Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 2 listopada 2020

A żaby grały mi do snu... Wspomnienia lekarki - Maria Zoll-Czarnecka

 

Patrycja Cicha, żona wnuka doktor Marii Zoll-Czarneckiej, zauroczona jej opowieściami, wspomnieniami, gawędami, anegdotami postanowiła zebrać je i ubrać w książkę. Jej postanowienie zrodziło się "...z potrzeby ocalenia chociaż urywków, skrawków, fragmentów dzieła, jakim niewątpliwie było całe życie Marii Zoll-Czarneckiej,..." (str. 7) Chciała zachować świat babci dla młodych pokoleń, pozostawić obraz życia, którego już nie ma, a które było udziałem członka rodziny z wcześniejszego pokolenia.

Postać głównej bohaterki okazała się niezwykle ciekawa, barwna, "... skromna, doskonale potrafiąca obserwować świat i ludzi, energiczna i żywiołowa, tryskająca optymizmem, niepokorna, ale zawsze - pracowita i skłonna do największych poświęceń w imię tego, co najważniejsze." (str. 8) Także jej dom, rodzice i rodzeństwo nie należeli do tuzinkowych. Ciekawe koligacje rodzinne, tytuły szlacheckie, doskonałe wykształcenie, wysokie stanowiska, dwory, folwarki, szkoły dla dziewcząt i chłopców, klimat lat trzydziestych, zabawy i szaleństwa dziecięce. Dalej opowieści z najtrudniejszego czasu w życiu jej i jej rodziny, czyli z okresu II Wojny Światowej z tymi najtrudniejszymi momentami - śmierć braci i mamy. Te doświadczenia nie załamały jej, nie poddała się tym ciosom, dodatkowo pomimo ograniczonym środkom do życia skończyła studia medyczne i oddała się pracy na rzecz zdrowia dzieci, została pediatrą. Zżyta z rodziną i wieloma jej członkami, na początku lat pięćdziesiątych sama założyła swoją , wyszła za mąż za architekta, urodziła dwie córki. Wiecznie zapracowana, oddana sprawom zawodowym, pomocy biednym i potrzebującym, stała się też oddaną działaczką społeczno-polityczną w latach osiemdziesiątych. Niestrudzona działaczka na rzecz bezdomnych. Niezłomna kobieta, która uczestniczyła w budowie domu na ukochanych Mazurach. To niewątpliwie ciekawa osoba, niezłomna, z charyzmą, pasją i energią.

A oto głęboki i mądry cytat opisujący jej małżeństwo i życie. "Na Nowolipkach chyba nam się dobrze mieszkało i dobrze razem żyło. Mieliśmy bardzo dużo przyjaciół, z którymi często się spotykaliśmy. Często się bawiliśmy mimo tych trudnych sytuacji życiowych. Zawsze było u nas dosyć wesoło." (...) "Małżeństwo nasze uważam za udane. Na pewno było mnóstwo trudnych chwil między nami. (...) Były momenty bardzo trudne, były bardzo, bardzo szczęśliwe. Których było więcej? Chyba tych szczęśliwych. W małżeństwie wraz z upływem czasu rodzi się wspaniała przyjaźń. (...) Im się jest starszym, tym w małżeństwie jest lepiej." (str. 117)

Książkę czytało mi się łatwo i z zainteresowaniem, choć niezbyt długa zawierała duży ładunek informacyjny. Niemniej jest to książka napisana w sposób luźny, raczej amatorsko, tak jak autorka wspomniała na początku zawarła w niej wybrane najważniejsze gawędy, ocaliła najważniejsze wątki. Opowieści choć ułożone chronologicznie czasami cofały się w czasie lub wybiegały w przyszłość, były też powtórzenia i powroty do niektórych spraw. Dało się wyczuć, że snuła je osoba już w starszym wieku. Nie jest to ambitna lektura, ale przyjemna, pełna ciekawostek o świecie, którego już nie ma, z przekazem przyziemnych trosk i niedostatków, z codziennym problemami wynikającymi z otaczającej rzeczywistości, niemniej tchnące optymizmem, niepoddawaniem się trudnościom, zabawą, śmiechem i korzystaniem z każdego dnia. Sama autorka podniosła taką myśl, że to chyba te wszystkie trudy, które były udziałem jej i jej rodziny a także jej pokolenia motywował ich do wyciskania z życia wszystkiego czego się dało. Nie roztkliwiali się nad sobą, korzystali z tego, że żyją. I właśnie ten motyw niech będzie zachętą do zapoznania się z tą książeczką o człowieku, który całe swoje życie starał się być użytecznym i pomocnym.

piątek, 30 października 2020

Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki - Colson Whitehead

"Ziemia uprawiana przez Corę była kiedyś ziemią indiańską. Biali chełpili się skutecznością masakr, w których mordowano kobiety i dzieci, dławiąc ich przyszłość w kołysce. Skradzione ciała na skradzionej ziemi. To silnik, który nigdy się nie zatrzyma, z głodnym kotłem dokarmianym krwią." (str. 148)

"Kolej podziemna" to kolejny obraz podłości i okrucieństwa jakich człowiek dopuścił się w stosunku do drugiego człowieka. Pomysł na książkę ani nowy ani odkrywczy, raczej kolejny na przedstawienie bezdusznego wykorzystywania ludów ściąganych siłą z Afryki do niewolniczej pracy w USA. Byli niezbędni do stale narastającej potrzeby wzbogacania się białych mieszkańców tego "zacnego" kraju. Autor ustami jednego z bohaterów wyraża opinię, że Ameryka nie byłaby taka bogata gdyby nie praca niewolników. Nie ma co owijać w bawełnę, bogactwo wielu białych zostało zbudowane na upodleniu i wykorzystaniu tysięcy czarnych, ale jak to powiedział ów bohater Ridgeway (łowca zbiegów), skoro nie potrafili zadbać o siebie, uwierzyli białym to mają na co zasłużyli. Autor w swojej książce wspomniał także o Indianach, autochtonach tych ziem, którzy okazali się zbyt ufni w stosunku do białych za co przyszło im zapłacić utratą wszystkiego. Biali chcieli stworzyć swój raj, kraj, w którym będą wygodnie i dostatnio żyć i dążyli do tego konsekwentnie, wykorzystując do tego celu różnego rodzaju środki i zasoby.

"W Karolinie Północnej rasa murzyńska nie istniała, chyba że na końcu sznura." (str. 195) 

Autor opowiedział historię Cory, dziewczyny, która ucieka z plantacji bawełny. Owa plantacja miała niezwykle okrutnego właściciela, była dla mnie swoistym symbolem degeneracji klasy bogacącej się na niewolniczej pracy, okrutnej, zepsutej, wyzutej z empatii. Na drodze do wolności zdeterminowanej  Cory autor osnuwał różne poboczne sprawy, które bezpośrednio wiązały się z niewolniczym wykorzystywaniem czarnych. Pokazał kilka stron tego zjawiska, począwszy oczywiście od plantacji i ich właścicieli, dalej siatki i sposobów działania ruchów abolicjonistycznych pomagających czarnym, ale też różnice tej pomocy w różnych stanach. Naświetlił wątki około niewolnicze, zarządców, przemytników, łowców, prasę, nauczycieli i lekarzy.  

Być może ta książka była istotna dla odbiorców amerykańskich, stąd nagrody i wyróżnienia, dla mnie była dość dobrze napisaną książką, wciągającą, ale nie wnoszącą zbyt wiele wiedzy. Nie jest to książka, która mnie czymś zadziwiła, pobudziła emocjonalnie, mimo zawartych okrutnych scen, bo temat jest znany i przetworzony wielokrotnie. Nowym zjawiskiem był dla mnie wątek tytułowej kolei podziemnej, która odegrała rolę w pomaganiu czarnym uciekinierom z południowych plantacji, niemniej w mojej opinii nie był wiodącym. Zabrakło czegoś głębszego, bardziej zaskakującego, dominującego? Ogólnie można przeczytać.

*Używa słowa czarny zgodnie ze słownictwem książki, kiedyś było ono w powszechnym użyciu.

poniedziałek, 26 października 2020

Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości - Swietłana Aleksijewicz

"Widziałem człowieka, któremu grzebano dom na jego oczach...(...) Myśmy grzebali ziemię... Ścinali, zwijali ją wielkimi płatami... Uprzedzałem panią... Nic bohaterskiego... (...)Zakopywaliśmy las... Piłowaliśmy drzewa na półtorametrowe kawały, pakowali w celofan i wrzucali do mogilnika. Nocą nie mogłem zasnąć. (...) Żywe warstwy ziemi... Z żukami, pająkami, larwami... (str 104)

Swietłana Aleksiejewicz napisała książkę o Czarnobylu, zebrała wiele głosów, żołnierzy, cywilów, mieszkańców pobliskich okolic, dzieci, kobiet, przedstawicieli władzy, nauki, społeczników. Próbowała zapisać ich odczucia, widzenie tragedii w Czarnobylu, ich doświadczenia, ich przeżycia. Szukała odpowiedzi na pytania, .min. dlaczego tak a nie inaczej przebiegał cały proces decyzyjny, ratowniczy związany z wybuchem elektrowni, dlaczego dopiero teraz ludzie zaczynają powoli przecierać oczy i uświadamiać sobie co tak na prawdę miało miejsce, zaczęli myśleć inaczej o tym co wydarzyło się w 1986 roku. Autorka nie odkrywała tajemnic, nie opisywała wątku wybuchu jako takiego, powróciła do uczestników tych wydarzeń i przeniosła na papier ich głosy. Skupiła się na ludziach i ich przeżyciach, ich emocjach i stratach. Chciała pokazać czytelnikom drugą stronę Czarnobyla, od strony człowieka, który był blisko, który tak czy inaczej był uczestnikiem, świadkiem, niezdającym sobie sprawy z tego faktu odbiorcy. Pokazała, że to wydarzenie, ten wybuch był najstraszniejszy w historii tamtego stulecia, bo nagły, niezapowiedziany i mający skutki dla całego świata, które znamy do dziś. I to jeszcze nie koniec, bo sarkofag się rozszczelnia. To nie była wojna, bo nie było jej widać, przeciwnik był nieuchwytny gołym okiem, ale tym bardziej podstępny. W swojej książce zawarła wypowiedzi, wspomnienia i opowieści ludzi o całym spektrum zdarzenia i jego skutkach. Skutkach w skali mikro i skutkach tych największych, bo ta katastrofa rozsypała w pył największe imperium na ziemi.

A jakie były początki, chaos, wielki chaos i zacieranie śladów, poszła w ruch propaganda, szukanie wrogów i winnych, udawanie, że nic się nie dzieje, kłamstwa, wielkie kłamstwa. Wysłano tam ludzi, nie pytając ich o zdanie, mieli jechać i ratować, a co? Dostali karabiny, ale do kogo mieli strzelać do fizyki, rentgenów, cząsteczek? Dostali łopaty i miotły, ale jak mieli nimi sprzątać to co leżało wokół elektrowni po wybuchu reaktora? Wysłano ich bez specjalnej odzieży, masek ochronnych, obuwia, tak jak przyjechali tak działali. Ci którzy przeżyli śmiali się, że wysłano ich "...z łopatą na atom." (str. 92) Jak zwykle gasili pożar w tajemnicy, obarczeni odpowiedzialnością, okłamywani, pojeni hektolitrami wódki i czym tylko się dało. "Po co macie wiedzieć? Wykonujcie rozkazy. Tutaj jesteście żołnierzami. Żołnierzami, ale nie więźniami." (str226)  Sami też nie dociekali, nie roztrząsali, bo człowiek radziecki, zrywa się, odrzuca własne dobro i idzie ratować ojczyznę.

Potem prosili o zwyczajną śmierć, nie czarnobylską, ale widzieli ją, byli jej uczestnikami. Wysyłano ludzi, którzy nie myśleli o sobie, nie wiedzieli jak o siebie zadbać, nie słuchali mądrzejszych, bo ich zabrakło w tym miejscu, zakneblowano ich, zastraszono. Robili pracę przeznaczoną dla maszyn i robotów płacąc za to najwyższą cenę. Umierali w straszliwych męczarniach, nawet jeśli przeżyli to nadawali się głównie na parady, ale nie do zakładania rodzin, nie mogli już płodzić dzieci, kobiety nie mogły rodzić, a jeśli rodziły to chore dzieci, którymi musiały się zajmować same. Na państwo nie można było liczyć, ono tylko wręczało medale, i kazało siedzieć cicho. Karmiło obietnicami i bieda ideami, ale tak to już jest z tym ludem, bo to taka mentalność umysłu. "W naszej kulturze myślenie o sobie jest przejawem egoizmu. Słabością ducha. Zawsze się znajdzie coś większego od nas. Od naszego życia." (str. 147) "Skrzyżowanie więzienia z przedszkolem - to właśnie jest socjalizm. Radziecki socjalizm. Człowiek oddawał państwu duszę, sumienie, serce, a w zamian dostawał kartkę żywnościową." (str. 152) Nasz człowiek nie potrafi myśleć tylko o sobie, o własnym życiu, być takim układem zamkniętym. Nasi politycy nie cenią ludzkiego życia, ale sami ludzie też nie. (...) Tak już jesteśmy urządzeni. Ulepieni z jakiejś innej gliny. (str. 226)

Jednak zaczęły zachodzić zmiany w postrzeganiu, myśleniu: "Czarnobyl nas uwolnił. Uczyliśmy się być wolnymi...(str. 150) Kiedy zaczęły umierać dzieci ludzie oczekiwali pomocy od swojego potężnego kraju, niestety tego już nie było, zresztą nie było go nigdy, to była bańka sztucznie nadmuchana propagandą. Jedno ze wspomnień dotyczy zachowania naukowców niemieckich, którzy pomagali w fabryce "niedaleko". Kiedy nastąpił wybuch, zażądali informacji, lekarza, odesłania do domu, strajkowali, "wysyłali depesze do swojego rządu", żądali natychmiastowych działań pomocowych. Walczyli o życie, bo to naturalny instynkt człowieka, ale nie radzieckiego, bo to urodzeni i wyuczeni ofiarnicy. "To jest jakaś forma barbarzyństwa ten brak strachu o siebie... Zawsze mówimy "my", nigdy "ja". "Zademonstrujemy radzieckie bohaterstwo", "Okażemy radziecki charakter". Całemu światu! Ale tutaj chodzi o "ja"! Ja nie chcę umierać... Ja się boję" (str. 257) "Nasz naród i tak zawsze żył w strachu - rewolucja, wojna. Ten krwawy wampir... Diabeł! Stalin... Teraz - Czarnobyl... A potem się dziwimy, dlaczego ludzie u nas są tacy.  Dlaczego nie są wolni , dlaczego boją się wolności? Przecież dla nich bardziej naturalne jest życie pod berłem cara. Cara ojczulka. (str. 155) Pomoc nadchodziła z zagranicy, ale bano się jej, nie ufano, bo to przecież wrogowie, tak wpajano im przez lata. Czasami otrzeźwiała propozycja ratowania dziecka, otwierali szeroko oczy, że obcy pomaga, a swój odwrócił wzrok, schował głowę w piasek, nie pierwszy to raz, ale teraz już to wiedzieli.

Takie wychowanie radzieckie czyniło ludzi poddanymi totalnie, szli na bój, gotowi oddać życie, nie pytając jaki jest cel, wykonywali rozkaz. To wychowanie od pokoleń, wyssane z mlekiem matki, przygotowane by służyć niewidzialnym ideałom mogło budować góry i zasypywać rękami reaktor. I tak właśnie robili, wszyscy, tylko władza wiedziała co się dzieje. "W sytuacji zagrożenia awarią jądrową czy atakiem jądrowym instrukcje nakazują przeprowadzić natychmiast akcję profilaktyczną wśród ludzkości - podać preparat jodowy. (...) A tutaj było ... Trzy tysiące mikrorentgenów na godzinę!... Ale oni boją się nie o ludzi, tylko o władzę. To jest kraj władzy, a nie ludzi. Priorytet państwa nie podlega dyskusji. A życie ludzkie ma zerową wartość. (str. 248) Władze mają odpowiedź: - "Nie mogliśmy dopuścić do paniki..." (str. 236)

Autorka zaczęła swoją książkę od opowieści żony strażaka, który gasił pożar po wybuchu reaktora numer cztery w elektrowni atomowej w Czarnobylu. To opowieść przepełniona miłością, bólem, powolnym odchodzeniem ukochanego. To opowieść o bezgranicznej opiece nad ukochanym, o oddaniu siebie drugiemu człowiekowi, o tęsknocie. Zakończyła swoją książkę pieśnią żałobną żony likwidatora, żony, która kochała swojego męża ponad życie, która widziała każde stadium umierania swojego ukochanego, która była z nim do ostatnich chwil, która odeszłaby razem z nim, ale ma jeszcze dziecko prawie dorosłe, ale poczarnobylskie, które nieustająco potrzebuje jej pomocy. Te obie opowieści są powalające emocjonalnie, bolesne, bo najprostsze i najprawdziwsze. Takie właśnie są tragedie, nawet te największe najbardziej dotykają jednostki.

Ta książka okazała się dla mnie petardą a jej siła będzie promieniować. Autorka przez swoją książkę uświadamia co stało się 26 kwietnia 1986 roku, czego byliśmy świadkami, czego doświadczyliśmy, co było naszym udziałem. Jej przekaz jest bolesny, poruszający czułe struny, pobudzający wspomnienia z dzieciństwa (bo stałam w kolejce po płyn Lugola, oczywiście za późno). Ta książka to przestroga na przyszłość, ale czy ktoś o niej myśli?

sobota, 24 października 2020

Bieguni - Olga Tokarczuk

"Świata jest za dużo. Należałoby go raczej zmniejszyć, a nie poszerzać, powiększać. Należałoby go znowu zatrzasnąć w małej puszce, w przenośnym panopitkum, i pozwolić nam zaglądać tam tylko w soboty po południu, gdy codzienne prace zostały już wykonane... Niestety jest już chyba za późno. Zdaje się, że nie pozostaje nic innego, jak nauczyć się bez końca wybierać." (str. 68) 

"Świata jest za dużo, lepiej więc skupić się na szczególe, nie na całości."
(str 301) 

Właśnie na tych szczegółach stara się skupić Olga Tokarczuk, chce pokazać to co zazwyczaj nie przyciąga naszej uwagi, czemu zazwyczaj się nie przyglądamy, nad czym się nie zastanawiamy. Zwłaszcza w dzisiejszym wielkim świecie, w którym wydaje się, że nie ma czasu na drobiazgi warto pochylić się nad lekturą tej książki. Warto poświęcić jej czas, bo on też jest tematem tej książki, ulotny, niezauważalny, niemierzalny, ten odczuwalny, różny, inny. "Czas wszystkich podróżnych to wiele czasów w jednym, całą mnogość. To czas wyspowy, archipelag porządku w oceanie chaosu, to czas, który produkują dworcowe zegary, wszędzie inny, czas umowny, południkowy, więc niech nikt nie bierze go zbyt poważnie." (str. 62)

Wpadłam w bieg tej książki, wkręciłam się w jej wir, zaglądałam w jej zakamarki, przemieszczałam się po miejscach mało odwiedzanych. Wnikałam w dusze, zaglądałam we wnętrza, tropiłam znikanie, ucieczki i powroty. Bieg i poszukiwanie, ciągła podróż w znane i nieznane rejony to dla mnie sens tej książki.

" ... każdy dystans jest sam w sobie nieskończony, każdy punkt otwiera kolejne przestrzenie nie do pokonania, a że każdy ruch jest złudzeniem, wędrujemy w miejscu." (str. 147) "Bieguni" to książka o ruchu i jego formach, o podróżach i ich rodzajach, o przyglądaniu się światu z różnych miejsc. O poszukiwaniu odpowiedzi, o potrzebie zachowania na dłużej czegoś i kogoś. To opowieść o ludziach, którzy mają potrzebę przemieszczania się, wyruszania w nieznaną przestrzeń, doświadczania i przeżywania niewiadomych. To opowieść o współczesnych nomadach, dla których przemieszczanie się jest formą życia, nie potrzebują obudowywać się trwałymi konstrukcjami, nie obciążają się zbytnio rzeczami, aby w każdej chwili móc wyruszyć. Starają się być minimalistami, skupiają się na detalach. Biegną, jadą, płyną, lecą, bo przecież formy podróży w dzisiejszym świecie nie mają ograniczeń. Ale to nie tylko podróże w sensie dosłownym to też podróże w głąb siebie te dosłowne i te w przenośni. "Moje życie spędziłem w podróży, podróżowałam do własnego ciała, do własnej odciętej kończyny. Sporządziłem najdokładniejsze mapy. Rozebrałem badaną rzecz według najlepszej metodologii na czynniki najpierwsze. Zliczyłem mięśnie, ścięgna, nerwy i naczynia krwionośne. Wżywałem do tego własnych oczu, ale wspierałem się także bystrzejszym wzrokiem mikroskopu. Wydaje mi się, że nie pominąłem żadnej najmniejszej części. Dziś mogę zadać sobie to pytanie: czego szukałem?" (str. 239) Olga Tokarczuk to wizjonerka, z szacunkiem do natury, która nie patrzy przez pryzmat jednostki, ale przez zbiór. Pokazuje otaczający nas świat, dla którego nie mamy szacunku, który zatraciliśmy w odmętach sieci, zawiłości współczesnych układów korporacyjnych, nowoczesnych systemów zarządzania i logistyki. Oddaliśmy prostotę we władanie skomplikowanych i niezrozumiałych powiązań, ale zaczęliśmy się w tym gubić i zatracać. Niektórzy to widzą, uciekają, aby pozostać wolnymi, żyjącymi w zgodzie ze światem, całym światem.

 "Bieguni" w formie i konstrukcji przypominali mi "Dom dzienny, domu nocny", bo tu też Olga Tokarczuk łączyła długie opowieści z krótkimi przemyśleniami, przeplatała niby nic nie znaczące zdania z wywodami. Splatała, przewijała, łączyła, zszywała, dawała upust swojej wyobraźni, wiedzy i niezwykłej umiejętności i stworzyła kolejną niebanalną książkę. Wiele opowieści dotyczy ludzkich poszukiwań, podróży w głąb siebie, albo w poszukiwaniu czasu lub przestrzeni. Bohaterowie próbują odnaleźć miejsce tylko dla siebie, albo w którym znajdą odpowiedzi na dręczące ich pytania. Nic nie ma tu oczywistego, nie ma tu nic powiedzianego wprost. Jest magia drobiazgów, zwłaszcza tych niezauważanych, codzienności tej pomijanej. 

Dla mnie książka magiczna, ważna, odrzucająca chaos wielkiego świata, którego jest tak dużo wokół nas, że nie dostrzegamy tych najważniejszych fragmentów życia, tego co najbliżej. Przegapiamy istotność prostoty i ważność bycia w ekosystemie. Chcemy być czymś lepszym, ważniejszym, być nowoczesnym, jednocześnie zapominając, że na Ziemi nie jesteśmy sami, zapominamy, że należy dbać o wszystko i wszystkich, bo inaczej i my zginiemy. To książka, która dotyka tego co na marginesie, co wydaje się niewyraźne i nieistotne. Czego nie dopuszczamy do siebie w codziennym zapędzeniu a co stanowi istotę. Być to nie tylko mieć to solidaryzować się z innymi wokół, to dzielić się i dbać o otoczenie.

poniedziałek, 19 października 2020

Dżentelmen w Moskwie - Amor Towels

 "Dżentelmen w Moskwie " to pokaźnych rozmiarów książka o arystokracie rosyjskim, któremu za sprawą sądu przyszło żyć w najlepszym, moskiewskim hotelu, Metropol, w czasach największych, krwawych przemian i czystek w Związku Radzieckim. "Czerwony terror" szalał, zaś główny bohater mieszkał w miejscu, do którego docierało niewiele z rzeczywistości, żył życiem z bajki, pośród zewnętrznej burzy miał w hotelu oazę spokoju i dobrobytu. Innymi słowy żył na bogatej wyspie w morzu biedy.  Mam kłopot z tą książką, bo choć autor operuje zręcznie słowem, ma wyobraźnię, to książka mnie nie porwała. Być może czytając tą książkę trzeba się wznieść na wyżyny wyobraźni, odrzucić świadectwa historyczne i fakty, zawierzyć tylko i wyłącznie pięknu słowa. Też nie do końca, bo choć słowa piękne, to bardzo ich dużo, akcja, monologi, działania głównego bohatera wyciągnięte ponad miarę. Niektóry fragmenty dłużyły mi się, niektóre trąciły banalnością, a nawet miejscami myszką. Niewątpliwie książka okazała się dla mnie przesłodzona i oderwana od rzeczywistości, co może nie byłoby niczym złym w innych miejscach i czasach, ale nie w ZSRR Stalina. Jakoś nie mogę tego pogodzić z historią. Poza tym arystokrata, ukarany zamieszkaniem w najlepszym hotelu, to bajka.W tamtych czasach takich jak hrabia skutecznie się pozbywano. Podsumowując ładnie wydana, może być ciekawa dla wielu czytelników, dla mnie za dużo treści i fantazji.

Skazaniec to hrabia Aleksander Rostow, arystokrata, erudyta, światowiec, dżentelmen z nienagannymi manierami, pomieszkujący w różnych europejskich miastach, mający różne znajomości. To człowiek rzeszy przymiotów, opisany w w samych superlatywach. Przyczyną skazania na dożywotnie uwięzienie w Metropolu było napisanie przez niego antyrządowego wiersza. Hrabia zostaje zakwaterowany na szóstym piętrze w niewielkim pomieszczeniu. Jednak należał on do osób, które nigdy się nie poddają, nie tracą dobrego humoru i rezonu. "Osadzony" zaczął wręcz "nieme panowanie" nad hotelem. Ma w nim wszystko czego człowiekowi z wyższych sfer potrzeba, od usług do przyjemności. Ma tam swoich oddanych ludzi, poznaje też kolejne jak się okaże ważne dla siebie osoby, żyje życiem niezwykłym. Swoim ujmującym sposobem bycia oczarowuje otoczenie, swoim obyciem i manierami zdobywa serca i zrozumienie, swoją umiejętnością przystosowywania się do różnych okoliczności zaskakuje. Jest zawsze i dla każdego kulturalny, życzliwy i pełen szacunku, jest mentorem, przyjacielem, kompanem. Można odnieść wrażenie, że hrabia nie jest więźniem, niemniej autor od czasu do czasu, zdawkowo przypomina o tym. 

Mimo tak wielu stron autor nie zadał sobie trudu pogłębienia uczuć Rostowa, jego sytuacji osobistej, trudu wychowywania córki w takich specyficznych warunkach. Książka wydaje się powierzchowna, dotykająca jedynie opuszkami palców czegoś co jest gdzieś pod powierzchnią. Wzbudza uśmiech, ale niewiele poza tym.

Podsumowując, jest to bohater, który wzbudza sympatię, zainteresowanie, zazdrość, że można być takim ideałem, dobrym i oddanym człowiekiem. Z drugiej strony całość jest tak odrealniona, wzniesiona na wyżyny fantazji, że trudno mi było spokojnie ją przyjmować. Monotonia i jej obszerność nie przydały jej mojej przychylności. Ogólnie warta przeczytania, zwłaszcza jeśli potraktować ją jak metaforę, piękne złudzenie, w najgorszych czasach, jakie człowiek zgotował człowiekowi. Ta książka może dodać otuchy, bo opisuje idealnych ludzi, w cudnej, sielskiej atmosferze, nie poddających się przeciwnościom, wręcz wzmacniających się wzajemnie w trudnym położeniu. Warto spróbować, ale zapewne opinie będą różne na jej temat.

środa, 7 października 2020

Dzięki za każdy nowy poranek - Halina Pavlowska


 Książka jest niewielka, choć zawiera ponad dwadzieścia lat z życia bohaterki. Jest to ciekawa, na swój sposób opowieść o życiu dziewczynki, dziewczyny, kobiety w Pradze w latach burzliwych dla tego miasta, jak i dla całego bloku socjalistycznego. Autorka trochę żartobliwie, trochę groteskowo opisuje swoją rodzinę - najbliższą i dalszą, swoje dorastanie, swoje towarzystwo, sytuację w szkole, pierwsze miłości, szkołę średnią, itd. Opisała problemy z dostaniem się na studia, prace dorywcze, zabieganie o chłopaków. Niby nic bardziej naturalnego, ale wszystko to działo się w czasach, kiedy liczyło się należenie do organizacji związkowej albo do partii, przynależność klasowa, "zasługi" dla ojczyzny. Kiedy wysłanników organów bezpieczeństwa można było spotkać wszędzie. Kiedy można się było wybrać za granicę, ale głównie wschodnią. Kiedy marzyło się o fajnych ubraniach, butach, muzyce i innych kolorowych drobiazgach, bo ich brakowało. Kiedy ludzie bardziej dbali o zapasy w spiżarni niż zbytki.

Autorka z charakterystycznym dla Czechów humorem pokazuje życie w latach 60-tych, 70-tych i 80-tych. Pokazuje codzienność jaka była udziałem jej i jej bohaterki. Nakreśla stosunki rodzinne, różnice kulturowe i materialne między członkami rodziny. Opisuje barwnie i soczyście gościnę w jej domu dla zjeżdżających dość często członków dość licznej rodziny z Republiki Ukraińskiej. Książka jest zabawna, ale myślę, że ze względu na zdarzenia, których dziś już mało kto pamięta, dla niewielu. Ludzie nie chcą i nie potrzebują wracać do tej historii, po której zostały echa i to nieprzyjemne. Dodatkowo znajomość i zrozumienie naszych południowych sąsiadów nie jest łatwe i wielce pożądane. Niemniej ja miałam przyjemność z jej czytania, bo lubię literaturę naszych sąsiadów.

wtorek, 6 października 2020

Joseph Conrad i narodziny globalnego świata - Maya Jasanoff

 

Książka okazała się ciekawa w formie i treści. Autorka opisała życie Józefa Konrada Korzeniowskiego i zrobiła to przeplatając biografię z treścią jego książek oraz opowieściami o własnej podróży do miejsc, w których był bohater. Udało jej się także oddać ducha czasów, miejsc i zdarzeń, w których żył, bywał i tworzył bohater książki. Pokazała jak wydarzenia z przeszłości ukształtowały naszą rzeczywistość. Naświetliła to co zrobili kolonizatorzy europejscy reszcie krajów pozaeuropejskich i jakie to przyniosło konsekwencje. Maya Jasanoff oczami Josepha Conrada pokazuje zmiany jakie zachodziły w szerokim świecie na przełomie XIX i XX wieku. Niektóre nawet dotykały go bezpośrednio, bo był ich wrażliwym obserwatorem, widział ich koszt, wysiłek ludzi, którzy najbardziej zostali obarczeni tymi zmianami, niebezpieczeństwo, niesprawiedliwość i wyzysk w skali dotąd niespotykanej. W mojej opinii książka jest bardzo udana, bo autorka naprawdę była zafascynowana swoim bohaterem, odzwierciedlała jego życiorys pokazując jednocześnie co i jak miało wpływ na jego twórczość. Pokazała też jak wiele Conrada jest w jego bohaterach, jak wiele czerpał ze swoich morskich doświadczeń. Conrad nie zawsze był rozumiany przez środowisko angielskiej literatury, niemniej miał też swoich fanów i naśladowców, począwszy od krytyków, po młodych pisarzy, którzy uważali, że operuje innowacyjnym sposobem snucia opowieści, że stosuje rodzaj literackiego impresjonizmu. Zdecydowanych fanów miał za to za oceanem. 

Konrad był niezwykłym człowiekiem, choć pochodzący z Ukrainy, bez dostępu do morza, sierota, postanowił zostać marynarzem. Pomógł mu wuj, który sfinansował jego wyjazd do Paryża i naukę w tym obszarze. Konrad nie miał łatwo w dzieciństwie, co zapewne miało wpływ na jego charakter, zachowania, podejścia do różnych spraw. Zmagał się ze swoimi demonami, smutkami, depresją, rozterkami, statusem uchodźcy i "obcego". Uciekał, czego efektem była dwudziestoletnia kariera marynarza. Był człowiekiem zdolnym i wykształconym, znał języki, uważam, że był ambitny i przekorny. Wydawał się też rozdarty wewnętrznie, bo z jednej strony marynarz, pracujący ciężko i biorący na siebie inne trudy dalekich wypraw, z drugiej pisarz, który dostrzegał istotę ludzi, ich emocjonalne problemy, zależności i konflikty.

Conrad pisał w swoich książkach o docieraniu w niektóre rejony świata "cywilizacji" z jej dobrami, ale również albo nade wszystko, negatywnymi skutkami. "Hipokryzja, samolubstwo i chciwość triumfowały nad uczciwością i ciężką pracą. Społeczność ulegała rozbiciu. Ludzie nie dotrzymywali przyrzeczeń. Tragedia polegała także na tym, że "ciemna i utajona cecha ludzkiej natury (...) nie leży w nas tak głęboko pod powierzchnią jakbyśmy radzi to sobie wyobrażać". (str. 155)  Najbardziej poruszył mnie rozdział dotyczący Afryki i wyprawy Conrada do serca Wolnego Państwa Kongo, które stało się źródłem ogromnego dochodu dla króla Belgii Leopolda II min. z pozyskiwania kości słoniowej oraz kauczuku. Kongo stało się jednocześnie sceną cierpienia dla tubylców, zostali niewolnikami, wykorzystywanymi, karanymi, przymuszanymi do wyczerpującej pracy. Ludzie, którzy wysłani byli aby "negocjować" z tubylcami transakcje współpracy tak naprawdę oszukiwali niepiśmiennych czarnoskórych. Negocjatorzy oszukiwali, ponieważ mówili o obopólnym interesie, a jednocześnie dawali miejscowym do "podpisu" dokumenty, których nie umieli odczytać, niemniej  zgadzali się na oddanie suwerenności po wsze czasy ziemi oraz zgadzali się "wspierać" "...pracą lub innymi sposobami" (str. 182) stowarzyszenie. Działając w ten sposób wysłannicy króla przejmowali kraj bezkrwawo eksploatując go doszczętnie. Pod przykrywką filantropijnych działań król ...ukrywał "grabież na ogromną skalę. (str. 184) Wolność była rozumiana jako spełnianie zachcianek przez króla i jego zarządców, którzy łupili kraj bez ograniczeń, stosowali terror, uczyli bezprawia, okazywali okrucieństwo, wykorzystywali ludzi tubylczych do wszystkiego na co przyszła im tylko ochota. Mieszkańcy WPK umierali masowo z powodu morderczej pracy, byli zgładzani za najdrobniejsze uchybienie, eliminowani bez konsekwencji jako podludzie. W "Jądrze ciemności" autor ukazał najgorsze zdziczenie białego człowieka, "gdzie systematyczne okrucieństwo wobec czarnych jest samą podstawą administracji" (str. 218). 

Myślę, że autorce udało się ukazać, że czasy Conrada były tym kołem zamachowym dla rozwoju globalizacji ze wszystkimi konsekwencjami. Autorka potrafiła zainteresować i przekonać mnie do swojego bohatera, wciągnęła w jego dylematy moralne, emocjonalne i egzystencjalne. Przypomniała jak ważny i niezwykły był to twórca, jak postrzegali go współcześni i jakim cieszy się zainteresowaniem dzisiaj.

poniedziałek, 28 września 2020

Bezmatek - Mira Marcinów


 "Wszystko, co się wydarzyło między mną a matką, wydarzyło się na wieczność, teraz już to wiem. Choć to zdanie topi się we własnej głębi." (str.249)

To książka to wyznanie, wspomnienie, tęsknota, to wyraz miłości, przywiązania i ciągłości. To opis miłości tej najważniejszej, najbliższej, najprawdziwszej i najtrwalszej. To opis miłości, o której nie pisze się zbyt często, bo i po co, jest taka oczywista. To opis miłości najpierwszej i ostatniej. "Moja wielka, szalona, zachłanna miłość do matki. Z tych niewielu miłości, o których w ogóle warto mówić." (str. 132) Tak rzadko się o niej pisze i mówi, bo jest taka naturalna, nierozwiązywalna, wieczna, w każdym ze światów. Niemniej kiedy jej zabraknie, na którymś ze światów, kiedy zostanie po niej pustka, co robić, jak sobie z nią poradzić, nikt nie zapełni jej braku, rozpadliny, grząskich bagien, pustyni. Nie ma mocy, aby ukoić ból po stracie matki, "Bo nie ma nic ohydniejszego na świecie niż to, gdy człowiek umiera drugiemu człowiekowi." (str 103) Zwłaszcza tak bliski i potrzebny i nie zawsze to oznacza bliskość dosłowną, fizyczną, ale uczuciową, symboliczną, energetyczną, empatyczną. Pozostaje żal o szerokim spektrum, bo bliska strata zawsze pozostawia ból, rozpacz, ciemność, krzyk, że przecież "Nie była w wieku umieralnym."(str. 110). Na pewno są inne wielkie żale, np. śmierć dziecka, ale to tylko inny rodzaj bólu, straty, też bliski, nieutulony. "Moja mama nie żyje. To jest wyznanie." (str 184) i na tym koniec, pozostaje brak, tęsknota, bo nie można już do niej zadzwonić, bo nic już nie podaruje, ni miłości, dotyku, dobrego i złego słowa. "Gdy umiera ci matka, to jest takie uczucie, jakby wyrywano ci wnętrzności - te z klatki piersiowej - gołymi rękami, a trochę jednak gorzej." (str. 177)

Na śmierć nie ma dobrego momentu, zawsze jest zaskoczeniem, podłością, niesprawiedliwością. "W dzieciństwie ciągle myślałam o śmierci matki, żeby mnie nie zaskoczyła. Tak się tego bałam. Gdy w końcu przestałam o tym myśleć, wtedy umarła." (str. 141)

Mira Marcinów opisała relację jedyną i nie powtarzalną, jej różne stadia, wzloty i upadki. Nie owijała w papierek kolorowy tego co było szare, niemniej wszystko było bliskie i znane. Jej opowieść i styl tej opowieści przypomniały mi o najważniejszych uczuciach, przypomniały o moich korzeniach, o moim continuum, o tym gdzie mam swoje źródło. Wzruszająca książka.

piątek, 25 września 2020

Urobieni. Reportaże o pracy - Marek Szymaniak

 

To jedna z takich książek, które wciągają w swoją treść, nie pozostawiając obojętnym, poruszają i zostają na dłużej. To książka, która daje szerokie spojrzenie na problem i pozostawia z konkretnym ładunkiem wiedzy. Autor wykazał się umiejętnością przejścia od jednostki do szerszego kontekstu sprawy. Opisał patologie, które mają miejsce w relacji pracownik - pracodawca, mały i słaby - wielki i silny, zastraszony - wszechmocny, samotny w starciu z siłą pracodawcy - mocny, siłą swoich pieniędzy i władzy. Autora nie widać jest słuchaczem, który spisuje opowieści ludzi i robi to bardzo umiejętnie i mądrze, skupił się na historiach swoich bohaterów, na ich losie, na spiralach, w które wpadli, aby mieć pracę i utrzymać się na powierzchni. Tak dobrał swoich rozmówców, aby pokazać czytelnikom jak wiele jest wypaczeń w obszarze pracy w Polsce (umowy, czas pracy, bezpieczeństwo, zarobki, normy, wsparcie). Nakreślił tło prekariatu, który wciąż dotyka w Polsce wielu pracowników, jego skutki dla jednostki i otoczenia. Rozmawiał z pracownikami, którzy pracują w miastach, mniejszych miejscowościach i pokopalnianych terenach. Opisał historie Polaków, którzy wyjechali za pracą do Anglii i ich różne losy, a także Ukraińców, którzy przyjechali do Polski szukać zarobku dla siebie i swoich bliskich. Pokazał przykład zarządzania w fabryce przez zagranicznych a potem przez polskich menadżerów. Pokazał firmy, w których ludzie traktowani są jak w obozach pracy i różne podejścia dwóch krajów do nich. Rozmawiał i wysłuchiwał przedsiębiorców tych pro i tych anty pracowniczych, pokazał szefów, którzy szanują podwładnych i uważają, że nic by bez nich nie osiągnęli i takich, którzy traktują ich jak wyrobników i konieczne zło. Nie zapomniał o związkach zawodowych w firmach, ich roli i odbiorze społecznym. O roli państwa względem pracowników i pracodawców. Aby zrozumieć sytuację na rynku pracy w Polsce, jego genezie i konsekwencjach, rozmawiał też z profesorem Andrzejem Szahajem, filozofem, profesorem nauk humanistycznych. 

W tej niewielkiej książce wykazał cały przekrój grzechów polskiego rynku pracy, jego szerokie otoczenie i czynniki mające wpływ na jednostajny dyskurs proliberalny, który stoi murem za pracodawcą, pozostawiając pracownika samemu sobie. Autor starał się pokazać, że skutki neoliberalnej gospodarki mają wpływ na człowieka, realnego, który ma swoje życie prywatne, który chce zaspokoić swoje potrzeby i swojej rodziny, który często pracuje ciężko i dużo w zamian otrzymując niewiele. Marek Szymaniak pokazał, że pracownik to człowiek z krwi, kości i emocji, który zasługuje na szacunek, empatię i życzliwość oraz godne warunki pracy i płacy.

Koniec był niejako "plastrem miodu" na wszystkie reportaże związane z traktowaniem pracowników, z ich dolą, brakiem wsparcia i pomocy, zmaganiem się z codzienną niesprawiedliwością. To głosy ludzi, którzy zarządzali ludźmi jako menadżerowie lub właściciele firm i którzy wykazali się empatią propracowniczą.

Aleksy Uchański: "...rozumiem, że jeśli ktoś zarabia 3 tysiące złotych miesięcznie, to przychodzi do pracy o 9.00 i chce wyjść o 17:00. Za takie pieniądze nie uczynią z pracy dominanty swojego życia. Tak wiele widzę utyskiwań na pracowników w ustach pracodawców, tymczasem moim zdaniem pracownicy są zazwyczaj tak kiepscy jak firma, która ich zatrudnia. Jeśli firma nie umie powiedzieć im, jaka jest jej strategia, w jakim kierunku chce, aby się rozwijali, nie daje swoim menedżmentem przykładu ciężkiej pracy, tylko oczekuje wyników, sama nie oferując nic, to ona czyni pracownika kiepskim. Wiele firm tak właśnie działa." (str. 167).

Emilia Osewska-Mądry: "... podkreśla, że zarządzając ludźmi, trzeba przede wszystkim umieć czasem z czegoś zrezygnować, umieć słuchać, a poza tym umieć delegować obowiązki. - Ja bez ludzi jestem nikim. Dlatego trzeba o nich dbać i pracując razem, cieszyć się ze wspólnie spędzonego czasu. Biznes budowany bez tego ma krótkie nogi." (str. 172)

Adam Ringer: "... prowadząc dużą firmę, trzeba uznać dwie rzeczy. Pierwsza - to, że nie jesteśmy najmądrzejsi i są ludzie, którzy wiedzą coś od nas lepiej. Drugi konieczny warunek, aby skutecznie prowadzić dużą firmę, to ustalenie prawa do popełniania błędów. - Pracownik nie może czuć, że jak się nie uda, to będzie opieprz i zwolnienie. Każdy musi mieć prawo się pomylić." (str 177)

prof. Andrzej Szahaj: "Zawsze słyszę ten argument: "Kiedy będziemy bogaci, to zastosujemy model skandynawski". To jest absurd, bo swój model Skandynawowie zastosowali, kiedy byli biedni, czyli w latach trzydziestych XX wieku. Poza tym nigdy nie będziemy na tyle bogaci, aby ta grupa, która tak mówi, przyznała: "Okej, to jest wreszcie czas, abyśmy się podzielili." To się nigdy nie wydarzy. Bogaci będą w swoich oczach zawsze za mało bogaci." (str. 199) Idąc tropem myślenia profesora, to jeśli te zmiany nie nadejdą nie będzie dobrze, bo obecny model kapitalizmu, który rozpowszechnił się w świecie i Polsce, "doszedł do kresu swoich możliwości. Gołym okiem widać jego wewnętrzne sprzeczności, wady i niemożliwe do naprawienia "grzechy"." Brak zmian w Polsce grozi "utrwaleniem pozycji państwa peryferyjnego", zastygniemy nie ustanawiając żadnej nowej jakości, będziemy dryfować. Konkurowanie poprzez niskie płace to pułapka, z której trudno wyjść, bo potrzebna głęboka zmiana uderzy w czyjeś interesy, "... jest spora grupa ludzi, w interesie których leży trwanie w takim systemie, bardzo dla niej korzystnym." (str. 200)

Realizm, który przebija z historii opowiedzianych w książce, jest jej siłą i prawdą, bo któż z nas nie zetknął się z podobnymi historiami, kto nie doświadczył umów śmieciowych, braku szacunku, braku docenienia wysiłku wkładanego w powierzone obowiązki. Ciągle słychać o nierównościach społecznych, o braku perspektyw dla jednych i o zawrotnych zarobkach dla innych. Mówi się o niepokojach  związanych z nimi, ale brakuje chęci poważnej dyskusji w tym obszarze. Niemniej wydaje się, że pracownicy, którzy są ciągle pomijani w swoich prawach, mogą w pewnym momencie wybuchnąć, że przeleje się szala goryczy, bo nowe pokolenie nie chce być tylko podwładnym, chce być partnerem. Oby te zmiany jednak nadeszły spokojnie, bo może nastąpić wielkie zawirowanie społeczne, które uruchomi lawinę zmian, niekoniecznie pokojowych. Bogaci i dysydenci obudźcie się.

niedziela, 20 września 2020

Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii - Małgorzata Sidz

 

"Tam gdzie wszystko jest tolerowane, nic nie musi być ukryte. (...) Poczucie przynależności i wspólnego celu, czyli harmonijnego współżycia, przykrywa różnice, które mogłyby się pojawić między Finami. Nie ma znaczenia, z kim sypiamy, dopóki dobrze segregujemy śmieci i przestrzegamy zasad bezpiecznego parkowania." (str. 112)

Lubię czytać o krajach skandynawskich, dlatego sięgnęłam po książkę Małgorzaty Sidz i choć czytałam ją długo jak na moje możliwości to było warto, bo znalazłam w niej wiele interesujących wątków, historii i spostrzeżeń. Autorka przez wiele lat pomieszkiwała w Finlandii, tam ukończyła studia, poznała język, ludzi, miejsca. Poza tym jest chyba też ciekawą świata osobą, bo zna około dziesięciu języków, podróżuje, jest japonistką.

Książkę zbudowała z dwóch części, pierwsza to lato w Finlandii i związane z nim zwyczaje, zachowania, działania. Lato w Finlandii jest bardzo krótkie, dlatego Finowie spędzają go bardzo intensywnie, wyciskają z niego ile się da. Druga część to zima, która czasami jest pluchą, ale głównie białą i śnieżną. W każdej części autorka zawarła dziewięć niezwiązanych ze sobą opowieści, które mają przybliżać czytelnikowi jakiś wycinek Finlandii. Te obszary dotyczą wielu aspektów życia  Finów, zresztą to właśnie oni przybliżają je czytelnikom książki Małgorzaty Sidz. Dzięki nim wybrzmiewa rytm życia zgodnie z naturą, z porami roku, z brakiem pośpiechu. Finowie są już na takim etapie rozwoju, że nie gonią za nowinkami, są dalecy od konsumpcjonizmu, kupują głównie marki rodzimych producentów. "Ważna jest nie sama marka, ale to co reprezentuje - jakość, wytrzymałość, zwyczajność. Lojalność i lokalność. To ważniejsze nawet niż wzorki i kolory.  Tak się w Finlandii wybiera porcelanę, tak się wybiera ubrania. Tak się wybiera partnerów." (str. 146) Są tolerancyjni na inność, nie dbają o konwenanse, nie wstydzą się nagości, ani niczego co związane jest z ciałem ludzkim, wszelkie niedoskonałości i różnice nie są dla nich istotne. Okazywanie uczuć zaś jest głęboko skrywane, łatwiej wyżalić się nieznajomemu w saunie niż przyjaciołom na herbatce. Finowie nie interesują się życiem prywatnym innych, pozwalają żyć innym ich własnym życiem. Czasem potrafią być nieokrzesani, zwłaszcza po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu. Borykają się z samotnością, z przemocą domową i depresją. Finowie nie są zbyt wylewni, trudno nawiązują relacje, jeśli znajdą swoją połówkę to do końca (jeśli się da). Finowie są przywiązani do pracy swoich rąk, czego uczą się już w szkole. Uwielbiają swoje mokki (domki letnie) chlubią się swoim sisu (uparte dążenie do celu, odwaga, wewnętrzna siła za pomocą której próbują osiągnąć niemożliwe, czasami mówi się, że to część tożsamości narodowej). Szczycą się Muminkami i nie wstydzą się czytać o nich w różnym wieku.

Autorka przybliżyła postaci słynnych Finów - artystów, architektów, twórców. Przedstawiła muzykę jakiej słuchają, co czytają, jakie lubią filmy, co jedzą, jak się ubierają, co i jak piją. Małgorzata Sidz wspomniała o Samach i ich losie w Finlandii. Przypomniała o wielkim sąsiedzie Rosji, która cały czas przez Finów traktowana jest jako zagrożenie. Książkę przeczytałam z ciekawością, pozyskałam wiele ciekawych informacji o tym kraju. Były opowieści, które mnie zaskoczyły, zaś wszystkie dały kolejną dawkę wiedzy o innym narodzie z jego mocnymi i słabymi stronami. W mojej opinii warto przeczytać, bo to ciekawe spojrzenie obcokrajowca na mieszkańców Finlandii. Zaproszenie do poznania Finlandii i Finów.

wtorek, 15 września 2020

Dziewczyna z konbini - Sayaka Murata

Co to jest konbini, to sieć delikatesów czynnych całą dobę, do których się wpada po wczesne zakupy, śniadanie, posiłki lunchowe i małe popołudniowe zakupy do domu. Częste promocje, sezonowe dostosowanie produktów, bonusy to mają być elementy przyciągania. W tym sklepie można nadać i odebrać paczkę, jednym słowem, sklep wielofunkcyjny. W tego typu sklepach pracują najczęściej studenci, kobiety, które potrzebują dorobić i jakaś kadra kierownicza, która też zmienia się dość często jak wynika z książki.

Kombini to pewnego rodzaju schemat i system, który da się przewidzieć, dlatego może odpowiadać ludziom stworzonym do życia w schematach, tym, którzy nie lubią zmian, niespodzianek, itd. Można go przyswoić, a nawet, śnić o nim po nocach, jak to miało miejsce u głównej bohaterki, można go wdrukować w swoje życie i być częścią niego. Niemniej odpowiada to nielicznym i różnie jest postrzegane przez otoczenie jeśli jednostka za długo w tym systemie tkwi.

 Bohaterka Keiko Furukura zawsze była inna niż jej rówieśnicy i rodzeństwo, jej rodzice czuli niepokój widząc jej zachowania (brak emocji, działanie schematyczne, myślenie czarno-białe, brak koleżanek, niechęć do obcowania z rówieśnikami, itd.). Niemniej przeszła cały system edukacji, nawet jak to jest w zwyczaju studentów znalazła dorywczą pracę w delikatesach. Kiedy studia dobiegły końca, straciła cel, nie bardzo wiedziała co dalej robić, niemniej miała jeszcze pracę, którą lubiła, bo wiedziała jakie ma obowiązki i umiała się z nich doskonale się wywiązywać. Została w niej na kolejne kilkanaście lat, co nie było normą dla już dorosłego. Autorka pokazuje nam główne zdarzenia, kiedy Keiko jest już trzydziestosześcioletnią kobietą. Mieszka sama w maleńkim mieszkanku, jest singelką, ciotką. Spotyka się od czasu do czasu z koleżanką, z siostrą, czasami odwiedza rodziców. Stara się dostosować do otoczenia pracy, mówi jak mówi jej otoczenie, ubiera się i zachowuje podobnie. Pamięta ilu już kierowników przewinęło się przez konbini, nie zliczy już pracowników, ale ona jest niezmienna, opoka, dostosowana do trybów sklepu. Chciałoby się powiedzieć, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu, że to trybik, który jest we właściwym mechanizmie. Jest jej dobrze w tym mechanizmie, czuje się we właściwym miejscu, w swoim żywiole, świetnie wykonuje swoją ulubioną pracę. Wszystko byłoby dobrze, aż do momentu kiedy to coraz więcej osób zaczęło interesować się jej życiem (koleżanki, rodzina, pracownicy sklepu) prywatnym i zawodowym. To wytrąciło ją z prostej ścieżki, zaprowadziło w nieznane meandry, poczuła się zagubiona, nie wiedziała co ma robić, jak się zachować, jak odpowiadać na pytania, jak przystosować się do niezrozumiałych oczekiwań otoczenia. Zapędzona w" kozi róg" przez coraz większe grono osób, które przejęły stery jej życia zwalniła się z konbini, zaczęła szukać innej pracy, ale czy ją znalazła?

To opowieść o schematach japońskich, o utartych ścieżkach dla każdego, o przyjętych sztywno zasadach, których przekroczenie jest niezrozumiałe dla większości otoczenia. To obrazek jednostki, która nie przystosowała się społecznie do tego schematycznego społeczeństwa. Być może w innym kraju, nikt nie zwrócił by na nią uwagi, albo w dzieciństwie zauważyłby jej inność i szukał 'lekarstwa'? To ogólnie ciekawa książeczka, ale też nieco schematyczna. Warta przeczytania w wolnej chwili dla odprężenia.

niedziela, 13 września 2020

Nie róbcie mu krzywdy - Filip Skrońc


Ta książka nie należy ani do przyjemnych ani do łatwych lektur, należy do ważnych. Filip Skrońc poświęcił kilka lat na zbieranie materiału do niej. Jej pisaniu towarzyszyły częste rozstania z rodziną, męczące podróże, niełatwe warunki na miejscu i mnóstwo trudnych emocji, niemniej ta ciężka praca w moich oczach opłaciła się, bo stworzył książkę wiarygodną, mocną i bijącą na alarm. Kiedy czyta się jego słowa aż trudno uwierzyć, że żyjemy w XXI wieku, na tej samej planecie, w tym samym czasie. Trudno uwierzyć, że kilkunastu godzina podróż samolotem może przemieść w inną przestrzeń obyczajową, kulturową i rozwojową. Autor uświadamia czytelnikowi, że inność oznacza wyrok śmierci, że zabobony prowadzą do krzywd, że marzenia nie mają oporów i barier, że chęć zysku jednych pozbawia życia innych. To książka wstrząsająca opisywanym zjawiskiem, chociaż autor nie epatuje okrutnymi opisami a skupia się na szkicu, to i tak jest to szokujące i niewiarygodne.

Albinizm, bo o nim mowa w książce, jest zjawiskiem ogólnoświatowym, np w Europie występuje u jednej osoby na dwadzieścia tysięcy, ale tylko w Afryce, szczególnie w zachodnio-środkowej części jest śmiertelnie niebezpieczny dla cierpiącego na tę chorobę. Osoby z albinizmem cierpią po wielokroć, bo nie dość, że mają ogromne kłopoty z chronieniem się przed słońcem (ciężka praca w słońcu i brak wiedzy n.t. potrzeby ochrony skóry), ze smarowaniem tej niezwykle wrażliwej skóry specjalnymi kremami (nie stać ich na nie i brak wiedzy), częste i wczesne zachorowania na raka skóry (przedwczesne zgony w tej grupie) to jeszcze są narażeni na śmierć lub potworne uszkodzenie ciała ze strony najemników, którzy na zlecenie czarowników polują na ich ciała. Albinosi bowiem uważani są za środek na wszelkie powodzenia i sukces. Zleceniodawcy są przekonani, że spreparowane odpowiednio części chorego na albinizm pomogą im zdobyć majątek, dobrą pracę, odnieść sukces, wyleczyć się z AIDS, itp. Przez takie zabobony i absurdalne przekonania giną w kilku krajach ludzie, którym natura poskąpiła pigmentu odpowiedzialnego za kolor skóry. Straszne jest to, że są ścigani i zabijani we własnych domach, wydawani przez własne rodziny, odrzucani przez te rodziny, wyrzucani na margines, narażani na skracanie o różne części ciała,  zawsze na straconej pozycji. Za ich kawałki ciała płacone są grube tysiące dolarów. 

Odmienność chyba nigdzie nie jest łatwa, często trzeba walczyć o swoje prawa, ale w Afryce odmienność nabiera niebezpiecznego charakteru, bo grozi śmiercią. Jedne kraje afrykańskie same a inne pod wpływem nacisków czynią starania, aby los tych ludzi zabezpieczyć i pomóc im, edukując społeczeństwo, karząc surowo napastników lub ochraniając albinosów w specjalnych obozach, to i tak w obiegowej opinii i mentalności uznaje się albinosów za nie ludzi, raczej za duchy i usprawiedliwia ich mordowanie, bo skoro ktoś nie istnieje to jak można zrobić mu krzywdę?! Czasami pomoc państwa przynosi mnóstwo negatywnych skutków dla nich, bo zostają rozdzieleni z najbliższą osobą, bo w ośrodkach jest za mało osób do opieki, bo te ośrodki mają mało pieniędzy dla dzieci, itd.

Autor przypominał też w większych lub mniejszych fragmentach książki historie państw afrykańskich, w których dzisiaj mają miejsca morderstwa ludzi o innym kolorze skóry. Naświetlił ostatnie lata, rządzących i ich decyzje, sytuację ekonomiczną i społeczną krajów. Doszukiwał się podwalin opisywanych zajść. Opisywał miejsca, w których był, ludzi z którymi udało mu się rozmawiać. W ogóle cały reportaż naszpikowany jest jego przeżyciami w związku ze zgłębianiem tematu. Zważywszy na to co widział i co usłyszał uważam, że poradził sobie bardzo dobrze. Oczywiście książka nie jest łatwa do czytania, ale wciąga w swoje czeluście, zakamarki i wiry. Książka jest uświadamiająca, wybrzmiewająca krzywdę tych najmarniejszych  i jest jednocześnie apelem o pomoc. To książka z tych, które uświadamiają nam, że mimo rozwiniętych technologii, bogatych krajów i ludzi mamy też czyny i wiarę rodem z zamierzchłych czasów. Ile jeszcze, jeśli w ogóle, potrzeba czasu i środków, aby udało się zrównać poziom wiedzy, przekonań i możliwości ekonomicznych, aby ludzie nie cierpieli z powodów zabobonów, czarów i wymysłów. Może wiele lat, a może nigdy?! Polecam książkę.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Śmiejąc się w drodze do meczetu. Przygody... - Zarqa Nawaz

 To nie jest ambitna literatura, przypomina nieco "Bridget Jones" tylko w wersji muzułmańskiej, niemniej czytanie tej książki jest przyjemne i często śmieszne. Historia dzieje się głównie w Saskatchewan w środkowo-zachodniej Kanadzie, gdzie autorka osiadła po wyjściu za mąż i gdzie urodziła dzieci. Mieszkała obok swoich teściów, z którymi miała bardzo bliskie relacje, Jej mąż, lekarz psychiatra, był bardzo liberalnym muzułmaninem, który chciał aby jego żona realizowała się w tym w czym czuje się najlepiej i bynajmniej nie chodziło o gotowanie i prowadzenie domu. Ona próbowała swoich sił w dziennikarstwie, a następnie w serialach i dokumentalistyce. Czytając jej opowieść, ma się wrażenie bliskości i zwyczajności, ponieważ stara się pokazać swoją religię z różnych stron najprościej jak się da, poza tym jest to feministka wśród muzułmanek, na dodatek znająca Koran i hadisy, zatem ktoś kto nie czytał tychże nie ma z nią szans w dyskusji. Autorka opisuje kilka istotnych jej zdaniem momentów z jej życia, interesująca dla mnie była wyprawa do Mekki, wyjaśnienia poszczególnych etapów pielgrzymki, ich znaczenia i rytuałów. Śmieszne były opisy jej pomyłek, sprzeczek z imamem, rozmowy z ludźmi z sąsiedztwa. Choć wydawałoby się, że to kobieta nieco chaotyczna, była bardzo zaradna i zdecydowana, obierane cele były przez nią konsekwentnie realizowane choć czasami z różnym skutkiem. Jak postanowiła tak robiła, wyszła za mąż za tego, którego sama wybrała, urodziła tyle dzieci ile zaplanowała, pisała scenariusze, nagrywała filmy lub seriale, pisała scenariusze. Jednym słowem kobieta wypełniona po brzegi sprawami domowymi i służbowymi, dająca sobie radę lepiej lub gorzej, ale nie poddająca się szybko. 

Podobało mi się w tej książce, że pokazała swoją wiarę jako coś zwyczajnego, że spierała się o nią z twardogłowymi. Pokazywała absurdy, które nie są zapisane w świętej księdze tylko tkwią w przekonaniach ludzi i tradycjach. Pokazała kobiety i mężczyzn o różnych przekonaniach, podejściu do religii i tradycji. To zabawna odskocznia od poważnych książek, dlatego czas na jej przeczytanie nie był zmarnowany.

czwartek, 27 sierpnia 2020

Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy - Swietłana Aleksijewicz

 "Dzieciństwo skończyło się z pierwszymi strzałami... . We mnie żyło jeszcze dziecko, ale już wespół z kimś innym..." (str. 160)

Swietłana Aleksiejewicz tym razem utkała książkę z opowieści, wspomnień lub skrawków pamięci osób, które w chwili ataku wojsk niemieckich na ZSRR były dziećmi w różnym wieku, bo i dwulatkami i czternastolatkami. Te "utwory", jak to nazwała autorka były oddaniem swoich uczuć z tamtego czasu, solowym śpiewem, który zebrał się w chór. Wybrzmiały w nim alty, soprany, tenory i basy, różne barwy, różne tony. Każdy uczestnik tych głosów był przedstawiony z aktualnego nazwiska i zawodu oraz wieku w momencie wkroczenia wojsk hitlerowskich w ich dzieciństwo. 

Autorka jest doskonałą słuchaczką zatem nie wtrąca ani jednego słowa do wypowiedzi swoich bohaterów. Ci zaś przenoszą czytelnika w swój świat dziecięcy, zapamiętanych chwil przed tym strasznym wydarzeniem, mordęgi w trakcie wojny i jakiś chwil po niej. Te opowieści mogą mieć swoje przekłamania, historyczne i emocjonalne, bo zdarzyły się wiele lat temu a poza tym dla dzieci wszystko: ludzie, rzeczy i sprawy miały inną wartość, istotę, miarę i wagę. Towarzyszyły im inne uniesienia, potrzeby, cele i marzenia. Opowieści dorosłych często idealizują dzieciństwo, wspomnienia wydają się ciekawsze niż tu i teraz, czas zaciera zdarzenia, przed oczami pozostają kontury, niemniej takich zdarzeń jak wojna i wszystko co z nią związane nie da się zapomnieć, wydrzeć z pamięci, zasypać popiołem, kurzem, itd..

"Siadamy i zastanawiamy się, czy moglibyśmy zjeść mysz (...), gdybyśmy złapali. Czy sikorki są do jedzenia? A sroki? Dlaczego mama nie ugotuje zupy z tłustych żuków?" (str. 52)

Czytając książkę mogą pojawić się łzy, bo oczywiście samo zderzenie dziecka i wojny jest straszne i smutne. To kolejna książka, która pokazuje kierunek, w którym nie należy podążać. Warto z całych sił dbać o to, aby takie okropne wydarzenia nie miały miejsca w naszych ojczyznach, aby dzieci nie musiały oglądać rzeczy, które nie są dla ich oczu, aby nie uczestniczyły w działaniach, które dziecięce nie są, aby nie cierpiały, bo nie zasługują na nie.

niedziela, 23 sierpnia 2020

Dwanaście srok za ogon - Stanisław Łubieński

 

Czekałam na książkę Stanisława Łubieńskiego w bibliotece długo, tak jak autor wiele razy czekał na jakiegoś ptaka, ale zarówno on i ja dostaliśmy nagrodę. Czekanie opłaciło się, bo satysfakcja moja z czytania tej książki była duża. Wciągnęły mnie oczywiście opowieści o głównych bohaterach, które były piękne, ciekawe i mądre, ale niemniej interesujący był ich anturaż. Tych bohaterów było bardzo wielu, z różnych stron kraju i świata, z wiosek i miast, maleńkich i tych dużych, tych żyjących w dużych stadach i indywidualistów, tych jeszcze cieszących się rozwojem i tych na wyginięciu. ,Mnóstwo ciekawych opowieści o ludziach - ornitologach profesjonalistach i hobbystach, o miejscach, przyrodzie. Autor ujął całe spektrum powiązane z ptakami, chociażby architekturę, sztukę, literaturę, muzykę oraz fotografię tą profesjonalną i tą "niedzielną". Opowiedział kilka anegdot związanych z podglądaniem ptaków. Wkomponował roczny dziennik z obserwacji ptaków w Warszawie. Przybliżył pracę związaną z obrączkowaniem, liczeniem i ratowaniem ptaków. Wnikliwie opisał swoje miejsce na Ochocie, jego mieszkańców i oczywiście przyrodę tego miejsca. Zajął się też destrukcyjną działalnością człowieka względem natury, na konkretnych ptakach pokazał jak znikały z powierzchni ziemi i nie było tam mowy o nadzwyczajnych wydarzeniach i zmianach jakie miały miejsce kiedy wyginęły dinozaury, w tym przypadku to była li i wyłącznie działalność człowieka. Tak to ludzie doprowadzili do wyginięcia wielu gatunków i kontynuują to dalej z bardzo wielu przyczyn, niestety z tych najniższych pobudek, "kulturowych", kulinarnych, zwyczajowych, "sportowych". 

Piękna jest przyroda i wielu lubi się nią zachwycać, delektować i odpoczywać w niej. Przepiękne są zwierzęta, część tej przyrody, zaś ptaki to wzorce, na których człowiek oparł swoje marzenie o lataniu. Lubimy, podziwiamy, słuchały, ale też bezrefleksyjnie niszczymy otoczenie, możemy, chcemy i lubimy się nim zachwycać, ale nie dbamy o nie po zobaczeniu tego co chcemy. Biegniemy dalej, po nowe doznania? Może ich zabraknąć bo zniszczymy twórców tych doznań.

Bardzo urzekająca książka, zaskakująca głębią, pięknym językiem i zdarzeniami.

środa, 19 sierpnia 2020

Instrukcja nadużycia. Historia kobiet służących w dziewiętnastowiecznych domach - Alicja Urbanik-Kopeć

"Kim była służba? 

Grupą społeczną, która zarabiała na życie, służąc." (str. 9)

Trafiła w moje ręce kolejna książka o służących tak licznie pracujących w XIX i XX wieku w domach mieszczańskich w Polsce. Ta autorka poszerzyła tematykę także o kraje europejskie. Można sobie zadać pytanie, dlaczego pisać o służbie, zapewne jest wiele ciekawych tematów. A to być może dlatego, że w dziewiętnastym wieku to była najliczniejsza grupa zawodowa a na dodatek będąca w najgorszej sytuacji społecznej, socjalnej, finansowej, etc.

Autorka napracowała się bardzo, co widać w załączonych zdjęciach, bibliografii i cytatach. Przewertowała literaturę, czasopisma i wspomnienia "Pań" i sług. Książka odzwierciedla sytuację sług w dziewiętnastym i dwudziestym wieku, ich obowiązki, pozycję społeczną, traktowanie, ogólną dolę, zagrożenia z jakimi się spotykała oraz opinię społeczną na jej temat.

Zaczyna jednak od podstaw: "Skąd w ciasnych klitkach pod schodami i na dusznych stryszkach tuż obok pawlacza wzięły się służące?" (str. 15) Autorka naświetliła podłoże społeczno-gospodarcze, na którym tak szeroko rozwinęło się zapotrzebowanie na służbę. Opisała środowisko z którego przychodziły i w jakie trafiały służące, ich zakres obowiązków, ich traktowanie, warunki w ich pracy, wymagania stawiane przed nimi. Opisała jakim przepisom podlegały służące a także o obowiązku książeczki dla służby i o wpisach ich dotyczących. Przybliżyła instytucje, które wspierały służące, czasopisma dla służących i pań. Przybliżyła opinie służących na temat swojej pracy. Poinformowała czytelnika jakie było postrzeganie służby przez niektóre grupy społeczeństwa, jak wiele kpiło i żartowało ze służących. Opisała niezwykle ważki problem dotyczący kobiet służących a mianowicie wykorzystywania seksualnego, napastowania, molestowania i ogólnego złego ich traktowania. Te szykany i wykorzystywanie dotyczyło najbliższej sfery, domowej, a także tej na zewnątrz. Generalnie praca służącej była trudna, słabo opłacalna i  na dodatek ludzko upadlająca. Kobiety, które były służącymi, często gęsto zasilały szeregi prostytutek. Często też zachodziły w ciążę ze swoimi panami/paniczami, którzy dowiedziawszy się o fakcie nie interesowali się niebogimi, doprowadzając do wielu tragedii tych kobiet i ich potomstwa.

Książka jest warta przeczytania, bo problem ogólny wyrażony w niej jest nadal aktualny. Co prawda służące zniknęły, zwłaszcza w opisanej przez autorkę formie, niemniej krzywda kobiet dzieje się i dzisiaj, zarówno w Polsce, jak i w innych krajach.

niedziela, 16 sierpnia 2020

Pęknięte królestwo.Ostatni Jagiellonowie - Renata Czarnecka

 

To już kolejna książka Renaty Czarneckiej, która tylko potwierdza jej zdolności pisarskie i wiedzę historyczną. Autorka potrafi w swoich książkach stworzyć atmosferę czasów o których pisze, oddać ducha epoki, sytuacji i losów jej bohaterów. Czytając opowieść można czasami mieć wrażenie bycia w niej, uczestniczenia w dialogach, podglądania wymiany zdań w komnacie królowej i w zaułkach korytarzy. Można wręcz wczuć się w emocje towarzyszące podczas rozmów. Cenię sobie w jej pisarstwie najbardziej umiejętność wprowadzenia fabuły w prawdziwe historyczne wydarzenia.

Tym razem zajęła się smutnym momentem w czasach rządu Jagiellonów, w zasadzie ich schyłek, ostatnie tchnienia, a mianowicie moment kiedy królowa Bona mieszka w Warszawie, Zygmunt August odprowadza ciało Barbary Radziwiłłówny do Wilna. Matka i syn są skonfliktowani właśnie za przyczyną Radziwiłłówny, z którą ożenił się król mimo sprzeciwu matki. Narastające nieporozumienia wręcz nienawiść syna do matki doprowadza do podjęcia decyzji przez królową o wyjeździe do Bari. Królowa co rusz wysyła wozy z dobrami, które zgromadziła dzięki dobremu zarządzaniu Mazowszem, do Włoch pod opieką zaufanego Pappacody. To kolejna kość niezgody między synem a matką, on nie zgadza się na jej wyjazd, nie pozwala jej wywozić dóbr z Polski. Ona chce, aby ożenił się z siostrą króla Francji on ulega podszeptom zwolenników Habsburgów i żeni się z siostrą pierwszej żony. Wiemy jaki jest efekt tej decyzji. Ich zacietrzewienie staje się coraz bardziej zapiekłe, co nie służy żadnemu z nich, cierpią też na nim trzy siostry Augusta, zostawione w staropanieństwie, zależne od matki i brata. Zygmunt pogrążony w żałobie, oddaje się polowaniom, ciągle podróżująć w tym celu z miejsca na miejsce. Wypełnia swoje obowiązki, ale jakby bez oddania.

W książce mamy opis knowań, zakulisowych ustawień, pokątnych pozyskiwań informacji. Bona brylowała w takim tkaniu intryg i konszachtów, ponoć to właśnie ona wprowadziła je to polityki. Nie wątpliwie miała tez swoje przymioty, które zostały przyćmione jej charakterem i postępowaniem. Niemniej o tym autorka nie mówi wprost, pokazuje Bonę w codziennych sytuacjach, jej myślach i podejmowanych decyzjach, ocenę pozostawiając swoim czytelnikom.

Czytając tą książkę można poznać historię i jednocześnie dostać ciekawą fabułę. Poznajemy Polskę tamtych czasów, dostajemy szansę bycia w różnych miejscach, wśród różnych ludzi i w różnych sytuacjach. Solidna książka, ciekawa opowieść, smutna historia. Polecam.

czwartek, 13 sierpnia 2020

27 śmierci Toby'ego Obeda - Joanna Gierak-Onoszko

Wyobraźcie sobie takie miejsce, gdzie ludzie żyją od wieków w zgodzie z naturą, szanują ziemię, polują po to aby przeżyć, trwają razem bez wyraźnie naszkicowanych ról, po to aby wychować potomstwo. Nie potrzebują wiele, za to dbają o swoje dziedzictwo, kulturę, zwyczaje i wierzenia. Nie rozpętują wojen, bo szanują swoich sąsiadów, dla każdego miejsca starczy. W tym społeczeństwie nie ważne czy jesteś kobietą czy mężczyzną, czy masz mniej czy trochę więcej, ważne abyś przestrzegał praw przodków, min. szanował swoją Ziemię. Dla mnie ten skrót to opis namiastki raju na ziemi, ale czy istnieje takie miejsce na ziemi? Nie, już nie, odkąd do tego raju przybyli "cywilizowani" biali ludzie i rozpoczęli swoje rządy, poprzez wprowadzenie praw silniejszego, nie zważających na prawa i tradycje Pierwszych Narodów.

Czytanie tej książki boli i to dosłownie, bo zło opisane przez Joannę Gierak-Onoszko było potworne. Dorośli wyrządzili je dzieciom, czyli tym najbardziej bezbronnym, którzy wczoraj i dzisiaj nie potrafią, nie mogą i nie umieją się bronić. Dzieci zostały wydarte ich rodzicom, których nie pytano o zgodę, bo celem było zniszczenie, całkowita eliminacja nacji. Pobudki były okrutne, egoistyczne, antychrześcijańskie. Porażające było dla mnie to, że ta tragedia, wprost mówiąc chęć zagłady narodu pierwotnie zamieszkującego ziemię wydarzyła się w jednym z najlepszych jak to się dzisiaj ocenia,  krajów do życia i że cała prawda o tym wyszła dopiero w 2015 roku. Mowa o Kanadzie, która z Pierwszymi Narodami ( Inuici, Metysi) jak się je teraz poprawnie nazywa, postąpiła może jeszcze okrutniej niż postąpiono z Indianami amerykańskimi, Aborygenami, czy innymi ludami autochtonicznymi po przybyciu białych najeźdźców.

Usprawiedliwieniem tego co działo się w Kanadzie, ale i w innych krajach do których przybyli biali odkrywcy, zdobywcy, drapieżcy, ciemiężyciele, była chęć zysku, władzy, nowych możliwości. Te nieszczęścia, które dotknęły Pierwszy Naród Kanaty (osady) usprawiedliwiono cudownym zaklęciem "...trzy słowa, które dobrze brzmią w każdej epoce i pod każdą szerokością geograficzną. Ta-kie by-ły cza-sy." (str. 44) Jakie proste, jakie tanie, jakie to chrześcijańskie. Cena za rozwój, dobrobyt, cywilizację, ale nie autochtonów, tylko najeźdźców. Biali najpierw zawłaszczyli ziemię, wypędzili z niej ludzi, którzy na niej łowili od tysięcy lat, pozamieniali role, łowcom kazali orać, zbieraczom kazali polować. Taka zmiana zabijała ich głodem, bo nie tego się uczyli. Ci, którzy mimo wszystko żyli zamykano w rezerwatach bez prawa do opuszczania, itd. Zakazano im wychowywać swoje dzieci, aby kolejne pokolenie było "a la mode europeenne" (str. 86) Aby tego dokonać wybrano kierunek edukacji od podstaw. "Rząd postanowił uruchomić inżynierię społeczną, by wychować całe pokolenia farmerów i drwali oraz posłusznych żon." (str. 86) Celem było wychowanie taniej i bezwolnej siły roboczej.W tym celu cały kraj został opleciony siecią szkół z internatem dla rdzennych dzieci od szóstego (często młodszych) do szesnastego roku życia. Dzieci zamykano w tych szkołach na lata, odizolowano ich od rodzin, rodzeństwa rozdzielano. Dzieci bito, upokarzano, wykorzystywano na różne sposoby, upodlano, nie dbano o ich zdrowie, uczucia, edukację. Zamordowano w ten haniebny sposób wiele setek tysięcy dzieci. Misję prowadzenia takich szkół powierzono kościołom protestanckiemu i katolickiemu. Duchowni wzięli się ostro do pracy na ziemi niczyjej, depcząc uczucia rdzennych mieszkańców, stali się bogami wśród dzikich. Rozpoczęli wychowywanie na płaszczyźnie religijnej i cywilizacyjnej. Pierwszy premier Kanady McDonald w swoim expose ogłosił, że najważniejszym celem na drodze do cywilizacji było "Zagonić Indian do rezerwatów, zbudować kolej, połączyć odległe osady i wymazać rdzenną kulturę" (str. 134). Strategię tę rozwijano przez dziesiątki lat "wzbogacając" ją o nowe elementy wymierzone w autochtonów. Zło wyrządzane przez dziesiątki lat odcisnęło piętno na Pierwszych Narodach, odczuwają je do dzisiaj. "Ten ból rozlewa się na kolejne pokolenia, odziedziczyły go nasze dzieci. One nie mają już sił by unieść swój los."( str. 81)

W Kanadzie dzieje się mnóstwo zła wymierzonego w rdzennych ludzi do dzisiaj, giną kobiety, zabija się mężczyzn, dzieci popełniają samobójstwa. I choć dzisiaj już mówi się o tym i uczy się o tym w szkołach, a także zmieniono język i narrację zaś w 2017 roku premier Justin Trudeau przeprosił oficjalnie za grzechy białych, to dogmaty białych nie uległy zmianie. Myślenie o sobie i swoim dobrobycie jest na pierwszym miejscu. Zawsze większość znajduje sobie cel ataku, być może aby upewnić się, że nadal ma władzę. W Kanadzie jest wiele do naprawienia i codziennej uważności i choć dzisiaj ocaleni dostają zadośćuczynienie za doznane krzywdy to nie wszyscy. Sprawiedliwość jest krucha i ślepa, a zło nie zasypia. Dzisiaj atak przypuszcza się na osoby LGBT, bo to kolejna mniejszość, też słabsza. To straszne, że ludzie poszukują kogoś do bicia, żeby poczuć się silniejszymi.

Mocna, bolesna i do głębi poruszająca książka z tematem do zgłębienia i wyciągnięcia nauki.