Szukaj na tym blogu

środa, 29 stycznia 2020

Borderline. Dwanaście podróży do Birmy - Grzegorz Stern


W tym miesiącu udało mi się przeczytać dwie książki z Półwyspu Indochińskiego. Pierwsza Wojciecha Tochmana o podróży do Kambodży, druga Grzegorza Sterna do Birmy. Każdy z nich opowiedział to co widział, w czym uczestniczył, pokazał ludzi i ich los, opisał trud życia na tych terenach. Tochman zrobił to z pozycji obserwatora, uważnego słuchacza oddającego czysty w wyrazie obraz umęczonych obywateli Kambodży, nie wyrażając żadnej własnej opinii. Stern z kolei opisał Birmę i jej mieszkańców z pozycji uczestnika, bywalca, rozmówcy i showman'a. Pochwalił się swoimi możliwościami, pokazał dojścia, wydawał sądy i opinie, narysował obrazy czasami wręcz surrealistyczne w wymowie. Zrobił to tak jak umiał i chciał. Pokazał czytelnikowi swoje wyprawy za różne kotary złożonej natury tego kraju. Dla czytelnika, który nie wnika w gęściejsze warstwy opowieści, nie interesują go szczegóły tylko grubsze kontury to książka "Borderline. ..." może być ciekawa, bo pokazuje kraj, o którym nie mówi się zbyt często w mediach. Autor opisał dokładnie etapy rozpadu Birmy aż po tu i teraz. Grzegorz Stern uczestniczył w codziennym życiu Birmańczyków na przełomie kilku lat, obserwując zmieniający się krajobraz społeczeństwa. Niektóre wyprawy mogły okazać się niebezpieczne dla niego, niemniej wracał, coś go tam ciągnęło. Autor nie całkiem przejmował się faktografią, czasem nie trzymał się dat, bardzo często wypowiadał swoje opinie, ukazywał Birmańczyków w ciemnym świetle, ale miał do tego prawo, bo to on sobie wymyślił taką konwencję. Może nie jest to w pełni tego słowa reportaż, ale posiada z niego dużo. U Grzegorza Sterna kluczem do jego opowieści jest demokracja, jej deformacje, wynaturzenia i udziwnienia. W Birmie demokracja była hasłem na ustach późniejszych dyktatorów, jest dzisiaj na ustach jej symboli zmienionych w zajadłych "obrońców" własnych interesów. W tym wątku można znaleźć analogię do Polski, bo historia, uciemiężenie, odzyskanie wolności, niesnaski, obrzucanie się populistycznymi hasłami, ciągnięcie w swoją stronę, brak zainteresowania życiem obywateli jest podobne, choć może występujące w innym natężeniu.

"Borderline. Dwanaście..." to ciekawa książka, której poszczególne wątki potrafią wciągnąć, mogą obudzić współczucie, ale też irytację. Przy czytaniu niekiedy miałam wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę, a czasem towarzyszyła mi złość. Współczułam ludziom, którzy są marionetkami rządzących i radzą sobie jak potrafią i muszą, bo jakoś żyć trzeba. Autor pokazuje też, że władza dla kolejnych własnych korzyści, oddaje pole do popisu firmom z zagranicy, te zaś np. wyburzają stare domy i kamienice, wyrzucając mieszkańców, aby zbudować nowe budowle. Jeszcze niedawno generałowie wpajali obywatelom, że obcy to wróg, a teraz korzystają na inwestycjach z obcymi. Mechanizmy są wszędzie podobne tylko czasem nazywają się Kambodża, innym razem Birma, Bangladesz, itd. Ot świat ekonomii niezrównoważonego rozwoju. Warto poczytać.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Tatuażysta z Auschwitz - Hether Morris


Książka Hether Morris, napisana jest przystępnym językiem, akcja jest wartka i obfitująca w różne zdarzenia, co wpływa na to, że czyta się ją szybko. Główny wątek opowieści wpisany w "świat" KL Auschwitz, naszpikowany jest sytuacjami, które mogą działać na emocje odbiorcy, ale są one krótkotrwałe. Opowieść kreuje też "fakty", że byli dobrzy oprawcy, że ludzie choć dostawali czasami karę, otrząsali się po niej i znowu starali się przetrwać kolejny dzień, daje obraz bliskich relacji, np. przyjaźni, dzielenia się posiłkiem, wspierania nawzajem w pracy, wykradania biżuterii i pieniędzy z "Kanady", możliwości szmuglowania jedzenia, itp. Ten wyidealizowany obraz obozu koncentracyjnego był możliwy, bo autorka wybrała drogę sfabularyzowania historii, której najważniejszym wątkiem jest miłość od pierwszego wejrzenia do grobowej deski. To opowieść o losie bohaterów, którzy rzeczywiście byli w KL Auschwitz, ale czytając warto mieć świadomość, że naprawdę nie miała ona szans się wydarzyć w opisanej formie ze względu na specyfikę miejsca. Niektóre wydarzenia były tak przekoloryzowane, że nawet dla niezbyt oczytanego w obozowej literaturze odbiorcy niewiarygodne. Osobiście miałam wrażenie, że główny bohater jest uprzywilejowany, własnym czarem zjednywał sobie ludzi po obu stronach drutów kolczastych, z łatwością pomagał wielu ludziom m.in.dając im jedzenie otrzymane zza obozu. Bardzo zastanawiające były możliwości schadzek, czasem intymnych z ukochaną. W książce były też nieprawdziwe informacje np. dostarczenie penicyliny ukochanej, (wtedy jeszcze jej nie było), wyjście cało z bloku, w którym główny bohater podlegał przesłuchaniu, mało prawdopodobny był także wątek Cilki, żydowskiej kobiety, którą wybrał sobie SS -man do seksu i był z nią ponad rok. Sam opis drogi do obozu głównego bohatera był oparty na współczesnej siatce połączeń kolejowych pomiędzy Słowacją i Polską. Rzuciła mi się w oczy też jedna nielogiczność, kiedy to główny bohater umówił się na sobotę przed południem z dziewczyną (wtedy wszyscy pracowali) a spotkał się faktycznie w niedzielę (jedyny wolny dzień od pracy w tygodniu). Takich nieprawdopodobnych rzeczy było kilka w książce, dlatego też nie polecam tejże czytelnikom szukającym prawdziwych zdarzeń z tamtego miejsca. To jest powieść obyczajowa i tak należy ją traktować.

Pokrótce o czym książka:
23 kwietnia 1942 roku dwudziestosześciolatek Lale, Żyd ze Słowacji trafia do obozu w Auschwitz. Zbiegiem okoliczności zostaje tatuażystą, z czym wiążą się "przywileje", z których korzysta. Pracy mu nie brakuje, zwłaszcza kiedy Niemcy zwożą Żydów z całej Europy. Lale to bardzo ofiarny człowiek, chce pomagać i robi to na różne sposoby. Na potrzeby pomocy stworzył nieomalże "siatkę kontaktów" w obozie i poza. Przemyca jedzenie, leki w zamian oddając zdobycze z "Kanady" uzyskane od przypadkowo napotkanych dziewczyn tam pracujących. Lale, co jest głównym wątkiem opowieści, zakochał się w Gicie i poprzysiągł sobie, że "Przeżyję i wyjdę stąd. Wyjdę jako wolny człowiek." (s. 30) .W obozie ginie się z wielu powodów, trzeba było mieć wyjątkowe szczęście, aby go przeżyć. Dlatego Lale i Gita to szczęściarze, bo oboje opuścili obóz i spotkali się po jakimś czasie poza nim. Poprzysięgli sobie miłość po grób i tak też się stało. To zasługująca na zachwyt a może i zazdrość historia, zwłaszcza, że miłość przetrwała wszystkie zawirowania życiowe. Lale po śmierci żony postanowił przekazać komuś swoją historię i wybrał właśnie autorkę.

sobota, 25 stycznia 2020

Lalka i perła - Olga Tokarczuk

 
Esej "Lalka i perła" jest niewielkim ale wymownym pokazem możliwości pisarskich Olgi Tokarczuk. Jej erudycja, wykształcenie, fascynacje i umiejętności oraz duchowość widać w każdym zdaniu. To metafizyczne i głębokie wniknięcie w lekturę książki Bolesława Prusa "Lalka". Swoiste rozłożenie jej na części pod kilkoma kątami i na kilku płaszczyznach. Jako uważna obserwatorka Olga Tokarczuk dzieli się z czytelnikiem swoim postrzeganiem książki Prusa. Jej niezwykle szerokie horyzonty rzucają nowe światło na bohaterów "Lalki", nadają im nowe znaczenie, ukazując ich nowe wymiary. Autorka tłumaczy czym jest powieść w ogóle ("Jest głębszym językiem komunikacji, ponieważ dotyka spraw, które z trudem dają się nazwać słowami. Powieść zawsze dotyczy przemiany". str. 15) i pokazuje w soczewce "Lalkę" Prusa. To proces, w którym następuje przemiana, przeobrażanie się, odnajdywanie w zbiorowości samego siebie . To opowieść symboliczna, nie pozostawiająca obojętnym czytelnika. Czytelnik uczestniczy w tym procesie, niemniej jest w nim na zasadzie gościa, zagłębia się w niego od czasu do czasu, wchodząc weń na tak długo na ile zdecyduje sam. Noblistka pokazuje dramaty bohaterów, robi analizę ich osobowości, prześwietla czytelnikowi ich motywy. Objaśnia ich znaczenie i wagę. Jednym słowem odkrywa świat "Lalki" na nowo tylko z głębszym i szerszym spojrzeniem.

Olga Tokarczuk swoimi przemyśleniami zachęciła mnie do ponownego przeczytania "Lalki" i spojrzenia wnikliwiej i dojrzalej na postaci książki.

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Tajemnica z Auschwitz. Prawdziwa historia - Nina Majewska-Brown


Zapewne podobnych wspomnień, jak zawarte w tej pozycji byłoby wiele, ale te zostały opowiedziane i spisane. Sama książka napisana jest pięknym językiem polonistki i udokumentowana pamiątkami udostępnionymi przez Muzeum Auschwitz lub córki bohaterki. Jest to opowieść zbeletryzowana, ale oparta na przeżyciach polskiej rodziny doświadczonej przez wydarzenia II Wojny Światowej, szczegółowo zaś dotyczy Stefani Budnik, bohaterki codzienności, żony, matki, gospodyni domowej. Opowieść spisała pisarka mająca na koncie kilka książek, ale towarzyszyła jej w tym jedna z córek bohaterki, Ewa, pomagały też osoby związane z Muzeum w Auschwitz (w 2010 roku córki Stefani przekazały Muzeum w Auschwitz kilka pamiątek po mamie), w którym są szczegółowe informacje o przejściach Stefani. W książce nie ma dokładnych dat, tylko przybliżone ramy czasowe, oznaczone porami roku, miejscami, itp, niemniej dołączone zostały dokumenty, które uzupełniają tę lukę. Jej niedola trwała od 28 października 1943 r., kiedy to została aresztowana i osadzona w więzieniu w Częstochowie, zaś po kilkutygodniowym śledztwie, 19 grudnia 1943 r. została przewieziona do obozu Auschwitz. W połowie sierpnia 1944 r. została przeniesiona do obozu Ravensbrück, skąd po dwóch tygodniach trafiła do podobozu Helmbrechts. W kwietniu 1945 r. Stefania wraz z innymi więźniarkami wyruszyła w dwutygodniowy "marsz ewakuacyjny" do podobozu Zwodau, co dokładnie opisała na skrawku pakowego papieru ołówkiem. 7 maja 1945 r. została wyzwolona przez armię amerykańską. Wróciła do  dzieci, a nie długo po niej do domu wrócił jej mąż.

Książka rozpoczyna się od opowieści Stefani o domu i jej szkolnych doświadczeniach, o pierwszej miłości, narzuconym małżeństwie i ukochanych dzieciach. Nakreślała przemiany jakie w niej zachodziły kiedy musiała zostać matką i gospodynią domową. Zwierzała się też z samotności w związku, o całościowych relacjach z mężem. Pokazywała też swoje stosunki z matką i siostrą. Czytelnik poznaje kobietę zaradną, oddaną ukochanym córkom, obowiązkową żonę, inteligentną kobietę, która utknęła w schemacie małżeństwa. Mąż Stefani był wielkim patriotą za co mu chwała i ordery, ale kompletnie nie umiał być mężem i ojcem, też wpisał się w schemat. Ten związek można uznać za przymusowy, narzucony decyzją innych, a który nikomu się nie przysłużył. Można im tylko współczuć, każde z osobna niezależne mogło mieć o wiele bardziej spełnione życie. Niemniej... Fakt jest taki, że żona została wzięta jako zakładniczka i pozostałaby w więzieniu do chwili kiedy mąż zgłosiłby się za nią, ale tak się nie stało. Mąż miał wyższe cele, a żona została wysłana do Auschwitz. Dalszych losów nie będę opowiadała, bo je warto przeczytać.
Może dopowiem tylko, że po powrocie do domu kobieta miała wyniszczony organizm, chore serce, nie miała zębów, wyglądała jak staruszka, miała głęboką depresję i nie było specjalisty, żeby jej pomóc. Jedyna rada lekarza to taka, że na smutek trzeba urodzić jeszcze kolejne dziecko, co stało się faktem. Jej dalsze losy nie napawają optymizmem, ale cóż każdy jakiś los ma. Bardzo podziwiałam jej hart ducha w czasie pobytu w obozie, jednak nie była nadczłowiekiem, potrzebowała pomocy, wsparcia, podreperowania zdrowia, o którym nie mogło być mowy w czasach powojennych.

Ta książka jest jak rwąca rzeka, kiedy wejdzie się w jej toń nie łatwo z niej się wydostać. Bolesna i rozrzewniająca, jest też niewiarygodna zwłaszcza ze względu na bohaterkę. Pozostanie mi bliska.

niedziela, 19 stycznia 2020

Odzyskać utracone - Katarzyna Kołczewska


Książkę choć zawiera duży ładunek emocji czytało mi się jednym tchem, nie chciałam pozostawić tej opowieści na dłużej, bo w naturalny sposób wciągnęła mnie w wir wydarzeń i losów bohaterów. Symbolicznie relacje matki i córek/córki są mi bliskie i wywierają na mnie większe wrażenie niż różne inne relacje.
Katarzyna Kołczewska przenosi czytelnika do Białegostoku lat powojennych, przeplatających się z wojennymi. Autorka pokazuje ludzi zmagających się z doświadczeniami wojennymi, przeżywających każdy na swój sposób prywatne dramaty, radzących sobie w nowej rzeczywistości. Tło jest gęste od ludzi i zdarzeń, dzieje się na dwóch przestrzeniach czasowych, wspomniane jest miasto z tego czasu i przybliżeni bohaterowie drugiego planu. Historia jest utkana zdarzeniami: bolesnymi, trudnymi, skomplikowanymi z osobami najbliższymi i dalszymi. Na pierwszy plan wychodzi historia rodziny, a zwłaszcza matki i córki.

Autorka snując tą opowieść podpiera się prawdziwymi zdarzeniami, które miały miejsce w jej rodzinie. W 1950 roku po dziesięciu latach wraca z Syberii Miranda, kiedy ją wywozili miała trzynaście lat. Wraca z nadzieją, że jej cierpienie zostanie osłodzone spotkaniem z rodziną i domem rodzinnym. Niestety żadne z jej oczekiwań nie znajduje spełnienia. Domu nie ma, a z rodziny została tylko matka z niepełnosprawnym synkiem, a jej bratem. Matka miała kilka lat, aby otrząchnąć się od nieszczęść, które na nią spadły, zaś córka chce się wszystkiego dowiedzieć, zrywać strupy, które już ładnie przyschły. Oczywiście trudno się dziwić jej potrzebom, sama wiele przeszła i chce zrozumieć co stało się tutaj. Miranda kocha swojego chorego brata a on w pełni odwzajemnia jej uczucie, są sobie nawzajem potrzebni. Matka kocha swoje dzieci, ale jednemu nie może już pomóc a drugie odrzuca jej pomoc. Córka zarzuca matkę oskarżeniami, ta nie zawsze radzi sobie z tym, choć stara się zrozumieć swoje dziecko. Miranda wygląda nie na dwudziestotrzylatkę, a raczej jak zmęczona trudami życia staruszka, matka ubolewa nad tym, ale zachęca córkę do wychodzenia z domu. Obie są niezadowolone z obecności tej drugiej, córka żałuje, że nie została na Syberii, a matka żałuje że Miranda wróciła. Ogrom kolejnych cierpień, żali, pretensji, obwiniań, które ranią, budzą uśpione demony, wyciągają przysypane sprawy znowu na światło. Nie umieją się na siebie otworzyć, pokazać swoich boleści, powiedzieć prawdy, choć byłaby najbardziej bolesna, te lata bardzo zmieniły obie i oddaliły od siebie. Jedynym spoiwem jest chłopczyk wymagający uwagi i troski. Tu znajdują środek, lecz czy to wystarczy, czy będzie trampoliną do dania sobie szansy.
Czy dla tych kobiet głęboko zranionych psychicznie i fizycznie jest jeszcze nadzieja? Czy ktoś im pomoże w odzyskaniu zaufania i miłości do siebie? Warto w mojej opinii przeczytać książkę, bo to nie jest ckliwa opowiastka, to historia, którą mogło napisać życie, splot historii, która zapewne podobna jest do wielu z tamtego czasu. Ta książka daje też nadzieję, że mimo poczucia utraty wszystkiego, wyczerpania psychicznego, zgniecenia emocjonalnego, zbrukania fizycznego, można się podnieść i żyć dalej, pomagać innym, wspierać w potrzebie, stworzyć sobie kolejny dom, żyć, tak po prostu. Wzruszająca, bo pokazująca jak wiele człowiek może zrobić dobrego i złego z tego samego powodu. Jak ludzie zmieniają się pod wpływem ciężaru i w którym kierunku zdążają. Obdarzyłam sympatią bohaterkę-matkę, bo podnosiła się po wielu okropnościach, które na nią spadały i choć nie ze wszystkim sobie poradziła to szła przed siebie. Była kobietą ulepioną z mocnej i dobrej gliny, swoją siłą obdzielała też innych.

Problemski Hotel - Dimitri Verhulst


„Wycinanie narządów płciowych to kultura. Niewycinanie narządów płciowych to cywilizacja. Człowiek jest ssakiem miłującym kulturę”.(str. 28)

Autor, aby opowiedzieć tą historię zamieszkał w belgijskim ośrodku dla uchodźców, mamy więc dokument, ale podany w sposób sfabularyzowany. W swojej opowieści wykorzystuje czarny humor, sarkazm, ironię, śmiech przez łzy, bo tylko tyle zostaje w beznadziei. Losy bohaterów tej książki są wstrząsające, upokarzające, bolesne fizycznie i psychicznie. Ich doświadczenia będą dręczyć ich przez kolejne lata życia, nie pozwolą spokojnie spać, dlatego drżą na myśl, że nie dostaną pozwolenia na pobyt w cudownym kraju, gdzie demokracja i wolność jednostki jest nadrzędna. Każdy w tym kraju może żyć zgodnie z wyznawanymi przekonaniami i wiarą. Niemniej, choć deklaracje są głośne i szumne to niekoniecznie prawdziwe i łatwe to realizacji. Ludzie, których przedstawia narrator i główny bohater Bipul Masli przeżyli wiele potworności w swoich krótszych lub dłuższych życiach, doświadczyli bestialstwa, biedy, zepchnięcia na margines. Wydali ostatnie pieniądze, aby w kontenerach, np. z pomidorami, albo innymi niewyobrażalnymi sposobami dostać się do raju europejskiego, kraju, w którym wolność i poszanowanie człowieka spływa po ulicach. I tu zaczyna się prawda, którą odkrywa Dimitri Verhulst, a mianowicie z jaką niechęcią czy obojętnością Belgia traktuje uchodźców. Ci ludzie, których opisuje Bipul Masali przybyli do Belgii, bo chcieli zobaczyć jak wygląda życie, nie wegetacja, czy ciągły strach, ale normalność, spokój, odrobina radości. Opowiedzieli swoje straszne historie urzędnikom w nadziei, że ci zadrżą ze zgrozy nad niesprawiedliwością i pochylą się nad tym ogromem nieszczęścia, które jest udziałem tych nieszczęśników. Niestety, ci urzędnicy, nie mają w sobie odrobiny empatii, mają za zadanie odrzucić jak najwięcej wniosków, zatem robią to na chłodno z przyczepionym uśmiechem.

Oczywiście można głośno krzyknąć, że Europa to nie gumowy balon, ale dobrze byłoby być w tym konsekwentnym i prawdomównym, nie stosować gierek, nie wykorzystywać czarnej Afryki do swoich celów, a potem odmawiać pomocy. Do opowieści autora pasuje przysłowie, że "syty głodnego nie zrozumie", a tym bardziej teraz kiedy różnica między bogatymi i biednymi jest tak duża.

Warto jeszcze wspomnieć co nieco o narratorze, który rozpoczyna swoją opowieść od ruchu migawki swojego aparatu fotograficznego celem zrobienia zdjęcia życia: „Chciałem je (dziecko) sfotografować umierające. Nie umarłe, bo to może przecież zrobić każdy” i uzyskać sławę i pieniądze. Ten początek i przedstawienie narratora pasuje do pozostałych historii, bo człowiek wyzuty z wyższych uczuć, nie będzie rozczulał się nad losem uchodźców, stąd jego ton i ironia w opowieściach pasuje do sytuacji.

Smutna, gorzka, zastanawiająca książka, która choć niewielka zwiera w środku duży ładunek.

Zaginiona księgarnia - Katie Clapham


Bardzo pięknie ilustrowana ciepła opowieść o książkach i miłości do nich, o ludziach, którzy choć obcy stają się bliscy i o próbie ratowania tego co przemija.
Autorka swoją opowieścią zachęca do bliskich spotkań z książkami, pokazuje jak są ciekawe i mogą stać się ważne dla ludzi w różnym wieku. Katie Clapham daje wiarę w ludzi i ich naturalną potrzebę bycia z innymi. Unaocznia też siłę ich wspólnego działania. Pokazuje bardzo wymownie całą paletę emocji, które udzielają się młodym czytelnikom. Bardzo pozytywna i wymowna książka.

Pani Minty właścicielka księgarni prowadziła cotygodniowe spotkania dla dzieci pod tytułem "Godzina z bajkami". Dziewczynka o imieniu Milly uwielbiała te spotkania i co tydzień stawiała się na nie z taką samą ciekawością. Milly dzięki pani Minty pokochała książki, zaś sama księgarnia stała się dla niej oazą spokoju i magii, a sama właścicielka jej mentorką. Po jakimiś czasie Milly zobaczyła i usłyszała zmiany w księgarni, które przypominały o upływie czasu. Pani Minty choć wiedziała nadal wszystko o książkach nie była już taka żwawa i silna jak kiedyś, zaś księgarnia traciła koloryt. Zasmuciło ją to, zapytała nawet mamę "Co się robi, jeśli coś jest stare i trzeszczące", na co usłyszała odpowiedź: "Cóż, trzeba się z tym obchodzić bardzo ostrożnie, żeby się nie zepsuło. Ale ostatecznie pewnie trzeba będzie to wymienić na coś nowego." (str. 17) To było wstrząsające dla Milly, bo odniosła tą informację do osoby Pani Minty. Była bardzo smutna, ale w następny poniedziałek poszła ponownie na spotkanie. Niemniej jej niepokój pozostał, aż pewnego dnia przerodził się w rzeczywistość, bo księgarnia została "Zamknięta z powodu nieprzewidzianych okoliczności", a po jakimś czasie pojawiła się kartka, że jest na sprzedaż. Milly była zrozpaczona, postanowiła narysować księgarnię marzeń i powiesić ją na drzwiach księgarni pani Minty, nie przeczuwała zapewne jakie to będzie miało znaczenie dla rozwoju sytuacji i dalszych losów księgarni.
Historia kończy się zaskakująco.

Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki - Jarosław Mikołajewski


Książka Jarosława Mikołajewskiego może wciągnąć w wir zawartych w niej uczuć i emocji, albo odepchnąć, wszystko zależy od postrzegania i czucia. To jest książka osobista, intymna, prywatna, obnażająca sekret, słabość i fascynację Jarosława Mikołajewskiego kobietą, piękną, zdolną, młodą. Autor jest zafascynowany Zuzanną Ginczanką, "zdezorientowany jej wieloznacznością. Rozjątrzony nią jak Antygoną i Hamletem, (...), pogodzony, a nawet uszczęśliwiony, uspokojony, że nigdy nie uda mu się jej złapać." (str 84) Autor skupił się na swojej fascynacji i poszukiwaniu wszelkich skrawków i drobiazgów, które z jego fascynacją mogą mieć coś wspólnego. Chwyta się każdej możliwości, aby znaleźć następny dowód jej istnienia. Po tak niedługim życiu, zwłaszcza w takich czasach, przemieszczaniu się, zmianie mieszkań, trudno o pamiątki po Ginczance, ale Jarosław Mikołajewski nie poddaje się, zbiera każde słowo, zdanie, krótsze i dłuższe wspomnienie i zapisuje. Podąża za świadkami, choćby takimi, którym udało się ją widzieć lub o niej słyszeć.Cieszy się każdym zdobytym okruchem, strzępkiem, jest w stanie pojechać na Ukrainę, do miejsc w których żyła,
Ta książka to zbiór wielorakich treści, bo są w niej listy do przyjaciela, rozmowy, scenariusz sztuki, są też wiersze, krótko mówiąc wszystko co dzieje się wokół Ginczanki. Ta książka to obnażenie słabości autorskiej, zauroczenie, które nie przemija i nie odpuszcza. Podążałam za autorem z respektem do jego nieugiętości i konsekwencji, bo ja  nie miałam tak w swoim życiu.
Ta książka nie jest ani wybitnym dziełem, ani nie odkrywa nadzwyczajnego geniuszu poetki, ale jest ciekawa, bo odważna, nietuzinkowa, autentyczna, szczera, bo autor dzieli się swoim nieprzemijającym zauroczeniem z innymi. Być może nie każdy czytelnik podzieli choć w części fascynację autora, ale warto książkę przeczytać, żeby zobaczyć, że ludziom przytrafiają się różne zauroczenia, nawet takie niedostępne, nierealne i trudne do pojęcia i że mają odwagę albo wręcz muszą o nich opowiedzieć.

środa, 15 stycznia 2020

Lem. Życie nie z tej ziemi - Wojciech Orliński


Wojciech Orliński napisał bardzo gęsto utkaną książkę o Stanisławie Lemie. Będąc jego wielbicielem autor oparł się na imponującej bibliografii, dodał zdjęcia i przywołał historie poboczne. Swojego bohatera ubrał w tak dopasowany garnitur, że jak dla mnie nie starczyło miejsca na oddychanie, szaleństwa czy zabawę, itp. Ukazany został Lem jako geniusz, futurysta, filozof, człowiek uduchowiony, szukający złotego środka mędrzec. Także wspaniały mąż i doskonały ojciec. Książka jest utkana gęsto i dokładnie, zaś na każdym kroku widać zachwyt autora nad inteligencją i niezwykłym umysłem Lema oraz jego wieloma umiejętnościami. Zapewne Lem taki był, ale mnie zabrakło życia, emocji, nieidealizowania, ale pokazania człowieka z krwi i kości. Lem potrafił być wspaniałym przyjacielem, ale potrafił też być kłótliwy, trudny, zaborczy. Zapewne też poświęcał dużo czasu swoim zainteresowaniom, mając miej czasu dla bliskich. Ten wspaniały człowiek miał swoje słabości,  głęboko skrywane wewnętrzne strachy.
Wojciech Orliński w początkowej fazie książki postanowił odnaleźć luki w życiorysie swojego bohatera wkładając w nie uzupełnienia z wielu pozycji o Lemie, a także swoje domysły i przypuszczenia, które czasami trącą napuszeniem. Książka jest też miejscami przytkana długimi cytatami z innych materiałów.
Myślę, że dla fanów Lema książka może być ciekawsza niźli dla czytelników nie znających jego twórczości i świadomie ją omijających. Jak na moje potrzeby jest zbyt sztywna, akuratna, wyidealizowana. Czytałam ją bez emocjonalnie tak jak została napisana. Choć bohater niezwykły z bardzo różnorodnym życiem to biografowi nie udało się stworzyć dzieła na jego miarę. Zabrakło życia w tym opisywaniu człowieka pełnego werwy, kipiącego pomysłami, wielu talentów i możliwości.

wtorek, 7 stycznia 2020

Pianie kogutów, płacz psów - Wojciech Tochman


Wojciech Tochman jak to ma w zwyczaju uderza w wysokie struny. Tym razem objeżdża Kambodżę, ogląda kraj biedy, traum, rezygnacji, niewolniczej pracy, szaleństwa, korupcji, dyktatu władzy i bogaczy.
Zaczyna od losu ludzi chorych psychicznie, którzy przez swoich bliskich są traktowani jak dzikie zwierzęta, siedzą w klatkach, obórkach, zamkniętych szopach, przywiązani łańcuchem do słupów. Brudni, niedożywieni, samotni, zostawieni swojej nędzy i chorobie. Ta opowieść jest tak straszna, że czasami wydaje się niewiarygodna, niemniej jest jednak prawdziwa, bo w tym kraju ludzie nie okazują i nie wyznają sobie uczuć, są dla siebie agresywni, nie przystępni, obojętni. Dlatego w tym biednym kraju ludzi chorych psychicznie spycha się na margines marginesu. W Birmie brakuje lekarzy, szpitali w ogóle, zaś psychiatrów i specjalistycznych ośrodków jest jak na lekarstwo albo wcale. Ci ludzie są skazani na straszne warunki a tym samym takie życie do końca swoich dni, nie ma dla nich nadziei. Czasami do wioski dotrze jakiś psychiatra pchany chęcią pomocy tym osobom, ale nawet wtedy nie wiadomo czy rodzina zechce podać leki.
Kolejne historie to migawki z różnych obszarów i skrawków życia ludzi.
Mamy opowieść o w bieda-domach i blokach, które to stały pozostawione i zaniedbane, ale biedni je zaadoptowali dla siebie. Obecnie stały się wartościowe, bo miasto zmienia się, napływa obcy kapitał, potrzeba miejsc pod nowe inwestycje, a te bloki stoją prawie w centrach miast, na drogich działkach.. Napływają zatem różnej maści "inwestorzy", wyrzucają ludzi z ich kwater, rzadko dając za to jakiekolwiek pieniądze. Nikt nie interesuje się ich losem, bo i tak żyją na marginesie trudniąc się np. zbieraniem śmieci, prostytucją, sprzedażą czegokolwiek za jakiekolwiek pieniądze, aby starczyło na trochę ryżu.
Są opowieści ludzi różnych płci, miejsc, zatrudnień, różnego wieku. To opowieści o trudzie dnia codziennego, niewyobrażanej biedzie, niesprawiedliwości, osamotnieniu, pijaństwie, przemocy wszędzie, braku okazywania sobie uczuć. O starych, chorych, kalekach, bezużytecznych "resztkach" ludzi, którzy z różnych przyczyn nie nadają się do pracy i są obciążeniem dla rodziny.
Z książki dowiemy się, że mimo głodowych zarobków opieka medyczna jest płatna i to bardzo wysoko, brakuje szkół, dlatego wiele osób to analfabeci. Analfabeci nie umieją niczego poza prostymi pracami, za którą dostają niewielkie pieniądze. Nie ma mowy o umowach, systemie emerytalnym, zasadach BHP w pracy, ubezpieczeniach społecznych. Pracują dopóki są sprawni i mają siłę, jeśli tracą te zdolności wyrzuceni są na margines. Wtedy nawet w domu rodzinnym nie znajdą wsparcia, bo dla najbliższych są wtedy tylko obciążeniem. Bieda i ubóstwo gna tylko za zaspokojeniem najniższych potrzeb: jedzenie i jaki taki dach nad głową. Jest też opowieść o historii z czasów Czerwonych Khmerów, kiedy to ludzie byli masowo mordowani za to tylko, że żyli w czasie przed Pol Potem. Jest opowieść o fotografie, który robił zdjęcia, chwilę przed śmiercią ludziom przywiezionym do więzienia S-21, wydał o tym książkę, zaś za wywiad żąda sporej kwoty. Jest opowieść starej kobiety o jej życiu w XX wieku, absolutnie poruszająca, pokazująca pustkę dosłowną i emocjonalną wokół człowieka.
Na koniec wracamy do chorych psychicznie, ponownie odwiedzonych przez lekarzy. Ta historia daje jakąś nikłą nadzieję, że jednak coś się w ludziach zmienia. Odchodzą strachy, lęki, zabobony, wiara w znachorów, bo oto leczeni bliscy zaczynają rozmawiać, przestają być skazańcami szaleństwa, wychodzą z cienia chorób. Rodzina uwalnia ich z klatek, ale wygrywają tylko ci, którzy dbają o nich, dają leki, jedzenie, ciepło. Niektórzy mogą się rozczarować, zawieść a nawet stracić życie. To wszystko jest nikłe, chore, bolesne.
Wojciech Tochman pokazał oblicze teraźniejszej Kambodży, której duchy przeszłości ciągle nie dają spokoju, bo czasy Pol Pota tkwią głęboko w głowach świadków albo w duszach następnych pokoleń. To książka tworzona z bólem i trudem reporterskim. To książka o potwornej krzywdzie zadanej narodowi i jej konsekwencji na wielu obszarach codzienności. To książka o skrzywdzonym narodzie, który nie może i nie umie wyjść z traum, który wciąż zadaje sobie nowe lub inne rany. To wyrwane Kambożdży skrawki historii, które i tak bolą dotkliwie.

wtorek, 24 grudnia 2019

Mali Bogowie - Paweł Reszka


"System jest wyżyłowany na maksa. Lekarze biegają od pracy do pracy, pielęgniarki, ratownicy. Nikogo już nie obchodzi, kto ile pracuje. Liczy się tylko to, żeby jakoś załatać dziury, braki kadrowe. Tak więc wszystko się zgadza, przynajmniej na papierze." (str. 234)

Paweł Reszka w tej książce pokazał wielowymiarowe oblicze służby zdrowia w Polsce. To spojrzenia i głosy z różnych stron, które pokazują, że "służba" zdrowia wcale nie jest służbą, a zdrowie najlepiej mieć, żeby jak najrzadziej z tej "służby" korzystać. Cały układ tej służby jest chory, dziwacznie i pokrętnie zorganizowany, z wieloma nierównościami i absurdami. Pacjent to zło konieczne, choć niezbędne, bo bez niego nie byłoby tej "służby", ale będąc jednocześnie przeszkadza. To bardzo skomplikowana materia, zapętlana i szkodząca sama sobie. To obraz niemocy, zależności, absurdu, chciwości i braku szacunku. Wśród większości głosów przewijało się niezadowolenie, pogoń za dyżurami, łapaniem dodatków, a tym samym pogoń za pieniądzem, przemęczenie, brak czasu dla bliskich, itp.

Paweł Reszka rozmawiał z wieloma lekarzami różnych specjalności, na różnych poziomach kariery, na różnych stanowiskach, kobietami, mężczyznami. Przytaczał fragmenty badań, raportów, informacji o służbie zdrowia.
Swoją opowieść o lekarzach rozpoczął od ich obserwacji, relacji i doświadczeń z pacjentami. Nie jest to relacja łatwa, nie należy też do przyjemnych. Pacjenci wykazują się zaborczością, uzurpacją, brakiem życzliwości i szacunku. Lekarze narzekają na nieuprzejmość pacjentów, coraz niższą jakość i roszczeniowość. Uważają, że ich prestiż spadł w porównaniu z tym sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu lat.  Lekarze też są tylko ludźmi i różne mają charaktery i zachowania. Często są zmęczeni, zawaleni robotą, mają za mało czasu dla pacjenta, mają kłopoty w domu, dolegliwości fizyczne, itd. Ich podejście pokazuje generalnie podejście człowieka do człowieka, a nie tylko lekarza do pacjenta. W mojej opinii zaczyna się od tego, że Polacy ogólnie nie są dla siebie życzliwi i brakuje im szacunku do siebie i siebie nawzajem. Przy takiej profesji dochodzą jeszcze skomplikowany i niewydolny system, brak pieniędzy na badania, itp. i wygląda to jak wygląda.
Zawód lekarza zaczyna się często od marzeń, lat wytężonej nauki, przygotowań, wyrzeczeń, a potem przychodzi rzeczywistość, zderzenie z wieloma ograniczeniami na studiach, na specjalizacji, z relacjami środowiska. Marzenia zaczynają blednąć na rzecz szarej rzeczywistości, zaczyna kiełkować zwątpienie.
Początek jest pełen zaskoczeń i to raczej z obszaru negatywnego. Przepisy, blokady środowiskowe, presja przepisów, częsta niemożność dostania się na wymarzoną specjalizację, niskie zarobki powodują pierwsze zderzenie ze ścianą. W kolejnej fazie pojawia się codzienność, pogoń za pracą, ciągłe doskonalenie, szukanie pieniędzy, brak czasu dla siebie i ewentualnej rodziny. Zmęczenie, ciągłe zmęczenie, znudzenie pacjentami, może nawet zazdrość, bo ciągle daleko do tych spijających śmietankę. Pojawia się też strach, bo "... w naszym zawodzie błędy kosztują wyjątkowo dużo. Boję się, że popełnię błąd z przepracowania. Bo jak się potem bronić?" (str. 227) Boją się: obsmarowywania w prasie, błędów popełnionych z przepracowania, z niedouczenia, odpowiedzialności za cudze życie. Mają swoje obserwacje i nie napawają ich one optymizmem. A do tego dochodzi system z jego skomplikowanymi procedurami, kruczkami, obostrzeniami, o których się nie mówi, ale trzeba je stosować. Co się opłaci, czego nie zlecać, w jakie zabiegi warto wchodzić, jakie omijać. Dlaczego stary człowiek i "Alzheimer" to problemy, których najlepiej nie przyjąć albo szybko wypchnąć poza system. Jaką rolę odgrywają firmy farmaceutyczne w tym chorym systemie, wspierają czy deprawują?
To "Boskie życie" ma swoje wyzwania i ograniczenia, wkręca w swoje tryby, z których trudno się wydostać, przyzwyczaja. Bycie lekarzem to nie tylko "boskość" i pieniądze to też często samotność, brak rodziny albo czasu dla niej, alkohol, narkotyki, bo czymś się trzeba podtrzymać i wzmocnić. Mam też wrażenie, że sami też się wkręcają w tą sytuację, wyznaczają sobie cele ponad swoje siły i możliwości, potem biegają od dyżuru do dyżuru, aby zarobić na ich spełnienie. Biegają żeby mieć więcej, żeby dorównać do najwyżej "postawionych", ta pogoń u niektórych nie ma końca.

Ta książka odkrywa rzeczywistość "służby" zdrowia w Polsce. Nie ma mowy o pozytywistycznych ideałach, jest system, w który trzeba się wpasować. Do treści zebranych przez Pawła Reszkę pasuje stare powiedzenie: "lekarzu lecz się sam".
To tajemnica poliszynela, bo choć nikt głośno nie mówi to wszyscy wiedzą, że aby ten system uzdrowić trzeba wpompować ogrom pieniędzy, zatrudnić lekarzy na umowy o pracę z rozsądnymi płacami. Trzeba by też dopuścić większą ilość chętnych do tego zawodu, bo lekarzy jest o wiele za mało. I tu pojawia się kuriozum, bo choć lekarze biegają od miejsca do miejsca, narzekają na niesprawiedliwości to właśnie dzięki takiej organizacji ten chory system jakoś się jeszcze trzyma. Gdyby mieli zadowalające pensje i nie biegali od placówki do placówki niektóre szpitale, POZ-y, opieki nocne, ratownictwo, itd. nie miałyby racji bytu, bo nie miałby kto w nich leczyć.
Jeśli nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze i do tego się wszystko sprowadza. Mamy biedne państwo i biedną opiekę medyczną. Tylko bogaci zawsze mają lepiej, bo stać ich na płatnych lekarzy.
Koń, jaki jest, każdy widzi i nikt nie będzie tego zmieniać, bo koń przestałby być koniem.

środa, 18 grudnia 2019

Między falami - Sarah Moss


Życie to wielki ocean przez, który płyniemy napotykając na mielizny, podwodne góry, wraki, rafy koralowe, ławice ryb i innych płynących w różne strony. Kiedy ocean jest spokojny płyniemy, unosimy się, delikatnie tylko angażując poszczególne niezbędne elementy. W chwilach spokoju i dobrostanu nie zastanawiamy się więcej niż to potrzebne, ot płyniemy, bez zbędnych refleksji. Kiedy wody zostaną zmącone, a nasz spokój zburzony, staramy się płynąć pomiędzy falami, robiąc co w naszej mocy, aby się nie poddać, dopóki starcza sił. Czasami jednak zdarza się, że sił zabraknie, ale może jest ktoś kto wyciągnie dłoń i wesprze, gorzej kiedy tej dłoni brak. Życie to przemieszczanie się pomiędzy ludźmi, zdarzeniami, zjawiskami, odległościami. Życie to wznoszenie i opadanie to spokój i szum, a my między tym.
Sarah Moss pokazuje człowieka pomiędzy falami myśli, emocji, uczuć, pomiędzy falami miłości, niepokoju i niepewności. W tej historii nagle wzburzona fala zalała spokój rodziny, zatrzymała ją w swoich kleszczach. Wystarczyła chwila, żeby ruszyła lawina niepewności, lęku, niemocy, frustracji, żalu. Co robić, jak sobie radzić kiedy życie najbliższej osoby jest zagrożone. Nawet jeśli nastąpi poprawa znowu może powrócić to najgorsze.

Wśród codziennej bieganiny, obowiązków, działań i zadań wydarza się nagle coś, co może zaważyć na życiu człowieka, zmieść go z powierzchni ziemi, a jego bliskich pogrążyć w rozpaczy. Wśród codziennych działań, często nie ma myślenia, że może zdarzyć się coś nieprzewidzianego i niebezpiecznego. Najczęściej biegniemy od zadania do zadania, myśląc lub mając nadzieję, że tak będzie zawsze. Niemniej czasem zdarza się jakieś zakłucenie, np. nagły wstrząs anafilaktyczny, niedotlenienie mózgu, zatrzymanie akcji serca, itp. i jeśli pomoc nie przyjdzie na czas czyjeś życie się zatrzymuje. Sarah Moss w codzienność rodziny wpisała nagłą zapaść u starszej córki. Opisała akcję ratowania dziewczynki, jej pobyt w szpitalu, powrót do domu i powolne wdrażanie się w zwykłość dnia. Opisała też towarzyszące zdarzeniu emocje pozostałych członków rodziny, zachowania, podejście do zagrożenia. Miałam wrażenie, że rodzice zawiesili się na dłuższy czas w lęku o życie dziecka, przestały bić ich serca, nie starczyło im miejsca dla siebie nawzajem. To skupienie na córce zamknęło małżonków na pozostałe bodźce wokół, trzeba było dłuższego czasu, aby znowu poczuli swoją bliskość, niejako wrócili do siebie.
Wokół głównej kwestii autorka pokazuje stan służby zdrowia w Anglii i podejście do pacjentów. We wplatanym wątku o katedrze Coventry ukazany został zaścianek szkolnictwa wyższego. Mamy też opowieści seniora rodu o próbie życia w innym nurcie, o stracie i smutku z tym związanym, który być może przenosi się na kolejne pokolenia.

Wciągnęła mnie ta książka, podobała mi się narracja, a umieszczenie mężczyzny w roli "opiekuna domowego ogniska" było dla mnie arcyciekawe. Główny bohater był dla mnie symbolem zmian i odpowiedzialności za rodzinę. To książka o miłości, oddaniu się najbliższym, nieustającej opiece fizycznej i emocjonalnej.
To nie jest zwyczajna proza, wymaga większej uważności i wczytania się. Jeśli odda się jej wciągnie bez reszty, ukaże głębie. Mnie przyciągnęła dodatkowo tym, że wiele zdarzeń w niej zawartych było naszym udziałem, wiele przeżyć, myśli, obaw i niepokoju podobnych. Adam stał mi się bliski, bo byłam kiedyś w jego roli. Ta książka trafiła w moje emocje, zrozumiałam przemyślenia, troski, i plany na przyszłość. Może czasami tego lęku i kłębowisk myśli było bardzo dużo, ale każdy z nas ma inaczej, niemniej lęk o dziecko jest chyba największym lękiem jaki staje się udziałem człowieka po urodzeniu potomka. Odpowiedzialność, troska i podejmowanie decyzji jest często nie łatwe, a dbałość o jego bezpieczeństwo to niewyobrażalne wyzwanie.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Dziewczyny Sprawiedliwe - Anna Herbich-Zychowicz


Kolejna książka Anny Herbich-Zychowicz przeczytana. Styl i poziom nie odbiegał od poprzednich pozycji z serii. Tym razem autorka skupiła się na kobietach i ich rodzinach, które ratowały Żydów w czasach dla nich najokrutniejszych, czyli podczas II Wojny Światowej. Czytam te książki, bo to jest kawałek historii opowiedzianej przez kobiety, które były, widziały i przeżywały. To świadkowie wydarzeń, uczestnicy życia, współtowarzysze niedoli. Te kobiety opowiadają swoje wersje, bez zbędnej gloryfikacji i wzniosłych czynów. Ich bohaterstwo było proste, codzienne, opierało się na zwyczajnej pomocy. Tylko, że ta pomoc niesiona w tamtym czasie miała ogromną wartość dla ratowanych i potworne niebezpieczeństwo dla niosących pomoc. Mimo niebezpieczeństwa podejmowano ryzyko i w tych opowiedzianych historiach to ryzyko opłaciło się. Warto podkreślić, że narażały na śmierć swoje rodziny, ale były nieugięte, odważne, zaparte w swoim postanowieniu. Dzieliły się tym co miały choć często był to okruch odjęty sobie od ust. Drżały ze strachu i z zimna. Czasem nie dało się wszystkim pomóc, niekiedy ktoś doniósł i cierpieli wszyscy, niemniej żadna z bohaterek nie powiedziała o pomyłce. Po wyzwoleniu kiedy odpuszczał stres czasem trudno było pojąć jak to się udało, a jednak. Za te bohaterskie czyny, za ocalenie istnień ludzkich zapisano ich nazwiska na wielkiej liście "Sprawiedliwych wśród narodów świata".

Opowieści w książce jest siedem, jednocześnie różnych i podobnych do siebie, czasem bardziej czasem ciut mniej, ale zawsze wzruszających, wartych przeczytania i oddania pokłonu za ich odwagę. To były czasy, które wyzwalały w ludziach niezwykłe pokłady odwagi, wielkoduszności i solidarności. Oczywiście nie zabrakło i tych, którzy denuncjowali, zabierali, zabijali. Niemniej książka skupia się na bohaterach pozytywnych.
Pierwsza bohaterka to Jadwiga, córka leśniczego, która razem z matką pomagała Żydom Przez ich dom przewinęło się kilkanaście osób jedni na dłużej, inni na krócej. Nikomu nie odmówili, niestety zapłacili za to najwyższą cenę. Doniosła na nich sąsiadka, Niemcy spalili dom i rozstrzelali ojca. Po wojnie skończyła szkołę i została muzykiem - perkusistką, grała min. z Mieczysławem Foggiem. Po wojnie odnaleźli jedyną ocalałą Żydówkę, której pomagali. Ta zgłosiła ich do Yad Vashem.
Druga bohaterka to Łucja, pochodząca z Międzyrzecza Podlaskiego. Pochodziła z wielodzietnej rodziny. W momencie krytycznym dla Żydów podjęła decyzję o udzieleniu pomocy swojej dawnej żydowskiej koleżance Beli i jej rodzicom. Bela najpierw przebywała w domu Łucji a potem przez jej brata została wywieziona do Niemiec, bo czasem najciemniej pod latarnią. Dzięki ich ofiarności przeżyła wojnę.
Trzecia to Irena, która opowiedziała bardzo ciekawą historię, bo oprócz wspomnień o uratowanej żydowskiej rodzinie opisała kresy polskie - miasto Borysław z szybami naftowymi. Bardzo ciekawa pokazująca wielokulturowość i atmosferę tamtych czasów.
Czwarta to Jadwiga, która wraz z rodziną pomogła uratować matkę i córkę Szlifersztajn. Opowieść ukazywała trud życia w okupowanej Warszawie i po wybuchu Powstania Warszawskiego. Opisywała też nie tylko jasne strony pomocy Żydom, chociażby ze względu na ludzkie charaktery, ciasnotę, brak żywności, itd. Czytając tą opowieść, miałam wrażenie, że codzienność ówczesna jest w dzisiejszych czasach trudna do pojęcia, ale ludzie nie poddawali się, byli mocni duchem.
Piąta bohaterka to Wanda, jej opowieść jest niezwykła, bo ona wraz z rodziną, a głównie z matką uratowały około trzydziestu osób. Ta skomplikowana opowieść jest wręcz nie do uwierzenia, ale zdarzyła się naprawdę. Opisywane wyczyny przy organizacji i pomocy Żydom były trudne do pojęcia. Na udekorowanie bohaterki w Yad Vashem przyszło dwadzieścia dziewięć osób, uratowanych przez tą rodzinę. To świadectwo niebotycznej odwagi i miłości do ludzi.
Szósta bohaterka to Marianna, pochodząca z wielodzietnej rodziny z miejscowości Piaski pod Lublinem. Ojciec był zaradnym człowiekiem, rodzinie powodziło się dobrze przed wojną. Po wybuchu wojny pomagała Żydom na wiele sposobów. Nosiła lekarstwa do getta, pomagała rodzinie Levinów. Przeżyła wiele niebezpiecznych sytuacji, śmierć braci, śmierć swoich podopiecznych, ale niczego nie żałuje.
Siódma bohaterka to Władysława, która miała biedne dzieciństwo bez ojca. Niemniej kiedy nastała wojna matka przyjęła pod swój dach dziewczynkę żydowskiego pochodzenia, Różę. Dziewczynka stała się tak naprawdę dla nich dzieckiem i siostrą. Po wojnie zjawił się po Różę stryj, który naobiecywał pomóc w jej kształceniu, na co z bólem serca rodzina Władysławy przystała. Przyszłość nie okazała się tak różowa. Niemniej po wielu latach panie się odnalazły i ze wzruszeniem padły w ramiona.

Te wszystkie opowieści chwytały za serce rozmiarem człowieczeństwa. Postawa tych bohaterek była wręcz niewyobrażalna. To dzisiaj dziewięćdziesięciokilkulatki, a wspominały te historie jakby wydarzyły się niedawno. Nadal są to dla nich ważne wydarzenia.

środa, 11 grudnia 2019

Prowadź swój pług przez kości umarłych - Olga Tokarczuk


To jak do tej pory pierwsza książka Olgi Tokarczuk, którą udało mi się przeczytać i to z zainteresowaniem. Poprzednie próby z jej innymi książkami kończyły się na około stu stronach, niemniej daję sobie i im jeszcze jedną szansę. Przypuszczam, że ta pozycja w porównaniu z poprzednimi jest "lekka" i może dlatego przeczytałam ją i to dość szybko. Temat mnie wciągnął, główni bohaterowie i sceneria okolic Kłodzka także. Według mojej opinii autorka ciekawie i plastycznie przedstawiła postaci książki odmalowując grubą kreską charaktery i zachowania. Wątki poruszone przez autorkę są mi bliskie i dlatego bardzo się z nimi solidaryzowałam i rozumiałam. Umiłowanie natury i zwierząt zawsze było i jest dla mnie istotne, a i o myślistwie mam podobne zdanie do przekonań bohaterki książki. Nie jestem zafascynowana astrologią, ale wątki z nią były interesujące, chociaż nie wiem czy były przepowiednią, czy usprawiedliwieniem czynów. Historia rozwija się powoli, autorka dokładnie opisuje zdarzenia i jego elementy. Aura książki jest mroczna, zaś świat wokół miejscami jakby pogrążony w letargu, od zdarzenia do zdarzenia, ale to tylko pozory. Sama bohaterka to z pozoru kobieta wycofana, ale w odpowiednich momentach potrafi uderzyć w wysokie struny.

Zasadniczo książka skupia się na przemyśleniach i działaniach głównej bohaterki Janiny Duszejko, która na emeryturze przeniosła się z Wrocławia do niewielkiej miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej. To wielbicielka zwierząt, wykształcona osoba, znająca świetnie angielski. To kobieta zaangażowana w niekrzywdzenie zwierząt, głośno manifestująca swoje poglądy, i stająca zawsze po stronie słabszych. To zapalona atsrolożka i fanka życia zgodnie z naturą. Ta kobieta przyciąga do siebie postaci podobne do niej, outsiderów, ambitnych, ale cichych specjalistów, kreatywnych i spokojnych, nie wychylających się z tłumu.
W miejscu, w którym bohaterka zamieszkała, z pozoru sennym, zaczynają się dziać trudne do pojęcia wypadki. Ludzie, którzy zajmowali wysokie pozycje w lokalnym społeczeństwie zaczynają umierać z nieznanych przyczyn. Zazwyczaj natyka się na nich Janina Duszejko lub ktoś z jej otoczenia. Bohaterka wyznaje teorię, że to zwierzęta mszczą się na złych ludziach, chcą wziąć odwet na tych, którzy je zabijali. Dzieli się tą teorią z innymi ludźmi, w szerszych kręgach zaczyna być postrzegana jako wariatka. Czy tak w rzeczywistości jest, warto przeczytać.

Ta książka to taki dzwon na alarm w obronie zwierząt. To zwrócenie uwagi na zachowania ludzi względem nich, na traktowanie ich bezrefleksyjnie, bez szacunku i troski. Polowania były uzasadnione w epoce kamienia łupanego, kiedy ludzie zdobywali pożywienie polując, bo nie znali i nie mieli innych możliwości, w dzisiejszym świecie nie musimy tego robić, mamy taki zalew dóbr na wyciągnięcie ręki i taką różnorodność, że kolejne cierpienia nie są potrzebne. Dla mnie ta książka była emocjonująca i wnosząca głos w ważnej sprawie. Polecam.

niedziela, 8 grudnia 2019

Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz - Filip Springer


Nie była to łatwa lektura, ale wciągnęłam się i dość szybko ją przeczytałam. Dotychczasowe pisanie Filipa Springera miało inną formę i tematykę, krążyło zazwyczaj wokół architektury. Przeczytałam kilka jego książek, w których właśnie budownictwo i jego znaczenie dla człowieka stanowiły clou. Opisywane przez niego historie były wnikliwe, uważne i dotykały istotnych problemów.  Pisał często o przemianach jakie zachodziły w Polsce po 1989 roku, sięgał też do działań mających miejsce w II Rzeczpospolitej. Jego dotychczasowe zainteresowania krążyły wokół jednorodnej osi tematycznej, mającej bardzo realistyczny wymiar może zmieniały się tylko czasoprzestrzenie, czasami pojawiali się ludzie.
Ta książka jest inna, po pierwsze to nie jest reportaż, to "smok dwugłowy", mieszanka reportażu i opowieści. Autor w oparciu o twarde fakty, np budowle, bohaterowie, książki, stworzył rzecz o poszukiwaniu czegoś mniej uchwytnego i kogoś skutecznie uciekającego. To chęć sprawdzenia i zapisania czegoś niematerialnego, ale mającego ogromny wpływ na zachowania ludzi. Powodowany opisem sprzed lat chciał sprawdzić czy ma odniesienia współczesne. Filip Springer, aby zebrać materiały do książki udał się do Danii, obserwował i spotykał ludzi, czasami z nimi rozmawiał, robił zdjęcia. Te czyny były po coś i dochodzimy wreszcie do sedna, bo autor powodowany lekturą książki Axela Sandemose "Uciekinier przecina ślad...." postanowił sprawdzić czy zjawisko opisane przez pisarza duńsko-norweskiego jeszcze oddziałuje na mieszkańców Danii. Tym zjawiskiem jest tzw. "Prawo Jante", czyli zbiór 11 opresyjnych stwierdzeń, które ułożył i zapisał w swojej książce w pierwszej połowie XX wieku.

Springer podzielił swoją książkę na cztery główne wątki: mosty, książka, Ole i podróż, które się przeplatają, dopełniają i wreszcie sklejają w całość. Mostów w Dani jest tak wiele jak wiele jest wysepek, rzek i wyobraźni ludzkiej, które należy połączyć, przybliżyć lub zrealizować. Każdy z nich ma swoją historię,  znaczenie, wyjaśnienie, zastosowanie, z niektórymi wiążą się też specjalne opowieści a nawet lęki. Mosty to też symbol porozumienia pomiędzy ludźmi lub jego brak. Wątek książki wiąże się z pierwszym egzemplarzem, który krążył  wśród mieszkańców miasteczka "Jante", i w którym to mieszkańcy zapisywali nazwiska rzeczywistych postaci na których wzorował się Sandemose. Springer szuka tej książki w rożnych instytucjach, ale dociera do nich za późno,ktoś go ubiegnie, nie zobaczy tego "białego kruka". W tym wątku przytaczane zostały fragmenty lub streszczenia książki Sandemose. W podróży towarzyszą mu różne osoby, opowiadają mu własne wątki powiązane z "Prawem Jante". Jedna z tych opowieści bardzo szczególnie mnie poruszyła. Była też opowieść syna Axela Sandemose, starszego pana, który porządkuje sprawy po ojcu. Kolejny to wątek Olego, w którym autor opisał swoją pogoń za mężczyzną, który dobrowolnie przeprowadził się do opresyjnego miasteczka i wiedzie tam spokojne życie. Jego niechęć do spotkania z autorem tej książki była jawna i konsekwentna. Autor poległ na tym wątku, bo obiekt nie odpowiedział na jego liczne prośby, e-maile dotyczące zaproszenia do rozmowy. Dlatego zostały autorowi tylko domysły i własne scenariusze czy założenia.

To jest nieco karkołomna książka, niemniej ma swoje zalety. Jest utrzymana w klimacie pustki, samotności, niemalże bezruchu. Zarówno tekst jak i zdjęcia pokazują brak ruchu, brak ludzi, tylko szarość, mrok i cisza. Kilka lat temu moja koleżanka była w Danii i powiedziała mi, że to co ją tam zaskoczyło to był brak kogokolwiek widocznego po zmroku, brak ruchu w domach, brak życia w ogóle. Z książki też wychodzi podobne stwierdzenie, bo choć okna są bez zasłon, to ludzi w domach nie widać, może są gdzieś przyczajeni, ale nie pokazują się światu zewnętrznemu.
Czytając poszukiwania i opowieści Filipa Springera myślałam o tym, że tego czego poszukiwał w Dani mógł równie dobrze poszukać w innym kraju, albo chociażby we własnym. Małe społeczności w wielu miejscach są podobne, nic im nie umknie, mają większą siłę rażenia zarówno pozytywnie jak i negatywnie. "Prawo Jante" to mentalność ludzka, przypisać je można do wielu miejsc i czasów.
Książka została zaprojektowana bardzo ciekawie zarówno styl i grafika przyciąga.

środa, 4 grudnia 2019

Na wskroś piękna. Historia Heleny Modrzejewskiej - Arael Zurli


To biografia znanej polskiej aktorki z dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku. W opinii żyjących w jej okresie była uznawana za piękną, dostojną i elegancką kobietę. Sama aktorka dbała o swoje ciało, kondycję fizyczną, detale w wyglądzie, makijażu i strojach. Dobierała repertuar, ubrania, pozy. Bardzo dużo się uczyła, była ambitna, perfekcyjna, szanowała swoją publiczność, dlatego cały czas rozwijała swoje umiejętności i możliwości sceniczne. Uczyła się dykcji, operowania głosem, języków obcych, itd. Była niezwykłą i odważną kobietą i artystką, bardzo wytrwałą, silną i niedopuszczającą słabości. Dla występów przed publicznością była gotowa na wiele. Czasem mimo wyczerpania lub choroby zbierała ostatki sił i wychodziła na scenę. Lubiła występować, to była jej pasja, miłość i życie i była w tym wyśmienita.
Żyła w nieślubnym związku, po kilku latach wyszła za mąż za szlachcica, urodziła dzieci. Wychowała dwóch synów, jeden z nich był znanych architektem. Była bardzo praktykującą katoliczką, dbała o rodzinę, ubogich i potrzebujących. Mimo nieustających przez około czterdzieści lat występów nie dorobiła się majątku, bo wtedy i gaże i praca aktora miała zupełnie inny wymiar i wartość. Część majątku straciła podczas przeprowadzki do Ameryki, czasem przez zerwane kontrakty, wiele pieniędzy szło na utrzymanie krewnych i przygarniętych osób, opłacenie służby i pomocników, a także stroje, które sama musiała sobie zapewnić do występów.  Jej życie było barwne, niezwykłe i ciekawe. Wiele podróżowała i wiele widziała. Pod koniec życia napisała też autobiografię. Witkacy, jej przyjaciel uważał, że byłaby też dobrą poetką. Miała wielu, znanych dzisiaj, przyjaciół, min. Henryka Sienkiewicza, który notabene był w niej zakochany, Ignacego Paderewskiego, który też darzył ją sympatią, Witkacego, Alberta Chmielowskiego, i wielu innych. Kobieta nietuzinkowa, nie bała się grać różnych ról, radziła sobie z zazdrością środowiska choć oczywiście uwielbiała przychylnych odbiorców. Kochała piękno, przyciągała piękno, sama była piękna. Miała szalone życie i stalową wytrzymałość mimo choroby zawsze gotowa grać. Była obecna na wielu płaszczyznach społecznych, międzyludzkich. Była patriotką, oddaną sprawie wolnej ojczyzny. Tyle skrótu z życiorysu.

Przechodząc do książki to napisana została monotonnie i akuratnie. Jej drobna rozmyta czcionkami przeszkadzała w czytaniu. Treść bardzo szczegółowa i gęsto utkana, czasami nużyła. Niektóre wątki zostały chyba rozmyte, choć w mojej opinii warto byłoby je uwypuklić. Generalnie wszystkie fakty zostały zawarte, ale płynęły równym i spokojnym nurtem. Nic nie zostało podkreślone, dlatego jest ona mniej ciekawa niż mogłaby być. Wydaje mi się, że autor napisał biografię zbyt zachowawczo, nie pokazał rasowej artystki, tylko posągową aktorkę. Nie czytałam innych jego biografii, ale ta jest mocno poprawna, bez emocji jakby Helena Modrzejewska nie miała innego życia tylko scenę. Jakby była bez emocjonalna, nudna, skupiona tylko na teatrze, a to nie prawda.

piątek, 29 listopada 2019

Poetka i książę - Manuela Gretkowska


Manuela Gretkowska, aby napisać książkę "Poetka i książę" skorzystała z listów, dzienników i innych dostępnych materiałów. Poetką była Agnieszka Osiecka zaś księciem Jerzy Giedroyć. Tych dwoje ludzi przez wiele lat utrzymywało ciepłą i intymną, utrzymywaną w tajemnicy relację, balansującą pomiędzy przyjaźnią i miłością. Aż chciało mi się dopasować do niej cytat, który mógłby być bliski tej relacji, wybrałam ten: "Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?" ("Niepewność" Adam Mickiewicz ). Ona w szarej PRL- owskiej Polsce, on w dystyngowanym i światowym Paryżu, ona młoda, wkraczająca w świat artystów, on mężczyzna w kwiecie wieku, który wiele przeszedł i przeżył, doświadczony literat, twórca "Kultury", całkowicie oddany pracy. Ona zafascynowana tworzeniem, w biegu, chaosie, uwielbiała być wśród ludzi, on piszący i czytający innych twórców w spokoju i w ciszy, w poukładanym świecie w Maisons-Laffitte. Ona otoczona wianuszkiem chłopaków i wielbicieli, on samotnik. Inne światy, ale uczucie nie wybiera, nie zna granic, ani odległości.

Manuela Gretkowska napisała książkę wymagającą, przede wszystkim skupienia. Fabuła jak warkocz przeplatana jest różnymi wydarzeniami, czasami, wspomnieniami lub byciem tu i teraz. Myśli naświetlają przeszłość i snują przypuszczenia, dialogi oddają część prawdy. Mnóstwo jest niedopowiedzeń, nawiązań, przeniesień, porównań. Zdania są czasami bardzo krótkie, urywane, jak myśli, które potrafią przeskakiwać z tematu na temat, ze sprawy do sprawy, itd. Na początku nie mogłam się połapać w tekście, musiałam wytężyć świadomość, aby zrozumień gdzie autorka jest w danej chwili, o czym lub o kim pisze. Po kilkunastu stronach udało mi się odkryć konstrukcję tych treści i było już łatwiej Wszystko pędzi, miałam wrażenie, że nie nadążam, ale wskoczyłam w ten nurt. Ta książka to tylko namiastka prawdziwego uczucia, to właściwie szkic albo preludium zachwytu między Agnieszką Osiecką i Jerzym Giedroyćem. To zarzewie trwającej wiele lat fascynacji. Wstępny zarys dający podwaliny do domysłów co do późniejszych wydarzeń.

Książka była dla mnie ciekawa, bo odmalowywała także środowisko paryskiej "Kultury". Pojawiły się nazwiska wielu istotnych intelektualistów i twórców literackich tego czasu: Zofii i Zygmunta Hertzów, Józefa i Marii Czapskich, Czesława Miłosza, Arthura Koestlera, Konstantego Jeleńskiego, Marka Hłaski, Andrzeja Drawicza, Andrzeja Jareckiego, Witolda Dąbrowskiego, słówko o rodzicach Agnieszki Osieckiej. Autorka w tej zgrabnej książeczce umieściła wiele postaci, miejsc i zdarzeń. Utkała skomplikowaną sieć emocji, połączeń, czasów, miejsc, pewnie nie łatwą w odbiorze, ale można spróbować.


środa, 27 listopada 2019

Kotka i Generał - Nino Haratischwili


"Rzuciłam" się na tę książkę motywowana dobrymi wspomnieniami po "Ósmym życiu". I dość szybko dostałam zadyszki, bo treść jest bardzo gęsto utkana z mnóstwem opisów z podwójnym ściegiem. Nie czytało mi się jej łatwo i "szybko", bo w mojej opinii niektóre treści były nadto rozciągnięte i zagęszczone. Czasem chaszcze opisów były tak gęste, że odkładałam książkę na jakiś czas. Za dużo powracania do przeszłości i myśli pobocznych, które zamazywały clou. Podeszłam stereotypowo, zamiast oczekiwać tylko książki oczekiwałam wyjątkowej lektury. W związku z tym rozczarowałam się, chociaż oczywiście ogólnie nie jest to nieciekawa pozycja. Może gdyby tak odjąć jej dwieście stron i skupić się na sednie sprawy to efekt byłby bardziej przystępny i wciągający.
Niemniej, o czym książka.
- Kanwą są wydarzenia, które miały miejsce podczas I wojny czeczeńskiej dziejącej się w latach 1994-1996, która zniszczyła ten obszar Rosji i uśmierciła wielu mieszkańców.
- O krzywdzie wyrządzonej młodej dziewczynie przez młodych chłopaków, którzy poszli na bój z jej społecznością.
- O sile wojny i jej napędzaniu ludzi do złego.
- O poczuciu winy i potrzebie rozliczenia oprawców.
- O sile i potrzebie zemsty celem uciszenia poczucia winy.
- O kobietach i mężczyznach, którzy przeplatają się w tańcu życia.
- O smutku i samotności.

Akcja prowadzona na dwóch czasoprzestrzeniach w roku 1995 i 2016.
Do głównych bohaterów lat dziewięćdziesiątych należą Nura Giełajewa i Osesek. Ona mieszkanka Czeczeni, młoda dziewczyna z głową pełną planów i młodzieńczych rozterek. Z dobrymi wspomnieniami ze szkoły i z chęcią samorozwoju na studiach. Potrzebą ucieczki od schematów i stereotypów wrzucających kobietę w ramy domowe. W tych marzeniach zastała ją wojna i pokonała, a właściwie zrobiło to kilku młodych rosyjskich żołnierzy, którzy bestialsko ja zgwałcili i zamordowali. I choć zostali za to ukarani przez wymiar sprawiedliwości choćby tym, że stanęli w ogóle przed sądem nijak się to miało do czynu. On mieszkaniec Moskwy, Aleksander, syn wojskowego. Rozbrykany, ciągle zmieniający zamiary, buntujący się przed ambicjami matki, która chce aby poszedł w ślady ojca. Kiedy wreszcie udaje jej się nakłonić go do zostania żołnierzem, Osesek zostaje wysłany do Czeczeni, gdzie przywódcy Rosji rozpętali wojnę.

W 2016 roku mamy trzech głównych bohaterów: Aleksandra Orłowa zwanego Generałem, Kotkę i Onno Kruka, byłego reportera, oskarżanego przez Generała za przyczynienie się do śmierci jego córki Ady. Jego ambicją jest napisanie książki o Generale. Ten pierwszy to rosyjski oligarcha mieszkający w Berlinie, do którego uciekł wraz z córką Adą. Człowiek naznaczony jakimiś trudnymi przeżyciami, przed którymi nie udaje mu się uciec i ich zapomnieć. Ma duże wpływy i znaczenie jako mecenas sztuki. Kotka to aktorka, Gruzinka, buntowniczka, samodzielna młoda kobieta, twardo stąpająca po ziemi, niezależna. Niewiarygodnie podobna do kogoś z przeszłości Generała.

Na obu tych płaszczyznach występują też inne postaci, pozostawiające ślad, rysę lub bliznę, ale nikną w ilości stron.

Clou: Generał zobaczył plakat sztuki z Kotką, a to zainspirowało go do namówienia jej do współpracy. Przekonanie jej zleca dawnemu znajomemu swojej córki, Onno. Kotka okazuje się jednak nieskorą do współpracy osobą. Do czego potrzebna jest Generałowi Kotka, kim jest Onno, jakie relacje zrodzi ich współpraca. Jaki będzie wymiar i finał współpracy. Tego można się dowiedzieć po przebrnięciu ponad sześciuset stron.

Ta książka niesie spory ładunek przeżyć i przemyśleń, pokazuje złe czyny ludzi z pozoru dobrych, ale zaplątanych w machinę wojenną, która sama z siebie nakręca potworności i usprawiedliwia niegodziwości. Niemniej Haratischwili w swojej dokładności i chęci opisania nader szczegółowo różnych elementów zapętliła się a przy okazji mnie. Choć akcja jest stopniowana, dłuży się i rozmywa ciekawość. Choć główny wątek jest haniebny i dramatyczny, przez nadmierne rozpisanie w mojej został rozcieńczony. Sam koniec mnie rozczarował i pozostawił niedosyt. Ot taka historia i inna Nino Haratischwili.