Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 11 października 2021

Dom Holendrów - Ann Patchett

 

Lata temu nałogowo czytałam książki Ann Patchett, aż wyczytałam wszystkie wówczas dostępne i "zapomniałam" o niej, aż do tej pory, bo sięgnęłam po "Dom Holendrów". Książkę czytało mi się dość szybko, nawet miejscami stawała się dla mnie wciągająca, ale chyba to już nie jest mój czas na tego typu opowieści, nieco naiwne, ckliwe, mocno osadzone w wierze. To opowieść o miłości, tęsknocie, bezwzględnym przebaczeniu pomimo doznania emocjonalnej i fizycznej krzywdy. To opis relacji brat - siostra, ich wzajemnym oddaniu, wspieraniu siebie, zapewnianiu poczucia bezpieczeństwa, wypełnianiu wzajemnych oczekiwań. To przypowieść o złej macosze i matce, krzywdzącej pasierbów i własne dzieci. To zlepek ludzi, ich charakterów, zachowań, wyborów, a wszystko to osadzone wokół konstrukcji jednego domu, który miał według autorki jakąś przedziwną moc, bo albo wciągał w siebie ludzi, albo dosłownie odrzucał na zewnątrz. Jedni chcieli się od niego uwolnić, wręcz uciec z niego, inni byli nim zauroczeni i bronili go jak twierdzy. "Dom Holendrów" to dom dla wielu nie przystosowany, mało wygodny dla mieszkańców w ogóle, a jednak wzbudzał zainteresowanie wielu mieszkańców. W książce znajdziemy opowieści-wspomnienia niektórych bohaterów, co daje światło na szerszy kontekst historii, ale głównie krążymy wokół dwójki rodzeństwa Maeve i Dannego i ich losów.

Książka jest opowieścią o rodzinie, w której dzieje się sporo niemiłych sytuacji, w której rodzice podejmują irracjonalne, a może nawet okrutne, z punktu widzenia dziecka decyzje. To przypowieść o życiu, które kołem się toczy i przekazuje swoją energię na kolejne pokolenia.

sobota, 2 października 2021

Dziewczyna, kobieta, inna - Bernardine Evaristo

 

"...to wypróbuj Stany na trochę, jak nowe ciuchy, które mogą ci pasować albo nie, w życiu chodzi o to, żeby ryzykować, a nie chować głowę w piasek" (str 469)

To książka ożywcza, świeża, zaskakująca, ale też na czasie z tematami: LGBT, równouprawnieniem dla każdego, z nowym podejściem do postrzegania człowieka i rozumienia płci. To powieść o poszukiwaniu tożsamości i miejsca w świecie. Nie brakuje w niej rasizmu, braku akceptacji do inności, obcych kulturowo i odmiennych w orientacji seksualnej. To także historie kobiet poszukujących swojej drogi, to czasem mierzenie się z pustką tego świata, z jego zobojętnieniem, niemożnością decydowania o sobie, niezrealizowanymi marzeniami i chęcią zrobienia wreszcie czegoś dla siebie. To dwanaście historii kobiet, które przybyły do Anglii jako emigrantki, albo są kolejnym pokoleniem. Niektóre historie są ze sobą związane blisko, bo dotyczą babki/wnuczki, matki/córki inne korelują lub przenikają się w niektórych momentach czy zdarzeniach. Autorka przybliżyła historie swoich bohaterek i dała im siłę do zmian. Każda z bohaterek wciąga w swoją opowieść, zbliża, daje poczucie bliskości, porozumienia. Można wędrować po ścieżkach ich życia, doświadczeń i realizacji.

Książka jest oryginalna ze względu na formę zapisu, zdania zaczynające się małą literą, w których brakuje kropek i przecinków. Każdej bohaterce autorka przypisała własny, specyficzny język, zależny od kultury, pochodzenia i wykształcenia. Dodać do tego należy majstersztyk tłumaczki Ady Zano, która oddała całościowy przekaz w języku polskim na najwyższym poziomie.

Dla mnie pierwsza historia płynęła nieśpiesznie, ale kiedy przeszłam do drugiej, trzeciej porwała mnie wraz ze swoim nurtem. Bardzo dobrze mi się czytało stworzoną przez Bernardine Evaristo opowieść o kobietach, które przeszły różne, nieraz bardzo trudne doświadczenia, potrafiły podnieść się i zmienić swoje życie tak, aby zrealizować swoje marzenia. 





czwartek, 30 września 2021

NOrWAY. Półdzienniki z emigracji - Piotr Mikołajczak

 "Coś tkwi w niektórych ludziach, jakiś głęboko ukryty gen autodestrukcji, uwalniający swą fatalną moc szczególnie w warunkach emigracji, oddalenia od oswojonego życia i wydeptanych ścieżek. Pełno tu gości, którzy ciężko pracując, wyzyskiwani, gnieżdżący się w parszywych norach, zbierają latami na dom, rodzinę lepsze , według własnych wyobrażeń życie, a i tak natychmiast po wypłacie przepijają większość zarobionych z takim trudem pieniędzy. Może w gruncie rzeczy, gdzieś na dnie (...) duszy, tli się pewność, że tego lepszego świata nie ma." (str. 329)

Cieszę się, że książka Piotra Mikołajczaka trafiła w moje ręce, bo to była lektura poruszająca i niecodzienna. Te jego "półdzienniki z emigracji" to takie migawki, wybrane drobne elementy z życia emigranta, które z pozoru mogą się wydać błahe, wulgarne, przerysowane, dopóki się w nie nie zagłębić, bo tam dostaje się pakiet prawdziwego smutku, przygnębienia i obrzydzenia, który towarzyszy na obczyźnie tym bardziej świadomym. Czytając książkę, wydawać by się mogło, że autor wyolbrzymia, przerysowuje, ale niestety (wiem to z krótkiego doświadczenia), takie życie na emigracji ma miejsce, a ludzie tak się zachowują. Pomiędzy zdaniami przebija tęsknota, poczucie bezsensu, mgnienia o depresji i poczucie samotności. O depresji głośno nikt nie mówi, większość gra twardzieli i się z tym nie ujawnia. Tam zdecydowanie "Depresję się zapija, wypala kartonami niebieskich elemów, wciąga nosem razem z koką. Tłamsi lekami nasennymi, szmuglowanymi antydepresantami i opioidami. Trzeba być twardym jak norweskie skały. Nikt, kogo znałem, nie przyznał się, że już dalej nie może iść, że upadł i nie ma siły wstać. Ja też musiałem przetrwać." (str. 248)

Piotr Mikołajczak, mężczyzna wykształcony, intelektualista, myśliciel, dzieli się swoimi obserwacjami socjologicznymi życia wielu Polaków na emigracji, pokazuje ich mentalność, "ambicje", kulturę i motywacje. Zmuszony przez niewłaściwe decyzje do spłacenia ogromnego długu (jak na swoje zarobki) wyjeżdża do zarobkowego eldorado, Norwegii. Ma załatwione mieszkanie, jakieś kontakty, ale na miejscu rzeczywistość nie wygląda już tak kolorowo. Piotr znający doskonale angielski, poszerzający swój norweski, wyrwany z małej miejscowości, trafia do stolicy innego kraju, w towarzystwo, które na co dzień było mu zapewne obce. Trafia do środowiska emigrantów-budowlańców, o niskiej kulturze osobistej, niskich potrzebach rozwojowych, skąpym zasobie słów w języku polskim, z brakiem potrzeb wyższego rzędu. Trafia na mężczyzn, którzy przyjeżdżają do raju norweskiego z różnych pobudek, różnie sobie w nim radząc, różnie na nim wychodząc. Autorowi nie jest łatwo uwolnić się od tego kim był w Polsce, jak żył, z kim zacieśniał znajomości. Trafił do dalece odmiennego środowiska, ale aby przetrwać przystawał ze swoim zachowaniem do ogólnie wytyczonych szlaków zachowań międzyludzkich. Nie pozostawało to jednak dla jego wrażliwości obojętne. "Co się ze mną stało przez ostatnie dwa lata, pomyślałem. Jak niewiele czasu potrzeba człowiekowi, by stępić wrażliwość, wyprzeć się więcej niż trzy razy, dawnych autorytetów i mieć problemy z poczuciem przyzwoitości. A może wykształciłem po prostu dwójmyślenie - z jednej strony staram się krakać jak wszystkie wrony w stadzie, bo tak łatwiej znaleźć sobie miejsce na tym emigracyjnym drzewie, a z drugiej strony, na użytek prywatny, wracam do czasów, gdy byłem nauczycielem, bibliotekarzem, poetą i amatorskim muzykiem (...). Człowiek to jednak głupi jest. W ostateczności w otoczeniu skrajnych emocji i skrajnych ludzi każdy z nas może stać się swoim przeciwieństwem. Z racji studiów zastanawiałem się, o czym świadczy ta wszechobecna seksualizacja języka (...). Powszechny bluzg, pogarda, poczwarny maczyzm. Okej, przecież w Polsce też tak jest, ale tu, na emigracji, niejeden mężczyzna rozkwita jak zaropiała róża, wprowadzając swój polaczyzm na wyżyny." (str. 298)

Piotr Mikołajczak napisał książkę drobiazgową, precyzyjną, szczerą i bolesną. Był uważnym obserwatorem codziennych migawek z życia swojego otoczenia. Pokazał szarość dnia, powtarzalność zdarzeń, bylejakość codzienności emigranta, który pędzi się dorobić w bogatym kraju, a z powodu braków chociażby językowych, edukacyjnych, emocjonalnych trafia na swoiste dno egzystencji. Choć książka zawiera wiele wulgaryzmów, które są codziennością tego środowiska, jako całość napisana jest bardzo bogatym, kwiecistym językiem z wyższej półki. Autor wciąga w swoje obserwacje i wspomnienia, umiejętnością gawędziarza i uważnego słuchacza. Odbrązawia myślenie o wspaniałości Norwegii, obala mity o jej otwartości i hojności dla każdego. Zdecydowanie warta przeczytania.

niedziela, 26 września 2021

Dorośli - Marie Aubert

 

Niewielka książka, która w swoim wnętrzu skrywa nieoczywistą historię o skomplikowanych emocjach i relacjach rodzinnych. Z pozoru niewinnie zapowiadający się wyjazd wakacyjny do rodzinnego domku nad morze przeobraża się w nieprzyjemne i niebezpieczne sytuacje. Zamysł spędzenia przyjemnych wakacji, chęć pobycia wśród bliskich okazuje się czasem niezwykle trudnym, z retrospekcjami, wspomnieniami, żalami, smutkiem i poczuciem straconego czasu.

Główna bohaterka, czterdziestolatka, przeżywa chwile głębszej refleksji nad swoim życiem i relacjami z najbliższymi. Ida przyłapuje się na poczuciu nieubłaganie uciekającego czasu i możliwe, że straconych szans na zostanie matką. Jej życie przecieka jej pomiędzy pracą, dość ciekawą i rozwijającą, a samotnością w życiu prywatnym. Wszyscy równolatkowie wokół niej mają partnerów, dzieci i pomimo wcześniejszego zarzekania się domy, auta i ciągłe zadania do wykonania. Czuje się w tym zabieganym towarzystwie jak nijaka, pusta, niekompletna, bez pary, bez tego wszystkiego co powinno się mieć w jej wieku. Ida nie spotyka się z nikim na stałe, to co sobie funduje, czyli randki z Tindera (portal randkowy), to chwilowe zaspokojenie seksualne, a nie ukojenie potrzeby bliskości, miłości, partnerstwa. Ona poszukuje stałej, dłuższej relacji, nadziei na macierzyństwo, które przeżywają wszystkie jej koleżanki, a nawet siostra.

Ida pokazuje się czytelnikom jako kobieta niespełniona, pełna żalu do matki, ojca, siostry. Pokrzywdzona, niezrozumiana, odsunięta na drugi plan, nietraktowana poważnie. Chce być zauważona, z jej samotnością, żalami, potrzebą bliskości. Niestety nie otrzymuje tego, raczej jest przytłoczona przez młodszą siostrę, ciągle narzekającą, potrzebującą wsparcia, przytulania, pocieszania. I choć tu może pojawić się współczucie, to Ida ma też drugą stronę swoich żali, bywa samolubna, nieprzewidująca i nieodpowiedzialna. Choć oczekuje pocieszenia, współczucia, wyjaśnienia, szczerych rozmów, to pragnie też ukarania bliskich, bo wyobraża sobie zachowanie rodziny na wieść o jej śmierci. Ida woła o pomoc, ale nie umie tego wyartykułować. wychodzą raczej potknięcia, faux pas, błędy i nieporozumienia. Kiedy doprowadza do sytuacji niebezpiecznej, choć czuje się winna, oczekuje pocieszenia a nie bury.

Ta krótka opowieść wciągnęła mnie w swoją nieśpieszną narrację z narastającą aurą i zapowiedzią nieprzyjemnych zdarzeń. Autorka niepozornie, ale konsekwentnie obciążała swoją opowieść kolejnymi dawkami trudnych emocji. Dla mnie była to książka zaskakująca, wieloaspektowa i poruszająca. Główna bohaterka to zapewne odzwierciedlenie wielu podobnych postaci w życiu pozaksiążkowym. Samotność, poszukiwanie szczęścia, powracanie do przeszłości to takie częste i  naturalne, choć niszczące i smutne.

Dygot - Jakub Małecki

 

Jakub Małecki stworzył kolejną nietuzinkową powieść, w której zbudował świat charakterystyczny dla swojego stylu. Historie rodzinne z tajemnicami poszczególnych członków, przeplatające się tragicznie losy bohaterów, nieoczywiste zdarzenia. W tej książce coś się pojawia, coś  zazębia, coś jest realne do szpiku kości, a coś ulotne i wręcz nieprawdopodobne, wiele w niej niespełnionych marzeń, płonnych nadziei, chwilowych szczęść. Pojawiają się dwuznaczne postaci i oniryczne zjawiska. Historia opowiedziana tym razem osnuta jest wokół dwóch rodzin, które w konsekwencji łączą swoje losy. W tej powieści mamy nieuniknione pokuty za wyrządzone krzywdy, nietolerancję, smutek i niespełnienia. Pokiereszowani przez zdarzenia losu są zarówno bohaterki jak i bohaterowie. Chwile szczęścia choć się pojawiają to na moment, czasem wręcz na mgnienie. Tytuł określa tą opowieść, bo wiele w niej niepokoju, szaleństwa, strachu i dygotu. 

Jakub Małecki umie pisać gęsto plecione historie, nie gubiąc wątków, nie prowadząc na manowce, czytając ją czułam, że wszystko w tej powieści jest ważne i konieczne, że tak a nie inaczej ma płynąć ta rzeka ludzkich losów. W "Dygocie" autor ponownie umieścił postaci nietuzinkowe, które opowiadają o swojej odmienności i braku jej akceptacji. Pokazał jak trudno jest być odmiennym w małej społeczności i jak ludzie bywają okrutni względem tego. 

Ta książka to kolejny ładunek emocji. Kroczyłam zawiłymi ścieżkami bohaterów wykreowanych przez autora. Piękny język, oryginalna historia, postaci i miejsca ukształtowały wciągającą lekturę. Z pewnością sięgnę po kolejne książki Jakuba Małeckiego.

poniedziałek, 20 września 2021

Pustostany - Dorota Kotas

 

Choć książka ma tylko sto osiemdziesiąt stron przeczytanie jej zajęło mi więcej czasu niż zakładałam, zważywszy właśnie na objętość. To nie jest lektura, która da się przeczytać jednym tchem, ze względu na swój wieloskładnikowy ładunek. Jej zawartość to zlepek sprzeczności: śmiechu i smutku, surrealizmu i rzeczywistości, ironii i dosłowności. To opowieść o tym czego nie ma i o tym co jest, choć nie ma na to zgody. Tytułowy pustostan ma dla mnie znaczenie dosłowne, czyli pozostawione mieszkania/domy, a także stany emocji i duszy. Pomimo wydźwięku tytułu "Pustostany" tętnią kakofonią dźwięków, mieszaniną pomysłów, szalonych myśli i niekontrolowanych działań. Dla mnie dodatkowo były nowym spojrzeniem na stare klimaty mieszkaniowe, wydawały się bliskie, a jednocześnie takie nieznane, inne, pokazane z drugiej strony, być może z tej bardziej uważnej. Znałam miejsca, o których pisała autorka, bywałam i bywam na bazarze Szembeka, dlatego podążałam za autorką po tych zaułkach, ulicach i miejscach mając je przed oczami, choć oglądane jakby pierwszy raz.

O czym jest ta książka, można by rzec, że o niczym i o wszystkim, czego na co dzień nie widzimy, bo nie chcemy, albo w swoim zabieganiu naprawdę nie patrzymy zbyt uważnie. Dorota Kotas zatrzymała swój wzrok właśnie na tym co niewidoczne, albo nie zauważalne, co zbędne, puste, porzucone, obumarłe, niechciane, zbyteczne. Opisuje zmierzch pewnych rzeczy, stanów i zachowań, pochyla się nad czymś co w pędzącym mieście jest nie do pomyślenia - brak pośpiechu, poszukiwanie spokoju, samotności, letargu. Autorka pisze o życiu bez pracy, bez kontaktu z innymi, pisze o rzeczach absurdalnych, ale mających miejsce, Czasami jej opisy przyprawiają o śmiech, niekiedy o wzruszenie ramion, a w innym miejscu smutek. Udaje jej się przywrócić drugie życie miejscom, rzeczom, i dawnym mieszkańcom. 

Co mi się podobało w tej książce to główny motyw, czyli pustka wokół tego zabieganego otoczenia i sposób w jaki autorka to oddała, opisy jej zmagań z wieloma sprawami bytowymi. Autorka poświęca czas temu, co nie popularne, przebrzmiałe, stare, wytarte, minione, przysypane kurzem. To zapis życia bez pieniędzy, pracy i rodziny, ale bynajmniej nie samotny, bo autorka odwiedza różnych ludzi tych żyjących i umarłych (tych drugich przypominają pozostawione przez nich rzeczy), organizuje spotkania sąsiedzkie, spotyka się z ludźmi w sprawie pracy lub efektów zakupów na olx.. 

Książka Doroty Kotas to opis maleńkiej ojczyzny - wycinka Warszawy, którą się zna jak własną kieszeń, o którą się troszczy, a nawet walczy o nią. To opowieść śmieszna, smutna a miejscami ironiczna, wszystko jest w niej wymieszane, realne i nieprawdopodobne, prawdziwe i zmyślone, zjadliwe i niestrawne, a wszystko podlane świeżym spojrzeniem. Warte przeczytania, bo to niesztampowa opowieść o mało atrakcyjnych i zapomnianych miejscach, chwilach i sytuacjach.

niedziela, 12 września 2021

Boznańska. Non finito - Angelika Kuźniak

 

Kolejna książka - biografia napisana przez Angelikę Kuźniak została przeze mnie przeczytana i to z przyjemnością. Autorka podeszła do tematu niesztampowo, bowiem opisała życie Olgi Boznańskiej z zebranych faktów, zeznań i ciekawostek. Spędziła sporo czasu na poszukiwaniu dokumentów w archiwach i innych miejscach przechowujących pamiątki po malarce. Opisała życie Olgi Boznańskiej starając się zachować obiektywizm; przytaczała "zeznania świadków" jej życia, obserwatorów, gości, "opiekunów". Zamieściła w książce nie tylko zdjęcia obrazów, ale pamiątki i rzeczy, których używała.

Autorka wpisała bohaterkę w szerszy kontekst końca epoki i początek nowego wieku. Pokazała artystyczny świat krakowski, monachijski i paryski. W jej opowieści pojawiły się postaci znane z tego okresu szerszym kręgom i takie, które były blisko związane z pisarką, nieznane poza jej otoczeniem. Autorka starała się szczelnie opisać losy malarki, choć nieraz pojawiały się luki, brakowało informacji u źródeł, co autorka akcentowała. Niektóre wątki z jej życia opisała bardziej szczegółowo, np relację z Józefem Czajkowskim długoletnim narzeczonym, siostrą Izabelą i Państwem Chmielarczykami, zarządcami-opiekunami jej mieszkania w Krakowie.

Książkę czytało mi się z zainteresowaniem, doceniłam dociekliwość autorki, chęć urozmaicenia, pokazania bohaterki wieloaspektowo. Autorka starała się dociekać pewnych spraw, odpowiadać na nurtujące pytania, poszukiwać poszlak niektórych zachowań. Patrzyła na swoją bohaterkę z czułością, ale asertywnie pokazywała jej wszystkie oblicza. Czytając książkę czułam atmosferę czasu i miejsc, w których przyszło żyć artystce. Było mi dane obcować z światem artystycznym, najstraszliwszymi wydarzeniami tamtych lat, szaleństwami bohemy dwudziestolecia międzywojennego, z przyziemnymi problemami codzienności. Autorka odzwierciedliła skostniały, zatęchły światek artystyczny krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych ówczesnych czasów, który był obojętny, albo negujący inne nurty w malarstwie niż wyznaczone przez głównego artystę tamtych czasów, czyli Jana Matejkę. Dla kobiet wówczas w ogóle nie było miejsca w ASP, ich sztuka była negowana, zbywana, kwestionowana. Dlatego tak wiele z nich, m.in. Olga Boznańska szukała samorozwoju w Monachium lub Paryżu. I choć wiele z nich doczekało się uznania za granicą, to w kraju zderzały się z obojętnością. Sama Boznańska najpierw w Monachium, a potem w Paryżu poczuła, że może wreszcie realizować swój talent, swoje widzenie sztuki, poczuła się nieskrępowana, choć niezrozumienie również jej towarzyszyło. Autorka podejrzewała, że artystka i jej siostra mimo, że miały wsparcie ze strony ojca, mimo, że dbał on o interesy obu córek mógł je wykorzystywać seksualnie, o czym świadczyły zachowania i problemy emocjonalne obu kobiet. Niezaradność, ekscentryczność, niezdolność do stałych związków były jej codziennością. W późnym wieku, zwłaszcza po śmierci siostry kompletnie nie radziła sobie z dbaniem o siebie, o stan swoich finansów i otoczenia domowego. Dawała się wykorzystywać finansowo każdemu kto prosił ją o pieniądze, choć sama przymierała głodem. Była zapominalska, nierozsądna, niedbająca o swoje zdrowie. Była wielką artystką nie wystarczająco docenioną za swoich czasów. Wiele jej dzieł uległo zniszczeniu zarówno w jej domu, jak i w magazynach, w których zalegały latami. Trudne czasy często odbijały się na dziełach sztuki, z malarstwem Olgi Boznańskiej obeszły się okrutnie.

Książka warta przeczytania.






niedziela, 5 września 2021

Polki na Montparnassie - Sylwia Zientek

 

"Jeszcze dziś, po tylu latach, wspominam atmosferę panującą przy tym stole, wspominam rozmowy i namiętne dyskusje, serdeczność i koleżeńskość wzajemną. Jeśli kogoś nawiedziło jakieś zmartwienie - to się martwili wszyscy, jeśli kogoś spotkała jakaś radość - cieszyli się wszyscy. Jak w rodzinie." (str. 250) Tak o niedrogiej jadłodajni Delmasa na Montparnassie, w której spotykali się artyści emigranci z byłych ziem polskich mówił Xawery Glinka.

Autorka prowadzi nas po Paryżu końcówki XIX i pierwszej połowy XX wieku. Robi to w tak genialny sposób, że można było poczuć ówczesną atmosferę. Oczywiście opisała też drogi, które prowadziły do Paryża, a nie były one łatwe, bo wiodły z ziem polskich, które były pod zaborami innych mocarstw. Podróże ze względu na brak środków finansowych lub transportu były długie i męczące, ale warte jak się okazywało zachodu i wyrzeczeń.

Tytaniczna praca Sylwii Zientek przyniosła wspaniały efekt, bo odkryła przed czytelnikiem postaci zapomniane, nieznane szerszej publiczności, przysypane kurzem dziesiątek lat. Autorka prześledziła losy kilku artystek malarek, które, aby tworzyć, realizować swoje pasje, rozwijać swój talent wyemigrowały z ziem Królestwa Polskiego lub z Galicji do Paryża. Pokazała w barwny i realistyczny sposób swoistą kolonię artystów powstałą na Montparnassie, biednych wówczas przedmieściach Paryża, bez elektryfikacji, ogrzewania, podstawowych wygód. To tanie miejsce przyciągało wielu twórców zarówno znanych jak i takich, którzy zostali zapomniani. Mieszkali tam, m.in. Picasso i Hemingway. Niemniej wracając do książki, autorka podzieliła ją na dwie części: pierwsza "Pionierki" poświęcona tym, które przecierały szlaki w prywatnych akademiach nauki malarstwa, min. Annie Bilińskiej-Bohdanowicz, Zofii Stankiewiczównie, Marii Gażycz, Anieli Pająk, Oldze Boznańskiej, jest w niej także wspomnienie o Marii Dulębiance. Druga część "Indywidualistki" to przeplatające się losy wielu artystek: Meli Muter (Maria Melania Mutermilch), Ireny Reno (Hassenberg), Alicji Halickiej, Tamary Łempickiej, Stefanii Łazarskiej, Heleny Het-Kwiatkowskiej, Zofii Piramowicz. Autorka postawiła przed sobą trudne zadanie przedstawienia czytelnikom kobiet, o których czasami zachowało się niewiele informacji, ale dzięki swojemu uporowi, pasji, pomocy wielu osób stworzyła opowieść o utalentowanych malarkach i twórczyniach sztuki. Kobietach, które borykały się z różnymi przeciwnościami losu, miały różne ścieżki swojej kariery artystycznej i życia prywatnego. Losy swoich bohaterek wpisała w szeroki kontekst społeczno-polityczno-kulturowych przemian. Co było dla mnie dodatkowo cenne oprócz bohaterek mamy postacie drugoplanowe, znane bardziej lub mniej, często osoby bardzo blisko powiązane z paniami, z różnych powodów. W swojej książce zamieściła duży zbiór prac wszystkich artystek, piękne obrazy, dowody przemian w ich twórczości, dojrzewania i doskonalenia. Mimo swoich 460 stron, książka nie zawiera elementów zbędnych, wszystko jest w niej ważne, uściślające. Wciągająca lektura od początku do ostatnich stron.

Pokrótce o bohaterkach książki Sylwii Zientek: 

Anna Bilińska-Bohdanowicz (1854-1893), pierwsza polska malarka, która w XIX wieku zdobyła sławę w Paryżu, niezależna, uparta w dążeniu do samorozwoju artystka pomimo trudnych warunków materialnych i wielu smutnych przeżyć. Ciekawa świata kobieta, dzięki bogatej przyjaciółce Klementynie Krassowskiej zwiedziła wiele krajów Europy, zebrała z tej podróży mnóstwo doznań i inspiracji.

Olga Boznańska (1865-1940), jedna z najbardziej utytułowanych, znanych i rozpoznawalnych polskich malarek. Była niejako symbolem kolonii polskiej w Paryżu, przyciągająca do swojej pracowni zarówno przyjaciół, wielbicieli jak i naciągaczy. 

Maria Dulębianka (1861-1919), malarka, działaczka społeczna i polityczna, feministka, wieloletnia partnerka życiowa Marii Konopnickiej.

Alicja Halicka (1889-1974), wszechstronnie utalentowana artystka. Pierwsza kobieta kubistka, zarobkowo zajmowała się projektowaniem tkanin i tapet. Wykonywała projekty kostiumów i scenografii dla inscenizacji Baletów Rosyjskich i Baletu Amerykańskiego w Metropolitan Opera. Odbyła szereg podróży po Europie, Ameryce i Azji.

Mela Muter (1876-1967), artystka żydowskiego pokolenia, która większość swojego życia spędziła w Paryżu. Znana i doceniana, piękna malarka, podróżująca często do Bretanii i Hiszpanii. Nieszczęśliwa żona, matka wcześnie zmarłego jedynaka, kochanka znanych mężczyzn, m.in. Leopolda Staffa i Raymonda Lefebvre, działacza socjalistycznego. Zmarła w nędzy i zapomnieniu.

Aniela Pająkówna (1864-1912), dzięki pracodawcom ojca, państwu Pawlikowskim z Medyki, zdobyła wykształcenie i rozwinęła swoją karierę. Była w toksycznym związku ze Stanisławem Przybyszewskim, z którym miała córkę Stanisławę. Próbowała godzić pracę malarki z byciem kochająca, samotną matką.

Maria Gażycz (1860-1935), wykształcona malarka, portrecistka. Po stracie syna i męża, przechodzi na katolicyzm i zostaje zakonnicą, siostrą Pawłą w zakonie Nazaretanek w Grodnie.

Irena Reno (1884-1953), wykształcona malarka i rysowniczka. Tułaczka i podróżniczka. Malowała głównie pejzaże miejskie Paryża i miast francuskich. W 1925 r. odbyła podróż do Nowego Yorku, którym się zachwyciła, uwieczniła je w pracach olejnych, pastelach i litografiach - wydanych w albumie "New York" i pokazanym w Paryżu. Malowała również martwe natury, kwiaty, pejzaże, rzadko wprowadzając postacie ludzkie. Samotna matka jedynej córki, którą utraciła po ośmiu latach jej życia. Zmarła z powodu chorób płuc.

Zofia Stankiewiczówna (1862-1955), malarka i graficzka, działaczka społeczna, feministka, przyjaciółka Anny Bilińskiej.

 Stefania Łazarska (1887-1977), wszechstronna artystka. Pomagała artystom przetrwać trudne czasy wojny.W jej pracowni szyli lalki ubrane w polskie stroje ludowe, które popularyzowała w USA Helena Paderewska z mężem. Pod koniec życia przyjęła śluby zakonne.

Irena Het-Kwiatkowska (1882-1956), malarka, kobieta wyzwolona, będąca w związku z kobietą. Wielbicielka francuskiego południa.

Tamara Łempicka (1898-1980), malarka, skandalistka, bardzo płodna artystka stylu art deco.



czwartek, 26 sierpnia 2021

Człowiek w poszukiwaniu sensu - Victor E. Frankl

"..., można by pokusić się o stwierdzenie, że na świecie istnieją dwie rasy ludzi, lecz tylko w tym jednym sensie:  "rasa" ludzi przyzwoitych oraz "rasa" tych, którzy nie wiedzą, czym jest przyzwoitość. Wszędzie można spotkać przedstawicieli tych "ras", przeniknęli bowiem do każdej grupy społecznej. Żadna z nich nie składa się wyłącznie z ludzi przyzwoitych albo nieprzyzwoitych." (str. 137)

To książka, którą warto przeczytać i to przeczytać bardzo uważnie, aby nie uronić żadnej myśli-przesłania. Choć to książka niewielka zawiera w sobie potężny ładunek wiedzy i emocji. Autor pisząc ją chciał pokazać, że człowiek przyzwoity będąc nawet w najgorszym położeniu zawsze takim pozostaje. To książka napisana ku pokrzepieniu, ku nadziei. Niech nie zmyli nikogo okładka, która może sugerować typową obozową literaturę, bo tym razem autor skupił się na filozoficznych rozważaniach nad celem w życiu człowieka, jego zachowaniami w bardzo nietypowych, trudnych warunkach egzystencji, wykorzystując potworne doświadczenia swoje i współtowarzyszy podczas pobytu w obozie hitlerowskim. Autor dawał konkretne przykłady moralnych zachowań więźniów nawet w najbardziej upadlających warunkach, w sytuacjach skrajnego wyczerpania z głodu, zimna, braku nadziei. Pokazywał, że po stronie hitlerowskich nadzorców także byli ludzie przyzwoici, którzy starali się nie uprzykrzać dodatkowo więźniom życia. Ta przyzwoitość miała swoją cenę i u jednych i u drugich, ale zawsze się opłacała w tym lub w innym życiu. Dobro i zło w warunkach obozu koncentracyjnego miało swoją specyficzną, bo głęboką otchłań. Victor E. Frankl skupił się na opisaniu symptomów obozowych, które dopadały człowieka na danym etapie pobytu w obozie. Pokazywał stadia reakcji na obóz, zachowania przystosowawcze, a także te po wyzwoleniu. Rozkładał na czynniki pierwsze człowieka, jego zachowanie, emocje wobec pobytu w miejscu, które wydaje się niemożliwych, nierealnym, a jednak faktycznym.
 
Autor podzielił swoją książkę na dwie części, pierwszą poświęcił wspomnieniom z obozu. Opisywał w nim tylko zdarzenia konkretne, które następnie tłumaczył, przypisywał emocje i wiedzę naukową. Wyjaśniał zachowania więźniów i strażników, postawy i konsekwencje. Próbował w holistyczny sposób uszeregować całą wiedzę o człowieku, prosto tłumaczył to co najważniejsze w jego życiu - odnaleźć sens. W drugiej części przekazał podstawy stworzonej przez siebie, a opartej na obozowych doświadczeniach, teorii psychoterapii skoncentrowanej na sensie życia, nazwanej przez doktora Frankla logoterapią. Swoją teorię przekazał w bardzo skondensowany i zrozumiały sposób. To niebywale uniwersalna metoda, nie mająca ograniczeń i sprawdzająca się w każdych warunkach. Oddał w ręce to co jego zdaniem jest najcenniejsze w naszym życiu, odnalezienie w każdym aspekcie sytuacji w, której się znajdziemy sensu naszego położenia. Wspomina o sensie życia, w jego radościach, cierpieniach i smutkach.
 
"Żaden człowiek i żaden ludzki los nie może być porównywany z innym człowiekiem i innym losem. Każda sytuacja jest niepowtarzalna i każda wymaga innych reakcji. (...) Każda sytuacja jest wyjątkowa i zawsze istnieje tylko jedno właściwe rozwiązanie problemu, z jakim w danej sytuacji przychodzi nam się zmierzyć." (str. 125)

To niezwykle mądra, poruszająca najdelikatniejsze struny człowieczeństwa książka, to bardzo głębokie rozmyślanie z jednoczesnym odnoszeniem do przykładów. To książka, która może stać się przewodnikiem dla moralnych zachowań w każdej sytuacji, dlatego, że autor wie o czym mówi, wie to z własnego doświadczenia, dlatego jest tak wiarygodny. Jego teoria o sensie życia, tego co robimy każdego dnia, była dla mnie prosta, a zarazem odkrywcza, niby znana, ale jednocześnie świeża, chciałoby się rzec, że wprost - "Eureka" - znalazłam coś dla siebie.

niedziela, 22 sierpnia 2021

Bracia Burgess - Elizabeth Strout


 Lubię prozę Elizabeth Strout, dlatego sięgnęłam po jej kolejną książkę. Tym razem autorka zagłębia czytelnika w historię trójki rodzeństwa: Jima, Susan i Boba. Jak to często bywa w opowiadanych przez Strout historiach nie wszystko jest oczywiste, łatwe czy przyjemne. Autorka pokazuje nam losy rodzeństwa w dorosłym życiu, po doświadczeniach w związkach, z dziećmi, z pracą. Każdemu z nich różnie się poukładało, każde ma jakiś niepokój, smutek lub żal w sobie, zapewne to zasługa przeżyć z dzieciństwa, które nie dają o sobie zapomnieć, dzielą ich, skłócają, nie pozwalają znaleźć ukojenia. Tragedia jaka miała miejsce tyle lat temu ciągle tkwi pomiędzy nimi, a także w nich, co nie pozwala oddychać pełną piersią, odnaleźć radości w codziennym byciu tu i teraz. Wydarzenie odciska się na ich relacjach w ich  związkach i rodzinie. Wzajemne obwinianie się oddala, niemniej  w chwilach kłopotów umieją wznieść się ponad swoje urazy, niewyjaśnione pretensje, ukryte żale, zapieczone złości. I właśnie na kanwie nieoczekiwanego i nieoczywistego wydarzenia u jednego z nich, autorka przybliża nam przeszłość z jej konsekwencjami w teraźniejszości. Obserwujemy jak jedno zdarzenie powoduje lawinę zmian w życiu każdego członka tej rodziny.

Autorka pokazała, że czasami potrzeba małego impulsu, słowa, niedopowiedzenia, a wyzwala ono zmiany, zrzuca zasłonę z oczu i okowy z emocji. Pokazuje na przykładzie każdego z bohaterów, że pamięć potrafi płatać figle, zwłaszcza gdy jest się małym i przerażonym dzieckiem, które nie rozumie znaczenia i konsekwencji swoich czynów. 

Elizabeth Strout w swojej książce oprócz historii rodzinnej pokazała problem tolerancji i akceptacji a także naruszenia swobód obywatelskich imigrantów, a konkretnie Somalijczyków. Problem uchodźców, obcych w innym kraju jest złożony i nie dotyczy przecież tylko USA, ale także innych krajów. Autorka starała się naświetlić problemy tych ludzi związane z niemożliwością mieszkania we własnym kraju, trud podróży w bezpieczniejsze miejsce na Ziemi, przybycie do innego kraju, poznawanie go, problemy ze zrozumieniem, porozumieniem w nieznanym języku, problemy z akceptacją ze strony tubylców, złożoność kulturową, religijną, różne postawy społeczne, obyczajowości i wreszcie różnice charakterów i emocji. To ciekawy wątek, niejako tło o wyrazistych kolorach, dla historii rodzinnej, w której też brakuje zrozumienia, spokoju i tolerancji.

"Bracia Burgess" to opowieść o ucieczce od bólu, strachu, braku poczucia bezpieczeństwa, od swoich myśli i poczucia winy. To poszukiwanie lepszego i spokojniejszego miejsca zarówno w samym sobie jak i w szerszym kontekście w innym kraju.

Generalnie ciekawa opowieść, płynąca bardzo nieśpiesznie, może trochę rozrzedzona, niemniej warta przeczytania.

wtorek, 3 sierpnia 2021

Alopecjanki. Historie łysych kobiet - Kawczyńska Marta

 

Marta Kawczyńska odważyła się opisać zmagania z chorobą autoimmunologiczną, czyli łysieniem plackowatym (łac. Alopecia areata), swoje i dziesięciu kobiet. Ta choroba, jak chyba każda z tego obszaru jest podstępna i nie ma na nią skutecznego lekarstwa. Choroby autoimmunologiczne mają taką samą przyczynę, czyli zaburzenie pracy układu odpornościowego, zaś skutki w zależności od organizmu bardzo różne, czasem występują samotnie, czasem z szerokim wachlarzem towarzystwa, wszystkie zaskakują i nie dają o sobie zapomnieć, bo zazwyczaj nie ma na nie stuprocentowego lekarstwa. Zatem trzeba brać leki, a czasem zaakceptować, tak jak to jest w przypadku łysienia plackowatego, czy bielactwa. Choć czasami nie jest to ani łatwe, ani proste, ani przyjemne, warto próbować zintegrować się z chorobą, polubić nową siebie. Oczywiście z każdą z chorób autoimmunologicznych jest inaczej, bo niektórych nie widać, choć bardzo niszczą organizm od środka, powodują ból, zabierają siły witalne, nie pozwalają oddychać pełną piersią, inne zaś choć nie objawiają się bólem fizycznym, widać gołym okiem. Do tych drugich należy właśnie łysienie plackowate. Zwyczajowo postrzegane łysienie wpisane jest w pewne stereotypy, np. łysieją mężczyźni lub osoby z rakiem. To postrzeganie stereotypowe najczęściej nie wie co zrobić z kobietami, które łysieją, bo nie wpisują się w żaden ze stereotypów. Co zrobić mają zatem te kobiety skoro każda z nich ma inną sytuację rodzinną i w najbliższym otoczeniu, myślę, że powinna znaleźć własną, skrojoną pod jej wymiar i konstrukcję psychiczno-fizyczną drogę.

"-Jaki typ osobowości mają zmagający się z chorobą autoimmunologiczną, taką jak na przykład łysienie? (...) -Mają jedną cechę wspólną, jest nią nadwrażliwość. Więcej czują, widzą, słyszą, bardziej przeżywają i bardziej cierpią. Często choroby te uwarunkowane są genetycznie, ale genetyka nie jest decydująca. Wiele zależy od tego jak myślimy, jak się odżywiamy, z kim przystajemy. (...) - w dużym uproszczeniu-jest formą radzenia sobie z silnymi przeżyciami. Organizm w ten sposób broni się przed pewnymi emocjami, które mogą eksplodować i nie skłonić nas do dramatycznych czynów." (str. 245 rozmowa z psychoterapeutą)

O przykładach swoich rozwiązań na tracenie włosów opowiedziało autorce dziesięć kobiet, które tak jak ona każdego dnia mierzą się z chorobą widoczną dla oka innych. Opowiedziały jej swoje historie spotkania z chorobą, radzenia sobie z nią, akceptacji i postępowaniu z nią aktualnie. Te opowieści były bardzo różne, ale najczęściej to zmagania w rodzinie, albo z samym sobą. Czasem miały wsparcie w najbliższych, a czasem pozostawały same. Bardzo różne drogi do akceptacji choroby i samej siebie w tejże. Bohaterki tej książki albo wyparły nadzieję, że włosy odrosną, albo ciągle stosują różne kuracje  i trzymają się tej nadziei. Choroba spadała na nie najczęściej w późnym dzieciństwie - około dziesiątego roku życia, choć niektóre panie dopadła później. Każda z nich inaczej zareagowała na wieść o chorobie, ich rodziny także. Wiele z nich miało trudne dzieciństwo, kilka weszło w nieudane związki. Niektóre porodziły dzieci, niektóre żyją w udanych związkach, niektóre noszą peruki - systemy, niektóre nie zawracają sobie nimi głowy, a jeszcze inne dekorują skórę na głowie tatuażami. Każda inna, ale każda stara się żyć pełnią życia i to mi się w nich bardzo podobało.

Autorka opisała historię znanej z prób leczenia łysienia plackowatego doktor Leny ze Szczecina, która sama cierpiała na tą chorobę, dlatego przez lata próbowała znaleźć sposoby i lekarstwa na tą chorobę. Rozmawiała na temat choroby z partnerem kobiety z łysieniem plackowatym, co było bardzo ciekawe ze względu na postrzeganie chorującej. Rozmawiała ze swoją mamą o jej przeżyciach w związku z chorobą córki, wypytywała psychologa o jego patrzenie na zmagania ludzi z chorobami, wysłuchała co ma do powiedzenia w tej sprawie znany perukarz, a także człowiek duchowny. 

W mojej opinii ta książka jest zamknięta, "dopełniona", bo mamy tutaj opowieści chorujących, a także spojrzenie na te chore osób najbliższych, specjalistów od ciała i duszy.

Książka bardzo przystępnie napisana, plastycznie pokazuje jak jesteśmy różni i z jak różnymi przypadłościami mamy do czynienia. Autorka pokazała chorobę bardzo szeroko i nie mówię tutaj o opowieściach Alopecjanek, czy tej drugiej strony, ale także o kontekstach akceptacji, tolerancji, strachu, nieumiejętności, braku empatii, wścibstwa, stereotypów, zaszufladkowania. Pokazała pięknie różne oblicza kobiecości, tej prawdziwej, codziennej, nie wyprodukowanej przez firmy reklamowe. Pokazała, że jesteśmy ludźmi, z krwi i kości, drzemią w nas różne przypadłości, choroby, czasami ujawniają się wcześniej, czasami później. Nikt z nas nie jest idealny, ale prawie każdy chce żyć a najlepiej byłoby żyć jak najczęściej szczęśliwie, z miłością u boku i akceptacją takiego jakim się jest. Pozytywna i ważna książka, bo otwiera oczy na chorobę często myloną z rakiem. Gratuluje kobietom, które opowiedziały swoje historie odwagi, pasji, radzenia sobie, po prostu pięknego i pełnego życia.

sobota, 31 lipca 2021

Kowalska. Ta od Dąbrowskiej - Sylwia Chwedorczuk


Sylwia Chwedorczuk to autorka biografii Anny Kowalskiej, pisarki, literatki, społeczniczki, niezależnej, ambitnej i nadzwyczaj pracowitej osoby. Autorka z dostępnych dokumentów uplotła delikatną acz bogato zdobioną historię życia kobiety, która mimo swojej pracowitości, ciekawości świata, oczytaniu, erudycji, umiejętności i trafności swoich opinii, nie wierzyła w siebie i swoje możliwości. Ta jej niewiara dopadała ją na różnych obszarach życia, m.in. własnej twórczości, relacji z mężem, z córką i z przyjaciółką i partnerką Marią Dąbrowską. Te spadki wiary w siebie dopadały ją na różnych etapach życia, ale mimo wszystko starała się dopilnować wszystkiego za co lub za kogo czuła odpowiedzialność. Jej oddanie sprawom, twórczości, pracom społecznym, pomocy ludziom tym najbliższym i dalszym było ofiarne i bezbrzeżne.

Autorce udało się oddać przebogate w doświadczenia życie pisarki, kobiety, która chciała być niezależną, w czasach, w których kobiety o niezależności dopiero zaczynały cichutko myśleć. Chciała być pisarką, móc wypowiadać się na wiele ważkich tematów. Nie interesowała jej rola żony, chciała być partnerką, co w dużej mierze jej się udało. Żyła w świecie literatury, od wczesnej młodości wiedziała, że jej celem jest pisanie,  potwierdzała to w szkole i na uczelni. Jej wspólnota pisarska z mężem trwała do jego śmierci, a i po niej Anna dopracowywała jego i wspólne projekty literackie. Pisała, bo to było jej pasją i celem nadrzędnym, była w tym pisaniu coraz doskonalsza, ale nie na tyle by być z siebie zadowoloną. Jest autorką powieści, eseju i wielu opowiadań. Była redaktorem, prezesem koła literatury, wsparciem i drogowskazem dla wielu początkujących pisarzy. Żyła w czasie wielu niepokojów, wyjechała wraz z mężem z okupowanego przez Sowietów Lwowa do Warszawy, w której przeżyła Powstanie Warszawskie będąc jego współuczestniczką. Po wojnie znajduje swój azyl we Wrocławiu, ale tęskni za Warszawą, w której mieszka jej wielka miłość Maria. Pisze, wspiera, współtworzy na pustej ziemi życie literackie. We Wrocławiu zachodzi w ciążę i rodzi córkę Tulę. Po śmierci męża przymuszona sytuacją materialną, samotnością, ale nade wszystko tęsknotą za Marią przeprowadza się do Warszawy, w której upływają jej pozostałe lata życia.

Autorka z polotem opisała życie Anny Kowalskiej, miałam nieustające wrażenie, że jest cały czas najważniejsza, jakby wplatała w życie swojej bohaterki pozostałe ważne dla niej postaci, ale to ona była w centrum. To bardzo umiejętnie, pięknie i z zaangażowaniem napisana biografia. Wciągająca, tchnąca życiem, emocjami bez zamazywania tego co niewygodne. Udało się Sylwii Chwedorczuk wplatać fragmenty listów Anny do Marii i odwrotnie, w tak subtelny sposób, że czasami gdyby nie cudzysłów trudno byłoby je wychwycić, bo zdania tworzone były z dużą naturalnością i uważnością. Udało jej się uchwycić i opisać tą jakże trudną i bardzo emocjonalną relację między dwoma kobietami. Miałam wrażenie, że słychać podniesione głosy, czułe szepty, widać stęsknione gesty. Lektura tej książki to była wielka przyjemność, polecam każdemu, kto chce przeczytać dobrą biografię.

środa, 28 lipca 2021

Księżyc. Od nowiu do nowiu - Martín Caparrós

 "Podróżowanie to kłopot, utrudnienie, ogromny wydatek. Widziałem tylu ludzi ściśniętych w ciężarówkach, pociągach, busach, idących na piechotę i uginających się pod ciężarem worków i koszy, wyczekujących w słońcu i deszczu, że mogę zrozumieć, że oni nie mogą zrozumieć: po co ktoś miałby podróżować, jeśli nie jest do tego zmuszony? Albo rozumieją aż za dobrze: ci ludzie przyjeżdżający nie wiadomo po co muszą mieć gówno do robty i do tego kupę pieniędzy skoro wydają je na głupoty, nie? Tak wyglądamy w ich oczach - i chyba także we własnych." (str. 168)

Martin Caparros wyrusza w kolejną podróż, ale tym razem będzie opisywał ludzkie wysiłki, aby uciec z piekieł swoich krajów. Autor opisuje losy kilku imigrantów, są tak różne jak różni są ci ludzie - kobiety i mężczyźni - i jak różne są kraje, z których uciekli. Oprócz relacji uciekinierów, autor spisuje własne rozmyślania dotyczące swojej podróży, miejsc, w których przebywał, ludzi i sytuacji, których był świadkiem. Dzieli się z czytelnikami swoimi spostrzeżeniami na tematy błahe i te zdecydowanie egzystencjalne. Rozmyśla nad nierównościami społecznymi i nad swoją uprzywilejowaną pozycją, która zapewnia mu wygodne i pozbawione wielu trosk życie. Rozmyśla nad gnuśnością zachodniego świata, bogatego i poszukującego możliwości zaspokojenia swoich potrzeb oczywiście z tych najwyższych poziomów piramidy Maslowa. By w końcu zrobić niejako zestawienie i porównać cele, motywy i potrzeby składające się na jego podróże, i na podróże jego rozmówców. Następnie środki transportu i komfort swój i imigrantów, wreszcie warunki bytowe u celu podróży jego i ich.

Podróże migrantów, bardzo różnią się od jego podróży i czemu innemu służą. Oni szukają dla siebie lepszego świata, w którym znajdą pracę i bezpieczny dom nad głową, on podróżuje, aby pokazać los tych pierwszych, unaocznić bogatym problemy biednych, uciśnionych, aby ..., właśnie co miałoby to im pokazać, dać, udowodnić? Czy raport przedstawiony przez autora coś zmieni w życiu tych imigrantów, zapewne nie, tak jak nie zmieniła losu głodnych poprzednia jego, wspaniała książka "Głód", w dalszym ciągu bogaci mają nadprodukcję żywności i mnóstwo jedzenia wyrzucają do śmieci, zaś głodni i niedożywieni nadal takimi pozostają.

To książka wieloznaczna, wielogłosowa i nieoczywista. Warto się w nią zagłębić, aby nie tylko pochylić się nad losem tych poszkodowanych, gorzej urodzonych, bo w rejonach nękanych wojnami, biedą, korupcją, przemocą i arogancją silniejszych, ale także wczuć się w rolę autora. Warto spojrzeć jego oczami na świat, któremu ma się przyglądać i opisywać, wsłuchać się w jego obserwacje, rozterki i przemyślenia, bardzo szczere i dosadne. Dla mnie autor ma umiejętność wciągania czytelnika w swoje książki, tym bardziej warto po nią sięgnąć.

sobota, 24 lipca 2021

Platforma - Michel Houellebecq

"Mieszkańcy Europy Zachodniej, kiedy tylko mają kilka dni wolności, pędzą na drugi koniec świata, przemierzają samolotem połowę kuli ziemskiej, zachowują się dosłownie tak, jakby uciekali z więzienia. Nie krytykuję ich; mam zamiar zrobić to samo." (str. 34)

To pierwsza książka tego głośnego autora, którą przeczytałam. Na pierwszy rzut oka napisana dość niewymagającym językiem, by nie powiedzieć prostym, z równie nieskomplikowaną zawartością, ale jak się w nią zagłębić, pomiędzy wierszami wyziera dość przygnębiający wizerunek świata zachodniego, "spasionego", znudzonego, poszukującego łatwych rozrywek, przyjemności, a może czasem nawet czegoś głębszego,prawdziwszego. W tej z pozoru błahej opowieści o wyprawach Europejczyków do "ciekawszych" miejsc naszego globu, szukaniu jak najbardziej atrakcyjnych propozycji tych eskapad, pogoni za rozrywkami na wyciągnięcie ręki, przeziera swoisty smutek, pustka, ciągły "głód", brak satysfakcji, brak szczęścia i spokoju. Autor pisze: "Więc – ciągnąłem swój wywód – z jednej strony kilkaset milionów ludzi żyjących na Zachodzie, którzy mają wszystko, co chcą, tyle że nie mogą osiągnąć satysfakcji z życia seksualnego: szukają, ciągle szukają, ale niczego nie znajdują i są głęboko nieszczęśliwi. Z drugiej strony, kilka miliardów istot, które nie mają niczego, zdychają z głodu, umierają młodo, żyją w nieludzkich warunkach i mają do sprzedania jedynie swoje ciało i swoją dziewiczą seksualność. To naprawdę dość proste do zrozumienia: wytworzyła się idealna sytuacja sprzyjająca wymianie." Problem znany nie od dziś, przesyt u jednych i skrajny niedosyt u drugich, choć dzisiaj przybrał jeszcze inne oblicze, bo ta pustka dobrobytu jest jakaś bardziej nie do zaspokojenia, nie do ugaszenia, ten nadmiar wylewa się tak bardzo, że nawet najbardziej skrajne dobra i zachowania nie dają nasycenia. Czyżby bogaty Zachód zatracił się w swoim dobrobycie? Czyżby co za dużo to  niezdrowo? Czy jest jeszcze dla niego ratunek?

A co w książce, otóż jej bohater Michel (czyżby autor nawiązywał do swoich doświadczeń) jest znudzonym urzędnikiem instytucji kultury, singlem, poszukującym wrażeń i doznań seksualnych. Nie wierzy w miłość, ma krytyczne zdanie dotyczące swoich rodaków, Europejczyków, kobiet, mężczyzn, ogólnie to człowiek znudzony otoczeniem i swoim życiem. W poszukiwaniu różnorodności wyjeżdża na wycieczkę do Tajlandii. Zachwyca się tamtejszymi kobietami, korzysta z dostępnych na wyciągnięcie ręki uciech w przybytkach masażu i nie tylko. Obcuje z przyrodą, czyta to co wpadnie mu w ręce, bo jednego jest pewny: "Życie bez czytania jest niebezpieczne, trzeba zadowolić się samym życiem, a to niesie ze sobą pewne ryzyko." Po powrocie z wyprawy postanawia spotkać się z kobietą poznaną tamże, co okazuje się niewątpliwie przełomowe dla niego. Rozpoczyna kilkumiesięczne, usiane rozkoszami, radościami, urozmaiceniami życie. To spotkanie jest dla niego niezwykle ożywcze, wręcz daje mu nadzieję, że spotkało go coś co ma głębszy sens, że nie jest sam, że może cieszyć się każdym dniem. Być może zaczyna kochać, ...? Odkrywa radość z bycia z kimś bliskim, ma nadzieję na jakieś trwałe zadowolenie. Wraca ponownie do rajskich wysp w Azji, tym razem  nie sam, rozkoszuje się każdym dniem, przeżywa głębokie emocje z Nią. Czy to będzie szczęście na dłużej?

To książka przesycona scenami seksu i poszukiwaniem łatwego zaspokojenia swoich potrzeb w tej sferze. To obraz cywilizacji, która przedobrzyła w dobrobycie, w łatwym dostępie do wszystkiego i nie już znajduje zaspokojenia w zwyczajności, potrzebuje coraz bardziej mocnych doznań, aby coś poczuć. Czy to bardziej smutne, czy przerażające, zdecydowanie zastanawiające. To co zostało według autora  (...) kultura to tylko niezbędna rekompensata za nieszczęścia, jakie na nas spadają. Może jeszcze coś,może nie jest za późno? Może jest coś lub ktoś co przebudzi, otrząśnie, da powód do zatrzymania, do obrony tego co jest na wyciągnięcie ręki, znane, ale zapomniane, nieatrakcyjne. Czy jest nadzieja, na pewno jest niebezpieczeństwo, że nie zdążymy przejrzeć na oczy...

czwartek, 22 lipca 2021

Niewidzialne kobiety - Caroline Criado Perez

 
Caroline Criado Perez opisała w książce codzienność, której w swoim zabieganiu nie przyglądamy się zbyt uważnie, a która przy bliższym obejrzeniu okazuje się "skrojona pod mężczyzn". Autorka pisze o wydawałoby się oczywistościach, które przyjmujemy każdego dnia bez mrugnięcia okiem. Wiemy, że tak jest i będzie, zwyczajowo odnosimy się do tego z akceptacją, najczęściej nieświadomą. Pełne nieświadomości, że wiele rzeczy można zmienić, dopasować, dostosować, ulepszyć, aby odpowiadały obu płciom. Czasami są to zmiany wielkie, a czasem zupełnie nieskomplikowane i proste we wdrożeniu, tylko jakoś nikt na nie do tej pory nie wpadł, albo pomyślał, że nie warto zawracać tym sobie i innym głowy. To książka wciągająca,otwierająca oczy, dająca motywację do myślenia i działania, do pójścia drogą  dostosowaną dla obu płci. I choć na Ziemi żyją ludzie podzieleni, przynajmniej w wersji pierwotnej, na dwie płcie, to jednak co by nie zrobić, gdzieżby się nie obrócić, tylko jedna ich część jest uprzywilejowana.

Autorka wypisała tak wiele przykładów, które jaskrawo uświadamiają, że świat urządzili mężczyźni dla samych siebie, a co gorsza udało im się wmówić kobietom, że one mają to przyjąć takim jakie jest. Mogą przyłączyć się do korzystania z tego co oferuje świat mężczyznom lub nie korzystać w ogóle. Co było dla mnie ważne autorka opisuje rzeczywistość w krajach rozwiniętych technologicznie, społecznie i kulturowo, bynajmniej nie mówi w niej o krajach, w których kobiety nie mają prawa głosu, są sprowadzone do kategorii "około domowej". A mimo to co rusz natyka się na przeszkody pod nogami kobiet, dosłownie i w przenośni. Autorka opisała przykłady z krajów bardzo rozwiniętych, m.in.: Norwegia, Japonia, USA. Przewertowała ogromne ilości materiałów, aby uwypuklić, nam problem, który cały czas dzieli ludzi na lepszych i gorszych, uprzywilejowanych i nie. Problem dotyczy wszystkich obszarów naszego życia, m.in. zdrowia, infrastruktury, usług publicznych, rynku pracy, a także technologii. Problem dotyczy zarówno całkowitych podstaw jak i fanaberii w postaci dóbr luksusowych. Dotyka sfery fizycznej, emocjonalnej, kulturowej, społecznej i historycznej.

Książka uświadamia, że pomimo, że ludzkość rozwija nowe technologie, pędzi ku sukcesom rozwojowym, kapitałowym, itd.... nadal jakby nie dostrzega, że za tym stoi zarówno kobieta i mężczyzna. Jakież to dziwne, nieprawdziwe, paradoksalne, niewyobrażalne, że nadal w epoce takich osiągnięć, takich wyników i sukcesów połowa społeczeństwa nadal jest postrzegana gorzej odsuwana na margines, przestawiana za kotarę. Choć tyle w tak zwanym rozwiniętym świecie mówi się o równości płci, szansach, możliwościach wyborów, równej drodze do sukcesów. to głównie kończy się na dobrych chęciach, deklaracjach i teoriach. Warto czytać takie książki, aby otwierały oczy, obalały utarte, ale wykoślawione slogany, wywracały myślenie i burzyły uśpiony spokój. Warto jeśli nie dla siebie to dla swoich córek, aby zapewnić im bardziej bezpieczny, sprawiedliwy i wygodny świat.

poniedziałek, 19 lipca 2021

Kobro. Skok w przestrzeń - Małgorzata Czyńska

 

"Rzeźba powinna być zagadnieniem architektonicznym, laboratoryjnym organizowaniem metod rozwiązania przestrzeni, organizacji ruchu, planowania miasta,  jego funkcjonalnego organizamu, wynikającego z realizacyjnych możliwości współczesnej sztuki, nauki i techniki, powinna być wyrazem dążeń, zmierzających do ponadindywidualnej organizacji społeczeństwa." (str. 83)

Sięgnęłam po kolejną książkę Małgorzaty Czyńskiej, tym razem z opowieścią o artystce, rzeźbiarce Katarzynie Kobro. W mojej opinii i tym razem autorka napisała książkę, w której najmniej treści było o tytułowej bohaterce. Szkoda, bo choć autorka zebrała sporo materiałów o artystce, to efekt końcowy okazał się okrojony. Ogólnie treść jest ciekawa, bo znajdziemy w niej informacje o historii sztuki nowoczesnej, trendach, dyskusjach, wyborach, o wielu artystach tamtego czasu, np. Kazimierzu Malewiczu, dużo o Władysławie Strzemińskim, mężu autorki i trochę wspomnień ich córki Niki. Znajdziemy też losy ludzi wobec rewolucji październikowej na przykładzie rodziny Kobro. Niemniej jeśli wszystkie te wiadomości miałyby uszczelniać życiorys Katii Kobro to w porządku, ale niestety jest ich przytłaczająca większość, zatem rozmywają główną bohaterkę. 

Zaś Katiia Kobro, to artystka ciekawa, wykształcona, z oryginalnym spojrzeniem na sztukę w przestrzeni życiowej człowieka, w zasadzie prekursorka łączenia sztuki z otoczeniem. To kobieta o bardzo intrygującym pochodzeniu, oddaniu pracy organicznej, minimalistce, pasjonatce sztuki. To osoba, która mimo przeżyć rewolucyjnych nie poddała się, nie uciekła do lepszych krajów (czytaj, np. Francji), tylko podjęła się edukacji i wychowywania młodych adeptów sztuki we własnym kraju.Była bezkompromisowa jeśli chodziło o jej spojrzenie na rzeźbę i sztukę w ogóle. Borykała się z wieloma problemami dnia codziennego, brakiem środków pieniężnych, dobrego lokum, ogrzewania, odzieży, często jedzenia. Niestety obce było jej także dbanie o higieniczny tryb życia,  pracy i relacji w związku. Niszczyła swój organizm  wypalając ogromne ilości papierosów i zażywając ogromne ilości tabletek z krzyżykiem, które źle wpływały na jej organizm. Starała się często ponad swoje siły pomagać swojemu mężowi, który oprócz kalectwa, był człowiekiem trudnego charakteru. Dbała jak tylko mogła o swoje jedyne dziecko,córkę Nikę. Jednym słowem, dla mnie jej postać była intrygująca i dlatego chciałam zagłębić się w jej życiorys. Kobieta fatalna, nieszczęśliwa, pogubiona a może zagubiona, w świecie gwałtownym, okrutnym i bezwzględnym.

Mimo, że książkę czyta się szybko, potrafi zainteresować, odkryć ciekawe wątki, to jednak najmniej mamy do czynienia z tytułową bohaterką i to było dla mnie rozczarowujące. Mimo rozczarowania uważam, że warto sięgnąć po tą książkę, dlatego że jest jedną z niewielu, która przypomina o tej rzeźbiarce.

wtorek, 6 lipca 2021

Co robić przed końcem świata - Tomasz Stawiszyński

 

Jestem słuchaczką audycji "Kwadransa filozofa" prowadzonego w pewnym radio przez Pana Tomasza Stawiszyńskiego, dlatego z radością sięgnęłam po jego książkę, w której to zamieścił wiele ze swoich felietonów. Czytając niektóre z nich jeszcze słyszałam jego głos, pozostałe odczytywałam po raz pierwszy. Wszystkie napisane stylem charakterystycznym autorowi, celnie, inteligentnie, refleksyjnie i oczywiście logicznie, rozważnie i zdroworozsądkowo. Zakres tych esejów jest dość szeroki, ale najczęściej osnuty na bieżących wydarzeniach, choć nie brakuje odwołań do charakterystycznych zdarzeń z przeszłości. Książka jest swoistą wyprawą po meandrach naszej codzienności, które autor z wprawą mądrego obserwatora, doświadczonego filozofa tłumaczy i pokazuje z różnych stron, często odmiennie od naszego spojrzenia. Autor nieśpiesznie i z dystansem analizuje, poddaje krytycznemu myśleniu, ćwiczy siebie i nas w rozumieniu współczesności krajowej i tej globalnej, "czasami politycznej, a czasami intymnej i egzystencjalnej." (str. 7) W swoich rozważaniach poszukuje "czegoś głębszego i  bardziej fundamentalnego" (tamże). Unika, jak sam mówi, dualizmu, bo ta droga przydatna jest tylko do produkowania konfliktów, albo konsolidowania zwaśnionych plemion, a tych pierwszych mamy obecnie aż nadto.

Autor w swojej  książce zwraca uwagę czytelnika na te aspekty naszego życia, które nam umykają, bo traktujemy je jako naturalne dla dzisiejszych czasów, na które nie zwracamy uwagi, bo jesteśmy nieuważni lub znieczuleni swoim zabieganiem. Uświadamia pewne, niby wiadome, sprawy, zdarzenia, fakty, które jednak mają głębsze znaczenie, szerszy wydźwięk. Nazywa i porządkuje sprawy niby oczywiste, ale na które nie zawsze zwracamy naszą uwagę. Wysnuwa wnioski, prowokuje do zmiany patrzenia na zjawiska spotykane na co dzień. Stara się pokazywać, że warto poszerzać swoje horyzonty i "nie grupować się wokół wąskich perspektyw." (str. 246) Motywuje do poszukiwań swoistego uniwersum, albo zatracania się w sporach tożsamościowych, czy niekończących się dyskusjach. Pobudza do rozważań w obszarze wiary tej szeroko pojętej i tej krajowej, zatwardziałej, wręcz betonowej, która nie dopuszcza do swoich haseł głoszonych od setek lat, myśli naukowej, wyników badań, osiągnięć nauki i techniki. Podkreśla szkodliwość uprawianej mitologi w przekazie kościoła katolickiego i zakłamywanie rzeczywistości. Omawia współczesne lęki, strachy, inklinacje, przekonania i skłonności nawet te zaprzeczające czemuś co zostało dawno udowodnione,opisane i sprawdzone.

 To w mojej opinii książka, po którą warto sięgnąć,czytać ją raczej powoli i w skupieniu, aby nie utracić ważnych przemyśleń, wskazań i wyjaśnień. To treści, które nakazują zatrzymanie się, zamyślenie, oddanie się lekturze bez pośpiechu. Warto też podyskutować z autorem, wejść z nim w polemikę, zwrócić mu uwagę, że miejscami nie udało mu się zachować obiektywizmu, że też poniosły go emocje, wyszły na powierzchnię jego poglądy, ale to tylko jeszcze bardziej mobilizuje do deliberacji.

Kończąc to lektura warta przeczytania, bo można treści w niej zawarte skonfrontować z własnymi poglądami na otaczający świat. Przekonać się, że filozofia uczy szerokiego i logicznego spojrzenia na wszystko co wokół nas.

piątek, 2 lipca 2021

Nikt ci nie uwierzy - Magda Knedler


 To jest książka, której czytanie boli, porusza wszystkie struny duszy. W moim odczuciu nie można przeczytać jej obojętnie, bo ma w sobie mocny ładunek bólu, szoku, niedowierzania. Czytałam tą książkę z wielkimi emocjami, tym bardziej, że autorka oparła swoją opowieść na historii, która wydarzyła się sto lat temu w miejscowości, która dzisiaj nosi nazwę Wleń.

"Nikt ci nie uwierzy" to obraz tego jak system, stereotypy, utarte schematy, brak równowagi w społeczeństwie, a wręcz wyrzucenie połowy tego społeczeństwa na margines doprowadził do sytuacji, kiedy ta słabsza strona a przez to często krzywdzona nie miała żadnych szans na pomoc. Kiedy kobieta w tamtym czasie zostawała bez opieki męskiego "opiekuna", np. owdowiała lub została osierocona, zostawała bez prawa "głosu", na łasce i niełasce innych mężczyzn. Jeśli nie znalazł się oddany opiekun to bywało tak, że nie miał się kto o nią upomnieć, stanąć w jej obronie, zatem stawała się bezbronna. Nawet jeśli działa jej się krzywda nikt jej nie wierzył, nikt jej nie wspierał, nikt nie chciał słuchać. Często same kobiety nie chciały się skarżyć, bo zostały już tak wychowane, aby być pokornymi, bezwolnymi, oddanymi woli jakiegoś mężczyzny,nie szukać pomocy. Takiego wychowania pilnowały oczywiście same kobiety matki, babki, guwernantki, etc. Tak więc zarówno wychowanie, schemat płci i status społeczny nie dawały szans na ratunek. Kobiety były na straconej pozycji, jako te zależne, bezwonne istoty, "rozhisteryzowane", "wyolbrzymiające" sprawę, nie mające pojęcia o życiu. Nie słuchano ich zdania, nie brano na poważnie, kiedy być może targane emocjami "plotły" jakieś "bzdury" o krzywdzie. Ich płeć wyznaczała kierunek ich traktowania, trzeba było nimi kierować, zarządzać, bo same bez wsparcia nic nie znaczyły, nie umiały dawać sobie rady w trudnych dziedzinach życia, mogły być żonami, gospodyniami, służącymi, które można było zignorować, zniewolić, zmusić, wedle własnej woli, zatem nie mogło być też mowy o krzywdzie.

"Było jak u Grimmów, Dorte, kiedy przeciwko księżniczce powstaje spisek różnych złych ludzi, którzy chcą ją pozbawić korony i wypędzić do lasu. Tyle, że on wcale nie chciał wypędzić, on chciał, żebyś została i na to patrzyła, patrzyła jak ci wszystko po kolei zabiera. Z każdym tak robił, nawet jeśli nie zawsze zabierał przedmioty należące do ciebie. Czasem zabierał po prostu ciebie, kawałek po kawałku, różne miejsca w mózgu, których nie mogłaś już używać tak, by on o tym nie wiedział." (str. 310) Autorka w swojej książce daje nam popis zobrazowania spirali zła, którą uruchomił jeden podstępny i przebiegły mężczyzna. Jednak ani ten mężczyzna nie był prostolinijnym przedstawicielem swojej płci, ani nie działał on sam. Autorka pokazała jak poddańcze wychowanie sprzyja takim zachowaniom. W tej opowieści to mężczyzna, choć był pasożytem, oszustem i po prostu podłym człowiekiem stał na wygranej pozycji, na dodatek wspierany przez innych mężczyzn. "Wpełzł" w pewną rodzinę, w której były tylko kobiety i omotał każdą wykorzystując jej słabości i wychowanie. Nie spoczął na laurach, bo swoje macki rozpostarł na kolejną, dalszą część rodziny, w której też zostały tylko kobiety, m.in. Dorte, która po śmierci ojca została majętną niepełnoletnią panienką, co przyciągnęło uwagę tego "łowcy okazji"  Nasza bohaterka choć wychowana w duchu równościowym a przez to świadoma tego co się wokół niej dzieje nie dała sobie rady z systemem. Jej ojciec "Przecież umarł. Nie było go już dłużej między nami i nie mógł reagować, a świat nie należy do martwych ludzi, lecz do żywych. Do żywych mężczyzn. I to ci żywi mężczyźni o nas decydują, to oni kształtują nasze życie swoimi własnymi wyborami. Swoim własnym przekonaniem, że wiedzą lepiej." (str. 204) 

Smutna opowieść, bo kobiety nie wspierały się, z wyjątkiem Dorte i jej guwernantki,dawały się wciągać w cierpienie psychiczne i fizyczne, nie wiedząc co z tym począć, jak się zachować. Były same ze swoim bólem, wstydem, krzywdą. Obrzucane inwektywami, bite, upokarzane, zapadały się w siebie, smutne, samotne, chore na duszy i ciele. Nie broniły się, bo nie umiały, nikt ich nie wspierał, nikt im nie wierzył, nikt nie słuchał. Nie wiedziały co jest dla nich dobre, a co złe, czy wolno im protestować jeśli robi im się krzywdę?

Można powiedzieć, że to dawno i że takie historie nie mogą mieć miejsca we współczesnym świecie, być może już nie w Europie, choć i tu byłabym ostrożna, ale nadal jest mnóstwo krajów, w których nadal kobieta traktowana jest jako towar, który można wymienić na krowę, albo stado kóz, która od urodzenia wtłoczona jest w życiową wąską ścieżkę przypisaną jej płci, która nie ma prawa, własności, głosu i szacunku. Niemniej ciągle trzeba być bardzo uważnym, słuchać i obserwować, aby i tam gdzie osiągnięto równość płci, np. w Europie, nie powrócono do tych strasznych prawideł i pomysłów. Bądźmy czujne i uważne, bo fanatyków i konserwatystów, którzy widzieliby kobietę tylko w domu, bez prawa głosu, jako maszynę do rodzenia dzieci, dbania o dom, itp. nie brakuje...