa badań w obszarze homofobii, rasizmu, ksenofobii, wszelkich uprzedzeń i skrajnych "...yzmów", które odradzają się podsycane przyzwoleniem dzierżących władzę.

Autor starał się zebrać wiele danych statystycznych z lat 2012 -2019, ale wspomina także, że są to dane nie pełne, ponieważ z różnych względów nie ujawniają tego poszkodowani, albo służby, które mają zająć się problemem. Problem dotyczy wielu grup, zazwyczaj najsłabszych, albo najbardziej nacechowanej negatywnie przez narrację publiczną. Mamy pełny przekrój, od kobiet, dzieci, osoby z niepełnosprawnością, osób ze środowiska LGBT, a także zwierząt. Zapisuje opinie ekspertów, podejmuje próbę szerokiego przeanalizowania podstaw tego stanu rzeczy. Przytacza zdarzenia, które miały miejsce w różnych miejscowościach Polski, a które dotyczą różnych obszarów zagrożenia. Przytacza też szerszą dyskusję o krzywdzicielach z kościoła katolickiego, o środowiskach kibiców, "kanarów" i kobiet sprzedających usługi seksualne.

Treść jest gęsta od liczb, faktów, danych, a przy tym napisana językiem specjalistycznym, co nastręcza trudności w płynnym jej czytaniu. Książka zawierająca istotną analizę niepokojących zjawisk, nie jest to jednak literatura łatwa i "przyjemna" w czytaniu.

sobota, 4 lutego 2023

Przewodnik po warszawskich blokowiskach - Jarosław Trybuś

 

Minęło już kilkanaście lat odkąd książka została wydana i wiele się zmieniło w krajobrazie warszawskich blokowisk, niektórych budynków przybyło, inne wyburzono lub zmieniły zastosowanie, jednak same opisy historycznych założeń, informacje o twórcach i ich wizjach, zdjęcia z epok i późniejsze są ciekawe. Ogólnie ujmując choć opracowanie trąci już myszką, daje obraz rozbudowy stolicy i przypomina interesujące fakty z jej przeszłości.

Bardzo podobał mi się wstęp, który dał szerszy ogląd idei odbudowy stolicy w poszczególnych latach, projekty, pomysły, możliwości, kłopoty. Podobały mi się też wstępy do poszczególnych rozdziałów o blokowiskach. Szczegółowe opisy były dla mnie bardzo nierówne, bo nie wszystko co zostało wspomniane dla danego blokowisko miało jakieś większe znaczenie, a dla niektórych istotnych miejsc zabrakło mi fotografii. 

Ogólnie rzecz ujmując warto wziąć ją do ręki jako zapis historii Warszawy i zobaczyć jakie zmiany zaszły obecnie. Warto też dowiedzieć się jaka historia wiąże się z miejscem, w którym się mieszka. Poza tym przewodnik jest napisany zwięźle i zgrabnym językiem, dlatego polecam sięgnąć po tą książkę.

 

piątek, 27 stycznia 2023

Kocia kawiarnia - Anna Sólyom

 

Dla mnie to była niezobowiązująca, lekka, przyjemna lektura jakich czasem trzeba po tych trudnych. Ciepła historyjka o kobiecie, której się rozsypało kilka życiowych spraw i w związku z tym znalazła się na tzw. zakręcie. Dostaje pracę w miejscu, które ją przeraża, bo daje jej możliwość obcowania z kotami, których się boi. Opowieść jest słodko naiwna, ale przy tym urocza, bo mnóstwo w niej futrzaków, które lubię i wspominam z sentymentem; bo dzieje się w Barcelonie, którą jeszcze pamiętam i obfituje w kawę, która jest moim ulubionym napojem. Trochę się przy niej rozmarzyłam, bo mnóstwo w niej wspomnień, ciepła i szczęśliwych chwil, zatem jak na "ocieplacz" książkowy idealna:)


środa, 25 stycznia 2023

Karawana kryzysu - Linda Polman

 

"Kto tylko ma ochotę zakłada organizację i zbiera pieniądze. Pracownicy wielu przedsiębiorstw oddają co miesiąc parę procent wynagrodzenia, a gminy "adoptują" wioski na obszarach wymagających wsparcia" (str. 63) Pomaganie jest bardzo szlachetne, świadczy o człowieczeństwie. W wielu krajach jest to bardzo długa tradycja, ale Linda Polman w swojej książce pokazuje drugą stronę pomagania. Można by powiedzieć, że odziera szlachetne założenia, pod którymi pozostaje człowiek i jego różne intencje. Jak zwykle i we wszystkim, gdzie człowiek tam różne zachowania i przesłania. Jedni pomagają z potrzeby serca, inni z pragmatycznych powodów, a jeszcze inni, aby uzyskać określone korzyści. Autorka stara się pokazać pomaganie krajom, a w zasadzie ludziom w tym krajach, którzy cierpią z powodu wojny lub kryzysu wywołanego "suszą" czy też innych czynników. Opisuje misje pomocowe i związane z nimi porażki, problemy, zaniechania, nieuświadomione błędy, niechlujstwo w Rwandzie, Somalii, Liberii, Sudanie, Iraku, Afganistanie, Sri Lance czy Haiti. Choć podaje nazwy organizacji, które uczestniczyły w "pomocy" w tych krajach i dopuściły się tych niezbyt chwalebnych czynów zdecydowanie chodzi jej o sens mechanizmu działania.

...W.A.R. znaczy Waste All Resources. Wszystko zniszczyć. Wtedy wy przybędziecie, żeby to naprawić. (...) Jeśli posługujesz się przemocą w wystarczającym stopniu, przybywa pomoc, a jeśli eskalujesz przemoc, to przybędzie więcej pomocy. Tak dzieje się od dawna i w grę wchodzą coraz większe sumy." (str. 188, 189)

Ze względu na ogromne "zapotrzebowanie" na pomoc, organizacje pomocowe wyrastają jak grzyby po deszczu, bo do ugrania są ogromne pieniądze. Pomoc stała się przemysłem jak każda inna działalność, ze swoimi pozytywnymi i negatywnymi elementami. Zrodziła nowy rynek, o który zabiega się różnymi sposobami, często niestety patologicznymi, bo każda z tych instytucji chce przetrwać, albo dobrze prosperować. Czytając książkę Polman miałam wrażenie, że czytam o firmach, które działają zgodnie z podejściem z lat dziewięćdziesiątych "hit&run", zgarnąć intratny kontrakt, wyłożyć środki, dobrze się zakotwiczyć, a kiedy wiatr zmian zawieje pognać z nim w kolejnym kierunku, do kolejnego projektu przynoszącego korzyści. Organizacje humanitarne potrzebują marketingu, reklamy, którą jak się okazuje zapewniają im "zaprzyjaźnieni" dziennikarze, którzy także czerpią z tej współpracy korzyści, bo ktoś za drastyczne zdjęcia daje im nagrody. Karuzela pomocy się kręci, bo wielu jest beneficjentów tejże, nie mówi się głośno o niewygodnych faktach i danych, żeby nie podważać swojego biznesu.

Organizacje humanitarne chcąc nieść pomoc tym najbardziej potrzebującym często muszą opłacać tych, którzy najbardziej krzywdzą i sieją śmierć. Czasami pomoc prowadzi do sytuacji niewyobrażalnych. "W latach osiemdziesiątych organizacje humanitarne działające w Etiopii i przekazujące tamtejszemu reżimowi pieniądze i towary, pomagały mu przymusowo przesiedlać ludność, co doprowadziło do śmierci dziesiątek tysięcy ludzi. W latach dziewięćdziesiątych organizacje humanitarne pomagały w Gomie odzyskać siły rwandyjskim ludobójcom, dzięki czemu mogli nadal prowadzić swoją kampanię wyniszczania Tutsich w Rwandzie." ( str. 194) Porażające? Być może, na pewno jednak prawdziwe. Można zapytać, czy ktoś zadał pytanie dlaczego tak się działo i czy wyciągnięto wnioski? Ale czy przemysł humanitarny jest od wyciągania wniosków, on sam skupia się na ściąganiu datków i nakręcaniu karuzeli pomocowej. Nie ma rachunków sumienia i uczenia się na błędach, interes ma się kręcić, a że ktoś traci życie, zawsze jednak ktoś zostanie ocalony?!

Autorka odsłoniła kolorowy wachlarz pomocy, za którym skrzeczy rzeczywistość, bardzo często okrutna, okropna, brudna i niesprawiedliwa. Nie ma tutaj dobrego wyjścia, bo co można zrobić? Nie pomagać, zwłaszcza tam, gdzie rządzą reżimy, czy jednak angażować się mimo ogromnego kosztu i podtrzymywania tych patologii, bo zawsze kogoś uda się uratować, bo każde życie jest ważne. Dla mnie smutne jest to, że organizacje, a zapewne wiele z nich, nie uczą czegoś stałego, nie dają przysłowiowej wędki, tylko rybę, która kiedy się kończy ludzie dalej pozostają głodni. Wiele niezorganizowanej pomocy jest marnotrawiona, nie daje żadnych korzyści, a często mnóstwo szkody. Pomagać trzeba i warto, ale zdecydowanie potrzebne jest transparentne jej udzielanie, konieczność sprawozdawania działań, wyciągania wniosków, itd. Generalnie pomagać, ale z głową, zgodnie z radą autorki: „Miej odwagę zepsuć atmosferę podczas narodowych akcji zbierania pieniędzy: zadawaj pytania pracownikom organizacji humanitarnych! Jeśli mówią, że ich działanie pomaga, zapytaj, kto otrzyma tę żywność, te leki. Niewinne ofiary, gubernatorzy wojskowi, a może i jedni, i drudzy?”. Wiele można naprawić, ale wiele można też zepsuć, w zależności od sprawności.

 

piątek, 20 stycznia 2023

Mireczek - Aleksandra Zbroja

 

"Nadmierne picie zaburza pracę mózgu. Niejasne jest dla mnie jednak, dlaczego zaburza również moją i całej naszej okołomireczkowej ferajny." (str. 88) Nadmierne picie niszczy nie tylko obraz świata widziany przez pijącego, bo nie umie już analizować informacji, ma zaburzenia koncentracji i trudności w wiązaniu faktów, ale także relacje rodzinne. Niszczy i naznacza na zawsze, a aby wyjść z okowów picia bliskiej osoby trzeba mieć świadomość, siłę i samozaparcie, a także właściwego wspierającego w wychodzeniu ze współuzależnienia. Wychodzenie z choroby rodzica to proces z wszystkimi jego fazami, długi, mozolny, nieprzyjemny, ale konsekwentny pozwala na lepszą jakość życia.

Książka Aleksandry Zbroji to swoiste świadectwo, które może być pomocne do rozliczenia się z własnych relacji z rodzicem. To "przewodnik" do poruszenia swojego bałaganu emocjonalnego powstałego wskutek podobnych relacji. Książka może pomóc zburzyć mury obronne postawione, aby poradzić sobie z chorymi emocjami i dać nadzieję, że można sobie bez nich poradzić, że można naprawić życie, dać mu komfort i przyjemność.

Opowieść autorki jest bolesna, bo też życie z ojcem, którego często bez wyraźnego powodu nie ma, ta ciągła nieobecność budzi niepokój, jego powroty budzą niepokój, jego chwile z rodziną też są niespokojne. Całe jej dzieciństwo to turbulencje i niepewność, jak to zazwyczaj w rodzinach alkoholików. W jej przypadku mamy ich dwoje, matkę i ojca, chociaż autorka skupia się na tylko ojcu, matce niejako dając fory. Ojciec wieczny nieobecny, nieodpowiedzialny, niewyrośnięty z małych porteczek dorosły, który do dorosłości nie dorósł.

Autorka prowadzi swoją opowieść dwutorowo, bo rekonstruuje losy swojego ojca, poczynając od jego śmierci i stopniowo schodząc w jego przeszłość, analizując różne zdarzenia z jej pamięci oraz opowieści i wspomnienia jego matki i teściowej. Stara się zrozumieć kim był Mirosław Zbroja i dlaczego nie mógł sobie poradzić w życiu bez alkoholu. Przygląda się także uważnie sobie, córce z wiecznym brakiem tego ojca, żalem, że go zabrakło, że nie mogła na nim polegać. Tęsknotą za zainteresowaniem, miłością z jego strony i czułością, która dziecku jest tak potrzebna. Aleksandra Zbroja mierzy się z ojcem, który nie nadawał się do tej roli, który był tylko blamażem tej roli. Jest zła, wkurzona, ale i bezradna, że nic już się nie da zrobić, nie przepracowała jeszcze potrzeby tego ojca, chciała, żeby został choć dziadkiem... W książce znajdziemy symbole relacji z ojcem, które uwypuklają tym mocniej bezmiar żalu, złości i poczucia odrzucenia. Najważniejszym z nich są drzwi, których jest coraz więcej w miarę dorastania Aleksandry, ta ochrona przed ojcem, zaczyna się rozrastać, aż do pewnego razu kiedy to zaczyna je otwierać i mierzyć się z tym co za nimi zastaje.

:Mireczek" to też obraz polskiego alkoholizmu i alkoholika: historia, przyzwolenie społeczne, naukowe definicje i wreszcie bezradność rodziny, trudności dziecka w życiowych sytuacjach i relacjach.

Podobała mi się treść tej książki, podobała mi się jej kompozycja, konstrukcja, często chaotyczna, emocjonalna i dosadna, ale odzwierciedlająca życie z alkoholikiem. Odmalowała wieczną niepewność, bezradność, zawiedzione oczekiwania, a także rozpacz za nieobecnością tak bliskiej (przynajmniej z założenia) osoby. To książka, która może być oczyszczeniem, szansą na uspokojenie, a z pewnością na pożegnanie z kimś kto miał być tuż obok, a tak bardzo go zabrakło.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Las zbliża się powoli - Rafał Hetman

 

Rafał Hetman podąża śladami wydarzeń podczas II Wojny Światowej i tuż po niej na wschodnich terenach Polski. Rozmawia z ludźmi, chce dojść do prawdy, co oczywiście nie jest łatwe, zwłaszcza jeśli to prawda wstydliwa i okrutna. W tej książce poszukuje mieszkańców Dębrzyny i jej okolic, tudzież ich potomków, aby zadać niewygodne pytanie kto i dlaczego zabijał po wyjściu z tych terenów agresora. Dlaczego tak jest, że ludzie, którzy byli świadkami zła sami wyrządzają zło. Dlaczego ludzie, doświadczeni wojną, upokorzeni biedą i zimnem byli zdolni do czynów równie podłych, albo gorszych, od tych doznanych od najeźdźców.  

Autor pyta, ale pamięć jest zawodna, albo wybiórcza. Niewygodne fakty zostały wyparte, nie mają już nazwiska, wszak to było dawno, nie warto rozdrapywać ran, przecież ci, którzy stracili życie już nie powstaną, więc po co wracać do tego. Rafał Hetman jednak dopytuje, powraca; kiedy opowieści nie kleją się, słychać, że są opowiadane półgębkiem zagaja ponownie. Nawet jeśli ktoś wie, to nie chce głośno mówić, bo żyją potomkowie. Niby nikt nie będzie pokutował za przodka, ale to jednak piętno. Dzisiaj jest inaczej, wtedy też było inaczej, po co rozdrapywać stare sprawy. Fakt pozostaje faktem, że ludzie którzy doznali potwornych krzywd w obozach i wracali z nadzieją na odpoczynek i spokój do domu, spotykali śmierć z rąk sąsiadów, albo nowych właścicieli ich domów. Pamięć o nich zostanie w lesie, który choć wszystko wie i pamięta nie opowie, ukołysze pomordowanych wracających w swych korzeniach, zapewni wieczny spoczynek.

Takich spraw jak z mieszkańcami Dębrzyny pewnie można znaleźć w historii małych polskich miejscowości jeszcze wiele. Ludzie jednak nie chcą do nich wracać, żyją teraźniejszością, to co bolesne, lepiej żeby było w swoim stałym miejscu, ukryte przez upływający czas. Choć Rafał Hetman nie wskazuje palcem kto zabijał, bo brak jest twardych informacji, to istotne pozostaje, że człowiek człowiekowi jest w stanie zrobić najokrutniejsze krzywdy i to wcale nie będzie tylko wróg, najeźdźca, często to najbliższy. Tak było i jest.

Powróceni - Abdulrazak Gurnah

 

Wielka historia i wpisane w nią losy maluczkich, którzy doznają krzywdy, upokorzenia, ale czasami też nieoczekiwanej pomocy i wsparcia. Mimo okropności wojny, rozpędu kolonizacyjnego i jego skutków, dotykamy też wrażliwej tkanki ludzkich emocji, miłości, zadowolenia i czasami względnego spokoju.

To pierwsza na polskim rynku wydawniczym książka zeszłorocznego noblisty, mam nadzieję, że wkrótce będą kolejne. Nietuzinkowy tytuł można odnieść szeroko, do odzyskiwania przez państwa afrykańskie niezależności po kolonizacji przez różne kraje europejskie, ale także zawężając do bohaterów, którzy wracają z różnych miejsc i  zazwyczaj po trudnych przeżyciach do "domu". Ten dom to czasami było tylko miejsce, o którym zostało wspomnienie dobre, albo złe, czasami to kawałek podłogi u obcych.

Historie bohaterów to opowieści o przemocy, trudach życia, ludzkiej zazdrości, podłości, braku wyboru, "obowiązku" wobec kolonizatorów. Czasami mamy do czynienia z życzliwością, która dawała ukojenie, choć nie zawsze przynosiła ulgę, a na pewno nie wymazywała przeszłości. Autor oparł swoją opowieść na czwórce głównych bohaterów, których losy splatają się w różnych momentach ich życia. Mamy Ilyasa, który jako dziecko wychodzi z domu w poszukiwaniu pożywienia i "lepszego" życia i trafia do innego świata. Jest jego kilka lat młodsza siostra Afiya, zostawiona pod opieką nieczułych na los sieroty "opiekunów". Mamy też Khalifę, który przez całe życie pomagał innym się dorabiać. Wreszcie Hamzę, swoisty symbol zniewolenia, czasem "zabawkę", innym razem obiekt kpin i drwin, chłopiec do wzdychania i bicia. Obiekt zazdrości i nienawiści. Każde z nich to ofiara bogatych kolonizatorów, którzy swoją agresją i potrzebą dominacji w krajach Afryki dokonują brutalnych aktów agresji na mieszkańcach, najczęściej i najchętniej rękami ich współziomków. Splatanie się losów, pokuta za nie swoje grzechy, tęsknota, która bierze się z DNA, strach, który paraliżuje i nie daje się rozwinąć to esencja tej opowieści.

To straszne historie i napawające ogromnym smutkiem. Jedno co zostało po kolonizatorach to rozgardiasz i potworna przemoc, a ten kaganek oświaty niesiony przez Europejczyków zamienił się w ogarek, który i tak dostał się w niewłaściwe ręce. Historia boleśnie smutna, ale też dająca jakąś niewielką nadzieją, bo autor pokazał czytelnikowi przykłady bohaterów, którzy pomimo krzywd jakich doznali od innych znaleźli dla siebie okruchy szczęścia, drobinki radości. Piękna literatura otwierająca oczy na pewne fakty z historii Afryki, tego ze wszech miar wyzyskiwanego po dziś dzień kontynentu. Mam nadzieję na inne książki tego autora w równie dobrym tłumaczeniu.

sobota, 7 stycznia 2023

Ogień wyszedł z lasu - Dawid Iwaniec

 

To niezwykła książka o ekstremalnym wydarzeniu, które miało miejsce na południu Polski w 1992 roku. To opowieść o największym pożarze ostatnich lat i związanej z nim spektakularnej akcji wielu służb mundurowych i zaangażowaniu wielu cywilnych obywateli, o zużyciu ogromnej ilości niezbędnych środków materialnych, emocjach i tragediach. To świetna wiwisekcja całej operacji mającej na celu ugaszenie pożaru w Kuźni Raciborskiej, pożaru, który pochłonął ponad 9 tysięcy hektarów lasu, z którym ludzie walczyli przez kilkanaście dni, a konsekwencje widać jeszcze obecnie. To też wydarzenie, które dało podwaliny pod reformę straży pożarnej, jej dofinansowanie, wyposażenie w nowoczesny osprzęt. Wdrożenie systemu ostrzegawczego i szybkiego reagowania. To wydarzenie pokazało władzom, że nie da się oszczędzać na bezpieczeństwie, bo koszty zapobiegania i tak są niższe niż koszty akcji i odbudowa zniszczeń po niej. 

Autor pozostawił czytelnika z mapą obrazującą zdarzenie i jego dokładnym, choć oszczędnym w słowa opisem. Absolutnie niesamowity żywioł, z którym przyszło zmierzyć się człowiekowi został przedstawiony przez Dawida Iwańca w sposób całościowy, kompletny i niezwykle zwięzły. Autor pokazał bardzo szerokie tło wydarzenia, przed, w trakcie i po pożarze, ale zrobił to w sposób prosty, bez ozdóbek i zbędnych dodatków. Udało mu się opisać wątki historyczne mające związek z tym wydarzeniem, przedstawić fakty z samego zdarzenia i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Udało mu się oddać realizm miejsca i czasu, emocji i wysiłku ludzkiego. Przechodząc przez kolejne strony książki miałam wrażenie uczestniczenia w tej tragedii, bo opisy były tak realistyczne, że nieomal słyszałam te szalejące płomienie, podsycane przez wiatr, ten gorąc i żar. Czekałam na deszcz, który mógłby ulżyć strażakom i przyrodzie, ale nie nadchodził, kolejne prognozy pogody były bezlitosne, gorąco w ciągu dnia, ciepło w ciągu nocy, nie dawało nadziei na szybkie opanowanie żywiołu. Mogłam sobie wyobrażać jak trudno było ludziom w tych warunkach, jak dzielnie musieli walczyć z tą siłą i jak bardzo się bali. Autor pokazał, że pożar takiego terenu lasu ma ogromny wpływ na inne aspekty otoczenia, ludzi, zwierzęta, miejsca i przyszłość wszystkich tych zmiennych. Opisał jak szerokie były skutki uboczne w trakcie i po pożarze. Uświadamiał jak czasami drobne z pozoru rzeczy i zdarzenia mają ogromny wpływ i potężne skutki uboczne w zagrożeniach ze strony przyrody. Starał się uwypuklać niefrasobliwy wpływ człowieka na swoje otoczenie. Pokazał nieodpowiedzialność i arogancję człowieka względem natury, bezrefleksyjny brak dbałości o swoje otoczenie i o pozostałych jej uczestników. Człowiek zagalopował się jako gatunek na planecie Ziemia, a skutki tego galopu są coraz bardziej dotkliwe dla wszystkich ekosystemów, dla niego też, bo jest częścią tego ekosystemu, niestety zapomniał o tym. Ludzie to trybiki natury, które ponad miarę się rozrosły i zakłóciły cały łańcuch systemu działającego bez zakłóceń przez tysiące lat. Ich niepohamowany apetyt na posiadanie niszczy jedyny dom jaki mają.

Autor na niewielkiej przestrzeni książki zawarł wszystko to, co najważniejsze dla tego niewątpliwie najstraszniejszego doświadczenia w powojennej historii Europy Środkowej, trzy lata po tym kiedy Polska zyskała demokratyczną twarz, kiedy "robiła" swoistą inwentaryzację w państwie po innym ustroju, tworzyła plany podnoszenia się po latach PZPR. To jedna z najciekawszych książek, które udało mi się ostatnio przeczytać. To książka, która nie da się łatwo zapomnieć.

czwartek, 29 grudnia 2022

Migot. Z krańca Grenlandii - Ilona Wiśniewska

 

Już od pierwszej książki stałam się wierną czytelniczką Ilony Wiśniewskiej. "Migot" to wyprawa na północno-zachodnie krańce Grenlandii, gdzie ludzie żyją bardzo skromnie, w surowych warunkach, zgodnie z naturą, która w tym obszarze geograficznym wyznacza granice człowiekowi. "-Co jest innego w waszym myśleniu? - Nastawienie do przyrody. (...) - Znam wielu myśliwych z innych krajów i oni zawsze chcą zabić najwięcej, jak mogą, pokazać swoją siłę. A Inughuici wierzą, że zwierzęta same ich znajdują i się im ofiarowują. (...) Oni mają ogromny szacunek do zabijania zwierząt. W naszych tradycyjnych opowieściach łowcy nigdy nie pokazują swojej wielkości, nigdy się nie przechwalają." (str. 77) Mieszkańcy tych zimnych rejonów hodują wiele psów, bo dzięki nim przemieszczają się w inne miejsca tej rozległej krainy, a także polują, bo trzon ich pożywienia stanowi mięso upolowanych zwierząt. Tym mięsem żywią się ludzie i psy, "...psy muszą jeść tak samo jak my. A my jemy to samo jedzenie, co one." (str. 241) Polowania to wciąż główne zajęcie ludzi, którzy mają ograniczony dostęp do produktów gotowych, albo jest ono niejadane jakościowo, zepsute albo po prostu za drogie. "Jemy głównie to, co upolujemy." (str. 233) Z połowu przynoszą, w zależności od sezonu, foki, piżmowoły, ptaki, morsy, narwale, wilki, lisy, niedźwiedzie, halibuty, generalnie zwierzynę, którą da się upolować w okolicy, na niektórą trzeba mieć pozwolenie, na inne nie ma  limitów. Proza życia w tym miejscu składa się z niewielu prostych czynności, które są powtarzalne i zgodne z porami roku. Niemniej ta zwykła codzienność jest bardzo kosztowna, począwszy od kosztów ogrzewania, wody, prądu skończywszy na jedzeniu i innych produktach. Mieszkańcy nie mają też wielu możliwości lub sposobności na podróże, bo wiążą się one z poważnymi wydatkami. Nie mają też zbyt szerokich możliwości zarobkowania, bo co robić w miejscowości, która liczy około 40 mieszkańców. Czasami sprzedają skóry, pamiątki lub inne wyroby, które kupią nieliczni turyści, głodni wrażeń. W zależności od miejscowości mają ograniczony dostęp do opieki medycznej (lepiej tam nie chorować), szkoły lub przedszkola (bo niekiedy brak dzieci), czy produktów" nie pierwszej potrzeby" (trzeba je zamawiać i czekać, czasem miesiące). W niektórych, tych większych miejscowościach mają zaplecze społeczne: przedszkole, szkołę, dom dziecka, dom dla starszych i schorowanych.

"Migot" to opowieść o życiu w klimacie wymagającym codziennego trudu, odporności i bezwzględnego szacunku do natury. Warunki atmosferyczne a dodatkowo brak możliwości wyboru, poczucie beznadziei, samotności, surowości tak otoczenia jak i kultury wychowania, przyczynia się do emigracji wewnętrznej i zewnętrznej, niektórzy uciekają w śmierć, czy samotność, inni wyjeżdżają, ale nie zawsze odnajdują się w obcych miejscach. Grenlandia to miejsce, z najwyższym odsetkiem samobójstw na świecie. I niestety liczby z roku na rok rosną. Zapewne powodów jest kilka, bo np. ludzie nie widzą dla siebie alternatyw, często zostawieni sami sobie, bez opieki, bez ciepła i miłości domu rodzinnego nie wytrzymują trudów życia w tym miejscu na Ziemi. Czasami swoje troski topią w alkoholu, dużej ilości tytoniu czy innych wspomagaczy utraty świadomości. W tej krainie naturalnym jest oddawanie dzieci do domów dziecka lub rodzinie czy znajomym, którzy ich nie mają, zaś ludzie starzy jeśli nie dają sobie rady z codziennością idą do domów opieki, gdzie dożywają swoich dni pod opieką.

Autorka przypomniała w swojej książce wydarzenia historyczne z XX wieku, kiedy to Dania pozwoliła w ramach uzgodnień założyć Amerykanom bazę wojskową (lodowe miasteczko), głównie dla zamontowania wyrzutni nuklearnych średniego zasięgu, co było wówczas okupione wysiedleniem mieszkańców, a obecnie jest to miejsce, które można określić tykającą bombą ekologiczną. "Konstruktorzy nie wzięli jednak pod uwagę ruchu samej materii. Mimo izolacji lodowe korytarze szybko zaczęły się deformować i groziły zawaleniem. Najbardziej narażony na dekonstrukcję był dach nad reaktorem jądrowym, więc usunięto go w 1967 roku, a samą bazę wysiedlono. Razem z miastem pod lodem zostały radioaktywne odpady, ścieki, olej napędowy i zakazane później polichlorowane bifenyle, stosowane między innymi w transformatorach." (str. 112) W tamtym czasie nikt nie przypuszczał, że lód zacznie się topić w tak szybkim tempie, a obecnie naukowcy ustalają kiedy dojdzie do wycieku i jaka może być skala zagrożenia dla całego ekosystemu.

Grenlandia to miejsce, które jest odległe, nieznane, trudne do życia i kompletnie inne od miejsc, które zna przeciętny człowiek, dlatego tak ciekawe i potrzebne są opowieści Ilony Wiśniewskiej, która rozmawia z ludźmi, pokazuje ich codzienność, zwyczaje, kulturę, problemy. Nie ocenia, bierze wszystko jak jest, uczestnicząc w tym i dając coś od siebie. Jedzie w te trudno dostępne miejsca jako obserwator kultur, które są zagrożone zniknięciem, chce uchwycić te być może ostatnie oddechy, przekazać czytelnikom jeszcze coś unikalnego. Czekam na jej następne książki z niecierpliwością.

niedziela, 18 grudnia 2022

Lekarstwo dla duszy - Justyna Kopińska

 

"To tak ważne, by chronić swoją energię od fałszu. Otaczać się mądrymi ludźmi. Szukać w oczach drugiej osoby - czy to jest mieszkaniec Zabrza, czy dziewczyna z grupy etnicznej Samburu - jakiejś prawdy, ciekawości świata, wrażliwości, odwagi. I pisać wyłącznie o tym, co ważne." (str. 205)

Sięgnęłam po kolejną książkę Justyny Kopińskiej, ponieważ cenię jej dociekliwość, wrażliwość i poruszanie trudnych i niewygodnych tematów mających się dobrze w  przestrzeni publicznej. To autorka wyczulona na krzywdę i niesprawiedliwość, poszukująca wszelkich przejawów brutalnych zachowań względem słabszych i zależnych od innych. Tym razem zabrała czytelnika w swoje przemyślenia, obserwacje i doświadczenia zebrane podczas wyprawy w poszukiwaniu dobra i jej wszelkich przejawów i odmian. "Lekarstwo dla duszy" to zbiór felietonów, które mają być przeciwwagą dla zła, to opisy zdarzeń, które stanowią przykłady zaprzeczania naturze człowieka, który wyrządza krzywdę drugiemu, albo jest z jakichś powodów na tą krzywdę obojętnym. Autorka od lat pisze o zachowaniach ludzi czyniących krzywdę drugiemu, często bezbronnemu człowiekowi. Robią to pod różnymi płaszczykami, z różnych powodów, a autorka ciągle znajduje kolejne tematy do pokazania kolejnego wcielenia podłości.  "Im więcej spraw badam, tym mocniej jestem przekonana, że socjopaci mają w Polsce jak w niebie." (str. 86) Niestety zło ma się nadal "dobrze", bo choć to straszne i tragiczne, jest, tolerowane, dopuszczane, zbywane milczeniem albo strachem innych, jest bagatelizowane, karmi się fobiami, ideologizacjami, wyimaginowanymi "świętościami", itp. 

A wystarczyłoby, aby otoczenie było bardziej wyczulone na innych, mniej obojętne, nietolerancyjne dla niegodziwych zachowań. Niestety dlatego, że tak nie jest mamy coraz to nowe książki o okrutnościach człowieka względem człowieka. "Dlatego ludzie, którzy mają władzę nad innymi - sędziowie, politycy, dyrektorzy placówek zamkniętych - powinni być poddawani szczegółowym badaniom na empatię. Bez tej cechy ich rekwizyt władzy jest jedynie wydmuszką przyciągającą wzrok." (str. 174) A zło wyrządziło tak wiele krzywd tych małych i tych wielkich i ciągle jest produkowane, chociaż przeszłość pokazuje skutki, to przyszłość przyniesie kolejne: "...jak powstaje zło. Ono nigdy nie jest dopowiedziane. Hitler nie wspominał o wymordowaniu milionów Żydów. Mówił: "Należy rozwiązać kwestię żydowską". W naszej przestrzeni publicznej pojawia się wiele słów pogardy. Wynikają one z ogromnej potrzeby władzy nad nami. Naród, który czuje się słaby i skrzywdzony, potrzebuje zadać ból. Nie ma znaczenia, jakie ktoś ma poglądy polityczne czy wyznanie, ludzie podzielą się na próbujących zrozumieć innego człowieka i tych, którzy nieustannie ranią." (str 217) Tylko od nas zależy którą postawę wybierzemy. "Ryszard Kapuściński pisał: "Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy. Pierwsza to plaga nacjonalizmu. Druga to plaga rasizmu. Trzecia to plaga religijnego fundamentalizmu. Te trzy plagi mają tę samą cechę, wspólny mianownik - jest nim agresywna, wszechwładna, totalna irracjonalność"." (str. 190)

Autorka jak sama pisze lubi spotykać się z czytelnikami, wtedy to stara się tłumaczyć to co widzi i pokazuje w swoich książkach: "Starałam się w ciekawy sposób odpowiedzieć na te pytania. Dać do myślenia. A przede wszystkim przekazać im, żeby nie bali się robić wielu rzeczy, doświadczać, odkrywać." (str. 88) Autorka swoimi felietonami pokazuje, że zło jest wszędzie, że może dotknąć człowieka w różnych okolicznościach. Byłoby cudownie, gdyby ludzie leczyli swoje frustracje i krzywdy wewnętrzne w gabinetach psychoterapeutów, a nie wyżywając się na innych. Jakże byłoby wspaniale, gdyby bardziej skupiali się na swoim życiu, swoich wyborach, swoich problemach zamiast wciskać nos w cudze sprawy. "Ludzie często wyśmiewają potrzeby innych - ojca, który zaczął chodzić na jogę, (...) matki małego dziecka, która ma potrzebę wyjechać sama w góry. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie oceniają wybory innych. Przecież to, że nie wtrącamy się w życie innych, czyni nas naprawdę wolnymi." (str 209). Itd....

Może to nie jest książka, która tak jak niektóre autorstwa Justyny Kopińskiej powalały emocjonalnie, ale porusza wiele istotnych wątków, pokazuje ważne kwestie, a także jak zwykle pobudza do przemyśleń.

środa, 14 grudnia 2022

Zgiełk czasu - Julian Barnes

 

"Kiedy wszystko zawodziło, kiedy zdawało się, że nie ma na tym świecie nic prócz nonsensu, trzymał się jednego: dobra muzyka zawsze będzie dobra, a wielka muzyka jest niepodważalna. Preludia i fugi Bacha można zagrać w dowolnym tempie, dowolnej dynamice, i nadal będą wielką muzyką, odporną nawet na nieudacznika, który uderza w klawisze dwiema lewymi rękami." (str. 151)

To opowieść o człowieku, który chciał tworzyć, ale żył w systemie, który niszczył ludzi i nie pozwalał tworzyć tego co chcieli. To opowieść o bohaterze, który aby przeżyć musiał zaprzeć się samego siebie. Autor pisze o życiu Dmitrija Dmitrijowicza Szostakowicza, znanego kompozytora, któremu przyszło żyć w czasach rządów Stalina. Próbował tworzyć w zgodzie z tym co mu w duszy grało, ale nie było to łatwe i proste w jego czasach. Wystarczyło, że chciał wyrażać swoją muzykę, już stawał się obiektem ciągłej obserwacji, recenzji i krytyki. To czas, kiedy wielu twórców było rozdartych między swoją potrzebą tworzenia a oficjalną linią partii, a w zasadzie jej przywódcy, w każdej sferze życia, a w sprawie sztuki szczególnie. Jeśli ktoś chciał być prawdziwym artystą to musiał liczyć się z tym, że kiedyś przyjdą po niego i albo to będzie jakaś zsyłka, albo śmierć po torturach. Szostakowicz chciał żyć, bo chciał tworzyć, ale często był wystawiany na niełaskę, na niepewność. Musiał publicznie szkalować i wyśmiewać siebie, składać samokrytyki w obecności "szacownego gremium". Warto się zastanowić co czuł w takich momentach. Z drugiej strony kiedy wyjeżdżał za granicę, spotykał się z krytyką za postawę "konformistyczną", choć nie mieli pojęcia co działo się w Związku Radzieckim, do jakiej podłości uciekała się władza względem niepokornych artystów. A on "...nie lubił lizać nikomu butów; nie wiedział, kiedy spiskować przeciw niewinnym, kiedy zdradzać przyjaciół" (str. 111) Wiedział, że "... w związku Radzieckim nie da się mówić prawdy i żyć." (str. 132) Nie mógł sprostać idealistom, którzy domagali się ofiar, żeby świat zobaczył jak reżim jest zły, ale chcieli, aby tymi ofiarami byli inni nie oni. Szostakowicz nie chciał być barankiem ofiarnym, chciał tworzyć.

Autor pisze o " inżynierach dusz ludzkich", których zadaniem było kierowanie artystami, kontrolowanie ich twórczości. "W stalinowskiej Rosji nie było żadnych kompozytorów, którzy pisaliby trzymając pióro w zębach. Odtąd będą tylko dwa rodzaje kompozytorów: żywi zastraszeni oraz martwi." (str. 63). Tyrania "wywracała świat do góry nogami", niszczyła talenty, wynosiła na piedestał miernoty, by w chwili kaprysu zrzucić ich z niego. W tamtych czasach potrzebna była muzyka harmonijna, miła dla ucha zwykłego radzieckiego człowieka, a nie jakiś chaos, warkot, czy odgłos "duszegubki" - jeżdżącej furgonetki, w której naziści dusili ofiary spalinami. Co za potworne porównanie dla dzisiaj tak docenianej muzyki m.in. Prokofiewa, Chaczaturiana, Szostakowicza, tak uważano w partii.

Szostakowicz liczył swoje trudne lata latami przestępnymi, kiedy to w jego życiu działy się najbardziej dramatyczne wydarzenia, m.in. "spisek" Tuchaczewskiego. Lata wielkiej wojny ojczyźnianej były dla niego czasem najspokojniejszym, choć zginęły miliony, to rozłożyło się także cierpienie na wielu. "Bo tyrania może i popadła w paranoję, ale niekoniecznie jest głupia. Gdyby była głupia nie przetrwałaby; tak samo jak nie przetrwałaby, gdyby miała zasady. Tyrania rozumiała, jak u większości ludzi działają pewne mechanizmy - mechanizmy słabości." (str. 85) Był pesymisto-optymistą i to go zadręczało, nie dawało spokoju, jedyną tarczą, jeśli tak można w ogóle nazwać ten mechanizm, była ironia swoista tarcza, którą wystawiał jak już nie dawał rady, ale czy można przeżyć życie tylko z taką tarczą. To postać tragiczna, świadoma swojej mocy i swojej bezsilności; "Twórczość Turgieniewa nie była w jego guście: zbyt uporządkowana, za mało w niej fantazji. (...) Ale nawet Turgieniew, mimo swoich wszystkich wad, miał w sobie prawdziwy rosyjski smutek." (str. 88) Strach towarzyszył mu do końca jego dni, był wierny nie odpuszczał ani na chwilę. Autor starał się oddać dramat artysty i w mojej opinii udało mu się.

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Lata szkolne Jezusa - John Maxwell Coetzee

 

"-Powinieneś oceniać ludzi na podstawie wartości wewnętrznych. - mówi Simon - a nie tylko tego, czy są ładni czy nie.... - Co to są wartości wewnętrzne? Wartości wewnętrzne to są takie cechy, jak życzliwość, uczciwość i poczucie sprawiedliwości." (str. 61)

To nie jest łatwa książka i też nie każdy odczuje przyjemność z jej czytania, niemniej jest to książka, która pobudza do myślenia, motywuje do zadawania pytań, stawiania przypuszczeń, szukania odniesień w innych dziełach. Autor bawi się z czytelnikiem, otwiera go na brak schematów, oczywistości czy przypisywanie ról, porusza, wstrząsa i niepokoi. Stworzył historię, która "zachęca", aby nawet spojrzeć na siebie przez pryzmat jej bohaterów. To opowieść z obszarów egzystencjalnych, filozoficznych i poznawczych. To też rzecz o odkrywaniu świata jako takiego i świata ludzi dorosłych, którzy choć nie rozumieją dzieci, właśnie z powodu bycia dorosłymi, sami zachowują się w sposób nieodpowiedni do swojego wieku, doświadczenia i roli w jaką się uwikłali. Dzieci zadają pytania, chcą wiedzieć, a dorośli odsyłają je w przestrzeń, gdzie odpowiedzi brak, gdzie ich zdaniem jest "przeczekalnia", po której już nie zadaje się pytań, a oczekuje odpowiedzi. Może to skomplikowane, a może nie, jeśli odrzucimy schematy, stereotypy, damy się ponieść niczym nie skrępowanej otwartości na innych to łatwiej będzie zrozumieć otaczające nas ich zachowania, albo wręcz nie będziemy chcieli zrozumieć, bo damy innym prawo do ich zachowań. 

W tej książce buzują emocje, bulgoczą nieokiełznane namiętności, zaskakujące w swojej rozciągłości.  "-Namiętności? - prycha Ines. - Nazywasz namiętnościami gwałt i morderstwo? - Nie, gwałt i morderstwo to przestępstwa, ale nie możesz zaprzeczyć, że Dimitriego pchnęła do nich namiętność. - Tym gorzej dla namiętności - fuka Ines." (str. 154) Autor bawi się z czytelnikiem poprzez stworzonych bohaterów, bo są dorośli, którzy zachowują się jak rozkapryszone dzieci i dzieci, nad wyraz dorosłe w swojej psychice. Są tacy, którzy próbują zrozumieć lub wyjaśnić, są tacy, których niesie przez życie szaleństwo, są empatyczni i egoiści, pogubieni i twardo stąpający po ziemi, serdeczni i chłodni, etc. 

Autor filozofuje, wpuszcza czytelnika w jakieś korytarze, które prowadzą do jakiś drzwi, albo są drogami bez wyjścia: "... Tak, chcą mi dać nową głowę. To cena za przebaczenie. Przebaczają ci, ale potem ścinają głowę. Strzeż się przebaczenia, takie jest moje zdanie. - Ja nie przebaczam - mówi chłopiec." (str. 184) Zadaje pytanie, ale czy znamy odpowiedzi? "Pamięta pan spotkanie z chłopcem na statku, przeświadczenie, że się zgubił, i wzięcie go pod opiekę. Być może ona pamięta to wydarzenie inaczej. Być może to pan wyglądał na zagubionego; może to on postanowił zaopiekować się panem." (str. 232)

Książka motywuje też do spojrzenia na "konieczność" wpisywania się w system, w którym tak wielu się nie odnajduje. Mamy w książce głównego bohatera, który musi pójść do szkoły, ale nie umie się w niej odnaleźć, bo jest tym "krnąbrnym", zadającym niewygodne pytania. Opiekunowie szukają dla niego odpowiedniego miejsca, ale w związku z tym ponoszą określone konsekwencje dla siebie. Szkoła i jej cała skostniała struktura, program i otoczka coraz częściej wywołuje negatywne emocje i przykre konsekwencje dla dzieci i rodziców. Co można zrobić w tym obszarze dla dziecka, jak pogodzić możliwości z rzeczywistością?

Książka wyzwalająca dyskusje i niewątpliwie pozostawiająca z niepokojem.

niedziela, 4 grudnia 2022

Zawsze jest ciąg dalszy. Rozmowy z psychoterapeutami - Justyna Dąbrowska

 

"... sens polega na szukaniu sensu" (str. 44 B. de Barbaro)

Justyna Dąbrowska, psycholog, psychoterapeutka i redaktorka rozmawia ze znanymi i zasłużonymi specjalistami z obszaru psychoterapii i psychoanalizy m.in.: Hanną Jaworską, Lidią Mieścicką, Ireną Namysłowską, Vamik Volkan, Yoną Teichman, Emanuelem Bermanem,  Wiktorem Sedlakiem, Orą Dresner, Ryszardem Praszkierem, Bogdanem de Barbaro, Michałem Łapińskim, Wojciechem Eichelbergerem i Zbigniewem Sokolikiem. Pyta ich o różne egzystencjalne sprawy, o rzeczy najważniejsze w życiu, o pasje, uczucia, pracę, przemyślenia dotyczące spraw bieżących. Wszyscy są ludźmi w przedziale wieku siedemdziesiąt kilka do dziewięćdziesięciu lat.

Ciekawe wspomnienia, opowieści z czasów wojny i te o teraźniejszości. Wraz z autorką zastanawiają się dlaczego właśnie ich grupa zawodowa żyje najdłużej i od czego to zależy, co napędza ich ciekawość do tego życia, co motywuje ich do pracy nawet w późnym wieku. "... kontakt z drugim człowiekiem jest bardzo ożywiający". (str. 226) We wszystkich opowieściach można znaleźć wspólne elementy, m.in. chęć pomocy drugiej osobie, ciekawość pacjentów, różnorodność ich problemów i poczucie, że jest jeszcze wiele do zrobienia. Każdy i każda z bohaterów książki mówi, że najważniejsza jest bliskość drugiego człowieka, wsparcie, ważna jest rodzina, partner/ka i dzieci, bo one dają siłę i stanowią wyzwania i motywacje do działania.

Wszyscy zdają sobie sprawę, że starzeją się przynajmniej cieleśnie, że mają coraz więcej ograniczeń, coraz mniej siły, ale jednak coś ich pcha do dalszego działania. Żadne z nich nie boi się śmierci jako takiej, zdecydowanie nie chcieliby jednak dochodzić do niej przez niepotrzebne trwanie w bólu, samotności intelektualnej, nie chcieliby być sztucznie podtrzymywani przy życiu. "Boję się umierania w zbędnym cierpieniu, degrengolady ciała i umysłu. Nie chciałbym też nikomu sprawiać kłopotu, nie chciałbym być ciężarem ani bezwolnym obiektem pseudotroski ... (str.76 W. Eichelberg)

Autorka pytała ich o poglądy na niektóre bieżące problemy, niektórzy nie chcieli dzielić się swoimi spostrzeżeniami, inni starali się opisać pewne problemy ogólnie. Michał Łapiński psychoanalityk który wyemigrować w latach osiemdziesiątych do Australii, ale obecnie pomieszkuje w Warszawie z rodziną, tłumaczy, że jeśli ktoś opuszcza z jakiś względów kraj pochodzenia i zamieszkuje w innym to nie powinien mieć prawa do głosowania w tym pozostawionym: "- ... nie powinniśmy zabierać głosu w sprawach, w których nie uczestniczymy. To byłoby nie fair." (str. 173) Choć żaden z bohaterów nie chciał się wypowiadać wprost o polityce w Polsce, to gdzieś przebijały głosy, że to co się dzieje napawa ich smutkiem, ale nie jest to nic nowego dla historii. Nacjonalizm, zgubna utopia, wpływ kościoła i religii, skupienie się tylko na sobie i swoich partykularnych interesach prowadzi do niepokojów, podziału ludzi, sianiu nienawiści. "... zastanawiam się, jak to może być, że tacy wykształceni ludzie są jednocześnie tak bezmyślni." (str. 226 I. Namysłowska)

Bardzo wartko mi się czytało rozmowy, z zainteresowaniem słuchałam odpowiedzi na krótkie, ale treściwe pytania. Była to dla mnie miła, refleksyjna lektura.



czwartek, 24 listopada 2022

Byk - Szczepan Twarodch

 

Szczepan Twardoch w innej roli niż dotychczas. W tym dramacie same mocne uderzenia: język, zdarzenia i bohaterowie, to wszystko wręcz krzyczy, czasami odrzucając i wzbudzając niechęć. To niełatwa lektura tak pod względem językowym jak i samej treści i jej przesłania. Atmosfera jest rozgrzana od samego początku, sceneria opowieści niepokoi, sama historia wzbudza sporo emocji, ilustracje podkręcają już i tak rozedrganą atmosferę.

Ta niewielkich rozmiarów książka to spora dawka emocjonalnych wydarzeń głównego bohatera Roberta Mamoka, człowieka który osiągnął sukces, ale swoimi niefrasobliwościami, wręcz ekscesami spowodował lawinę, która zrzuciła go z góry na której niegdyś dumnie zdobywał szczyty medialnej sławy. Nagle okazuje się, że świat, który stworzył jest bardzo kruchy i zaczyna się sypać, ludzie odwracają się od niego, wstydzą się, albo jeszcze chcą spić ostatnią śmietankę żerując na jego wybrykach. Jego monolog przeplatany rozmowami z dzwoniącymi do niego osobami to równia pochyła z której można tylko spaść w dół.

Autor swoją opowieścią punktuje, wyłuszcza i obnaża zepsucie i hipokryzję światka elit w kraju. W swoim stylu nie owija w bawełnę i nie patyczkuje się ze śmietanką towarzyską, która choć zadziera nosa i do niej aspiruje to to w gruncie rzeczy grajdołek, który uważa się za lepszych od maluczkich, bo ma pieniądze i "władzę". W utworze Twardoch nie omieszkał wpisać także innej ważnej kwestii, a mianowicie ciągle przemilczanej, albo nie dość wybrzmiewanej problematyki śląskiej tożsamości i nie dostrzeganie przez władze potrzeby, która rodzi się podskórnie i zaczyna pęcznieć.

Niełatwa lektura i choć zupełnie inna jak na Twardocha to równie mocna w brzmieniu.